StoryEditor
Biznes
04.02.2026 12:25

Co się stało w kwestii ingerencji Ministerstwa Zdrowia w branżę beauty? Wyjaśniamy: bardzo niewiele.

Botoks? Tylko u lekarza lub lekarki. / Roman Fenton

Ministerstwo Zdrowia w oficjalnym komunikacie doprecyzowało, że to producent urządzenia – wprowadzając je do obrotu – określa jego przeznaczenie, poziom ryzyka oraz kwalifikacje użytkowników, a tym samym przejmuje odpowiedzialność za bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów. Stanowisko dotyczy wszystkich procedur medycyny estetyczno-naprawczej i porządkuje kwestie prawne związane z użyciem sprzętu medycznego i kosmetologicznego w gabinetach. Czy to rewolucja? Niestety: to nawet nie jest zmiana.

Resort jednoznacznie wskazał, że jeśli producent klasyfikuje wyrób jako medyczny i nie dopuszcza innych użytkowników niż personel medyczny, urządzenie może być stosowane wyłącznie przez lekarzy lub innych pracowników medycznych. Jednocześnie dopuszczalne jest użycie sprzętu przez kosmetologów lub kosmetyczki, o ile producent w dokumentacji rejestracyjnej wyraźnie przewidział takie zastosowanie i określił parametry jako niestwarzające istotnego ryzyka powikłań. De facto oznacza to, że komunikat potwierdza jedynie niestety istniejący stan prawny i nie sugeruje dalszych prac dotyczących zawężenia kompetencji osób wykonujących tego typu zawody bez państwowego certyfikatu.

Kwestia odpowiedzialności producenta była jednym z głównych tematów pisma skierowanego do organizacji lobbystyczno-branżowej Beauty Razem, znanej z wywalczenia kontrowersyjnego VAT 8 proc. dla branży beauty, która wcześniej interweniowała w sprawie skutków certyfikacji zawodowej. Ministerstwo podkreśla, że warunki użycia urządzeń muszą wynikać z dokumentacji, ulotek oraz procesu rejestracji. W praktyce oznacza to, że decyzja o dopuszczeniu konkretnej grupy zawodowej do pracy na sprzęcie spoczywa przede wszystkim na wytwórcy.

image

W Rządowym Centrum Legislacji pojawiło się rozporządzenie obniżające VAT na usługi kosmetyczne z 23 do 8 proc. Beauty Razem: idziemy po więcej

Resort zwraca jednak uwagę, że wraz z rozwojem badań naukowych i doświadczeń klinicznych identyfikowane są kolejne czynniki ryzyka, w tym koszty zdrowotne i finansowe leczenia powikłań. Dlatego – na podstawie ustawy z 7 kwietnia 2022 r. o wyrobach medycznych – MZ może wprowadzać dodatkowe wymagania lub ograniczenia dla wybranych grup produktów, jeśli stwarzają zagrożenie dla życia lub zdrowia. Takie regulacje mogą obejmować zarówno parametry techniczne, jak i kwalifikacje użytkowników.

Komunikat precyzuje także, które procedury uznawane są za świadczenia zdrowotne i podlegają certyfikacji umiejętności zawodowej „medycyna estetyczno-naprawcza” (kod 028). W dokumencie określono, że lekarz ubiegający się o certyfikat z medycyny estetyczno-naprawczej powinien posiadać wiedzę teoretyczną i kompetencje praktyczne umożliwiające realizację następujących procedur:

  1. wykonywanie zabiegów z zastosowaniem toksyny botulinowej,
  2. modelowanie i korekta tkanek z użyciem usieciowanego kwasu hialuronowego, w tym wolumetria, lifting oraz konturowanie,
  3. terapie z wykorzystaniem kwasu polimlekowego jako stymulatora tkankowego,
  4. zabiegi z użyciem hydroksyapatytu wapnia,
  5. procedury z zastosowaniem polikaprolaktonu,
  6. mezoterapia preparatami nieusieciowanego kwasu hialuronowego oraz substancji aktywnych (aminokwasy, witaminy, polinukleotydy, kolagen, mikro- i makroelementy, peptydy, enzymy, koenzymy, leki) w celach terapeutycznych, regeneracyjnych i przeciwstarzeniowych,
  7. zabiegi autologiczne z wykorzystaniem osocza bogatopłytkowego (PRP) i fibryny,
  8. obsługa certyfikowanych urządzeń medycznych stosowanych w medycynie estetycznej, obejmujących m.in. lasery wysokoenergetyczne (ablacyjne, nieablacyjne, CO₂, pikosekundowe, nanosekundowe, tulowe, KTP, barwnikowe, Nd:YAG, Q-switch, Er:YAG, Er:glass, aleksandrytowe, diodowe, Excimer), IPL i światło szerokopasmowe, radiofrekwencję mono- i bipolarną, ultradźwięki, HIFU, krioterapię, plazmę, elektrochirurgię, karboksyterapię, lampy LED oraz falę uderzeniową,
  9. wykonywanie peelingów medycznych o średniej i dużej głębokości działania z użyciem zatwierdzonych substancji chemicznych,
  10. realizację procedur iniekcyjnych związanych z podawaniem leków, takich jak hialuronidaza, glikokortykosteroidy czy fosfatydylocholina,
  11. działania z zakresu medycyny naprawczej, w tym zabiegi odtwórcze przywracające wygląd i funkcję po urazach, chorobach i operacjach oraz leczenie powikłań pozabiegowych,
  12. procedury wykorzystujące nici medyczne, skleroterapię, przeszczepy własnej tkanki tłuszczowej (lipotransfer) oraz lipolizę iniekcyjną.

Minimalne standardy certyfikacji opisano w dokumencie zatwierdzonym przez Ministra Zdrowia i opublikowanym przez Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Certyfikat 028 mogą uzyskać wyłącznie lekarze i lekarze dentyści, przy czym z obowiązku zwolnieni są specjaliści dermatologii i wenerologii oraz chirurgii plastycznej, którzy nabyli kompetencje w toku specjalizacji. Zakres certyfikacji nie obejmuje mezoterapii mikroigłowej ani zabiegów na urządzeniach przeznaczonych przez producentów dla osób niebędących lekarzami.

image

Dlaczego branża beauty w Polsce pozostaje słabo uzwiązkowiona?

Dane zebrane przez Beauty Razem pokazują jednak istotną skalę ekonomicznych konsekwencji regulacji. 63,3 proc. przedsiębiorców wykonujących zabiegi estetyczne zainwestowało w sprzęt medyczny średnio 267 710 zł. W przypadku zakazu używania takich urządzeń przez osoby inne niż lekarze przeciętny salon mógłby stracić całość tej kwoty. Równocześnie ponad 82 proc. firm poniosło wydatki na sprzęt kosmetologiczny i kosmetyczny – średnio 102 267 zł.

Ponad 50 proc. ankietowanych deklaruje, że w scenariuszu zaostrzenia przepisów rozważałoby likwidację działalności. Dodatkowym obciążeniem są zobowiązania finansowe: 47 proc. przedsiębiorców posiada leasing lub kredyt na urządzenia. W praktyce około połowa utraconego sprzętu mogłaby zostać przejęta przez finansujących, pozostawiając właścicieli z niespłaconym długiem.

Lider organizacji, Michał Łenczyński, komentuje sprawę następująco:

Dlaczego teraz jest jatka w mediach? Bo: lekarze "triumfują", bo komunikat pasuje do ich narracji, media robią clickbaity, bo "zakaz" się lepiej klika niż "nic się nie zmieniło" od 3 lat, część prawników i portali robi zasięgi na cudzej pracy, sprzedając "interpretacje" i ebooki, które mówią ludziom to, co chcą usłyszeć, a nie to, co jest bezpieczne. Na czym polega ironia sytuacji? Część skrajnego środowiska lekarskiego świętuje, że "nic się nie zmieniło", a w praktyce jedyna zmiana to to, że z dnia na dzień stracili możliwość kupowania od kosmetologów sprzętu za ułamek wartości.

Istotnie, sprawa budzi emocje, jednak zwraca uwagę także na istotny w skali kraju problem: brak wystandaryzowanych certyfikacji, dzięki którym osoby wykonujące dowolne zabiegi upiększające mogłyby wykonywać swój zawód dopiero pochwaliwszy się stosownemu organowi wiedzą z zakresu np. dezynfekcji sprzętu czy znajomości anatomii, jak ma to miejsce np. w prowincjach Kanady. Komunikat Ministra Zdrowia z 23 stycznia 2026 r., dotyczący zasad realizacji procedur medycyny estetyczno-naprawczej, stanowi rezultat wielomiesięcznych konsultacji prowadzonych z przedstawicielami środowiska medycznego, w tym ze Stowarzyszeniem Lekarzy Dermatologów Estetycznych (SLDE).

Organizacja ta uczestniczyła aktywnie w pracach eksperckich, konsekwentnie podkreślając, że wskazane zabiegi mają charakter świadczeń zdrowotnych i powinny być wykonywane wyłącznie przez lekarzy oraz lekarzy dentystów posiadających prawo wykonywania zawodu, a także potwierdzone, certyfikowane kompetencje. Wydany komunikat potwierdza zdaniem SLDE wspomnianą wyżej rolę systemu certyfikacji umiejętności zawodowych w medycynie estetyczno-naprawczej jako mechanizmu zwiększającego bezpieczeństwo pacjentów, podnoszącego jakość realizowanych procedur oraz porządkującego ramy prawne prowadzenia działalności lekarskiej w tym obszarze.

Skala rynku jest znacząca. Zabiegami estetycznymi zajmuje się w Polsce około 70 tys. aktywnych podmiotów spośród 170 tys. firm działających w usługach beauty. Łączna wartość inwestycji w sprzęt medyczny w tej części branży przekracza 24 mld zł. Oznacza to, że każda zmiana regulacyjna dotycząca kwalifikacji personelu i dostępu do urządzeń ma bezpośredni wpływ nie tylko na bezpieczeństwo pacjentów, ale także na tysiące miejsc pracy, poziom zadłużenia przedsiębiorstw i stabilność całego sektora usług estetycznych. „Komunikat Ministerstwa Zdrowia uznajemy za pierwszy krok do ograniczenia wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej przez niemedyków” - zaznaczył w komentarzu cytowany przez RynekZdrowia.pl wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej Klaudiusz Komor. Czy rzeczywiście to jest głównym problemem?

Zasłona dymna

Choć stanowisko Ministerstwo Zdrowia, zgodnie z którym procedury medyczne powinny być realizowane wyłącznie przez lekarzy i lekarzy dentystów, trudno kwestionować z perspektywy bezpieczeństwa pacjentów, sam komunikat nie rozwiązuje szerszego problemu systemowego. Ograniczenie iniekcji, zabiegów z użyciem toksyny botulinowej, wypełniaczy czy wysokoenergetycznych laserów do personelu medycznego jest logiczne i spójne z definicją świadczeń zdrowotnych. Ryzyko powikłań – martwicy tkanek, powikłań naczyniowych, blizn czy reakcji ogólnoustrojowych – wymaga wiedzy klinicznej i możliwości natychmiastowej interwencji medycznej. W tym sensie decyzja resortu porządkuje obszar, który przez lata funkcjonował w szarej strefie interpretacyjnej.

image

Pielęgniarki dokonują eksodusu do branży beauty. Jak to wpłynie na standardy i przyszłość polskiego sektora urodowego?

Jednocześnie komunikat pełni rolę swoistego „listka figowego” wobec problemu, który pozostaje nierozwiązany od lat: braku państwowego, jednolitego systemu certyfikacji kompetencji dla osób wykonujących usługi beauty i kosmetologiczne. W Polsce dostęp do zawodu kosmetologa czy osoby wykonującej specjalistyczne zabiegi aparaturowe nadal nie jest powiązany z obowiązkową licencją, egzaminem państwowym ani rejestrem uprawnień. W wielu krajach i regionach świata – m.in. w wybranych stanach USA, w Wielkiej Brytanii czy Australii – funkcjonują systemy licencyjne, które wymagają określonej liczby godzin szkoleniowych, zdania egzaminów i regularnego odnawiania uprawnień. Tego typu rozwiązania porządkują rynek i ułatwiają nadzór.

Certyfikacja ma zarówno wyraźne zalety, jak i koszty. Do korzyści należą: standaryzacja kompetencji, większe bezpieczeństwo klientów, ograniczenie szarej strefy, łatwiejsza kontrola jakości usług oraz podniesienie prestiżu zawodu. Ułatwia też odpowiedzialność prawną – wiadomo, kto ma prawo wykonywać określone procedury i na jakich warunkach. Z drugiej strony system generuje bariery wejścia, zwiększa koszty szkoleń, wymaga administracji i może czasowo zmniejszyć liczbę aktywnych podmiotów na rynku... co per saldo przekłada się na profesjonalizację i zwiększenie jakości usług. W długim okresie profesjonalizacja zwykle sprzyja konsolidacji i stabilności branży, zamiast jej chaosowi.

Przykładem wymagania certyfikacyjnego dla manikiurzystki (nail technician) w Kanadzie jest konieczność ukończenia profesjonalnego programu szkoleniowego lub kursu w akredytowanej placówce, który obejmuje zarówno część teoretyczną, jak i praktyczną — dotyczącą m.in. higieny, bezpieczeństwa, anatomii paznokci, procedur manicure i pedicure oraz zasad sterylizacji. Po ukończeniu takiego programu uczestnik otrzymuje certyfikat kwalifikacji zawodowej, który potwierdza zdobytą wiedzę i umiejętności i jest często wymagany przez pracodawców na rynku usług manicure i pedicure. 

W praktyce wiele szkół i college’ów w prowincjach takich jak Ontario oferuje programy „Nail Technician Certificate”, które trwają określoną liczbę godzin zajęć (np. 350 h lub więcej) i obejmują zarówno zajęcia w sali dydaktycznej, jak i praktyczne ćwiczenia pod nadzorem instruktora. Taki certyfikat często jest punktem wyjścia do legalnej pracy w salonach kosmetycznych, choć szczegółowe wymagania mogą różnić się między prowincjami. 

W niektórych prowincjach istnieje również możliwość uczestniczenia w systemie praktyk lub odbywania szkolenia w formie „apprenticeship” przed uzyskaniem pełnej kwalifikacji, co oznacza formalne połączenie nauki z pracą pod nadzorem doświadczonego specjalisty. 

Niestety nie wszędzie w Kanadzie obowiązuje rządowa licencja zawodowa dla manikiurzystek — np. Kolumbia Brytyjska nie nakłada obowiązku posiadania formalnej licencji rządowej, choć ukończenie kursu i posiadanie certyfikatu znacznie ułatwia pracę i zatrudnienie.  

Dlatego sprzeciw wobec relatywnie wąskiego ograniczenia – jakim jest przekazanie zabiegów stricte medycznych wyłącznie w ręce medyków – można odczytywać jako sygnał, że sektor wciąż nie przeszedł pełnej profesjonalizacji. Jeśli branża postrzega oddanie świadczeń zdrowotnych lekarzom jako zagrożenie, a nie naturalny standard bezpieczeństwa, oznacza to, że dyskusja o licencjach, egzaminach i formalnych kwalifikacjach dopiero przed nami. Bez systemowych ram kształcenia i certyfikacji napięcia między kosmetologią a medycyną estetyczną będą powracać, a rynek nadal pozostanie podatny na spory interpretacyjne i nierówne standardy usług.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
02.11.2026 13:49
Sol de Janeiro pozywa MCoBeauty za naśladowanie opakowań. Chodzi o tzw. "dupes"
Sol de Janeiro pozywa MCoBeautyInstagram Sol de Janeiro

Czy tańsza alternatywa popularnego kosmetyku może zbyt mocno przypominać oryginał? Spór między Sol de Janeiro a australijską marką MCoBeauty pokazuje, jak cienka bywa granica między inspiracją a naruszeniem praw do identyfikacji wizualnej. We wrześniu 2026 roku amerykański sąd oddalił roszczenie Sol de Janeiro dotyczące naruszenia tzw. trade dress, czyli chronionego wyglądu produktu. Nie oznacza to jednak końca sprawy.

W tym artykule przeczytasz:

  • Sol de Janeiro kwestionuje wygląd produktów MCoBeauty
  • Sąd oddalił roszczenie dotyczące opakowań. Dlaczego?
  • Spór dotyczy także sposobu prezentowania produktów w internecie
  • Rynek dupe‘ów rośnie, ale podobieństwo nie zawsze oznacza naruszenie prawa

Sol de Janeiro kwestionuje wygląd produktów MCoBeauty

Sol de Janeiro, marka przywodząca na myśl Brazylię i inspirowanych nią zapachów i kosmetyków do pielęgnacji ciała, zarzuciła MCoBeauty sprzedaż mgiełek zapachowych, których wygląd miał naśladować charakterystyczne flakony z linii Cheirosa. Spór dotyczy nie tylko ogólnego podobieństwa produktów, ale przede wszystkim zestawienia konkretnych elementów opakowań: kształtów butelek, kolorystyki, białych nakrętek i wyraźnie eksponowanych numerów zapachów.

Sol de Janeiro argumentuje, że połączenie tych cech stało się na tyle rozpoznawalne, że konsumenci kojarzą je bezpośrednio z marką. W konsekwencji firma chce objąć je ochroną prawną i ograniczyć możliwość wykorzystywania podobnej estetyki przez konkurentów.

image

Sol de Janeiro ma nowy cel: mężczyźni. Marka wchodzi do segmentu męskich zapachów

Sąd oddalił roszczenie dotyczące opakowań. Dlaczego?

Wrześniowe orzeczenie amerykańskiego sądu federalnego nie rozstrzygnęło, czy MCoBeauty bezprawnie skopiowała wygląd produktów Sol de Janeiro. Sąd uznał natomiast, że przedstawione przez powódkę argumenty dotyczące ochrony opakowań były niewystarczające. W szczególności zakwestionował sposób wykazania, że wskazane elementy wyglądu produktów mają charakter niefunkcjonalny.

To ważne rozróżnienie w amerykańskim prawie znaków towarowych. Ochroną typu trade dress można objąć charakterystyczny wygląd produktu lub jego opakowania, jeśli spełnia on określone warunki. Nie można jednak zastrzec na wyłączność elementów, które pełnią przede wszystkim funkcję użytkową. Sam fakt, że opakowanie jest rozpoznawalne i kojarzy się konsumentom z konkretną marką, nie wystarcza jeszcze do uzyskania pełnej ochrony prawnej.

Roszczenie Sol de Janeiro zostało oddalone bez uszczerbku dla możliwości jego ponownego zgłoszenia. Oznacza to, że firma może poprawić skargę i przedstawić dodatkowe argumenty. Orzeczenie nie jest więc ostatecznym potwierdzeniem, że MCoBeauty może legalnie wykorzystywać sporne rozwiązania.

 

 

Spór dotyczy także sposobu prezentowania produktów w internecie

Postępowanie nie ogranicza się do wyglądu flakonów. Sol de Janeiro zakwestionowało również sposób prezentowania produktów MCoBeauty w internecie. Jednym z zarzutów było to, że po wpisaniu nazwy Sol de Janeiro w wyszukiwarce na stronie konkurencyjnej marki użytkownikom wyświetlały się produkty MCoBeauty. Zdaniem powódki takie działanie mogło wprowadzać konsumentów w błąd i sugerować powiązanie między firmami. Sąd dopuścił dalsze rozpatrywanie części zarzutów związanych z nieuczciwymi praktykami handlowymi i funkcjonowaniem wyszukiwarki na stronie MCoBeauty. Jednocześnie oddalił inne roszczenia, w tym część dotyczącą wprowadzających w błąd porównań reklamowych.

W branży kosmetycznej ryzyko prawne nie dotyczy wyłącznie samego produktu. Znaczenie ma również sposób, w jaki konkurencyjne marki wykorzystują nazwy, opisy i mechanizmy wyszukiwania, by kierować konsumentów do swojej oferty. W dobie zakupów online i rekomendacji produktów w mediach społecznościowych takie działania mogą mieć bezpośredni wpływ na decyzje klientów.

image

e.l.f. wchodzi w zapachy i pielęgnację ciała. Czy ma szansę przebić liderów?

Rynek dupe‘ów rośnie, ale podobieństwo nie zawsze oznacza naruszenie prawa

Popularność kosmetycznych dupe‘ów wynika przede wszystkim z poszukiwania tańszych alternatyw dla produktów znanych marek. Konsumenci chcą uzyskać podobny efekt, zapach czy doświadczenie zakupowe, niekoniecznie płacąc cenę charakterystyczną dla produktów premium. Samo stworzenie tańszego produktu o zbliżonym zapachu, działaniu czy przeznaczeniu nie oznacza jednak automatycznie naruszenia praw konkurenta. Problem pojawia się wtedy, gdy podobieństwo obejmuje również elementy identyfikacji marki objęte ochroną prawną lub gdy sposób prezentowania produktu może wprowadzać klientów w błąd.

Sprawa Sol de Janeiro i MCoBeauty jest przypomnieniem, że ochrona marki wymaga czegoś więcej niż rozpoznawalnego opakowania. Konieczne jest precyzyjne wskazanie, które elementy wyglądu mają być chronione, wykazanie, że spełniają wymogi prawne, oraz kontrolowanie sposobu prezentowania produktów na rynku.

Wrześniowe orzeczenie nie oznacza jeszcze rozstrzygnięcia na korzyść MCoBeauty. Sol de Janeiro może zmodyfikować swoje roszczenie dotyczące opakowań, a pozostałe kwestie sporne nadal pozostają przedmiotem postępowania. Branża beauty będzie bacznie obserowawać rozwój tej sprawy.

 

Źródło: Fashion & Law Journal 

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Opakowania
02.11.2026 10:35
Rhode pod lupą. Czy marka Hailey Bieber rzeczywiście ogranicza nadmierną konsumpcję?
Czy Rhode jest tak zrównoważone, jak deklaruje? Diet Prada wytyka marce sprzecznościRhode

Hailey Bieber deklaruje, że nie interesuje jej nadmierna konsumpcja, a marka Rhode ma koncentrować się na kosmetycznych niezbędnikach. Tymczasem jej oferta i działania promocyjne coraz częściej wykraczają poza podstawową pielęgnację. Etui na telefon, zawieszki do torebek, specjalne opakowania PR i kolejne produkty tworzą obraz marki, której komunikacja o odpowiedzialnej konsumpcji nie zawsze idzie w parze z praktyką. Na tę sprzeczność zwrócił uwagę popularny profil Diet Prada, ponownie otwierając dyskusję o ekologicznej stronie biznesu Hailey Bieber.

W tym artykule przeczytasz:

  • „Nie interesuje mnie nadmierna konsumpcja”. Co deklaruje Hailey Bieber?
  • Kosmetyki to nie wszystko. Akcesoria napędzają kolejne zakupy
  • AI stworzyło viralową współpracę Rhode x Hunter. Ale czy naprawdę?
  • Zrównoważony rozwój w deklaracjach i praktyce
  • Czy marka beauty może mówić o ograniczaniu konsumpcji?

„Nie interesuje mnie nadmierna konsumpcja”. Co deklaruje Hailey Bieber?

Podczas tegorocznego Fortune’s Most Powerful Women Summit w Santa Barbara Hailey Bieber, założycielka i dyrektorka kreatywna Rhode, mówiła o swoim podejściu do rynku beauty. Jak przytoczył profil Diet Prada na Instagramie, przedsiębiorczyni podkreśliła, że nie jest zainteresowana nadmierną konsumpcją, a przestrzeń kosmetyczna jest już bardzo nasycona.

Bieber wyjaśniała również, że filozofia Rhode opiera się na kosmetycznych podstawach – produktach, które sama uznaje za niezbędne. Inspiracją miały być jej doświadczenia zawodowe i podróże, które rozpoczęła jeszcze jako nastolatka.

Deklaracje te wpisują się w wizerunek Rhode jako marki stawiającej na prostą, przemyślaną pielęgnację i ograniczoną ofertę. Problem polega jednak na tym, że działalność marki nie ogranicza się do sprzedaży kosmetyków. Wokół produktów powstał cały ekosystem akcesoriów, gadżetów i marketingowych dodatków, które mogą zachęcać do kolejnych zakupów.

image

Rhode w Polsce. Wielki hype Hailey Bieber czy realne zagrożenie dla rynku kosmetycznego?

Kosmetyki to nie wszystko. Akcesoria napędzają kolejne zakupy

Jednym z przykładów przywołanych przez Diet Prada jest etui na telefon przeznaczone do przechowywania produktu Peptide Lip Tint. Akcesorium, które stało się rozpoznawalnym elementem estetyki Rhode, zamienia kosmetyk w modny dodatek. Krytycy zwracają jednak uwagę, że tego rodzaju przedmioty mogą szybko stać się kolejnym impulsem zakupowym, szczególnie jeśli ich funkcjonalność jest ograniczona do jednego produktu.

W poście pokazano również zawieszki do torebek i inne akcesoria promujące kosmetyki marki. Diet Prada zestawia je z deklaracją Rhode o ograniczaniu nadmiernej konsumpcji, pytając, czy kolejne gadżety rzeczywiście odpowiadają filozofii marki?

Krytyka dotyczy także opakowań promocyjnych wysyłanych influencerom i przedstawicielom mediów. Według profilu marka ma wykorzystywać rozbudowane opakowania PR m.in. duże pudełka i specjalne ekspozytory przeznaczone na pojedyncze produkty. Takie rozwiązania mogą robić wrażenie w mediach społecznościowych, ale jednocześnie rodzą pytania o ilość materiałów wykorzystywanych do promocji kosmetyków i ich dalszy los.

Diet Prada zwraca też uwagę na etui na plastry przeciw niedoskonałościom, którego cena wynosi 16 dolarów, przy czym same plastry sprzedawane są osobno. W tym przypadku pytanie o sens kolejnego akcesorium staje się szczególnie istotne. Czy produkt rzeczywiście odpowiada na potrzebę konsumenta, czy przede wszystkim rozszerza ofertę o następny przedmiot, który można kupić?

AI stworzyło viralową współpracę Rhode x Hunter. Ale czy naprawdę?

Dyskusję o nadmiernej konsumpcji w przypadku Rhode podsycił również niedawny viral związany z rzekomą współpracą marki z producentem obuwia Hunter. W sieci dużą popularność zdobyły wizualizacje przedstawiające brązowe kalosze z elementami charakterystycznymi dla kosmetyków Rhode, w tym etui inspirowanym słynnym akcesorium na telefon.

Koncepcja została przygotowana przez agencję kreatywną Clairé Studio z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Nie była to oficjalna współpraca Rhode i Hunter ani zapowiedź wprowadzenia produktu do sprzedaży. Wizualizacje okazały się jednak na tyle przekonujące, że część odbiorców uznała pomysł za wiarygodny.

 

 

Przypadek ten dobrze pokazuje, jak silna jest estetyka Rhode i jak łatwo można przenieść ją na kolejne kategorie produktów. Jednocześnie viral stał się kolejnym pretekstem do dyskusji o granicy między kreatywnym marketingiem a napędzaniem konsumpcji. Nawet jeśli hipotetyczny produkt nie powstał, sama idea kolejnego gadżetu sygnowanego przez markę wpisuje się w mechanizm, który Diet Prada poddaje krytyce.

image

Rodzinny biznes. Rhode wchodzi w nową kategorię, w planie współpraca z Justinem Bieberem

Zrównoważony rozwój w deklaracjach i praktyce

Rhode komunikuje również działania związane z ograniczaniem wpływu na środowisko. Na stronie marki przedstawia swoje zobowiązanie do redukcji nadmiernej konsumpcji, świadomego pozyskiwania składników i angażowania społeczności w bardziej odpowiedzialne podejście do pielęgnacji.

W materiałach dotyczących wysyłki marka prezentuje także opakowania Boox, które mają ograniczać wpływ transportu na środowisko nawet o 70 proc. w porównaniu z jednorazowymi pudełkami wysyłkowymi. Producent opakowań deklaruje, że można je wykorzystać ponownie do 12 razy. Marka wskazuje ponadto na brak folii bąbelkowej, ograniczenie zbędnych materiałów oraz wykorzystanie wkładek z papieru pochodzącego z recyklingu lub posiadającego certyfikat FSC.

Właśnie w tym miejscu pojawia się zasadnicze pytanie: czy ograniczanie śladu środowiskowego pojedynczych opakowań wystarczy, jeśli równolegle marka rozwija ofertę kolejnych dodatków i buduje wokół nich zainteresowanie zakupowe?

Czy marka beauty może mówić o ograniczaniu konsumpcji?

Rhode nie jest jedyną marką kosmetyczną, która musi mierzyć się z podobnym napięciem. Branża beauty od lat opiera się na premierach, limitowanych kolekcjach, zestawach promocyjnych i produktach uzupełniających. W mediach społecznościowych znaczenie zyskały również estetyczne opakowania i akcesoria, które często stają się osobnymi obiektami pożądania. W efekcie granica między kosmetykiem potrzebnym w codziennej pielęgnacji a kolejnym modnym przedmiotem bywa coraz mniej wyraźna.

Przypadek Rhode pokazuje, że deklaracje o odpowiedzialności środowiskowej są dziś oceniane nie tylko przez pryzmat składu produktów czy materiałów opakowaniowych. Konsumenci mogą przyglądać się także całemu modelowi biznesowemu: częstotliwości premier, liczbie dodatków, sposobowi prowadzenia kampanii i temu, czy marka rzeczywiście zachęca do bardziej świadomych zakupów.

 

Źródło: Instagram Diet Prada

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
02. listopad 2026 14:16