Małgorzata Walewska – mezzosopranistka, która owacje na stojąco zbiera na najważniejszych scenach operowych całego świata. Stworzyła niezapomniane kreacje, m.in. tytułową rolę w „Carmen” Bizeta, Judytę w „Zamku księcia Sinobrodego” Bartóka, Polinę w „Damie pikowej” i Olgę w „Eugeniuszu Onieginie” Czajkowskiego, Santuzzę w „Rycerskości wieśniaczej” Mascagniego, Charlottę w „Wertherze” Masseneta, tytułową rolę w „Samsonie i Dalili” Saint-Saënsa, Małgorzatę w „Potępieniu Fausta” Berlioza. Wśród jej partnerów scenicznych znaleźli się m.in.: Renato Bruson, Placido Domingo, Simon Estes, Edita Gruberova, Dmitrij Hvorostovsky, Luciano Pavarotti, Jose Cura i Bernhard Weikl
Georges Bizet powiedział „Muzyka – co za wspaniała sztuka. I co za smutny zawód”. A czym jest dla pani?
Pewnie Bizet siedział sam, długie godziny z nosem w nutach i jeszcze musiał się martwić, jak publiczność i krytycy przyjmą jego kompozycje. Nie zapominajmy, że „Carmen” – obecnie najsławniejsza opera na świecie, była kompletną klapą i pośrednio doprowadziła do śmierci Bizeta. Co prawda moje ostatnie przedstawienie „Carmen” też było dosyć nieszczęśliwe i mało nie doprowadziło do mojej śmierci (w marcu 2010 roku podczas premiery „Carmen” w krakowskiej operze artystka zasłabła i została przewieziona do Centrum Kardiologii w Aninie – przyp. red.), ale i tak kocham ten zawód! Owszem, to bardzo ciężka praca wymagająca wielu wyrzeczeń, ale też dająca wielką satysfakcję.
Jakie było największe wyzwanie z jakim musiała się pani zmierzyć na scenie?
Trudno określić największe wyzwanie, bo każde było wielkie dopóki nie zostało „pokonane”. Pamiętam jak po raz pierwszy otworzyłam wyciąg fortepianowy „Carmen” i zmierzyłam się z francuskim tekstem. W efekcie nie przyjęłam propozycji. Dopiero po dwóch latach, po francuskiej „wprawce”, jaką była rola Charlotty w „Werterze” Masseneta, przyjęłam propozycję Carmen w operze warszawskiej. Ciężkim wyzwaniem była też Judyta w „Zamku Księcia Sinobrodego” śpiewana po... węgiersku. Z wokalnego punktu widzenia trudna była rola Santuzzy w „Cavallerii Rusticanie” Mascagniego i rola księżniczki Eboli w „Don Carlosie” Verdiego. Obie te role są z pogranicza dramatycznego sopranu i mezzosopranu.
Jeśli chodzi o trudności związane z wymaganiami reżyserów, to nigdy nie sprawiały mi kłopotów poza minionymi dwoma latami, kiedy zmagałam się ze skomplikowaną chorobą i wejście po paru schodkach było dla mnie dużym wysiłkiem.
Ma pani wiele ról w dorobku, śpiewa pani w dziewięciu językach. Czy zdarza się pani jeszcze odczuwać jakiś lęk przed pomyłką?
Ostatnio zakres języków rozszerzył się do jedenastu. Lęk jest zawsze. Choć w miarę rozwoju techniki wokalnej i świadomości scenicznej udaje się nad nim panować.
Czy często zdarza się pani osiągać z kolegami wyższy poziom porozumienia na scenie?
Tak. Ostatnio w Seattle Opera, gdzie śpiewałam Dulcyneę w „Don Kichocie” Masseneta z doskonałym zestawem solistów, świetnym chórem i orkiestrą pod dyrekcją Carlo Montanaro. Była to wielka przyjemność dla nas wszystkich a także dla publiczności. Napięcie i emocje, które emanowały ze sceny, porwały wszystkich. Mieliśmy stojącą owację. Carlo Montanaro właśnie pracuje nad „Turandot” w Operze Narodowej w Warszawie. Jestem przekonana, że będzie to świetne przedstawienie.
Często podkreśla pani, że jest przeciw koturnowości opery. Jak zatem stara się pani przyciągać do niej młodego, niewysmakowanego jeszcze w wyższej sztuce widza?
Staram się być prawdziwa. Mam świadomość, że jestem częścią całości, która jest wizją reżysera i dopasowuję się do wymagań, nie tracąc jednak własnej osobowości. Muszę sama uwierzyć w swoją postać, żeby móc przekonać widzów. Zwłaszcza młodzi ludzie są wyczuleni na każdy fałsz.
Jak pani odreagowuje po premierze? Rozumiem, że upust swoim emocjom daje pani w trakcie przedstawienia, ale co pani robi po oklaskach, gdy opadnie kurtyna...
Emocje podczas przedstawienia są ogromne. Nie gasną wraz z opadnięciem kurtyny. Na ogół potrzebuję dwóch-trzech godzin, żeby się wyciszyć. Najczęściej ten czas spędza się na kolacji. Potem padam.
A jak się pani relaksuje i jak dba o swoją urodę?
Śpię, oglądam filmy, czytam książki, lubię słuchać muzyki ambientnej, biorę masaż, gorącą kąpiel... Czasem chodzę na basen, jogę, siłownię, jeżdżę na rowerze. Niestety za mało regularnie. Jeśli chodzi o zabiegi pielęgnacyjne, to przynajmniej raz w miesiącu jestem u fryzjera. Czasem częściej, bo zmuszają mnie do tego „publiczne obowiązki” – sesje zdjęciowe, wizyty w telewizji, itd. Dużo kosmetyków dostaję od firm – czasem się do czegoś przywiążę, ale generalnie testuję bardzo różne kremy. Zasadniczo staram się dbać nie tyle o urodę, co o kondycję fizyczną. I zawsze mam w planach, żeby schudnąć, ale kiedyś się za siebie wezmę.
Lubię bywać w SPA, ale mało mam na to czasu. Najczęściej korzystam z masażu. W 2004 roku razem z Sebastianem Olko wydaliśmy ambientną płytę „Panta Rhei”. Patronat nad tym dziełem objął instytut Thalgo i zaproponował całoroczną opiekę nad moją urodą. Z radością przyjęłam tę ofertę, ale tak rzadko miałam okazję korzystać z dobrodziejstwa firmy, że ostatecznie całoroczna opieka rozciągnęła się na wieloletnią. Taką „opiekę” zaproponowały mi też Studio no.1 z Krakowa i salon Franc Provost na Nowym Świecie w Warszawie. Ze wszystkich korzystam chętnie, acz sporadycznie.
Często odwiedza pani swój hotel?
Wypoczywam raczej w cudzych hotelach. W moim hotelu – Via Appia – w Sękocinie Starym jadam obiady z rodziną i przyjaciółmi. Najczęściej w weekendy. Zapraszam.
Jak pani godzi miłość do muzyki
z miłością macierzyńską?
Mam wielkie serce (śmiech). Tak naprawdę te miłości sobie nie przeszkadzają. Poza tym moja córka Alicja jest już dorosła i ma swoje życie. Jesteśmy bardzo związane i nawet jeśli nie ma mnie w Polsce to dużo rozmawiamy przez Internet, więc jestem zawsze na bieżąco z jej sprawami. W tym roku czeka nas dużo stresu, bo Alicja zdaje maturę i wybiera się na studia.
W czym córka przypomina panią, a czym się różni?
Alicja ma dużo większą wiedzę i dojrzałość niż ja miałam w jej wieku. Jest silna, optymistyczna, wytrwała, zorganizowana, pewna siebie i to są cechy, które nas łączą. Obie też robimy straszny bałagan. Natomiast jest bardziej asertywna niż ja i tego jej zazdroszczę.
Czy Alicja pójdzie w pani ślady?
Alicja też wybrała kierunek artystyczny, jest to sztuka mediów i scenografii. Niby nie ma to nic wspólnego ze śpiewaniem, ale mam cichą nadzieję, że kiedyś będzie nam dane spotkać się na scenie.
Jest pani bardzo zapracowaną osobą. Nie męczy pani to ciągłe życie w biegu?
Męczy. Podróże przez ocean, zmiany czasu, wieczne pakowanie i rozpakowywanie walizek, uczenie się na pamięć tomów tekstów w różnych językach, ale satysfakcja po spektaklu i owacje publiczności wynagradzają ten cały wysiłek.
Jakie są pani plany na przyszłość?
Maj spędzam głównie w Berlinie, gdzie będę śpiewała Dalilę u boku Jose Cury jako Samsona. Mam dwa kolejne kontrakty w Seattle: Carmen na przełomie września i października tego roku i w przyszłym Judyta w „Zamku Księcia Sinobrodego”. W naszej Operze Narodowej znów będę Hrabiną w „Damie Pikowej”. Na pewno w tym roku wyjdzie płyta z ambientną wersją kolęd, do których przymierzamy się już od paru lat. Będzie to aranżacja Sebastiana Olko w podobnej konwencji, co moja ulubiona „Panta Rhei”. Bedzie też dużo koncertów w Polsce. W kwestii szczegółów proszę śledzić kalendarium na mojej stronie www.walewska.net Na koncertach będzie dostępna płyta „Farny”, o którą tak często państwo pytają, a także DVD z przedstawienia „Carmen” w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Te wydania niestety są rzadko dostępne w sklepach. W zasadzie można je kupić tylko na koncertach i przez Internet. Tak więc, serdecznie zapraszam na koncerty!
Rozmawiała:
Agnieszka Saracyn-Rozbicka

NIE MOGĘ OBEJŚĆ SIĘ BEZ:
Tusz do rzęs: Max Factor 2000 Calorii
Fluid: Ostatnio testowałam Sephorę i Max Factor
Pomadka: nie mam preferencji, lubię jak dobrze natłuszcza usta
Baza pod makijaż: DAX Cosmetics
Kremy: ostatnio szwajcarski Rare Minerals
Mleczko do ciała: nie używam
Perfumy: Guerlain z serii Allegoria-Pamplune i Herba Fresca, Dior J’adore







