
Olga Bończyk – aktorka teatralna, filmowa, a także wokalistka. Popularność zdobyła za sprawą roli dr Edyty Kuszyńskiej w serialu „Na dobre i na złe”. Na żywo można zobaczyć ją na deskach takich teatrów, jak: Roma, Rampa, Capitol czy Kamienica. Obecnie przygotowuje się do nagrania solowej płyty.
Ludzie od wieków zastanawiali się nad pojęciem „piękna”. Pokusiłaby się pani o definicję?
Piękno kojarzy mi się z czymś bardzo miłym, przyjemnym dla oczu, dla ucha, np. zachwycającym obrazem czy porywającą muzyką. W końcu piękno ma wiele twarzy i na wiele sposobów można je postrzegać. Osobiście sądzę, że piękno ma swój początek w symbiozie różnych elementów, takich jak harmonia, odpowiedni nastrój, pozytywna energia, uczucie ukojenia, etc. To jak postrzegamy daną rzecz jest bardzo względne i uwarunkowane właściwym miejscem, momentem…
Czyli prawdziwe są słowa piosenki Dżemu, że „w życiu piękne są tylko chwile”.
Zdecydowanie tak. W naszym życiu podążamy różnymi ścieżkami i przytrafiają nam się chwile – dobre, smutne, czasami tragiczne. Oczywiście najbardziej lubimy te najlepsze i o nich zazwyczaj pamiętamy. Jednak myślę, że warto również zatrzymać w sobie chwile złe i wyciągnąć z nich naukę po to, by umieć docenić momenty piękne. Często spotykam ludzi, którzy po traumatycznym zdarzeniu potrafią się potem cieszyć z małych rzeczy, jak uśmiech, przytulenie kogoś bliskiego. Uważam, że powinniśmy nauczyć się doceniać piękne i szczęśliwe chwile, których w swoim życiu doświadczyliśmy.
Co pani czuje, gdy ktoś mówi, że jest pani piękną kobietą?
To jest zawsze bardzo miłe. Każda kobieta chciałaby to często słyszeć. Jednak z przykrością stwierdzam, że współcześni panowie z prawieniem komplementów mają kłopoty, a w pogoni za lepszym jutrem nie zwracają uwagi na ślicznie opadający kosmyk włosów na twarzy partnerki, czy jej nowy kolor sukienki. Za rzadko mówią: „Kochanie, jak ty pięknie wyglądasz” i nie pozwalają nam przeglądać się w swoich oczach, które są dla nas najlepszym zwierciadłem. Może wynika to z lęku, żeby nie zostać zaklasyfikowanym do mężczyzn metro- lub homoseksualnych, którzy zawsze przywiązują wagę do detali. W końcu stereotypowy macho mówi głównie o sporcie, a nie o pięknych rzeczach. Dlatego apeluję do mężczyzn, żeby spróbowali zachwycać się nawet drobiazgami i odważali się częściej mówić miłe rzeczy swoim partnerkom.
A panowie, jak chcą to potrafią… Ewa Minge przygotowując swoje kolekcje często korzysta
z porad mężczyzn, gdyż zależy jej, żeby kobieta ubrana w jej kreację przede wszystkim podobała się płci przeciwnej. Coś w tym jest. Jedna z moich koleżanek z teatru któregoś dnia przyszła w prześlicznej sukience. Okazało się, że mąż kupił ją jej „na oko”. Fenomenalne! Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o gotowanie. Według mnie lepszymi kucharzami są mężczyźni. Nie wiem z czego to wynika, ale panowie posiadają świetną intuicję, nie muszą próbować setek razy przygotowywanej potrawy. Po prostu wiedzą, co zrobić, żeby była pyszna. To tylko dowodzi tego, że mężczyźni powinni wydobywać z siebie tę intuicyjność w poszukiwaniu piękna, a nie bać się, że jest to niemęskie.
Czy uroda pomogła pani w sukcesie zawodowym?
Chciałabym wierzyć, że nie. Mam nadzieję, że czynnikiem determinującym to, że zaangażowano mnie do filmu był dobrze zagrany casting, a nie ładna buzia. Swoją drogą w zawodzie aktora lekkie braki zawsze można uzupełnić charakteryzacją. A czy uroda pomaga mi w życiu prywatnym? To już trzeba by spytać panów (śmiech), chociaż ja bym urody nie przeceniała w relacjach międzyludzkich czy zawodowych. Może to wynika z własnych doświadczeń. Nawet najpiękniejsza kobieta, jeśli nie zagra dobrze roli, wypada blado i nikt na nią nie zwraca uwagi.
Nie ocenia pani osób po wyglądzie zewnętrznym?
Powiem tak, nie oceniam po urodzie. Natomiast, jeśli mężczyzna jest schludnie ubrany, to jego akcje idą w górę (śmiech). A jeżeli ma tylko ładną buzię, a jest „wczorajszy”, to nie zrobi na mnie wrażenia i myślę, że wiele osób się ze mną zgodzi.
Czy według pani istnieje ideał piękna?
Zawsze mi się wydawało, że tak jest. Jednak z czasem zweryfikowałam swoje poglądy, bo szybko okazało się, że coś co mnie się podobało nie zrobiło wrażenia na kimś innym. Każdy z nas ma inne wyobrażenie szczęścia, piękna i tego, do czego zmierza w życiu. Nie ma absolutnego piękna. I dobrze, bo co by się stało gdybyśmy wszyscy dążyli do tego samego ideału? Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Dobrze, że poszukujemy piękna idealnego w sobie, a nie w innych osobach. Chociaż jest wiele kobiet, które przez różnego rodzaju zabiegi i operacje chcą stać się kimś innym. To są ich wybory i ich dążenie do absolutu. Ja na razie trzymam się od tego z daleka. Nie mówię, że w przyszłości nie poddam się żadnemu zabiegowi, jednak, póki co, w pełni akceptuję siebie i nie czuję potrzeby zmian. Szczęśliwie jestem tak genetycznie wyposażona, że pomimo swoich 43 lat nie mogę narzekać na stan skóry, jest naprawdę niezły. Poza tym, nie mam ani jednego siwego włosa, więc dopóki tak będzie, nie zamierzam sięgać po farby.
Ostatnio w garderobie rozmawiałam na ten temat z Marysią Pakulnis, która jest dla mnie uosobieniem prawdziwego piękna dojrzałej kobiety. Jest też przykładem, że ludzie, pomimo upływu lat nie wyglądają na swój wiek, gdy czuć bijącą od nich samoakceptację i wewnętrzne piękno. Liczy się to, co niesiemy ze sobą i to jest naszą siłą napędową.
W takim razie jak pani dba o urodę?
Staram się zatrzymywać czas używając dostępnych kremów. Zabiegi, z których można skorzystać w SPA to jedyne dobrodziejstwa, na które sobie pozwalam mając chwilę wolnego czasu. Korzystam z nich, np. latem, kiedy jadę na zawody tenisowe do hotelu Jawor w Bielsku Białej. Pracujące tam panie wiedzą, jaki zabieg na bazie kosmetyków firmy Babor zastosować do mojej cery, żeby błyskawicznie ją rozświetlić i odmłodzić o kilka lat.
Natomiast na co dzień moja pielęgnacja ogranicza się do wklepywania kremów i balsamów. Ostatnio odkryłam masło kakaowe firmy Ziaja. Skóra po jego zastosowaniu jest jedwabiście gładka i przy tym pięknie pachnie.
Dodatkowo staram się dobrze odżywiać. Zawsze starannie dobieram produkty, z których gotuję. Nie bez kozery ktoś mądry powiedział, że jesteśmy tym, co jemy. Ja dbam o to od kilkudziesięciu już lat i chyba właśnie dzięki temu na nic nie choruję i nie mam problemów ze zdrowiem.
Według jakich kryteriów dobiera pani kosmetyki?
Zawsze patrzę, żeby na etykiecie kremu był napis plus 40. Ważny jest dla mnie skład. Mam bardzo suchą cerę dlatego używam kremów mocno nawilżających, a zimą wręcz tłustych. Zależy mi także, żeby po posmarowaniu się na noc nie obudzić się ze spuchniętą twarzą, bo niestety wiele kremów mnie uczula i omijam je z daleka. Lubię wypróbowywać nowości. Czasami zaszaleję i kupię coś markowego, jak Shiseido, czy Kanebo. Jakiś czas temu dostałam od firmy Dermika serię ze złotem 24K i uważam, że jest fantastyczna. Super się wchłania i świetnie się po niej czuję. I nie widzę różnicy między kremami za 300 zł a tymi za 80 zł.
A jeśli chodzi o trudną sztukę makijażu?
Uwielbiam się malować! Jeśli rano mam czas, to eksperymentuję z paletą barw i cieni. A mam w czym wybierać, bo inwestuję w dobre jakościowo pomadki, tusze, pudry, etc. Przyznam też, że zawsze miałam w sobie taką smykałkę wizażysty. Wystarczy, że na kogoś spojrzę i wiem co zrobić, żeby go upiększyć. Skończyłam nawet szkołę charakteryzacji telewizyjno-teatralnej. Makijaż naprawdę może zdziałać cuda. Nie można z nim tylko przesadzić.
No właśnie. Szekspir napisał „zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem. Zbyt mądrze piękna, stąd istnym jest głazem”. Co zrobić, żeby posągowość nie przysłoniła kobiecości?
To jest bardzo trudne, zwłaszcza dla aktorki, której role wpisały się niejako w postrzeganie jej z zewnątrz. Ja dość mocno kojarzę się z rolą Edyty Kuszyńskiej. Została ona świetnie nakreślona przez Ilonę Łepkowską jako pełnokrwista, niedostępna, piękna kobieta, której posągowość sprawia, że mężczyźni nie potrafią się jej oprzeć. Jest coś pociągającego w takich kobietach, bo one pod maską niedostępności potrafią być bardzo ciepłe i przyjazne. Przykładem takiej posągowej kobiety jest Beata Tyszkiewicz. Na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie, że jest wyniosła, a gdy pozna się ją bliżej okazuje się, że jest osobą niezwykłą i wyjątkową, o niebywałej inteligencji, błyskotliwości i nieprawdopodobnym poczuciu humoru, również na własny temat, co jest rzadkie wśród artystów.
W kobiecie posągowej jest tajemnica i chęć jej poznawania. W kobiecie-głazie,
o której wspominał Szekspir jest lód i zimno. Nie wiem jak długo można chcieć kruszyć lód, ale dla mnie taka kobieta chyba niewiele ma do zaoferowania...
A zna pani przepis na bycie kobietą tajemniczą?
Moja koleżanka wyjawiła mi kiedyś swoją receptę na udany związek. Otóż ona w ciągu kilkunastu lat trwania małżeństwa nigdy przed swoim partnerem nie odkryła się do końca. Zostawiła pewien rodzaj niepewności, niedopowiedzenia. Wyczuwa się, że choć są bardzo udaną parą i świetnie się ze sobą dogadują, żadne z nich nie wie, na ile stać tę drugą osobę. Wiem, że to brzmi dość okrutnie, ale dzięki temu oboje mają ciągle poczucie, że muszą o siebie walczyć. I to jest piękne, bo chociaż mają długi staż i dwójkę dzieci to nadal są w nich obecne emocje jak na początku znajomości. Wyznam szczerze, że choć znam ich wiele lat i obserwuję, to sama nie wiem jak to osiągnąć. Ja, kiedy się zakocham po prostu zapadam się w swoim mężczyźnie. Oddaję się bez reszty i postępuję zupełnie inaczej: otwieram się na wszystko, sprzątam, gotuję, zamieniam się w kompletną kurę domową. I prawdopodobnie to mnie gubi, dlatego przyglądam się swojej koleżance i może kiedyś uda mi się rozszyfrować tę jej sztuczkę. (śmiech)
Wspomniała pani na początku wywiadu, że piękno to odkrycie harmonii. Znalazła ją pani?
Cały czas jej poszukuję, ale jestem na dobrej drodze. W mojej pracy nigdy nie można być spełnionym. Każdy spektakl, koncert kiedyś się kończy, jednak my artyści żyjemy na telefon, jesteśmy zapraszani do kolejnych projektów i to jest siłą naszego zawodu, że ciągle coś się zmienia. Nie ma tu szczytów. Ktoś kiedyś powiedział, że aktor tyle jest wart, ile jego ostatnia premiera i myślę, że coś w tym jest. Dlatego trzeba ciągle iść naprzód, ciągle robić nowe rzeczy, żeby w tym zawodzie utrzymać się na powierzchni. Mam to szczęście, że w pracy osiągam zamierzone cele. To, że mój kalendarz jest wypełniony spektaklami daje mi spokój i poczucie, że istnieję.
A w życiu prywatnym?
W życiu prywatnym także szukam swojego piękna, harmonii i spełnienia. Szukam i staram się cieszyć każdą chwilą dobrą, i umieć doceniać to, co jest w moim życiu dobre. Jestem na fajnym etapie swojego życia. Z każdym dniem potrafię lepiej każde potknięcie przyjmować za dobrą monetę i tłumaczyć sobie, że tak miało być, że czemuś to służy. W ostatnich latach np. walczyłam o to, żeby nagrać płytę. Wciąż się nie udawało, coś się waliło, musiałam wstrzymać pracę, a inni koledzy czy koleżanki swoje plany realizowali bez problemu. Jednak nie poddaję się. Wierzę, że nagranie płyty to cel, który wkrótce osiągnę. Być może zabierałam się do tego niewłaściwie i z niewłaściwymi ludźmi, co potem mogłoby skończyć się klęską artystyczną. Chcę wierzyć, że moja płyta do tej pory nie powstała, bo ktoś tam na górze starannie krzyżował te plany, żeby nie dopuścić do bezsensownego marnotrawstwa. Muszę więc cofnąć się o krok, znaleźć dystans do siebie i swoich marzeń muzycznych. I może otworzyć inne drzwi?...
Paul Clodel powiedział, że od muzyki piękniejsza jest tylko cisza. Pani rodzice byli głuchoniemi, więc zna pani smak ciszy. Czy naprawdę jest aż tak piękna?
Kiedyś ktoś zadał mi pytanie, co jest dla mnie w życiu luksusem? Odpowiedziałam, że niezmiennie jest nim cisza. Wychowałam się w domu, w którym ciągle panował spokój, czasem tylko zaburzany przeze mnie i mojego brata. I do dzisiaj łapię się na tym, że kiedy jestem sama w domu to spędzam czas w ciszy. Myślę, że ciągle tkwi we mnie taki rodzaj automatu i podświadomego komfortu, który daje mi ta cisza. Często, jak przychodzę w gości to w tle jest włączony telewizor. Zastanawiam się, po co? Ilość dźwięków, które wprowadzamy zaburzają naszą koncentrację, nie potrafimy skupić się na rozmowie. Uwielbiam ciszę. To dzięki niej możemy usłyszeć własne myśli, możemy przeanalizować wiele rzeczy, czy szczerze porozmawiać ze sobą i drugim człowiekiem. Polecam wszystkim. Ciszy można się nauczyć i traktować ją jak luksus.
Dziękuję za romowę
Agnieszka Saracyn-Rozbicka

Nie mogę się obejść bez:
Tusz do rzęs: MAYBELLINE THE COLOSSAL VOLUM EXPRESS – doskonale wydłuża rzęsy, nie uczula Fluid: MAX FACTOR MIRACLE TOUCH – fantastycznie wyrównuje niedoskonałości cery, jest bardzo nawilżający, co przy mojej suchej skórze jest dodatkowym atutem Pomadka: używam wielu różnych pomadek, w zależności od okazji i potrzeby. Latem wystarczy błyszczyk (doskonałe są ARTDECO) lub nawet pomadka nawilżająca NIVEA. Na scenę uwielbiam malować się pomadkami DIORA, które w moim przekonaniu są bardzo mięsiste i trwałe Baza pod makijaż: w zasadzie krem najczęściej mi wystarczy, ale czasami stosuję podkład LÉEAL’A Kremy: ostatnim moim odkaryciem są kremy DERMIKI GOLD 24K – fantastycznie działają na moją skórę, nie uczulają i z dnia na dzień widzę korzystne ich działanie. Do ciała: przez cały rok używam masła do ciała – ostatnio kakaowego firmy ZIAJA – fenomenalne! Perfumy: CHLOE – absolutnie mnie oczarowały zeszłego roku i nie rozstaję się z nimi ani na krok








