StoryEditor
Drogerie
24.04.2020 00:00

Drogerie nie wytrzymują braku klientów. Zaczęły się cięcia pensji i etatów

Sprzedaż detaliczna mocno zmalała w związku z pandemią. Dotyczy to także drogerii. Są takie, które były zmuszone zawiesić lub zamknąć swoją działalność. Ale i takie, które dostosowały się do nowych warunków, modyfikując godziny pracy i ograniczając liczbę pracowników. Najbardziej ucierpiały drogerie znajdujące się w galeriach handlowych, gdzie nie ma ruchu. Sieci drogeryjne zaczęły cięcia etatów i obniżki pensji, co umożliwiły im przepisy Tarczy Antykryzysowej.

W Hebe 20 pracowników warszawskiej centrali już straciło pracę. To jedna szósta wszystkich tam zatrudnionych. Inni, choć dotyczy to tylko wybranych działów biura głównego, mają zmniejszony wymiar czasu pracy – doniósł portal businessinsider.com.pl. Pracownicy Hebe bojąc się zwolnień sami zaalarmowali media.

Podjęte działania mają na celu ochronę i utrzymanie maksymalnej liczby miejsc pracy – informuje firma Jeronimo Martins Drogerie i Farmacja, właściciel sieci Hebe.

Równocześnie zapewnia, że „utrzymuje dotychczasowy poziom zatrudnienia w sklepach i w centrum dystrybucyjnym”. Jednak z komentarzy, które przewijają się w internecie wynika, że obniżki pensji dotknęły już  także pracowników sklepów.  

Tną pensję WSZYSTKIM pracownikom o 20%, przynajmniej tym pracującym w sklepach, oprócz kadry średniego szczebla i zarządu piszą internauci. 

Korespondencja od pracownika drogerii przyszła także do naszej redakcji. Nawiązuje ona do naszych wcześniejszych artykułów, w których pisaliśmy, że pracownikom drogerii zostaną wypłacone premie, a także do komunikatu wystosowanego przez sieć Hebe w odpowiedzi na obawy pracowników o zwolnienia.

Proszę napisać prawdę. W drogerii hebe „premia uznaniowa” jest niezależna od tego ze panuje teraz COVID-19, to jest tzw „trzynastka”, która należy się pracownikom bez względu na to ze narażają swoje życie i zdrowie. Żadnych dodatkowych premii mających na celu wynagrodzić pracownikom trud ich pracy w tym ciężkim okresie firma nie planuje. Firmom robiony jest tylko i wyłącznie hype. Dodatkowo są cięcia etatów z całego na 3/4.

Jednak sieć Hebe szybko zareagowała i przysłała nam komunikat, w  którym informuje, że anonimowo cytowany pracownik nie ma racji.

– Musimy rozróżnić dwie sprawy, o których wspomniano. W sieci Hebe pensje pracowników składają się z podstawy oraz premii uznaniowej, wypłacanej w oparciu o realizację celów sklepów. W marcu, pomimo załamania sprzedaży, firma Hebe podjęła decyzję o wypłacie premii uznaniowej za marzec pracownikom we wszystkich drogeriach, niejako na potwierdzenie uznania dla ich szczególnego zaangażowania w tym trudnym okresie. Informowaliśmy o tym jeszcze w marcu. Dodatkowo, wraz z wynagrodzeniami za miesiąc kwiecień, pracownikom spełniającym określone kryteria, wypłacona zostanie tzw. nagroda roczna. Warto podkreślić, że nagroda ta związana jest z wynikami osiągniętymi przez Hebe w roku 2019 r. – poinformowało nas biuro prasowe Hebe. 

Większość drogerii Hebe jest zlokalizowana w centrach handlowych, w których ruch, w związku z zamknięciem większości sklepów, niemal zamarł.

Najgłośniej jest o największych sieciach drogeryjnych, ponieważ to one mają najwięcej stacjonarnych punktów i zatrudniają najwięcej ludzi. Ale problemy mają także właściciele pojedynczych sklepów, czy mini-sieci, tak jak drogerie Lilaróż, które prowadzą trzy stacjonarne sklepy we Wrocławiu.

W celu utrzymania działalności naszej firmy wprowadziliśmy bezzwłocznie plan oszczędnościowy. W jego ramach podjęto decyzję o zmniejszeniu zatrudnienia, kierując się interesem firmy oraz oceną poszczególnych pracowników – przyznali przedstawiciele drogerii, w odpowiedzi na pytania portalu wiadomoscikosmetyczne.pl zadane w związku z doniesieniami wrocławskiego wydania „Gazety Wyborczej” o zwolnieniu trzech pracownic.

Jak wyjaśnia zarząd, dzięki tym decyzjom udało się utrzymać działalność firmy oraz zachować 15 miejsc pracy. Liczba pracowników została dostosowana do zmodyfikowanych godzin pracy sklepów. Z przesłanych do naszej redakcji wyjaśnień wynika także, że niektórzy pracownicy zostali przeniesieni w ramach sieci do innych sklepów we Wrocławiu. Równocześnie zapewniono nas, że wszyscy wykonują pracę na stanowiskach, na które zostali zatrudnieni oraz za wynagrodzenie wynikające z umów o pracę.

Żaden nasz pracownik nie doznał degradacji, zaś nasza firma wykorzystała przyznane pracodawcom uprawnienia wynikające z zapisów Tarczy Antykryzysowej, Kodeksu Pracy oraz postanowień zawartych i obowiązujących umów o pracę – zapewnia zarząd.

Z zapisów Tarczy Antykryzysowej korzystają także drogerie Natura. Zgodnie z nimi pracownicy dostana aneksy do umów redukujące etaty o 20 proc.

Czyli jak pracujesz na cały etat to będziesz miała 0,8 etatu, a wynagrodzenie obniżone proporcjonalnie, czyli dostaniesz 80 proc. pensji” – tłumacza sobie pracownicy na gowork.pl.

W tym samym miejscu czytamy, że na postojowym (w przypadku zamkniętych drogerii) wynagrodzenie będzie zmniejszone o 50 proc. Jednak inni uspokajają i dzielą się opiniami uzyskanymi od prawników: 

Jeżeli firma skorzystała z pomocy rządu to obniża nam etat o 20 proc. ale wynagrodzenie nie może być niższe niż najniższa pensja krajowa tzn. 2600 zł. Dlatego jeśli kierownik sklepu zarabia hipotetycznie 3500 zł brutto, to jego wynagrodzenie wyniesie 2800 zł brutto przy jednoczesnym zmniejszeniu liczby godzin pracy, a sprzedawca, który zarabia 2600 zł brutto, po dostosowaniu godzin pracy do 0,8 etatu, nadal będzie otrzymywał 2600 zł brutto, nawet w sytuacji gdy sklep, w którym jest zatrudniony został zamknięty,  a jego etat zredukowany o 50 proc. – czytamy na gowork.pl. 

Pracowników Natury martwią jednak nie tylko obniżki pensji. Ci, którym niebawem kończą się umowy na czas określony, nie wierzą w ich przedłużenie. Nie najlepiej nastrajają też rosnące obowiązki: „pracujemy na pełnych obrotach bo wciąż, żeby firma się utrzymała, wprowadzane są nowe zadania – lokalny fejsbuk, sprawdzaj zamówienia, kompletuj, rozmawiaj z klientami przez telefon i dojdź do porozumienia czego szukają i bądź miła, choć nie masz już siły, bo jesteś zmęczona stresem związanym z kontaktem z ludźmi, którzy mogą potencjalnie cię zarazić... Stres nie służy pracownikom, którzy muszą się uporać jeszcze ze zmianą wynagrodzenia, na niższe oczywiście i to tak z dnia na dzień bez żadnego uprzedzenia” – czytamy w jednym z wpisów na gowork.pl. Inni potwierdzają, że pracy jest coraz więcej, a dyżury zostały tak rozplanowane, że za obsługę drogerii odpowiada często jedna osoba.

Podobne nastroje panują w Super-Pharm. Niezadowolenie pracowników drogerii wynika z tego, że etaty i pensje obcinane są tym, którzy pracują na pierwszej linii.

– Firma właśnie dołączyła do tarczy, a więc od maja dostaniemy 80 proc. pensji. Kto został w tej kwestii najbardziej poszkodowany? Nie osoby z centrali, które siedzą w domach i pracują zdalnie, tylko pracownicy sklepów, którzy codziennie narażają swoje zdrowie i męczą się po 8-10, a czasem i 12 godzin w maskach i rękawiczkach dla firmy – skarży się kierownik jednej z drogerii.

Pracownicy Super-Pharm, podobnie jak w przypadku Natury, są dodatkowo sfrustrowani koniecznością tłumaczenia się klientom z opóźnionych dostaw zamówień internetowych, pomyłkami lub brakiem niektórych towarów w paczkach. Na nic wyjaśnienia, że za wysyłki i ich kompletowanie odpowiada  zewnętrzna firma.

Czas pandemii w końcu minie. Jak szybko sytuacja w sklepach z kosmetykami wróci na dawne tory? Zarząd wrocławskich drogerii spod szyldu Lilaróż ma nadzieję, że niebawem.

– Po początkowym okresie szoku wywołanego koronawirusem, w chwili obecnej weszliśmy na ścieżkę konsekwentnej odbudowy sprzedaży. Wszystkie nasze sklepy we Wrocławiu pracują, wykazując jednocześnie tendencję wzrostu sprzedaży, co w naszym przekonaniu daje nadzieję na lepszą przyszłość. Liczymy, że maj będzie miesiącem przełomu i ożywienia sprzedaży, a tymczasem aktywnie działamy w celu umożliwienia wydłużenia czasu pracy naszych drogerii oraz zwiększenia zatrudnienia – czytamy w przesłanej do nas informacji.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Handel
06.09.2026 09:16
60 proc. młodych woli kosmetyki z dyskontów. „Dupe culture” zmienia układ sił na rynku
”Dupe culture” nie jest jedynie przelotną modą z TikToka, co wyraźnie potwierdzają twarde dane analityczne (fot. Shutterstock)Shutterstock

Kupowanie tanich zamienników to już nie wstyd, lecz powód do dumy. „Dupe culture” zmienia polskie FMCG. Młodzi konsumenci chwalą się na TikToku kosmetykami z dyskontów. Jak sieci handlowe monetyzują ten trend, rzucając wyzwanie markom luksusowym?

Spis treści:

  • Psychologia portfela, czyli nowa definicja konsumenckiego sprytu
  • Koniec ery wstydu: „Dupe Mindset” w liczbach i badaniach rynkowych
  • Inżynieria produktu: Jak zaprojektować dyskontowy hit z TikToka?
  • Organiczny zasięg za zero złotych, czyli algorytm w służbie detalu
  • Fast Beauty nad Wisłą
  • Inspiracja, klon czy plagiat?
  • Kto traci najwięcej?

Psychologia portfela, czyli nowa definicja konsumenckiego sprytu

Jeszcze dekadę temu marki własne sieci handlowych kojarzyły się z produktami gorszej jakości, wybieranymi wyłącznie z powodu ograniczeń budżetowych. Często ukrywano je na dnie koszyka, obawiając się oceny innych klientów. Dziś, za sprawą pokolenia Z oraz Millenialsów, obserwujemy na polskim rynku całkowite odwrócenie tego paradygmatu. „Dupe” (skrót od angielskiego słowa duplicate) przestał być postrzegany jako tania, żenująca podróbka. W nowej, cyfrowej rzeczywistości znalezienie kosmetyku, który kosztuje ułamek ceny oryginału, a oferuje zbliżone właściwości, to dowód na konsumencki spryt i nowoczesny pragmatyzm.

Dla młodych nabywców ślepe przepłacanie za logotyp straciło na znaczeniu. W dobie inflacji i presji ekonomicznej, kultura zamienników idealnie wpisuje się w szeroki nurt smart shoppingu. Konsument w mediach społecznościowych chwali się swoim odkryciem, udowadniając, że potrafi zoptymalizować budżet bez rezygnacji z doskonałego wyglądu czy pożądanego zapachu. Powodem do dumy nie jest już samo posiadanie luksusowego przedmiotu, ale wiedza, jak ten luksus rynkowo „zhakować”.

Koniec ery wstydu: „Dupe Mindset” w liczbach i badaniach rynkowych

Zjawisko to nie jest jedynie przelotną modą z TikToka, co wyraźnie potwierdzają twarde dane analityczne. Jak wynika z raportu globalnej agencji badawczej YPulse zatytułowanego „Dupe Mindset”, mamy do czynienia ze zjawiskiem strukturalnym. Aż 67 proc. konsumentów z grupy docelowej (18–39 lat) deklaruje świadome i regularne kupowanie zamienników.

Najbardziej przełomowy wniosek z tego badania obala jednak dotychczasowy mit biedy: aż 60 proc. młodych dorosłych stwierdziło, że wybraliby tani odpowiednik, nawet gdyby w danym momencie było ich stać na oryginalny produkt z perfumerii. Dodatkowo niemal 70 proc. z nich uważa, że używanie wysokiej jakości zamienników daje im takie samo poczucie ekskluzywności. Luksus dla pokolenia Z zyskał więc nową definicję – oderwał się od tradycyjnych, stuletnich domów mody na rzecz natychmiastowego zaspokajania potrzeb w ramach racjonalnego budżetu.

Na rodzimym gruncie polskim zjawisko to podsyca tzw. Fast Beauty. Z raportu CSA „Nowe oblicze piękna” płynie wniosek, że presja wyglądu jest ogromna – 58 proc. przedstawicieli pokolenia Z czuje się przytłoczonych pędzącymi trendami. Jednocześnie 79 proc. odczuwa bolesną zależność między zawartością portfela a możliwością dbania o urodę. Dyskontowe „dupes” rozwiązują ten ból niemal idealnie, dając bilet wstępu do modnego świata za jedyne kilkanaście złotych.

Inżynieria produktu: Jak zaprojektować dyskontowy hit z TikToka?

Naiwnością byłoby sądzić, że uderzające podobieństwo kosmetyków z dyskontu do najdroższych marek selektywnych to dzieło przypadku. Giganci rynku detalicznego tacy jak Biedronka czy Lidl działają tu z precyzją chirurga. Cały proces projektowania opiera się na strategii inżynierii wstecznej i natychmiastowym mapowaniu globalnych virali.

Tworzenie idealnego zamiennika opiera się na trzech filarach.

  • Pierwszym jest błyskawiczne odtwarzanie profilu zapachowego (tzw. nut olfaktorycznych) lub konsystencji masy kosmetycznej. Wprawdzie tanie perfumy rzadko posiadają wielogodzinną trwałość zaawansowanych kompozycji, ale dla konsumenta kluczowy jest „efekt wow” podczas testowania w sklepie.
  • Drugim filarem jest psychologia opakowań i kodowanie wizualne. Projektanci dyskontowi celowo wykorzystują kształty, ciężar i kolory kojarzące się z oryginałem. Jeśli luksusowy pierwowzór używa grubego szkła i złotej typografii, zamiennik na pewno powieli tę paletę. Co ciekawe, inżynierowie opakowań potrafią sztucznie dociążyć dno taniego flakonu, aby ten „leżał w dłoni” jak produkt z kategorii premium.
  • Trzeci filar to drastyczne skrócenie czasu od projektu do wdrożenia (time-to-market). Łańcuchy dostaw marek własnych są obecnie tak wyśrubowane, że odpowiedź na internetowy hit pojawia się na paletach w sklepach w zaledwie kilka do kilkunastu tygodni.

Organiczny zasięg za zero złotych, czyli algorytm w służbie detalu

Cała ta machina nie miałaby tak spektakularnych wyników bez potęgi algorytmów. TikTok, Instagram Reels i YouTube Shorts stały się głównymi dźwigniami sprzedażowymi dla branży detalicznej. Materiały typu ślepe testy zapachów czy nakładanie zamiennika na połowę twarzy generują dziesiątki milionów wyświetleń.

Dla biznesu FMCG to sytuacja bez precedensu. Sieci takie jak Biedronka czy drogerie typu Rossmann otrzymują olbrzymi, wysoce stargetowany zasięg reklamowy bez wydawania choćby złotówki na tradycyjny marketing medialny. Użytkownicy sami wytwarzają popyt, sami budują napięcie i sami wywołują w sobie psychologiczny lęk przed przegapieniem okazji (FOMO – Fear Of Missing Out). Jeden wiralowy film potrafi wyczyścić zapasy konkretnego perfumu w tysiącach sklepów w całej Polsce w przeciągu kilkunastu godzin.

Fast Beauty nad Wisłą

Analizując rynek, łatwo zauważyć, że najwięksi gracze w Polsce doskonale podzielili między siebie segmenty. Biedronka wyspecjalizowała się w zapachowym luksusie. Na jej półkach (m.in. pod marką BeBeauty) regularnie pojawiają się perfumy nawiązujące do światowych bestsellerów takich marek jak Tom Ford (np. słynne Lost Cherry), Yves Saint Laurent czy Carolina Herrera. Sieć opiera swoją sprzedaż na ofertach rotacyjnych (in-out), co dodatkowo wymusza szybką decyzję zakupową u klienta pod presją braku ponownej dostawy.

Lidl z kolei obrał kurs na zaawansowaną pielęgnację. Jego linia Cien, ze szczególnym uwzględnieniem kremów z Q10, od lat jest obiektem porównań do absurdalnie drogich kremów La Mer czy kosmetyków La Prairie. Nawet jeśli chemiczny skład lidlowskiego kremu nie opiera się na opatentowanych algach oceanicznych, jego właściwości nawilżające i otoczka „luksusu za grosze” wystarczają do zbudowania kultowego statusu na TikToku.

Swoją potęgę w tym trendzie budują również drogerie. Rossmann, wykorzystując marki Isana oraz Rival Loves Me, błyskawicznie reaguje na światowe trendy z Sephory. Gdy w sieci wybuchł szał na bazy rozświetlające od Charlotte Tilbury, płynne róże Seleny Gomez (Rare Beauty) czy krwawe peelingi kwasowe (The Ordinary), niemiecka drogeria natychmiast dostarczyła swoim nastoletnim klientkom budżetowe odpowiedniki w łudząco podobnych opakowaniach.

Inspiracja, klon czy plagiat?

Fenomen zamienników rodzi oczywiste pytanie z zakresu prawa własności intelektualnej: dlaczego koncerny luksusowe nie wytaczają dyskontom masowych procesów? Odpowiedź leży w lukach i konstrukcji samego prawa. Zastrzeżenie patentowe konkretnej kompozycji zapachowej jest na całym świecie niesamowicie trudne i często nieskuteczne.

Można chronić znak towarowy, precyzyjne logo i unikalny design butelki, ale producenci zamienników potrafią lawirować po tej granicy perfekcyjnie. Nazwa odpowiednika jest inna, a czcionka tylko delikatnie nawiązuje do oryginału, nie wprowadzając w bezpośredni błąd co do pochodzenia towaru. W świetle prawa nie mówimy więc o nielegalnej podróbce, lecz o produkcie inspirowanym. Kluczowym argumentem obronnym dyskontów jest to, że klient w Lidlu doskonale wie, iż kupuje krem marki Cien. Nie ma tu mowy o oszustwie – konsument dokonuje wyboru w pełni świadomie.

Kto traci najwięcej?

Czy „dupe culture” dusi zyski koncernów takich jak LVMH czy Estée Lauder? Paradoksalnie nie. Grupa docelowa polująca na flakon perfum za 25 zł rzadko posiada budżet na wydanie 1500 zł w luksusowym butiku. Co więcej, istnienie tanich naśladowców utrwala w kulturze masowej status oryginału, ugruntowując go na pozycji ostatecznego wyznacznika prestiżu i marzenia zakupowego, które w przyszłości może zostać zrealizowane.

Największym przegranym całej rewolucji są marki z tzw. średniej półki, określane w biznesie jako segment masstige. Oferują one poprawne kosmetyki w cenach od 100 do 300 zł. Kiedy konsument ma do wyboru przeciętny produkt ze średniej półki w drogerii lub precyzyjnie zaprojektowany i sprawdzony przez tiktokerów dyskontowy zamiennik najdroższych marek za jedyne 20 zł, decyzja staje się prosta. Polacy omijają średnią półkę, maksymalizując w ten sposób użyteczność wydanego pieniądza.

Kultura „dupe” przestała być fanaberią nastolatków, a stała się solidnym, długofalowym wektorem rozwoju dla branży detalicznej. Będzie ona postępować i ewoluować. Marki własne, zyskując ogromny kapitał zaufania, w najbliższych latach zaczną przechodzić od etapu naśladownictwa do innowacji, oferując zaawansowane składy aktywne w dyskontowych cenach. Bariera pomiędzy produktem masowym a luksusowym na naszych oczach bezpowrotnie się zaciera. Wygranym tego procesu jest niewątpliwie poinformowany, sprytny konsument, dla którego dowodem wyczucia stylu jest dziś nie metka od słynnego projektanta, ale imponująco niski rachunek przy kasie.

Michał Czubak
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Ogłoszenia
02.09.2026 11:24
Witaj szkoło - co można zgarnąć w sieciach drogeryjnych
Back to school w drogeriach (fot. Shutterstock)Shutterstock

Początek roku szkolnego stał się dla drogerii okazją do uruchomienia sezonowych akcji promocyjnych. Cocolita, Puder i Krem, Minti Shop i Hebe sięgają po rabaty sięgające 50%, kody promocyjne oraz akcje wykraczające poza klasyczne „back to school”. Wśród nich pojawiają się m.in. „back to beauty” i „back to routines”.

Puder i Krem z rabatami do 50%

Puder i Krem wykorzystuje początek roku szkolnego do promocji kosmetyków. W ramach akcji „back to school 2026” ceny wybranych produktów zostały obniżone nawet o 50%. 

Sklep dokłada do tego rabaty zależne od wartości zamówienia. Przy zakupach za minimum 99 zł można otrzymać dodatkowe 5% rabatu z kodem BTS5, przy 199 zł – 10% z kodem BTS10, a przy 299 zł – 15% z kodem BTS15.

Promocja obejmuje m.in. kosmetyki do makijażu, pielęgnacji oraz produkty do codziennej rutyny. Akcja potrwa do 13 września 2026 roku.

Cocolita kusi promocjami na back to school

Cocolita również przygotowała specjalną ofertę „back to school”, w której obniżkami objęto m.in. kosmetyki do makijażu, produkty do pielęgnacji ciała i włosów, perfumy oraz akcesoria. Wśród promocyjnych propozycji znalazł się m.in. tusz Eveline Extension Volume Push Up, który kosztuje 13,69 zł zamiast 22,99 zł. Oznacza to obniżkę o 40%.

Tańszy jest również Lovely Gold Highlighter. Rozświetlacz do twarzy można kupić za 14,99 zł, podczas gdy jego regularna cena wynosi 18,99 zł. Z kolei Lovely HD Loose Powder Mineralny Puder Sypki kosztuje 22,99 zł przy regularnej cenie 28,99 zł. 

Cocolita prowadzi akcję pod hasłem „ready, set, school! Twoje produkty na nowy rok szkolny”, w ramach której promocje sięgają 40%.

image
Cocolita obniża ceny na Back to School (fot. Cocolita)
Cocolita

Minti Shop stawia na back to routines i healthy week

Minti Shop zamiast klasycznej akcji „back to school” proponuje „back to routines”, czyli promocję na produkty, które mają towarzyszyć młodym klientom w powrocie do codziennej pielęgnacji po wakacjach. Rabaty sięgają 50%. Akcją objęto m.in. marki Medik8, Ido Lab, BasicLab i Medicube. Oferta obowiązuje do 6 września 2026 roku.

Równolegle drogeria prowadzi akcję „healthy week”, akcja potrwa do 6 września. W jej ramach przeceniono produkty m.in. marek Norsa Pharma, Lullalove i Dermedic. Wśród promocji znalazł się krem przeciwsłoneczny Birch Juice Moisturizing Sunscreen SPF50+ PA++++ 50 ml, którego cena spadła z 99,90 zł do 49,90 zł. Numbuzin No.3 Bifida Bakuchiol Zero Pore Milky Toner 200 ml również kosztuje 49,90 zł zamiast 99,90 zł. Z kolei wcierka MOEV Annurcatin Hair Tonic 150 ml została przeceniona z 79,90 zł do 69,90 zł.

Hebe stawia na “back to beauty”

Hebe, zamiast ograniczać się do klasycznej akcji „back to school”, promuje kosmetyki w ramach „back to beauty”. Oferta obejmuje szeroki asortyment – od makijażu i pielęgnacji twarzy po produkty do włosów, paznokci i perfumy. Na stronie akcji znajduje się ponad 7,3 tys. produktów.

Hebe wykorzystuje przy tym różne mechanizmy promocyjne. Część produktów można kupić 30% taniej z kodem „BEAUTY”, a przy innych obowiązuje kod „POLSKIE”. Są też akcje typu 1+1, w tym oferta, w której drugi produkt można otrzymać za 1 zł. Przykładowo Biodance Bio Collagen kosztuje 19,99 zł przy promocji - 30% z kodem „BEAUTY”.

Weronika Pisarska
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
08. wrzesień 2026 16:08