Mam nadzieję, że nie jestem celebrytką

Justyna Sieńczyłło – aktorka teatralna i telewizyjna. Można ją zobaczyć zarówno na deskach warszawskiego Teatru Powszechnego, jak i w serialu „Klan”. Od 2009 roku razem z mężem Emilianem Kamińskim prowadzi Teatr Kamienica. Prosi tylko, żeby nie tytułować jej „dyrektorową”. Ma dwóch synów – Kajetana i Cypriana, którzy dostarczają jej najwięcej szczęścia i energii.

 

AGNIESZKA SARACYN-ROZBICKA: Emilian Kamiński często podkreśla, że jesteś bardzo waleczną kobietą.
JUSTYNA SIEŃCZYŁŁO: Jestem waleczna, bo nie miałam innego wyjścia. Przez dziewięć lat starań, żeby stworzyć Teatr Kamienica musiałam nauczyć się asertywności i po trosze przeobrazić się w bizneswoman. Miałam silną motywację, żeby walczyć o siebie i o to miejsce. Nasz teatr nie dostaje dotacji od miasta, musimy utrzymać go sami. Dlatego też zaczęłam pracować m.in. jako wykładowca. Nauczyłam się też sama zdobywać sponsorów, wyszukiwać ciekawe teksty, nawiązywać współpracę z dobrymi reżyserami, żeby wprowadzić nowe przedstawienie. Teraz, po ponad dwóch latach istnienia Kamienicy, gdy widzę reakcje widzów, którzy z entuzjazmem podchodzą do nas po spektaklach i dziękują za cudownie spędzony czas, wiem, że było warto. Te wszystkie lata wyrzeczeń utwierdziły mnie również w przekonaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych. Każdy cel można osiągnąć w mniejszym lub większym stopniu, jeśli się ciężko i uczciwie pracuje. A przeszkody, które napotykamy na swojej drodze, chociaż bywa, że są bolesne i wydaje się, że często nie do pokonania, tylko nas wzmacniają i uruchamiają umiejętności, z których istnienia nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Musicie utrzymać teatr,  ale nie zabiegacie o role.
Z jednej strony nie mamy na to czasu, z drugiej tacy już jesteśmy. Z czego to wynika? Też się nad tym zastanawiam. Ktoś mógłby powiedzieć, że to głupota. Aktor powinien walczyć o swoje. Ja nigdy nie wypadałam dobrze na castingach i chyba to mnie do nich zraziło. Zawsze prosiłam, żeby reżyser przyszedł i zobaczył mnie na scenie, bo uważałam, że to jest najbardziej miarodajne. Idę swoją ścieżką, która jest może trochę trudniejsza, ale za to własna. Cieszę się, jak mogę zagrać w Teatrze Powszechnym lub wyprodukować własny spektakl. Ostatnio nasze życie trochę się ustabilizowało. Wszystko za sprawą świetnego zespołu ludzi, na których możemy się oprzeć. Bardzo nam pomagają i odciążają nas, ponieważ jeszcze do niedawna wszystkie sprawy załatwialiśmy z Emilianem we dwójkę. Dlatego mam wreszcie czas, żeby zająć się trochę sobą
i swoim rozwojem.

Grasz w serialu i spektaklach. Gdzie się czujesz lepiej, na deskach scenicznych czy przed kamerą?
Zdecydowanie w teatrze. Aktor przez całe życie musi się rozwijać i teatr stwarza mu ku temu najlepszą sposobność. Ostatnio grałam dużo w komediach i powoli zaczynałam tęsknić za klasyką. Jakby naprzeciw moim tęsknotom wyszedł Gabriel Gietzky i obsadził mnie w sztuce Szekspira „Koriolan”. Praca nad spektaklem była trudna, ale twórcza. Gram w niej rolę E-dyla złożoną z 13 postaci, które informują o tym, co się dzieje. Było to dla mnie duże wyzwanie. Ten tekst Szekspira dotykający polityki, mediów etc. jest ciągle aktualny. A im bliżej politycznych zmian w naszym kraju, tym możemy odczuć większe skupienie w odbiorze tych uniwersalnych myśli angielskiego dramaturga na temat władzy, walki o nią, kompromisów, czy manipulacji mediów w przedstawianiu rzeczywistości. Dlatego rozwojowo teatr jest na pierwszym miejscu, ale pracę przed kamerą też lubię. Na planie „Klanu” czuję się jak w domu. Wszyscy się znają. Bardzo się lubimy, dlatego praca zamienia się w przyjemność.

A który moment w trakcie przedstawienia lubisz najbardziej?
Dla mnie każde przedstawienie jest wyzwaniem i zobowiązaniem wobec publiczności – bardzo ją szanuję. A od kiedy prowadzę ten teatr jestem odpowiedzialna za to, co się w nim dzieje, jak wygląda, czy ludzie są zadowoleni. To pochłania dużo mojej energii. Za każdym razem strasznie się tym wszystkim przejmuję. W dwójnasób przeżywam także grę innych aktorów. Każdy moment jest pełen napięcia, bo chcemy, żeby wszystko było na jak najlepszym poziomie.
Przyznam się, że krępuję się trochę oklasków. Od zawsze tak miałam. Musiałam się bardzo przełamać, żeby tutaj rozmawiać z publicznością. Mam w sobie coś takiego, że kiedy gram na scenie, to staram się być jak najbliżej granej postaci i taką chcę pozostać w pamięci widzów. Nie chcę być prywatnie, ja „Justyna Sieńczyłło”. Kiedy jeżdżę po Polsce z monodramem „Mój dzikus”, zdarza się, że ludzie po spektaklu mówią: „Przyszliśmy na Bognę z Klanu, a wychodzimy znając Justynę Sieńczyłło”.

W takim razie dla mnie jesteś wciąż Reganą, córką Króla Leara.
Fantastycznie, że pamiętasz ten spektakl.

Kiedy aktorzy mieli łatwiej: gdy kończyłaś szkołę teatralną czy obecnie?
Lata świetlne wstecz (śmiech). Ogromnie się cieszę, że mogłam studiować w czasach mistrzów, wielkich aktorów uprawiających sztukę przez duże S. Zawsze podkreślam, że moim największym bogactwem są ludzie, których spotkałam na swojej drodze. Ludzie, którzy byli dla młodych studentów szkół teatralnych i widzów prawdziwymi autorytetami. Obecnie rynek jest totalnie otwarty, każdy może zaistnieć na scenie. Dlatego poziom sztuki się zmienił. Jest dużo amatorszczyzny, bylejakości, pozorów pracy. Wszystko robi się „na szybko.” Momentami odnoszę wrażenie, że żyjemy w Matriksie sztuczności i pozorów. Staramy się z tym walczyć. Dokładamy wszelkich starań, żeby spektakle w Kamienicy były na jak najwyższym poziomie. A ja osobiście unikam bankietów, staram się nie oglądać telewizji i mam nadzieję, że nie jestem celebrytką.

Możesz wymienić kilku swoich mistrzów?
Miałam szczęście do ludzi, którzy, odkąd pamiętam, pojawiali się na mojej ścieżce i podawali mi rękę. Dzięki ich namowom i zachętom mogłam rozwijać swoje umiejętności. Jedną z najważniejszych osób, która miała wpływ na moje życie była niewątpliwie Antonina Sokołowska – animatorka, reżyser, założycielka amatorskiego teatru Klaps w Białymstoku. To pod jej skrzydłami uczyli się m.in. Kasia Herman, Aneta Todorczuk-Perchuć, Adam Woronowicz. Zawsze podkreślałam, że pani Tosia ma wytrych do duszy, który nie niszczy, a otwiera. To ona otworzyła mnie na literaturę, umożliwiła wyjazdy na przeróżne festiwale poezji, uruchamiała moją wyobraźnię i wrażliwość. Potem byli profesorowie szkoły teatralnej. Miałam szczęście pracować z tymi, których już nie ma wśród nas: panią Ryszardą Hanin, panią Aleksandrą Śląską, panem Tadeuszem Łomnickim, panem Zbigniewem Zapasiewiczem etc. Były to bardzo silne osobowości, którym jako młoda studentka ulegałam. Dużo mnie nauczyli, zarówno warsztatowo, jak i światopoglądowo. Cieszę się, że takie osoby spotkałam i mogłam z nimi pracować.

Powiedziałaś, że im ulegałaś. Rozumiem, że jesteś łatwą gliną do lepienia dla reżysera?
Zdecydowanie tak. Gdy dowiedziałam się, że dostałam się za pierwszym podejściem do szkoły teatralnej, byłam tak wdzięczna losowi i wykładającym tam profesorom, że robiłam wszystko, żeby tylko byli ze mnie zadowoleni. Grałam tak jak chcieli, dostosowywałam swój styl gry do ich stylu. I w tym był mój problem, bo w pewnym momencie po prostu zatraciłam siebie. Dopiero po uzyskaniu dyplomu zaczęłam nad sobą pracować – tak naprawdę robię to do dzisiaj, by wydobyć z siebie coś wyjątkowego, coś prawdziwie swojego. W końcu nie o to chodzi, żeby powielać wzory innych aktorów, tylko skorzystać z nich, przepuścić przez własny rozum i serce. Słowem, wykorzystać ich wiedzę, ale pozostać sobą.

Ocar Wilde powiedział  „W rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie”...
Sztuka może przybliżać się do rzeczywistości. Mówimy wtedy, że aktor był porażający. W końcu każdy z nas najbardziej się wzrusza w trakcie przedstawienia, jeśli na scenie zobaczy kawałek swojego własnego życia, swoje problemy. I na tym polega terapia poprzez sztukę. Siła oddziaływania między widzem a aktorem, który swoją grą przypomina o istnieniu miłości, piękna, tęsknoty etc., jest niewyobrażalna. A ludzie chcą poczuć tę energię. W czasach, w których kluczowe słowa takie, jak „kocham” straciły sens i ciężar swego znaczenia, bo słyszymy je dosłownie wszędzie, a emocje się zniekształciły – potrafimy z euforią zachwycać się cudzymi butami – teatr wydaje mi się ratunkiem przed zatraceniem w otaczającej nas rzeczywistości, którą nazywam „plastikiem”.

Teatr to psychoterapia, a czym w takim razie jest dla Ciebie macierzyństwo?
Pewnie nie będę oryginalna, jeśli powiem, że macierzyństwo to wartość nadrzędna. Z jednej strony to niewyobrażalna miłość, z drugiej ogromna odpowiedzialność na całe życie za drugiego człowieka. Dzieci dały mi odwagę i determinację w pracy. Za każdym razem staram się grać tak, żeby były ze mnie dumne. Są moją największą ostoją i dostarczają mi siły oraz energii, jak nikt inny na świecie. Staram się interesować ich problemami. Zawsze doradzam, ale nie pomagam na siłę i powoli przygotowuję się do odcięcia pępowiny (chociaż jak każda matka chciałabym, żeby chłopcy pozostali mali tak długo, jak tylko się da).
W tym roku Natalia, córka Emiliana wybrała się na studia – jestem z niej bardzo dumna, bo dostała się na kilka kierunków. Jesteśmy świadkami, jak na naszych oczach wkracza w dorosłość. Bardzo nam zależy, żeby nasze dzieci wybrały niezależną drogę. W głębi serca chcielibyśmy, żeby ich przyszłość była związana z Kamienicą, bo bardzo wiele poświęciliśmy temu miejscu, ale to będzie tylko i wyłącznie ich wybór. Najważniejsze, żeby miały pasję, bo dzięki niej można w pełni przejść przez życie.

Czy mając w domu trzech mężczyzn ciężko jest przeforsować swoje zdanie?
Szczerze mówiąc mam dwóch mężczyzn, bo z mężem widuję się głównie w teatrze – to cena jaką się płaci za prowadzenie takiego przedsięwzięcia, a nawet przedsiębiorstwa, jak Teatr Kamienica. Na trzech scenach odbywają się przedstawienia, a także tzw. działalność charytatywna. Przez rok np. gościliśmy ponad 1600 dzieci z rodzin wykluczonych i domów dziecka. Był to „Dzień bez Traumy” – taki jeden dzień inny w ich życiu, z warsztatami: aktorskimi, choreograficznymi, malarskimi i ze spektaklem oraz zwiedzaniem stolicy. Z tej, a także z innych akcji jestem dumna. Jednak organizacja takich działań wymaga mnóstwa czasu, więc Emilian się temu poświęca. Ktoś musi. Z jednej strony nie zawsze się z tym zgadzam, z drugiej wiem, że to jego pasja, więc nie mogę mu tego odmówić.

Masz swoją definicję piękna?
Piękne jest życie, tylko trzeba umieć je dostrzec w ludziach, przyrodzie, całym świecie. Mam wrażenie, że dużo takich zachwytów straciłam, gdy pracowałam przy tworzeniu naszego teatru. Dlatego teraz staram się smakować życie i wyciągać jego esencję, kiedy tylko mogę. I to mi dodaje sił.

A jak dbasz o piękno zewnętrzne?

Z tym dbaniem to było różnie. Zawsze byłam alergikiem, dlatego z kosmetyków istniały dla mnie: jeden krem apteczny i mleczko. Pozostałe produkty do twarzy mnie uczulały. Myślałam, że taki stan rzeczy będzie trwał w nieskończoność, a tu niemiecka firma spod Hanoweru z 50-letnią rodzinną tradycją – Hildegard Braukmann Kosmetik dała mi do wypróbowania swoje kosmetyki. Byłam pełna obaw, że znowu skończy się uczuleniem, a tu eureka. Moja skóra odżyła, jest świetnie nawilżona i pełna blasku. Wreszcie na mojej półce z kosmetykami zaroiło się od najróżniejszych produktów. Używam ich bez obaw, gdyż wiem, że są na bazie składników naturalnych, ziół oraz witamin i wyprodukowane za pomocą najwyższej technologii – nano technologiii. W kwietniu stałam się twarzą marki. To co mnie najbardziej zdziwiło, to to, że moje zdjęcia nie są obrabiane w Photoshopie. Dlatego zamiast wyglądać jak sztuczna lalka, mam swoją własną twarz. Bardzo podoba mi się polityka tej firmy, np. jeden z kremów reklamuje 60-letnia modelka.

A wolisz domowe spa czy zabiegi w salonie?
Szczerze mówiąc ani na jedno, ani na drugie nie mam za bardzo czasu. Myślę, że będę uczęszczała do salonu Hildegard Braukmann, który mieści się przy Teatrze Kamienica. Za to w domu lubię zastosować babciną maseczkę z żółtka, rycyny i cytryny na włosy oraz posmarować dłonie oliwką. Nie chciałabym przesadzić z pielęgnacją. Dookoła widzimy wychudzone dziewczyny z takimi samymi ustami, nosami etc. Boję się takiej sztuczności i sztampy. Presja mediów jest przeogromna, dlatego kobiety starając się przybliżyć do ideału piękna tracą swoją oryginalność. A przecież duży nos czy piegi powinny być atutem, bo pokazują naszą wyjątkowość. Plastik pokazuje tylko smutek i zatracenie się. A aktorka, która wchodzi na scenę poorana zmarszczkami, wchodzi razem z bagażem doświadczeń, ma niejako swoją historię wypisaną na twarzy. Dlatego tak lubię starość. Uważam, że jest piękna. Jest wartością, mądrością tego wszystkiego, co przeszło. Bardzo się cieszę, gdy do Kamienicy przychodzą również starsi ludzie.

Chińska pisarka Mian Mian twierdzi, że „życie jest serią początków, nie łańcuchem zakończeń – dlatego jest takie piękne”.
Co w takim razie zamierzasz rozpocząć, żeby upiększyć swoje życie?

Zamierzam cały czas grać w Teatrze Powszechnym, bo nie chcę być przysłowiową dyrektorową Kamienicy. Mam w planach produkcję własnego spektaklu. Poza tym nie chcę zatracić się w otaczającej nas bylejakości. Ze wszystkich sił staram się smakować życie i szukać tych początków na mojej ścieżce. A potem już tylko własnym zaangażowaniem i pracą sprawiać, żeby te początki miały ciekawe rozwinięcia i piękne zakończenie.

Życzę Ci więc siły i determinacji w podążaniu swoją ścieżką i znajdowaniu jak największej liczby interesujących początków. I dziękuję za spotkanie.

fot. Filip Błażejewski

NIE MOGĘ OBEJŚĆ SIĘ BEZ:

Tusz do rzęs: zawsze marki Christian Dior
Fluid: podkład Diora i puder matujący Clinique
Pomadka: stosuję błyszczyki firmy Bell i Vipera, ponieważ popieram rodzime produkty
Baza pod makijaż: nie używam
Kremy: tylko Hildegard Braukmann
Mleczko do ciała: jak wyżej
Perfumy: najpiękniejszy jest dla mnie zapach Chanel – Coco

 




Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

zobacz e-wydanie
Bezpłatne archiwum!
Tysiące artykułów


Badanie konsumenckie obejmujące produkty najważniejszych kategorii kosmetyczno-drogeryjnych i spożywczych. Polska edycja cieszącego się wyjątkową renomą konkursu prowadzonego od 12 lat na rynku niemieckim pod nazwą „Produkt des Jahres”.
zobacz więcej

Prestiżowe wyróżnienie nadawane najlepszym nowościom na rynku kosmetycznym. Ranking prowadzony przez Wiadomości Kosmetyczne i instytut badawczy GfK Polonia.
zobacz więcej


Konkurs wyłaniający najlepsze drogerie
w Polsce. O zwycięstwie decyduje badanie "Tajemniczy klient".
zobacz więcej

Nakład i dystrybucja kontrolowane.









Reklama