StoryEditor
Producenci
20.04.2022 00:00

Barbara Goździkowska: Potrzebowałam zmian po życiu w korporacyjnym kokonie

Po korporacji człowiek nie jest od razu gotowy na własny biznes, ponieważ w korporacji ma się bezpieczną otoczkę – są ludzie, procesy, narzędzia i pieniądze. Umie się dużo i nic się nie umie. Kiedy trzeba zacząć robić wszystko samemu od zera, nie jest to proste – mówi Barbara Goździkowska, była prezes Avon Cosmetics Polska, prezes spółki Natura a obecnie właścicielka swojej własnej kliniki piękności, z którą rozmawiamy o karierze, kobiecych sukcesach i demonach, o stereotypach dotykających kobiety w biznesie.

Czy pamięta Pani, kiedy zaczęła Pani zawodową pracę?

Oczywiście, że pamiętam, było to bardzo dawno (śmiech). To był 1994 rok, niedługo minie 30 lat. Swoją karierę zawodową zaczynałam w Avonie i przepracowałam tam 25 lat. Bardzo długo, ale uczciwie mogę powiedzieć, że było to wspaniałe doświadczenie w moim życiu. Avon był wtedy start-upem, a w nich – jak wiadomo – wszystko robi się samemu. Firma dopiero weszła do Polski, tworzyła struktury i ja – taka świeżo po studiach – miałam fantastyczną szansę, żeby się wszystkiego nauczyć. Odpowiadałam za marketing, byłam tłumaczem, copywriterem, przygotowywałam spotkania dla pań konsultantek, nawet oprawę tych spotkań. Później moja kariera zaczęła się szybko rozwijać, tak samo, jak dynamicznie rozwijała się firma. To były fajne czasy, gdy retail nie był tak mocny, nie było jeszcze masowej dystrybucji, było to przed naszym wejściem do Unii Europejskiej. Chyba każda kobieta w Polsce znała kosmetyki Avon i ich używała.

Jak trafiła Pani do Avonu?

Skończyłam studia, jestem po SGH, wtedy był to kierunek Handel Zagraniczny. W trakcie studiów miałam własną szkołę języka angielskiego – właściwie to był mój pierwszy kontakt z biznesem. Do polski zaczęły wchodzić korporacje. Podjęłam decyzję, że jednak nie będę kontynuowała własnej działalności, praca w korporacji była modna i ten świat mnie pociągał. Pojawił się Avon, amerykańska firma – wtedy to było jak złapanie Pana Boga za nogi.

Avon wtedy to była faktycznie korporacja, czy taka korporacja po polsku?

Na początku to był start-up, wzorce były amerykańskie. Dyrektorem generalnym był fantastyczny człowiek, Amerykanin. Mówił o wartościach, co było wówczas dla mnie zupełnie niezrozumiałe. O co chodzi? Jakie wartości? Jesteśmy tutaj, żeby robić robotę. On nauczył mnie przywództwa. To był mądry i niesamowicie ukształtowany człowiek, który mówił: ludzi trzeba rozwijać. Po każdym spotkaniu dawał nam informację zwrotną – dobrą lub korygującą, zawsze była. Ta jego uważność była naprawdę niesamowita.

Jak Pani kariera się rozwijała?

Na początku byłam koordynatorem ds. marketingu. To praktycznie taka osoba od wszystkiego. Później, przez to że Polska zaczęła się szybko rozwijać i dostrzeżono potencjał rynku, to pełne struktury działające już wówczas na innych rynkach, amerykańskim i europejskich, zaczęły być przenoszone do Polski. Bardzo szybko zostałam menedżerem ds. marketingu, później dyrektorem, nie tylko na Polskę, ale dołączaliśmy także takie rynki, jak Czechosłowacja, Węgry, Rumunia. W ciągu 4-5 lat stałam się dyrektorem marketingu na region, to bardzo szybko. Na pewno nie byłam gotowa, ale byłam ambitna, pracowita. Oczywiście bałam się okropnie, czy sobie dam radę, ale jak to się mówi – pełna mobilizacja, korona na głowę i do przodu (śmiech). Aż wreszcie doszłam do najwyższego stanowiska dyrektor generalnej Avon Cosmetics Polska.

Jakie miała Pani wtedy w sobie cechy, które predestynowały Panią do bycia menedżerem, do zarządzania zespołem?

Na pewno bardzo się angażowałam i zawsze angażuję w to co robię – na sto procent. Mam poczucie odpowiedzialności, realizuję cele. Ale też buduję relacje, zarówno z szefami, jak i z zespołem. W Avonie nie myśleliśmy, że pracujemy dla kogoś, traktowaliśmy to jak nasz własny biznes. Mówiąc potocznie – niesamowicie nas to kręciło. Z osobami z tego zespołu do dzisiaj utrzymujemy kontakty, mimo że zawodowo i prywatnie jesteśmy w różnych miejscach. Byliśmy fajną, zgraną ekipą, mieliśmy wspólny cel. To była nasza wielka pasja.

A wracając do zarządzania – myślę, że moje zaangażowanie i chęci pokrywały deficyty, bo wszystkich kompetencji na początku swojej kariery zawodowej się nie ma. Trzeba je rozwijać i tu warto dodać, że Avon bardzo dużo inwestował przede wszystkim w rozwój przywództwa. W latach 90. to nie było w Polsce popularne, nie mówiło się o tym, jak budować zespoły, jak motywować ludzi. Tymczasem w Avonie kształtowanie cech lidera to był bardzo ważny element rozwojowy i jestem firmie za to wdzięczna.

Avon to kobiety. Tysiące konsultantek. Jak się pracuje z kobietami?

Przede wszystkim chciałabym podkreślić, że bardzo lubię pracować z kobietami. Większość naszego zespołu to były kobiety. Dlatego, że to branża beauty, a także dlatego, że Avon miał w sobie misyjność. I ma do dzisiaj, choć wydaje mi się, że wtedy była jeszcze bardziej adekwatna. Mówiliśmy o tym, że kobiety potrzebują swojej przestrzeni, swoich pieniędzy. Poprzez rolę konsultantki pokazywaliśmy, że nawet w małych miejscowościach kobieta, która nie ma specjalnie dużo możliwości zrobienia kariery, jest w stanie zdobyć choć trochę niezależności i własnych pieniędzy. To było bardzo istotne. Empowement, wsparcie – dziś dużo się o tym mówi. A my już te 30 lat temu działaliśmy w tym zakresie.

Chyba właśnie dlatego byłam w Avonie tak długo. Jeździłam w teren, w Polskę, na spotkania z kobietami. One opowiadały swoją historię – jak Avon zmienił ich życie. Mówiły to ze łzami w oczach. Dla mnie było to niezwykłe i tak emocjonalne. Czułam, że nie tylko sprzedaję kosmetyki, robię wynik, realizuję cel finansowy firmy – co jest istotne – ale przede wszystkim pomagam kobietom.

Te kobiety nabierały wiary w siebie, odważały się wyjść z domu, co nie dla wszystkich było takie proste. Przez to, że dołączały do zespołów, zaczęły pracować razem, miały wsparcie, szkolenia, budowały sobie swoje małe, własne biznesy, które dawały im ogromną satysfakcję i własne pieniądze. Myślę, że musimy też otwarcie powiedzieć, że wiele kobiet żyło w bardzo przemocowych rodzinach. Nie pracując zawodowo nie miały dochodu i tkwiły w toksycznym środowisku. Avon symbolicznie i w praktyce wyciągał rękę – nie mając kompetencji mogły budować swój mikrobiznes. Odkryły w sobie talenty, były w stanie zmienić swoje życie. I to było dla mnie niezwykłe.

Widzę, że do tej pory mówi Pani o tym ze wzruszeniem…

Tak, ciągle czuję te emocje. Jestem kobietą, więc doskonale rozumiem problemy, z którymi się mierzymy na różnych poziomach. Pomimo 30 lat doświadczenia w mojej głowie też są myśli – czy ja sobie poradzę, czy jestem gotowa. Mamy swoje…

Ograniczenia?

Powiedziałabym raczej – demony. Kobiece wsparcie jest bardzo ważne. Widzę to też teraz, w mojej firmie, w klinice. Czasem zaczyna się od drobnej zmiany, która wpływa na samopoczucie, a to później pomaga ułożyć też np. pewne rzeczy na poziomie mentalnym. Przede wszystkim kobieta musi w siebie uwierzyć. Wielu kobietom, dziewczynom, z którymi pracowałam w przeszłości, bardzo fajnie poukładało się życie zawodowe i to jest dla mnie duża satysfakcja. Zaczynałyśmy razem, w dobrym środowisku, gdzie mogły w siebie uwierzyć, rozwijać się i potem już poszły dalej. Liczę na to, że troszkę pomogłam w tym, żeby im te skrzydła wyrosły.

Przychodzi mi w tym momencie na myśl Ewa Chodakowska, która gromadzi kobiety wokół siebie, wspiera je, pokazuje, że zaczyna się od wzmocnienia swojej fizycznej siły, zdrowia, a za tym idzie siła psychiczna. Wiele kobiet to poświadcza, że udało im się wyjść z różnych toksycznych i często tragicznych relacji, gdy poczuły, że one same są silniejsze.

Właśnie – to musi być taki impuls. Kobieta musi w siebie uwierzyć i można tę wiarę w niej wykrzesać na różne sposoby. Ja panią Ewę Chodakowską bardzo podziwiam, bo zrobiła kawał dobrej roboty.

Czy czuła Pani kiedykolwiek nad sobą osławiony szklany sufit? Że jest Pani traktowana inaczej, że musi się Pani starać bardziej? A może ktoś wydobywał z Pani pewne cechy, których wcale nie chciałaby Pani eksponować, a musiała Pani, żeby realizować cele?

Powiem szczerze, że tak… Robiłam karierę relatywnie wcześnie. Zostałam dyrektorem mając mniej niż 30 lat. Większość dyrektorów generalnych i wyżej – to byli mężczyźni, często zdecydowanie starsi ode mnie. Nie ukrywam więc, że było to trochę na zasadzie: „A co Ty mi tu dziewczynko pokażesz?” Musiałam się bardziej starać i być dość asertywną, stawiać pewne granice.

To często nie były łatwe doświadczenia, to była praca nad sobą. Nauczyłam się refleksji. Nawet jak byłam niezadowolona z jakiejś sytuacji, bo np. uważałam, że źle poprowadziłam jakąś rozmowę, to starałam się wrócić do tego, przemyśleć, wyciągnąć wnioski. Ciągle nad sobą pracowałam, żeby móc poradzić sobie w trudniejszych sytuacjach.

Korporacja to są też różne schematy, gry, polityka, więc zdecydowanie trzeba było nie tylko kompetencji i umiejętności realizowania celów, ale też umiejętności dostosowywania się, a zarazem budowania relacji i stawiania granic, były bardzo potrzebne. I to nie były łatwe doświadczenia. Powiem otwarcie: nie lubię tego. Wolę pracować transparentnie i tak samo otwarcie komunikować się z ludźmi, skupiać się na priorytetach, ale nie zawsze tak się da.

Generalnie kobieta w przestrzeni zawodowej zawsze musi udowodnić więcej, zawsze musi się bardziej postarać. To się nie zmieniło.

Które opinie o kobietach w biznesie uznałaby Pani za krzywdzące stereotypy?

Jest sporo stereotypów i półprawd. Na przykład to, że kobiety są nadmiernie emocjonalne, egzaltowane. To nieprawda. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że tych wewnętrznych rozterek często mężczyźni mają więcej. I są większymi plotkarzami (śmiech). Często o kobietach, które są stanowcze i pewne siebie mówi się, że są agresywne. To nieprawda. Są decyzyjne. Myślę, że czas najwyższy, abyśmy skończyli z szufladkowaniem ludzi. I kobiet i mężczyzn.

Menedżerowie zazwyczaj często zmieniają pracę, Pani w jednej firmie była bardzo długo.

No cóż, byłam dinozaurem (śmiech). A na poważnie to właśnie dlatego, że miałam możliwość pracy w bardzo różnych obszarach – lokalnie, regionalnie i globalnie. Inaczej pracuje się lokalnie, jest to praca operacyjna, bardziej tu i teraz, realizacja bieżących wyników. Praca globalnie to już zdecydowanie działanie strategicznie, cross-funkcyjne. Było to ciekawe i rozwijające, bo mogłam sprawdzić, w czym czuję się najlepiej. A zdecydowanie wolę być tu i teraz, lubię pracę u podstaw. Na stanowiskach globalnych jest interesująco, ale tak naprawdę na wiele obszarów biznesu nie ma się bezpośredniego wpływu.

Poznałam w każdym razie siebie lepiej. Awansowałam na stanowisko dyrektor generalnej. To niewątpliwie motywujący sukces. Po 25 latach stwierdziłam jednak, że nic więcej nie jestem w stanie osiągnąć. Z czasem przychodzą też refleksje – czy ja na pewno chcę przez całe życie zostać w jednym miejscu, czy jednak warto szukać nowych dróg?

Uznała Pani, że warto. Już wtedy myślała Pani o własnym biznesie?

Tak, myślałam, ale moim zdaniem po korporacji człowiek nie jest od razu gotowy na własny biznes.

Dlaczego?

Ponieważ w korporacji ma się taką bezpieczną otoczkę – są ludzie, procesy, narzędzia i pieniądze. Umie się dużo i nic się nie umie. Kiedy trzeba zacząć robić wszystko samemu od zera, nie jest to proste.

Chyba rozumiem, o czym Pani mówi. Pomimo wielu wad korporacyjnego systemu, można powiedzieć, że w porównaniu do prowadzenia własnej firmy – jest w nim wygodnie.

Ma się wsparcie w każdym obszarze. Do wielu zadań, mówiąc potocznie, ma się ludzi. Wielu rzeczy nie robi się samodzielnie. Pracownicy mają bardzo wąskie zakresy odpowiedzialności. Kiedy więc przychodzi ten moment: chcę założyć własną firmę i pytanie „jak to zrobić?”, okazuje się, że nie mam bladego pojęcia (śmiech).

I dlatego zdecydowała się Pani najpierw spróbować pracy w firmie o zupełnie innej strukturze, czyli w drogeriach Natura? Też na stanowisku prezesa.

Po życiu w kokonie korporacyjnym chciałam się sprawdzić. Potrzebowałam dużej zmiany, chciałam jej, czegoś, przy czym trzeba zakasać rękawy i robić robotę. I pod tym względem trafiłam w dziesiątkę.

Myślę, że nie było łatwo.

Nie było, ale bardzo sobie cenię ten czas. Można było wejść do firmy i dużo zrobić w ramach tych ograniczeń, które firma miała. Jedno jest pewne – zeszłam na ziemię. To dało mi dodatkowe przygotowanie do założenia własnej firmy.

Czy w Naturze przydały się Pani poprzednie doświadczenia?

Tak, praktycznie wszystkie. Zarządzanie ludźmi, spojrzenie na wartości i określenie ich dla organizacji, ułożenie procesów i połączenie ich, nawet tak oczywistych, jak to, że produkt musi się znaleźć na półce w odpowiednim czasie, w określonej cenie. Analityczne spojrzenie na biznes, ułożenie strategii. Nie ma chyba nic, co nie przydałoby mi się z korporacji w przełożeniu na Naturę.

A personel sklepów? Wydaje się, że to najtrudniejszy obszar dla firm handlowych. Wymagająca, słabo opłacana i stresująca praca, często osoby, które trafiają do niej z przypadku, wysoka rotacja. Czy próbowała Pani budować kobiece zespoły i dawać dziewczynom w drogeriach wsparcie, jak kiedyś konsultantkom w Avonie?

Odpowiem tak – widziałam tę potrzebę i bardzo duży dysonans pomiędzy centralą a pracownikami w sklepach, tak naprawdę nie było komunikacji pomiędzy tymi dwoma częściami firmy. Z drugiej strony znalezienie menedżera, który rozumie tę potrzebę, gotowego dać pracownikom również swoje emocjonalne zaangażowanie, jest szalenie trudne.

Trzeba też pamiętać, że trafiłam w okres pandemii, kiedy zamykane były sklepy lub ograniczana ich działalność. To wiązało się z redukcjami personelu, bo obroty w handlu gwałtownie spadły. To był bardzo trudny moment – trzeba było podejmować decyzje kosztowe, a z drugiej strony pracować nad tym, żeby pracownicy czuli, że przynależą do fajnej organizacji, która ma przed sobą przyszłość, wizję i strategię.

Myślę, że dla firm handlowych wyważenie, czy inwestować w szkolenia pracowników sklepów, w ich rozwój, czy raczej iść w stronę redukcji kosztów – szczególnie teraz przy wzroście pensji minimalnej i ogólnym wzroście kosztów działalności przedsiębiorstw – to są bardzo trudne decyzje, bo jest to długotrwały i bardzo kosztowny proces, właśnie przez wspomnianą przez panią rotację. Wiele firm podejmuje decyzje o redukcji kosztów, widzimy choćby boom na kasy samoobsługowe. W PLN-ach to wygląda dobrze, ale nie ma co ukrywać, że tracimy na relacjach z klientami, nie budujemy opinii profesjonalisty, doradcy. Część sieci może sobie na to pozwolić, ale jeśli chcemy stworzyć miejsce lojalizujące klientów to trzeba jednak bardzo umiejętnie te działania wyważyć, spojrzeć na pracownika jak na inwestycję, nie jak na koszt.

Przejdźmy do dzisiaj. Na warszawskim Muranowie otworzyła Pani własną klinikę medycyny estetycznej i kosmetologii – klinikę Absolu. Czy to był dawno przemyślany kierunek, czy nagła decyzja pod wpływem popytu na usługi tego typu?

Pomysł kiełkował długo, od kilku lat. Miałam go. Była tylko kwestia decyzji, kiedy. Chciałam działać w branży beauty – jestem w nią „wkręcona”. To moja pasja. Interesuje mnie rynek usług z wykorzystaniem zabiegów i urządzeń, które stymulują skórę twarzy i ciała. Myślę, że w tej branży jest olbrzymi potencjał. Wszystko wskazuje na to, że będziemy żyli coraz dłużej, więc dłużej też będziemy chcieli dobrze wyglądać. Prawda jest też taka, że jeśli chcemy pozostać długo aktywni zawodowo, być w biznesie, to dbanie o siebie, wygląd mają znaczenie.

Myślałam więc o własnym biznesie w tej dziedzinie, ale nigdy nie było dobrego momentu, żeby zacząć. Ostatecznie chyba pandemia wpłynęła na to, że się zdecydowałam. Pomyślałam, że czas się zatrzymać i wreszcie się odważyć, bo też chodziło o przełamanie strachu przed czymś nowym, przed ryzykiem. Tak jak większość osób w pandemii pracowałam jeszcze więcej niż dotychczas, ale też zmienił się styl pracy. Przez ograniczenia przestałam tak często wyjeżdżać i żyć tak bardzo intensywnie, w rozjazdach, na spotkaniach. To dało mi czas na refleksję i impuls, że chyba jest to już ten moment.

I jak jest na tym swoim? Euforia, czy „co ja najlepszego zrobiłam”?

Jednego dnia tak, a drugiego tak (śmiech). Są emocje góra, dół, góra, dół. To był bardzo intensywny czas. Miałam lokal, bo już dawno w niego zainwestowałam, ale było mnóstwo pracy związanej z otwarciem kliniki, podjęcie decyzji, jakie będą wykonywane zabiegi, jaki kupić sprzęt – a kupowałam najlepszy, rekrutacja ludzi. Wystartowaliśmy, ale to się nie kończy, trzeba cały czas o czymś decydować. Będąc pracownikiem z firmy się wychodzi, często po kilkunastu godzinach pracy, ale jednak się wychodzi. Z własnej firmy mentalnie właściwie nie wychodzi się nigdy. Jednak, pomimo dużej odpowiedzialności i stresu, jest przede wszystkim dobra energia, adrenalina, która daje „kopa”, żeby iść do przodu.

Muszę się Pani przyznać, że klinika medycyny estetycznej kojarzy mi się, niestety, z ludźmi-klonami i z zabiegami, które wcale nie upiększają…

Dlatego ja czuję misyjność edukacyjną. Wiele osób coś wie na temat zabiegów medycyny estetycznej, ale nie do końca. Nie mając świadomości skutków podejmują złe decyzje. Na pewno warto dbać o siebie, ale trzeba to robić z głową, mądrze, bo można sobie zrobić krzywdę. Prowadzę biznes bez ściemy, nie oszukuję ludzi robiąc im coś, czego nie powinnam robić. Stawiam na zabiegi intensywne, ale stymulujące naturalne procesy regeneracji skóry. Jestem wielką fanką laserów stymulujących skórę do odnowy, natomiast raczej jestem przeciwniczką zabiegów kamuflażowych, typu nici, bo nie wiemy, co się po nich będzie działo w dłuższym okresie czasu, czy np. nie pojawią się zwłóknienia. Podobnie jest z wypełniaczami. To nie jest naturalna terapia, ona „oszukuje”, na chwilę ukrywa pewne problemy.

Interesują mnie zabiegi, które stymulują skórę, pobudzają, żeby sama zaczęła pracować w naturalny sposób. I wiem, że jest to absolutnie możliwe. Nie każdy godzi się na starość i nie każdy akceptuje to, że jego twarz tak bardzo się zmienia. Naturalnymi, delikatnymi zabiegami można sobie pomóc i po prostu wyglądać dobrze. Zmarszczek może być mniej, owal twarzy może być podniesiony, ale poprzez stymulowanie skóry, a nie przez sztuczne kamuflowanie zmian. Co do zabiegów korekcyjnych czy kamuflażowych – też wszystko jest kwestią tego kto i jak wykonuje zabieg – w mojej klinice zabiegi medyczne wykonuje oczywiście lekarz ze specjalizacją medycyny estetycznej. Można zachować naturalny kształt i świeżość ust, wcale nie trzeba tu przesady.

Chcę, żeby kobieta była najlepszą wersją samej siebie, żeby akceptowała to kim jest, ale z lekką korektą i pracą nad sobą. Jeśli w głowie mamy 30 lat a metrykalnie 50 to też możemy na 30 wyglądać wcale nie zmieniając siebie w kogoś, kto już nas nie przypomina. To jest mój kierunek.

O czym myśli Pani na początku tej drogi? Jakie ma Pani plany?

Chcę zbudować bazę lojalnych pacjentów i klientów. Z czasem będę rozszerzała ofertę. Myślę m.in. o ginekologii estetycznej – to też ważny kierunek. Mało mówi się o problemach kobiecych np. w okresie menopauzalnym, a można sobie poprawić komfort życia i przywrócić pewność siebie.

Cały czas też dokształcam się w kosmetologii i medycynie estetycznej poprzez udział w kongresach, targach, sympozjach. Nie będę zabiegowcem, jestem menedżerką, skupiam się na zarządzaniu, ale nie zmienia to faktu, że jeszcze myślę o kierunkowych studiach. Tak jak wspomniałam, jest to moja pasja, a dobre prowadzenie takiego biznesu wymaga profesjonalnej wiedzy. Chcę, żeby Klinika Absolu kojarzyła się z profesjonalizmem, skutecznością, jakością i wyjątkowym doświadczeniem.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Producenci
30.09.2026 14:46
Usterka przyprawiająca o ból zębów: Dyson wycofuje szczoteczki CameraJet
Dyson

Dyson wszedł we wrześniu na rynek produktów do higieny jamy ustnej z zaawansowaną technologicznie szczoteczką CameraJet. Debiut urządzenia za 419,99 funta zbiegł się jednak z problemami technicznymi. Firma zidentyfikowała wadliwą partię elementów odpowiadających za działanie strumienia wody, a część produktów trafiła do klientów z usterkami. Dyson odseparował objęte problemem zapasy i zaoferował posiadaczom wadliwych urządzeń pełny zwrot pieniędzy.

Dyson, firma kojarzona przede wszystkim z odkurzaczami, suszarkami i urządzeniami do stylizacji włosów, 1 września 2026 r. oficjalnie wszedł w nową kategorię: produkty do higieny jamy ustnej. Debiutująca szczoteczka CameraJet jest pierwszym urządzeniem tego typu w portfolio firmy. Jej cena na rynku brytyjskim wynosi 419,99 funta, natomiast w Stanach Zjednoczonych – 499 dolarów. W Polsce szczoteczkę można zakupić za ok. 2 tysiące złotych.

Produkt ma łączyć funkcję szczoteczki elektrycznej z technologią czyszczenia przestrzeni międzyzębowych za pomocą strumienia płynu. Urządzenie wyposażono także w kamerę oraz system sztucznej inteligencji, który w czasie rzeczywistym analizuje przestrzenie między zębami i uruchamia skierowany w nie strumień.

Sześć lat prac nad szczoteczką

CameraJet jest efektem około sześciu lat prac badawczo-rozwojowych. Dyson pozycjonuje higienę jamy ustnej jako kolejny strategiczny obszar rozwoju firmy, po sukcesie urządzeń do pielęgnacji włosów. Szczoteczka wykorzystuje dwurzędowe włosie oraz dyszę wodną. Kamera z systemem Gap Optical Targeting ma działać podobnie do endoskopu i umożliwiać precyzyjne lokalizowanie przestrzeni wymagających dodatkowego oczyszczenia. Zastosowany obiektyw makro ma rozdzielczość 100 tys. pikseli.

System wykorzystuje uczenie maszynowe do wykrywania, śledzenia i przewidywania położenia przestrzeni między zębami w czasie rzeczywistym. Algorytm może następnie uruchomić impuls strumienia płynu w kierunku wykrytego obszaru. Skala oprogramowania jest znacząca jak na urządzenie konsumenckie. CameraJet wykorzystuje około 16 mln linii kodu, a system uczenia maszynowego został wytrenowany z wykorzystaniem 470 tys. obrazów stomatologicznych zgromadzonych podczas prac rozwojowych. Dyson zamierza rozwijać wokół tej technologii całą kategorię produktów do higieny jamy ustnej. Firma wcześniej informowała, że planuje m.in. wprowadzenie własnej pasty do zębów, w tym produktu niepieniącego się.

Problem z elementem odpowiedzialnym za strumień wody

Krótko po premierze CameraJet zaczęły pojawiać się jednak informacje o problemach z działaniem urządzenia. Użytkownicy publikowali w mediach społecznościowych relacje o szczoteczkach, które zwalniały, przestawały działać lub wyłączały się po krótkim czasie użytkowania. W jednej z dyskusji na Reddicie użytkownik opisał, że urządzenie przestało reagować już po pierwszym użyciu, a w komorze baterii znalazł wodę. Kolejni uczestnicy dyskusji potwierdzali występowanie podobnych problemów.

21 września Dyson oficjalnie przyznał, że niewielka liczba urządzeń z pierwszych partii produkcyjnych doświadczyła problemu z komponentem. Firma poinformowała jednocześnie o niedoborach produktu wynikających zarówno z wysokiego popytu, jak i zwiększania mocy produkcyjnych. W późniejszym komunikacie, przekazanym Bloomberg News, producent doprecyzował źródło problemu. Jak wyjaśnił rzecznik firmy, jedna partia produkcyjna przewodów odpowiadających za strumień wody miała problem procesowy, który mógł prowadzić do przeciekania wody i pogorszenia działania części urządzeń.

Woda mogła przedostawać się do wnętrza szczoteczki, potencjalnie wpływając na jej działanie. Dyson zdecydował się odizolować zapasy pochodzące z partii objętych problemem. Skutkiem była czasowa niedostępność CameraJet w części kanałów sprzedaży. Firma zapewnia obecnie, że urządzenie znajduje się w pełnej produkcji, a dostawy do partnerów handlowych zostały wznowione.

Problemy pojawiły się już po premierze

Kłopoty z CameraJet były widoczne także w sprzedaży detalicznej. Według informacji przytaczanych przez Bloomberg część dużych sprzedawców, w tym amerykański Best Buy, usunęła produkt ze swoich stron internetowych niedługo po premierze. Opóźnienia dotyczyły również dostaw do klientów i sklepów. Dyson deklaruje, że w przypadku urządzeń objętych problemem zapewnia klientom pełny zwrot pieniędzy. Wcześniej niektórzy użytkownicy mieli otrzymywać propozycję wymiany baterii.

image

Jacek Kraj, Polkard Bis: Gadżety nie mogą nas odrywać od tego, co jest najważniejsze w higienie jamy ustnej

Jedna z osób cytowanych przez Bloomberg opisywała, że jej pierwsze urządzenie przestało działać po około 20 sekundach. Wymieniona szczoteczka działała około minuty, po czym również zaczęła regularnie przerywać pracę. Użytkownik relacjonował następnie wielotygodniowy kontakt z działem obsługi klienta w sprawie zwrotu pieniędzy. Dyson przeprosił klientów, których dotknął problem, i zadeklarował dalsze wsparcie. Jak stwierdził jeden z użytkowników Instagrama, "500 dolarów za mycie zębów przez sztuczną inteligencję? Przesiąkanie wody [do środka] to najmniejszy z ich [klientów] problemów."

Dyson chce zbudować kolejną kategorię

Problemy z pierwszym urządzeniem do higieny jamy ustnej pojawiają się w momencie, gdy Dyson próbuje rozszerzyć działalność poza dotychczasowe główne segmenty. Firma ma za sobą zarówno nieudane wejścia w nowe kategorie, jak i sukcesy. Produkcja pralek została zakończona w 2005 r., natomiast projekt samochodu elektrycznego porzucono w 2019 r. Z kolei wejście w urządzenia do pielęgnacji włosów okazało się istotnym sukcesem. Dyson wprowadził suszarkę Supersonic w 2016 r., a następnie rozwijał portfolio urządzeń do stylizacji włosów.

Według danych przytaczanych przez Bloomberg w 2023 r. urządzenia do stylizacji włosów odpowiadały za około 30 proc. działalności Dysona w Stanach Zjednoczonych. Firma rozwija także inne kategorie produktów, m.in. przenośne urządzenia chłodzące. Wejście w segment higieny jamy ustnej ma być kolejnym etapem dywersyfikacji. CameraJet pokazuje przy tym, jak Dyson próbuje przenieść charakterystyczną dla swoich produktów strategię – połączenie wzornictwa, zaawansowanej elektroniki, oprogramowania i wysokiej ceny – na rynek produktów związanych z higieną jamy ustnej.

W przypadku pierwszej szczoteczki firma musi jednak jednocześnie rozwiązać problem jakościowy, który pojawił się już na początku komercyjnego debiutu. Odseparowanie wadliwej partii i wznowienie produkcji mają umożliwić dalsze skalowanie sprzedaży urządzenia na globalnym rynku.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Producenci
30.09.2026 09:43
Skóra gotowa na każdy dzień. PERFECTA wprowadza linię Active Filler
Materiał Partnera

Szybki efekt czy pielęgnacja, która pracuje na kondycję skóry w dłuższej perspektywie? Coraz częściej oczekujemy od kosmetyków jednego i drugiego. Nowa linia PERFECTA Active Filler została stworzona właśnie wokół tej idei. Ma odpowiadać na potrzeby skóry tu i teraz, a jednocześnie wspierać jej jędrność, elastyczność i regenerację przy regularnym stosowaniu.

Życie nie zawsze zostawia przestrzeń na rozbudowane rytuały pielęgnacyjne. Są za to poranki w biegu, długie dni, krótsze noce i momenty, kiedy zależy nam, żeby skóra po prostu wyglądała dobrze: była nawilżona, gładsza i bardziej wypoczęta.

To właśnie codzienność stała się punktem wyjścia do stworzenia PERFECTA Active Filler. Zamiast opowiadać o zatrzymywaniu czasu, marka koncentruje się na pielęgnacji dopasowanej do tempa naszego życia. Takiej, która łączy widoczny efekt po aplikacji z działaniem wspierającym dobrą kondycję skóry przy regularnym stosowaniu.

Trzy poziomy pielęgnacji w jednym systemie

Sercem linii jest FILL-UP SYSTEM, który porządkuje działanie kosmetyków wokół trzech potrzeb skóry.

HYDRO FILL odpowiada za intensywne nawilżenie i wygładzenie. DERMA FILL wspiera jędrność i elastyczność, a REPAIR FILL procesy regeneracyjne i utrzymanie skóry w dobrej kondycji. To trzy kierunki, które mają odpowiadać zarówno na potrzebę szybkiego efektu, jak i bardziej długofalowej pielęgnacji.

image
Serum Booster Wypełniające z 3X HYALURON PGA, czyli połączeniem trzech form kwasu hialuronowego z kwasem poliglutaminowym, PDRN oraz KAPSUŁKAMI GLOW, które dodają cerze świeżości i blasku.
Materiał Partnera

Za systemem stoją dwa kluczowe rozwiązania składnikowe. HYALURON PGA łączy kwas hialuronowy z PGA. Pierwszy pomaga intensywnie nawilżać skórę, drugi tworzy na jej powierzchni film ograniczający utratę wilgoci i wzmacniający efekt nawilżenia. W rezultacie skóra staje się gładsza, bardziej miękka i zyskuje naturalnie pełniejszy wygląd.

Drugim istotnym składnikiem jest PDRN, wspierający procesy odnowy i regeneracji skóry oraz pomagający poprawić jej kondycję, strukturę, jędrność i elastyczność.

Od serum po SPF 50 – cztery kroki Active Filler

Portfolio PERFECTA Active Filler zostało zbudowane tak, aby stworzyć kompletną, ale nieskomplikowaną rutynę.

Jej najbardziej skoncentrowanym elementem jest Serum Booster Wypełniające z 3X HYALURON PGA, czyli połączeniem trzech form kwasu hialuronowego z kwasem poliglutaminowym, PDRN oraz KAPSUŁKAMI GLOW, które dodają cerze świeżości i blasku. Lekka formuła szybko się wchłania, pozostawiając skórę intensywnie nawilżoną i wyraźnie gładszą.

Na dzień powstał Krem Wypełniający Super Lekki SPF 50, który łączy pielęgnację z wysoką ochroną przeciwsłoneczną i ochroną przed fotostarzeniem. Wieczorem rutynę uzupełnia bogatszy Krem Intensywnie Wypełniający z HYALURON PGA, PDRN i KAPSUŁKAMI GLOW. Skóra po jego aplikacji staje się natychmiast gładsza, bardziej nawilżona i wizualnie „wypełniona”, a przy regularnym stosowaniu odzyskuje jędrność, sprężystość i młodszy wygląd.

image
Na dzień powstał Krem Wypełniający Super Lekki SPF 50, który łączy pielęgnację z wysoką ochroną przeciwsłoneczną i ochroną przed fotostarzeniem.
Materiał Partnera

Dopełnieniem linii jest Wypełniający Krem pod Oczy i na Górną Powiekę, który nawilża i wygładza delikatną skórę tej okolicy oraz pomaga redukować oznaki zmęczenia, w tym cienie i opuchnięcia.

Pielęgnacja wpisana w prawdziwe życie

Active Filler rozwija kierunek komunikacyjny PERFECTA oparty na haśle „Gotowa na życie”. W tym ujęciu pielęgnacja nie ma zatrzymywać czasu ani konkurować z codziennością. Ma odpowiadać na zmieniające się potrzeby skóry - od szybkiego nawilżenia i wygładzenia po regularne wsparcie jej regeneracji, jędrności i elastyczności.

Bo życie ma swoje tempo. Dobra pielęgnacja powinna za nim nadążać.

ARTYKUŁ SPONSOROWANY
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
30. wrzesień 2026 19:43