StoryEditor
Prawo
07.01.2021 00:00

Wprowadzasz kosmetyk do sklepu? Poproś o potwierdzenie oceny bezpieczeństwa

– Skontaktowała się ze mną firma, która zakupiła kilka palet produktów poza Unią Europejską i niestety okazało się, że są to produkty niezgodne z naszą legislacją. Na moją uwagę, że nie da się ich wprowadzić do obrotu pojawiło się najpierw oburzenie, potem łzy. Z jednej strony rozumiem trudne początki, ale czymś niepojętym jest dla mnie rozpoczynanie działalności gospodarczej bez jakiegokolwiek rozeznania branżowego – mówi dr Iwona Białas, inż. chemii, toksykolog, safety assessor, z którą rozmawiamy o nowościach kosmetycznych, o procesie ich wprowadzania na rynek, o bezpieczeństwie kosmetyków, o „dobrych i złych” składnikach, oraz o tym, kto ma kłopot, gdy produkt jest niezgodny z prawem.

Polski sektor kosmetyczny jest wyjątkowo chłonny. GUS podaje, że mamy ponad 1000 podmiotów zarejestrowanych jako producentów kosmetyków, a co roku przybywa nawet 175 nowych firm. Każda z nich, wprowadza na rynek nowe produkty do higieny, pielęgnacji, makijażu. Jaka to jest skala nowości w porównaniu do poprzednich lat?

Rzeczywiście po wystąpieniu Wielkiej Brytanii z UE jesteśmy piątym rynkiem kosmetycznym w Europie. Nie mamy się czego wstydzić, za to są powody do dumy. Branża dysponuje ogromnym zapleczem technologicznym, mamy świetnie przygotowaną kadrę technologów, specjalistów marketingu, sprzedaży… Produkujemy i eksportujemy w znacznych ilościach kosmetyki wysokiej jakości, specyfiką naszego rynku jest także jego duże rozproszenie.

Na pewno branża w Polsce bardzo szybko reaguje na nowe trendy, potrzeby konsumenckie. Obserwowany ostatnimi laty zwrot ku ekologii, ku naturze, na pewno spowodował duże zmiany w portfolio produktowym istniejących marek, jest także siłą napędową do powstawania nowych firm. Zauważamy coraz więcej innowacyjnych graczy na rynku, których wyróżnikiem są specyficzne koncepcje marketingowe, ale także dobór surowców kosmetycznych, metod ich pozyskiwania czy technologii produkcji. Ostatni rok jest zupełnie inny od poprzednich – myślę, że w dobie koronawirusa większość firm, w ekspresowym tempie reagując na zmiany potrzeb konsumenckich, wprowadziła na rynek specyficzne produkty do higieny.

W kontekście skali nowości należy wziąć pod uwagę, że cykl życia kosmetyków na rynku jest stosunkowo krótki. Są oczywiście produkty, pozostające na rynku przez długi czas, stanowiące markę samą w sobie, ale większość firm przyzwyczaja konsumentów do zmian portfolio produktowego.

W zależności od wielkości firmy możemy założyć, że każdy producent kosmetyków wprowadza do obrotu od kilku do kilkudziesięciu nowych produktów rocznie. Nie wszystkie są wielkimi innowacjami, jednakże pamiętajmy o tym, że dysponujemy ogromnym zapleczem składnikowym. Pewne składniki stają się bardziej modne, inne są passé. Stale udoskonalamy formulacje kosmetyczne w zakresie stabilności, właściwości fizykochemicznych, czy sensorycznych. Istotnym stymulatorem zmian jest także legislacja kosmetyczna – obserwowany w ostatnich latach zakres zmian regulacji składnikowych jest czynnikiem, który powoduje, że firmy są zmuszone do zaprzestania produkcji pewnych kosmetyków lub muszą dokonać reformulacji na dużą skalę. Myślę, że co najmniej jedna czwarta wprowadzanych zmian wynika z konieczności dostosowania produktów do obowiązującego prawa.

Jak długo trwa przygotowanie do wprowadzenia nowości na rynek? I jak wygląda technicznie już sam proces wprowadzenia produktu do obrotu?

To jak przebiega proces wprowadzenia na rynek nowego produktu jest ściśle uzależnione od stopnia skomplikowania kosmetyku – pewne receptury optymalizuje się w kilka dni, inne wymagają tygodni, nawet miesięcy. Podobnie jest z badaniami – w pewnych wypadkach można zrezygnować np. z czasochłonnych testów konserwacji, a w innych konieczne jest prowadzenie badań aplikacyjnych, instrumentalnych trwających kilka tygodni. To co istotne, te badania zawsze powinny być prowadzone dla finalnej formulacji, a więc po procesie optymalizacji składu. Osobną kwestią jest opracowanie kampanii promocyjnej dotyczącej produktu. Jeszcze inną sama produkcja – wstrzelenie się w harmonogramy, szczególnie w ramach produkcji kontraktowej, także wymaga przygotowania. Wszystkich tych etapów nie da się zamknąć w 2-3 miesiącach. Wyjątek stanowi sytuacja modyfikacji produktu już istniejącego na rynku – wówczas ramy czasowe mogą być krótsze.

Panuje przekonanie, że konsumenci coraz częściej wybierają kosmetyki świadomie, zwracają uwagę na skład, bezpieczeństwo. Co dla Pani oznacza termin świadomy konsument?

Świadomy konsument, w moim mniemaniu, nie jest osobą, która ślepo wystrzega się określonych składników w diecie, kosmetykach, detergentach czy wyrobach farmaceutycznych, etc. Świadomy konsument to dla mnie osoba, która rozumie różnicę między zagrożeniem a ryzykiem oraz czuje przekaz Paraselsusa: „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, tylko dawka ma znaczenie”… I w końcu wie, że cały otaczający nas świat to „sama chemia”, a produkty z długą datą przydatności muszą być konserwowane… Tymczasem obserwowany przez nas w ostatnich latach kryzys wizerunkowy nauki jest spowodowany tym, że świadomość konsumenta zbyt mocno budowana jest przez kampanie marketingowe, które nie zawsze są poparte dowodami i należytą wiedzą.

Wiem, że mówię rzeczy niepopularne, nieprzystające do aktualnych trendów marketingowych, ale – tak jak w życiu nie ma sytuacji czarno-białych, mamy bardzo wiele odcieni szarości – podobnie jest z kosmetykami. Jednorazowe spożycie 6 litrów wody, czy kilkudziesięciu gramów soli kuchennej może być śmiertelne. Czy z tego powodu unikamy wody czy soli w pożywieniu? Nie, bo odpowiednie dawki tych substancji są bezpieczne, a wręcz są niezbędne do życia. Podobnie powinniśmy rozumieć narażenie na składniki kosmetyczne: to że kosmetyk zawiera jakąś substancję, nawet uznaną za niebezpieczną dla zdrowia, nie oznacza, że w warunkach stosowania stanowi ona rzeczywiste ryzyko.

Gdyby influencerzy, blogerzy, czy niektóre media nie wypowiadały się w tych kwestiach zamiast toksykologów i specjalistów oceny ryzyka kosmetyków nasz świat byłby piękniejszy (śmiech). Albo przynajmniej powinni pokusić się o to, aby zrozumieć różnicę między zagrożeniem i ryzykiem, bo jest ona kolosalna.

Co więc decyduje o bezpieczeństwie kosmetyków?

Wydaje mi się, że w tym pytaniu musimy zmienić podmiot – nie „co”, ale „kto” decyduje o bezpieczeństwie kosmetyków? Otóż o bezpieczeństwie produktu decyduje zawsze i wszędzie ten, kto go wprowadza do obrotu. Zgodnie z legislacją kosmetyczną jest to tzw. osoba odpowiedzialna. W drugiej linii mamy oczywiście legislatora. W dzisiejszych realiach rynkowych żaden podmiot nie może sobie pozwolić na straty wizerunkowe, ale także na odpowiedzialność karną wynikającą z celowego wprowadzania do obrotu produktów niebezpiecznych dla zdrowia konsumenta.

Legislacja kosmetyczna jest jedną z najbardziej rygorystycznych i zmiennych – ciągle dostosowujemy to, co i w jakich warunkach możemy stosować w kosmetykach, do aktualnego stanu wiedzy. Mamy obszerną listę substancji zakazanych do stosowania w przypadku, gdy ryzyko dla zdrowia jest istotne oraz pokaźne listy substancji dozwolonych do stosowania z ograniczeniami. Obowiązkiem osoby odpowiedzialnej jest zadbanie o to, aby każdy produkt kosmetyczny na rynku był zgodny z aktualną legislacją. Osoba odpowiedzialna musi także posiadać dowody bezpieczeństwa stosowania produktu, takie jak raport oceny bezpieczeństwa, stosowne wyniki badań. W tym kontekście zaufanie do marki, dbającej o odpowiednie standardy jakościowe zyskuje zupełnie inne znaczenie.

A składniki? W sieci, na forach, toczą się niekończące się dyskusję dotyczące tego, które są lepsze i dlaczego? Jak to wygląda z punktu widzenia oceny bezpieczeństwa?

Bezpieczeństwem stosowania składników kosmetycznych zajmuje się Komitet SCCS (Scientific Commitee On Consumer Safety), niezależna grupa toksykologów, która w swojej rygorystycznej, konserwatywnej postawie dotyczącej szacowania ryzyka zaskakuje niejedną firmę kosmetyczną. Komitet jest odpowiedzialny za ocenę tego, w jakich warunkach substancja może być stosowana w kosmetykach. Pamiętajmy także o tym, że składniki kosmetyczne to także chemikalia podlegające legislacji chemicznej, gdzie oceniane jest również zagrożenie dla zdrowia oraz środowiska.

Fora internetowe są pełne dyskusji „składnikowych”, ale czy na pewno komentujący posiadają stosowną wiedzę i doświadczenie do opiniowania składników? Mam wątpliwości.

Istnieje wiele mitów dotyczących składników, tzw. czarne listy składnikowe, które są pełne pozycji opiniowanych przez Komitet SCCS. W mojej ocenie, jeśli składniki są stosowane zgodnie z zaleceniami SCCS i legislacją kosmetyczną – mówienie o ryzyku dla zdrowia jest nadużyciem i w świetle zaleceń dotyczących tworzenia deklaracji marketingowych dla kosmetyków (Rozporządzenie 655/2013) jest zakazane.

Mity kosmetyczne budzą wiele emocji w branży i poza nią. Myślę, że taki dyskusje o składnikach to dla Pani wielki sprawdzian cierpliwości.

Najbardziej denerwują mnie dyskusje na temat „zawiera/nie zawiera”. Samo stwierdzenie, że kosmetyk X zawiera daną substancję Y to za mało, aby określić ryzyko… Ja muszę znać warunki narażenia, czyli stężenie substancji w produkcie gotowym i sposób stosowania wyrobu – dopiero te parametry pozwolą mi oszacować ryzyko. Mamy tutaj niekończące się historie parabenowe, SLS, SLES-free, itp. Śmieszą mnie dyskusje o kosmetykach bezparabenowych, przy jednoczesnym stosowaniu np. niesteroidowych leków zapalnych zawierających p-hydroksybenzoesan metylu, czy propylu – to te same substancje tylko inaczej nazwane! Co więcej, w świecie roślin kwas 4-hydroksybenzoesowy i jego pochodne są powszechnie spotykane – ich źródłem są m.in: jęczmień, truskawki, czarne porzeczki, brzoskwinie, marchew, cebula, ziarna kakaowe, wanilia, winogrona. Czy z tych surowców spożywczych także mamy zrezygnować w imię hasła „produkt nie zawiera”?

Który z mitów uważa Pani za najbardziej niebezpieczny?

Wydaje mi się, że najbardziej niebezpiecznym mitem kosmetycznym są opowieści o rakotwórczych kosmetykach. Pamiętajmy, że zgodnie z art. 15 Rozporządzenia 1223/2009 składniki CMR, czyli działające mutagennie, rakotwórczo i szkodliwie na rozrodczość, są zakazane do stosowania. Oczywiście zaraz podniosą się głosy, że przecież substancje CMR są lub były stosowane w kosmetykach. Prawo nie działa wstecz, także wiedza o chemikaliach i ich wpływie na zdrowie się zmienia. Mówimy tutaj o aktualnym stanie wiedzy, wszędzie tam, gdzie pojawiają się dowody na właściwości CMR substancji bardzo szybko podejmowane są działania legislacyjne mające na celu zminimalizowanie ryzyka dla zdrowia. W pewnych szczególnych przypadkach, np. w przypadku tak popularnej witaminy A, substancja wykazuje właściwości CMR, ale w warunkach kosmetycznej aplikacji ryzyko dla zdrowia jest minimalne. Innym przykładem jest formaldehyd, gdzie uznano, że ryzyko dla zdrowia jest zbyt duże i zakazano stosowania tego składnika. Zawsze tego typu sytuacje wymagają jednak szczegółowej analizy przez Komitet SCCS i są one podstawą do uregulowania stosowania substancji.

Jako toksykologa mierzi mnie także podejście do prowadzenia testów na zwierzętach w odniesieniu do surowców kosmetycznych. Wszyscy wiemy, że obowiązuje nas zakaz prowadzenia testów na zwierzętach wyłącznie do celów kosmetycznych. Zgadzam się oczywiście z tym, że cierpienie zwierząt należy zminimalizować, ale pamiętajmy, że jak na razie nie mamy innych metod oceny toksyczności ogólnoustrojowej, czy rakotwórczości właśnie.

Sprecyzujmy – jest zakaz testowania na zwierzętach składników używanych w kosmetykach, ale nie oznacza to, że składniki te nie zostały już przetestowane w przeszłości.

Tak, myślę, że znakomita większość powszechnie stosowanych surowców kosmetycznych była badana na zwierzętach. Proszę pamiętać, że np. nie ma ograniczeń testowania składników w farmacji. Należy jednak rozumieć, że to, w jaki sposób testy są prowadzone obecnie nie ma nic wspólnego z warunkami, jakie obowiązywały np. w połowie ubiegłego wieku. Dziś nikt nie wyda zezwolenia na wykonanie badań, jeśli surowiec był testowany w przeszłości i wyniki są już dostępne. A same badania są obwarowane obostrzeniami mającymi na celu minimalizowanie liczby zwierząt oraz ich cierpienia. Testy wykonywane są naprawdę w ostateczności.

A jak wygląda praca nad metodami alternatywnymi?

Zakaz testów na zwierzętach to ogromy paradoks legislacyjny, bo obecnie nie wolno nam badać kosmetyków ani składników na zwierzętach, a z drugiej strony Komitet SCCS do oceny bezpieczeństwa stosowania substancji wymaga pełnego dossier toksykologicznego, w tym testów na zwierzętach właśnie. Pomimo ciągłych prac i ogromnych nakładów finansowych na ten cel, dostępne metody alternatywne do testów na zwierzętach są niedoskonałe, nie pozwalają na pełną ocenę toksykologiczną. Z tego względu od 2013 roku obserwujemy impas innowacyjny w zakresie składników regulowanych, takich jak konserwanty, barwniki, filtry UV – w odpowiednich załącznikach do Rozporządzenia 1223/2009 nie pojawiają się nowe pozycje. Branża nie może korzystać z nowych składników, ograniczamy się do tych, które są już dostępne i przebadane.

Wróćmy jeszcze do bezpieczeństwa kosmetyków i procedur legislacyjnych. Ustaliłyśmy, że przeprowadzenie oceny bezpieczeństwa produktu należy do osoby odpowiedzialnej. Jak to się odbywa w praktyce?

Osoba odpowiedzialna zleca wykonanie oceny bezpieczeństwa swoim pracownikom, bądź zewnętrznym safety assessorom. Zgodnie z art. 10 Rozporządzenia 1223/2009: safety assessor to osoba posiadająca dyplom lub inny dowód formalnych kwalifikacji, przyznany w wyniku ukończenia teoretycznych i praktycznych studiów uniwersyteckich w dziedzinie farmacji, toksykologii, medycyny lub innej zbliżonej dyscypliny lub kursu uznawanego przez dane państwo członkowskie za równorzędny. W mojej ocenie samo ukończenie odpowiedniego kierunku studiów czy kursu to początek drogi – ocena bezpieczeństwa wymaga interdyscyplinarnej wiedzy i doświadczenia, a w szczególności znajomości specyfiki branży.

Samo wprowadzenie produktu do obrotu – czy trzeba mieć na to specjalne zgody?

Całościowo za wprowadzenie do obrotu odpowiada osoba odpowiedzialna, z tego względu nie ma tutaj żadnej procedury rejestracji, udzielania zezwoleń, uiszczania opłat itp.

A gdyby okazało się, że kosmetyk wywołuje niepożądane skutki lub zawiera substancje zabronione, kto za to odpowie?

Kosmetyk wprowadzony na rynek podlega monitoringowi – czasami okazuje się, że konieczne jest np. skorygowanie zapachu, lepkości – potrzebne są drobne zmiany recepturowe, to nie stanowi problemu. Obowiązkiem osoby odpowiedzialnej jest także monitoring potencjalnych działań niepożądanych. Jeśli wystąpią łagodnie działania niepożądane, np. reakcja uczuleniowa o łagodnym przebiegu, podrażnienie, należy zastanowić się czy produkt nie wymaga zmian recepturowych. Jeśli liczba notowanych przypadków jest istotna safety assessor może zalecić zmiany w produkcie.

Poważne działania niepożądane wymagają zgłoszenia organom nadzoru, czyli Inspekcji Sanitarnej, i tym bardziej wymagają pogłębionej analizy w kontekście bezpieczeństwa stosowania.

Za wszelkie skutki zdrowotne odpowiada wprowadzający do obrotu, dlatego tak ważne jest przeprowadzenie oceny bezpieczeństwa przez odpowiednio wykfalifikowanego eksperta, który wyłapie ewentualne ryzyko przed wprowadzeniem kosmetyku na rynek.

Z punktu widzenia formalnego celowe wprowadzenie do obrotu produktu zawierającego substancje zabronione podlega odpowiedzialności karnej. Zgodnie z Art. 33. Ustawy o produktach kosmetycznych z 2018 roku: Kto wprowadza do obrotu produkt kosmetyczny z naruszeniem ograniczeń dotyczących substancji, (…) podlega karze pieniężnej w wysokości do 100 000 zł. Ten sam wymiar kary jest przewidziany w przypadku wprowadzenia do obrotu produktu bez przeprowadzonej oceny bezpieczeństwa.

Czy producenci zdają sobie z tego sprawę? Jak ocenia Pani przygotowanie, wiedzę przedsiębiorców na temat prowadzenia działalności? My w redakcji dostajemy telefony tego typu: „Wprowadzam właśnie nową markę na rynek, jakie obowiązują mnie przepisy?” Czy to Panią zaskakuje, że najpierw ktoś tworzy lub sprowadza produkty, a potem zastanawia się nad wymogami prawnymi?

Wydaje mi się, że większość firm jest odpowiednio przygotowana do spełniania wymagań legislacyjnych i jest ich w pełni świadoma. Problemy na pewno występują w przypadku nowych firm, mikroprzedsiębiorstw. Ja również często otrzymuję zapytania o rejestrację kosmetyku, wykonanie oceny bezpieczeństwa na podstawie karty charakterystyki produktu importowanego z krajów azjatyckich. Miałam kiedyś taką sytuację, że skontaktowała się ze mną firma, która zakupiła kilka palet produktów poza Unią Europejską i niestety okazało się, że są to produkty niezgodne z naszą legislacją. Na moją uwagę, że nie da się ich wprowadzić do obrotu pojawiło się najpierw oburzenie, potem łzy. Z jednej strony rozumiem trudne początki, ale czymś niepojętym jest dla mnie rozpoczynanie działalności gospodarczej bez jakiegokolwiek rozeznania branżowego. Bardzo „lubię” również telefony od osób, które chałupniczo produkują kosmetyki, często w domu, w kuchni, chcą je komercjalizować i są zdziwione, że muszą spełniać te same wymagania co wielkie fabryki produkcyjne.

Jak wygląda kontrola produktów, które są dostępne na rynku?

Rozporządzenie UE stanowi, że każde państwo osobno wyznacza organy kontroli kosmetyków i ich producentów. W Polsce nadzór nad wytwarzaniem i wprowadzaniem do obrotu produktów kosmetycznych sprawuje Państwowa Inspekcja Sanitarna, czyli sanepid oraz Inspekcja Handlowa.

Nie tak dawno mieliśmy wyjątkową sytuację z produktami antybakteryjnymi i biobójczymi. Jedna z firm zajmujących się produkcją biobójczych preparatów informowała detalistów, że grozi im odpowiedzialność karna za wprowadzenie na półki produktów niespełniających wymogów i przepisów prawa. Inny przykład to odżywka do paznokci z zakazanym formaldehydem w znanej sieci drogeryjnej. Co detaliści mogą zrobić, żeby uniknąć takich sytuacji, czy faktycznie oni również odpowiadają za to, co wprowadzają na półki?

Odpowiedzialność zawsze spoczywa na wprowadzającym do obrotu, nie ma tutaj wyjątków. Może to być producent, importer, dystrybutor – ten, kto dopełnia wszystkich formalności, o których rozmawiałyśmy. Najczęściej sieci handlowe, detaliści, nie biorą na siebie takiej odpowiedzialności, skupiają się na sprzedaży. Uniknąć takich sytuacji można jedynie poprzez gruntowną znajomość legislacji kosmetycznej. Dobrym rozwiązaniem, kiedy brak nam ekspertyzy, jest skorzystanie z usług firm doradczych, które pomogą rozwiać wątpliwości. Doskonałym źródłem wiedzy i pomocy są także nasze organizacje branżowe: Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego oraz Polskie Stowarzyszenie Przemysłu Kosmetycznego i Detergentowego.

Załóżmy, że jestem kupcem w sieci drogeryjnej, albo po prostu właścicielem drogerii. Jakie dokumenty powinnam zobaczyć zanim zdecyduję się wprowadzić dany produkt do sprzedaży?

Na pewno powinniśmy w takim wypadku otrzymać od klienta potwierdzenie, że produkt przeszedł pozytywnie proces oceny bezpieczeństwa, co można rozumieć jako zgodność z legislacją kosmetyczną oraz został zanotyfikowany w CPNP. To jest niezbędne minimum. Nie spodziewajmy się natomiast od razu udostępnienia pełnej treści raportu oceny bezpieczeństwa czy dokumentacji produktowej, ponieważ są to dane poufne i know-how wprowadzającego do obrotu. Większość firm posługuje się stosownymi oświadczeniami w tym zakresie.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ!

JAK PRZEBIEGA OCENA BEZPIECZEŃSTWA KOSMETYKU?

Proces oceny bezpieczeństwa (OB) kosmetyków jest szczegółowo opisany w legislacji kosmetycznej. Najistotniejsze są: załącznik I Rozporządzenia 1223/2009, wytyczne Komitetu SCCS do oceny bezpieczeństwa (aktualnie 10 poprawka, SCCS/1602/18) oraz Decyzja Wykonawcza w sprawie wytycznych dotyczących załącznika I (2013/674/UE).

Ocena ryzyka związanego ze stosowaniem produktów kosmetycznych w znaczącej mierze dotyczy analizy danych dla składników produktu i zazwyczaj zawiera 4 etapy:

  1. identyfikacja zagrożeń (określenie w jaki sposób substancja może być toksyczna)
  2. charakterystyka zagrożenia (ocena zależności dawka-odpowiedź)
  3. ocena ekspozycji związanej z aplikacją danego wyrobu (ocena, na jaką dawkę substancji konsumenci są narażeni)
  4. charakterystyka ryzyka (porównanie pomiędzy dawkami nie dającymi efektów toksycznych, a dawką związaną z aplikacją kosmetyku)

Pełna ocena ryzyka może być przeprowadzona jedynie wtedy, gdy zarówno zagrożenie, jak i ekspozycja, są możliwe do scharakteryzowania.

Poza analizą składnikową, ostatnim etapem jest weryfikacja danych dla wyrobu gotowego (stabilność, właściwości mikrobiologiczne, tolerancja w miejscu aplikacji, dowody na skuteczność działania, jeśli to działanie związane jest ze zdrowiem (np. kosmetyki promieniochronne, hipoalergiczne, ect.).

Przygotowanie do wprowadzenia produktu na rynek odbywa się w następujących etapach:

  • opracowanie receptury produktu
  • przygotowanie odpowiedniej komunikacji produktowej i oznakowania wyrobu
  • zgromadzenie dokumentacji produktu (tzw. PIF – Product Information File) dot. surowców opakowań, wyników niezbędnych badań potwierdzających stabilność fizykochemiczną, czystość i stabilność mikrobiologiczną, skuteczność i bezpieczeństwo produktu, opis technologii produkcji, etc.
  • przeprowadzenie oceny bezpieczeństwa produktu
  • zgłoszenie produktu do CPNP (Cosmetic Products Notification Portal)
  • dbanie o spełnianie wymagań GMP w trakcie produkcji kosmetyku
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
20.08.2026 13:36
[PILNE] Prezydent skierował Lex Szarlatan do TK. Kolejna próba zadbania o zdrowie i bezpieczeństwo Polaków zablokowana przez naciski lobbystów.
Przemysław Keler/KPRP

Ustawa określana jako „lex szarlatan” nie wejdzie szybko w życie. Prezydent Karol Nawrocki skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w ramach kontroli prewencyjnej, jednocześnie zapowiadając własną inicjatywę ustawodawczą dotyczącą walki z pseudomedycyną. Spór koncentruje się na tym, jak skutecznie chronić pacjentów przed szkodliwymi praktykami, nie ograniczając jednocześnie legalnej działalności związanej z medycyną komplementarną.

Prezydent: cel ustawy jest słuszny, ale środki budzą wątpliwości

„Lex szarlatan” od miesięcy wywołuje spory pomiędzy środowiskiem medycznym, organizacjami pacjenckimi a przedstawicielami branż związanych z medycyną alternatywną i komplementarną. Zwolennicy regulacji wskazują, że potrzebne są skuteczne narzędzia pozwalające przeciwdziałać osobom, które niesprawdzone metody przedstawiają jako skuteczne sposoby leczenia chorób. Przeciwnicy obawiają się natomiast nadmiernego ograniczenia prawa do wyboru terapii.

Do Kancelarii Prezydenta trafiały apele zarówno o podpisanie ustawy, jak i o jej odrzucenie. Wśród podmiotów zabierających głos znalazły się organizacje lekarzy, pacjentów i naukowców, a także przedstawiciele środowisk zajmujących się terapiami alternatywnymi, którzy od zeszłego roku coraz bardziej bili na alarm i organizowali się w grupy interesu, mające na celu możliwie najmocniejsze ograniczenie mocy przyszłej ustawy.

Przeczytaj nasze najświeższe omówienie Lex Szarlatan poniżej:

image

Koniec z homeopatią obok sonoforezy? Lex Szarlatan trafiło na biurko prezydenta

Ostatecznie prezydent zdecydował o skierowaniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego przed jej podpisaniem. Oznacza to, że jej wejście w życie zostaje wstrzymane do czasu rozstrzygnięcia przez TK.

Karol Nawrocki podkreślił jednocześnie, że sam cel regulacji ocenia pozytywnie. Zastrzeżenia dotyczą natomiast zastosowanych instrumentów prawnych. W ocenie prezydenta przepisy mogą prowadzić do zbyt szerokiego objęcia sankcjami podmiotów, które nie powinny być traktowane na równi z osobami faktycznie stwarzającymi zagrożenie dla zdrowia.

Zioła i pseudomedycyna w jednej kategorii?

Jednym z głównych argumentów prezydenta jest zarzut nadmiernego uogólnienia. Jak wskazał Karol Nawrocki, projektowana regulacja może kwalifikować do jednej kategorii zarówno osoby prowadzące działalność realnie zagrażającą zdrowiu, jak i przedsiębiorców zajmujących się m.in. zielarstwem, zdrowym odżywianiem czy medycyną komplementarną.

Zdaniem prezydenta problemem jest możliwość zastosowania dotkliwych kar wobec bardzo różnych podmiotów. W jego ocenie sprzedawca ziół oraz osoba świadomie oferująca niesprawdzone terapie jako leczenie nie powinny podlegać takim samym mechanizmom odpowiedzialności.

To właśnie zakres definicji praktyk pseudomedycznych i przewidzianych sankcji stał się jednym z kluczowych punktów sporu. Zwolennicy ustawy odpowiadają, że jej celem nie jest eliminowanie legalnej działalności związanej z medycyną komplementarną, lecz ochrona pacjentów przed wprowadzaniem w błąd i praktykami, które mogą prowadzić do rezygnacji z właściwego leczenia.

Własna ustawa prezydenta

Skierowanie „lex szarlatan” do TK nie oznacza jednak rezygnacji z walki z pseudomedycyną. Równocześnie prezydent zapowiedział własną inicjatywę ustawodawczą.

Jak przekazał rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz, Kancelaria Prezydenta przygotuje projekt nowelizacji Kodeksu karnego, który ma być rozwiązaniem wymierzonym w osoby faktycznie prowadzące działalność szkodliwą dla pacjentów. Według zapowiedzi projekt ma być „realnym, skutecznym i przede wszystkim zgodnym z Konstytucją” narzędziem walki z szarlatanerią.

Oznacza to, że debata nad sposobem regulowania rynku pseudomedycznego będzie trwała niezależnie od rozstrzygnięcia Trybunału Konstytucyjnego. W centrum pozostaje pytanie o zakres odpowiedzialności osób oferujących alternatywne metody leczenia oraz o to, jak odróżnić legalną działalność związaną z medycyną komplementarną od praktyk, które mogą realnie zagrażać zdrowiu.

Dla rynku usług zdrowotnych, wellness i beauty znaczenie będzie miało przede wszystkim to, czy przyszłe przepisy precyzyjnie określą granicę między sprzedażą produktów i świadczeniem legalnych usług a przypisywaniem im niepotwierdzonych właściwości leczniczych. Zwolennicy zaostrzenia przepisów wskazują, że w przypadku zdrowia podstawą decyzji powinny być dowody naukowe. Przeciwnicy regulacji ostrzegają natomiast, że walka z pseudomedycyną nie może oznaczać automatycznego ograniczania prawa do korzystania z metod komplementarnych.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
20.08.2026 12:13
Koniec z homeopatią obok sonoforezy? Lex Szarlatan trafiło na biurko prezydenta
THLT LCX

Ustawa określana jako „Lex Szarlatan” ma rozszerzyć kompetencje Rzecznika Praw Pacjenta i umożliwić szybką reakcję na praktyki pseudomedyczne oraz komercyjną dezinformację zdrowotną. Projekt przewiduje kary sięgające 1 mln zł, nowe możliwości blokowania dostępu do treści internetowych oraz 6 dodatkowych etatów w Biurze RPP. Dla legalnie działającej branży beauty kluczowe pozostaje pytanie, gdzie ustawodawca wyznaczy granicę między usługą kosmetyczną, medycyną estetyczną a praktyką pseudomedyczną.

- To prezydent informuje o swoich decyzjach i wkrótce o tej decyzji, dotyczącej tej ustawy, pan prezydent poinformuje [...] W przypadku każdej z ustaw kieruje się interesem i dobrem obywateli, ale przede wszystkim realizuje swoje uprawnienia zgodnie z przepisami polskiej konstytucji. Zatem ta ustawa, jak każda inna, będzie podlegała badaniu pod kątem konstytucyjności, pod kątem zgodności z przepisami polskiego prawa i tego, w jaki sposób może oddziaływać na obywateli Rzeczypospolitej. Kierując się tymi kryteriami, pan prezydent podejmie swoją decyzję — powiedział Wirtualnej Polsce Rafał Leśkiewicz, rzecznik prasowy prezydenta Karola Nawrockiego, pytany o to, jaką decyzję głowa państwa podejmie w kwestii ustawy "Lex szarlatan". Zaznaczył, że decyzja zostanie ostatecznie podjęta jeszcze w bieżącym tygodniu.

„Lex Szarlatan” na ostatniej prostej

Ustawa o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta ma stworzyć narzędzia pozwalające skuteczniej reagować na działalność osób i firm, które oferują usługi pseudomedyczne lub rozpowszechniają treści sprzeczne z aktualną wiedzą medyczną. Dotychczasowe kompetencje RPP były ograniczone przede wszystkim do podmiotów funkcjonujących w oficjalnym systemie ochrony zdrowia. Tymczasem znaczna część rynku pseudomedycznego działa jako zwykła działalność gospodarcza.

Według danych wykorzystanych w ocenie skutków regulacji w Polsce funkcjonuje niemal 40 tys. podmiotów świadczących usługi związane z medycyną tradycyjną, uzupełniającą lub paramedyczną. Nie oznacza to, że wszystkie prowadzą działalność niezgodną z prawem. Szacunki wskazują jednak, że od kilku do kilkunastu tysięcy podmiotów może spełniać kryteria potencjalnie niebezpiecznych praktyk pseudomedycznych.

image

Rząd wspiera branżę beauty — Lex Szarlatan pomoże oddzielić profesjonalistów od oszustów. Lekarze protestują: nowelizacja jest bezzębna.

To właśnie rozszerzenie nadzoru na działalność prowadzoną poza formalnym systemem ochrony zdrowia jest jedną z najważniejszych zmian. RPP ma otrzymać kompetencje pozwalające kontrolować również przedsiębiorców, którzy dotychczas znajdowali się poza jego bezpośrednim zasięgiem.

Proces legislacyjny budzi przy tym duże emocje. Do projektu zgłoszono ponad 4 tys. uwag, a dokument był konsultowany z ponad 120 instytucjami i organizacjami. Po przyjęciu ustawy przez Sejm i zakończeniu prac parlamentarnych dokument trafił do Prezydenta. Termin na podjęcie decyzji przypada na 21 sierpnia 2026 r.

Czym będzie praktyka pseudomedyczna?

Kluczowe znaczenie dla przedsiębiorców ma definicja praktyki pseudomedycznej. Zgodnie z projektowanymi przepisami chodzi o przypisywanie metodzie, substancji lub innemu działaniu właściwości leczniczych, które są niezgodne z aktualną wiedzą medyczną, jeżeli może to prowadzić do określonych negatywnych konsekwencji.

Ustawodawca wskazuje trzy podstawowe ryzyka: pogorszenie stanu zdrowia pacjenta, opóźnienie właściwej diagnostyki lub leczenia oraz rezygnację z terapii o potwierdzonej skuteczności.

To istotne rozróżnienie. Samo korzystanie z produktu lub metody nie będzie automatycznie oznaczało prowadzenia praktyki pseudomedycznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy przedsiębiorca przypisuje danej metodzie działanie lecznicze, którego nie potwierdza aktualna wiedza medyczna, a jego komunikacja może wpływać na decyzje zdrowotne pacjenta.

Wśród przykładów wskazywanych przez przedstawicieli RPP znajdują się m.in. zalecanie picia płynu Lugola w celu leczenia chorób tarczycy czy nieuprawnione posługiwanie się tytułem lekarza.

Skala problemu widoczna jest także w konkretnych sprawach. Jedna z nich dotyczyła 40-letniej pacjentki z rakiem jajnika, która korzystała z usług naturopaty stosującego diagnostykę biorezonansem i zalecającego tzw. perły księżniczki, czyli tampony zawierające chińskie zioła. Podczas działań zabezpieczono dane niemal 900 potencjalnych klientów gabinetu.

Warto wspomnieć, że organizacja lobbystyczna Beauty Razem już w marcu bieżącego roku informowała o próbach ograniczenia ochrony pacjentów poprzez zmianę nomenklatury zawartej w ustawie. Cytując portal BeautyRazem,

Po zmianach przez pseudomedycynę rozumie się: „udzielanie świadczeń zdrowotnych przez osobę niewykonującą zawodu medycznego”.

To zawężenie względem wcześniejszej propozycji, która obejmowała wszelkie działania „na rzecz zdrowia”. Definicja brzmiała: „podejmowanie działań służących zachowaniu, ratowaniu, przywracaniu lub poprawie zdrowia przez osobę niewykonującą zawodu medycznego”. [...] do interwencji [w sprawie] Beauty Razem doszło, ponieważ rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski potwierdził w rozmowie z „Rynkiem Zdrowia”, że NIL zgłosiła poprawki do projektu ustawy mając na względzie także kosmetyczki i kosmetologów, aby uniemożliwić wykonywanie iniekcji przez osoby bez prawa wykonywania zawodu medycznego. Stwierdził, że główną intencją NIL jest, aby nie narażali oni pacjentów na powikłania po zastosowaniu wypełniaczy, botoksu czy nici liftingujących.

Kryształ na migrenę i olejek na depresję

Granica pomiędzy legalną sprzedażą produktu a działalnością pseudomedyczną może mieć znaczenie także w branży kosmetycznej, wellness i beauty. Na rynku pojawiają się bowiem produkty impulsowe, którym sprzedawcy przypisują właściwości wykraczające poza ich rzeczywiste zastosowanie.

image

Z gabinetów beauty znikną „leczące" kryształy, olejki i suplementy? Ministra Zdrowia idzie na wojnę z szarlatanami

Przykładami mogą być „magiczne” kryształy reklamowane jako sposób na migrenę, olejki eteryczne przedstawiane jako metoda leczenia depresji czy bransoletki mające poprawiać ciśnienie. Sam fakt sprzedaży takich produktów nie musi jeszcze oznaczać naruszenia nowych przepisów. Ryzyko pojawia się w momencie, gdy produkt jest przedstawiany jako środek leczniczy, a jego stosowanie może skłonić klienta do rezygnacji z właściwej diagnostyki lub terapii.

Dla gabinetów kosmetologicznych oznacza to, że istotnym obszarem ryzyka może stać się nie tylko sam zabieg, ale również sposób komunikowania jego efektów. Szczególnej uwagi będą wymagały materiały reklamowe, strony internetowe, media społecznościowe, opisy usług oraz wypowiedzi pracowników.

Obietnica poprawy wyglądu skóry będzie co do zasady czymś innym niż deklaracja leczenia konkretnej choroby. Podobnie sprzedaż produktu wspierającego relaks różni się od reklamowania go jako terapii depresji czy zaburzeń lękowych.

RPP z kompetencjami podobnymi do UOKiK

Jednym z głównych założeń ustawy jest wyposażenie Rzecznika Praw Pacjenta w instrumenty przypominające te, którymi dysponuje prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

RPP będzie mógł prowadzić postępowania w sprawie praktyk pseudomedycznych, żądać informacji i dokumentów oraz korzystać z pomocy biegłych. Otrzyma również możliwość wydawania publicznych ostrzeżeń i nakazywania zaprzestania określonej działalności.

Szczególnie istotne jest rozwiązanie dotyczące sytuacji, w których dalsze prowadzenie działalności może stwarzać zagrożenie dla zdrowia lub życia. W takim przypadku Rzecznik będzie mógł wydać nakaz natychmiastowego zaprzestania praktyki, jeszcze przed formalnym zakończeniem całego postępowania.

Przedsiębiorca nie będzie mógł również łatwo uniknąć sankcji poprzez zakończenie działalności tuż przed wydaniem decyzji. Projekt przewiduje możliwość nałożenia kary także na podmiot, który zaprzestanie niedozwolonej praktyki w toku postępowania.

Nawet 1 mln zł kary

Największą zmianą z punktu widzenia przedsiębiorców będzie wysokość potencjalnych sankcji. Za naruszenie zbiorowych praw pacjentów kara może wynieść do 1 mln zł. Z kolei za brak współpracy z RPP, np. odmowę przekazania wymaganej dokumentacji lub informacji, będzie grozić kara do 100 tys. zł.

image

Krystaloterapia w gabinetach beauty: jak działa i dlaczego zyskuje na popularności?

Dla porównania, łączna wartość kar nakładanych przez RPP w latach 2023–2025 wyniosła odpowiednio około 978 tys. zł, 608 tys. zł i 1,16 mln zł. Średnia z tych trzech lat to około 917 tys. zł. Po wejściu nowych przepisów maksymalna pojedyncza kara będzie więc porównywalna z roczną wartością wszystkich kar nakładanych wcześniej przez urząd.

Ocena skutków regulacji zakłada, że w kolejnych latach wartość nakładanych sankcji może sięgać co najmniej 2 mln zł rocznie, natomiast w pierwszym roku obowiązywania nowych regulacji szacowana jest na około 1,2–1,5 mln zł.

Rozbudowa kompetencji RPP wymaga także zwiększenia zasobów instytucji. Biuro Rzecznika ma otrzymać 6 nowych etatów, a roczna pracochłonność zadań związanych z nowymi kompetencjami została oszacowana na 9240 godzin. Koszt dodatkowego zatrudnienia ma wynieść około 979 tys. zł w pierwszym roku i około 1,3 mln zł rocznie w kolejnych latach.

Dezinformacja także w internecie

Ustawa ma objąć nie tylko działalność prowadzoną stacjonarnie, lecz także komercyjne rozpowszechnianie dezinformacji medycznej w internecie. To istotne, ponieważ media społecznościowe stały się jednym z podstawowych kanałów promocji terapii alternatywnych, suplementów i produktów, którym przypisuje się właściwości lecznicze.

Według danych przywoływanych w toku prac nad regulacją najpopularniejsze osoby promujące pseudomedyczne treści mogą docierać do setek tysięcy obserwujących. W jednym z analizowanych przypadków łączna liczba obserwujących na różnych platformach wynosiła około 370 tys.

RPP ma otrzymać możliwość prowadzenia publicznego i jawnego rejestru podmiotów posługujących się dezinformacją medyczną. Projekt przewiduje także możliwość występowania do operatorów telekomunikacyjnych o przekierowanie użytkowników z określonej domeny na stronę RPP zawierającą ostrzeżenie przed fałszywymi treściami.

Dla rynku beauty oznacza to zwiększenie znaczenia komunikacji cyfrowej. Instagram, TikTok, Facebook, YouTube czy własna strona internetowa mogą stać się nie tylko kanałami sprzedaży i marketingu, ale również materiałem analizowanym w ramach postępowania.

Czy „Lex Szarlatan” obejmie kosmetologów?

Największe emocje w branży beauty dotyczą tego, czy nowe przepisy mogą wpłynąć na działalność kosmetologów, linergistów czy innych specjalistów wykonujących zabiegi estetyczne.

Sama ustawa nie ma na celu zakazania legalnych usług kosmetycznych. Przedstawiciele RPP podkreślają, że regulacja nie jest wymierzona w ziołolecznictwo, masaże, akupunkturę czy medycynę chińską jako takie. Kluczowe będzie natomiast to, czy dana metoda jest przedstawiana jako leczenie oraz czy sposób jej stosowania może szkodzić pacjentowi lub prowadzić do rezygnacji z terapii o potwierdzonej skuteczności.

W praktyce oznacza to, że legalnie działający gabinet kosmetyczny nie powinien automatycznie utożsamiać nowych przepisów z zakazem swojej działalności. Jednocześnie przedsiębiorcy wykonujący zabiegi znajdujące się na granicy usług kosmetycznych i medycznych muszą liczyć się z większą kontrolą.

image

Anna Zawistowska, Słomiana Pracownia: Aromaterapia to nie magia, ale czysta nauka

Szczególnie istotny jest w tym kontekście spór dotyczący zabiegów iniekcyjnych. Naczelna Izba Lekarska postuluje zaostrzenie przepisów wobec osób bez uprawnień medycznych wykonujących m.in. zabiegi z użyciem botoksu, wypełniaczy i nici liftingujących. Samorząd lekarski argumentuje, że procedury te mogą wiązać się z realnym ryzykiem dla zdrowia i życia pacjenta i dlatego powinny być wykonywane wyłącznie przez osoby posiadające odpowiednie kwalifikacje.

To właśnie ten obszar może okazać się najbardziej konfliktowy po wejściu ustawy w życie. Spór nie dotyczy bowiem wyłącznie pseudomedycyny, lecz także granic pomiędzy kosmetologią, medycyną estetyczną i świadczeniami zdrowotnymi. List protestacyjny opublikowało m.in. Do Rzeczy:

Zarówno w wielu krajach europejskich, np. w Niemczech jak i w Stanach Zjednoczonych obok medycyny opartej na produktach koncernów farmaceutycznych, z powodzeniem rozwija się medycyna oparta na ziołolecznictwie, zdrowej diecie, suplementach diety, witaminach, antyoksydantach. Takie leczenie stosują też wykwalifikowani do tego specjaliści ziołolecznictwa czy dietetycy. Niestety w Polsce lekarze mają zawieszane prawa wykonywania zawodu za leczenie inne niż to narzucane przez lobbing farmaceutyczny oraz za ujawnianie konfliktu interesów w skorumpowanym systemie medycznym. Przyjęta przez sejm ustawa betonuje ten proceder oraz idzie dużo dalej – likwiduje wolność Polaków do wyboru określonej metody leczenia a nawet do przekazywania w mediach informacji o nowych skutecznych metodach leczenia, czyli zabrania wolności słowa i wszelkiej publicznej debaty na ten temat. (pisownia oryginalna)

Protestują także Ordo Iuris, denialistka wakcynologiczna Justyna Socha, oraz prawomocnie skazany naturopata Jerzy Zięba, znany z wypromowania mody na lewoskrętną witaminę C, która już utrwaliła się w memicznej formie w polskiej popkulturze.

W przestrzeni publicznej pojawiają się także głosy krytykujące zarówno ustawę, jak i jej zawetowanie, np. Kacpra Góreckiego na łamach portalu Klubu Jagiellońskiego:

Debata nad tzw. lex szarlatan łatwo wpada w koleiny politycznej polaryzacji. Z jednej strony pojawia się obraz państwa, które wreszcie staje w obronie pacjentów przed bezwzględnymi oszustami. Z drugiej – wizja urzędnika wyposażonego w arbitralną możliwość rozstrzygania, co jest prawdziwą medycyną, a co niedopuszczalnym odstępstwem zasługującym na surową karę. [...] Sprzedawanie człowiekowi z nowotworem kosztownej „terapii”, której skuteczności nigdy nie wykazano, przekonywanie go do rezygnacji z leczenia czy podszywanie się pod osobę posiadającą kompetencje medyczne nie jest zwykłym korzystaniem z wolności gospodarczej. W skrajnych przypadkach ceną za brak skutecznej reakcji państwa jest zdrowie lub życie.

Spór o oficjalne klasyfikowanie medycyny alternatywnej

NIL krytykuje także zmiany w klasyfikacjach działalności gospodarczej. Od 1 stycznia 2025 r. obowiązuje kod PKD 86.96.Z, obejmujący działalność w zakresie medycyny tradycyjnej, uzupełniającej i alternatywnej.

Z kolei w PKWiU 2025 wyodrębniono grupowanie 86.96.00.0, obejmujące usługi w zakresie medycyny tradycyjnej, uzupełniającej i alternatywnej. W ramach tej kategorii znajdują się m.in. usługi związane z homeopatią, akupunkturą czy irydologią.

Zdaniem samorządu lekarskiego obecność takich usług w oficjalnych klasyfikacjach może być odczytywana jako ich instytucjonalne uznanie. Ministerstwo Zdrowia wskazuje natomiast, że zmiany klasyfikacyjne wynikają z dostosowania polskiego systemu do standardów międzynarodowych i same w sobie nie przesądzają o skuteczności medycznej określonych metod.

Ustawa nie kończy dyskusji

„Lex Szarlatan” ma przede wszystkim zamknąć lukę prawną dotyczącą działalności pseudomedycznej prowadzonej poza formalnym systemem ochrony zdrowia. 40 tys. podmiotów działających w obszarze medycyny tradycyjnej, uzupełniającej i paramedycznej pokazuje, że potencjalny zakres nadzoru jest bardzo szeroki.

Jednocześnie skuteczność regulacji będzie zależeć nie tylko od wysokości kar. RPP otrzyma 6 dodatkowych etatów, podczas gdy skala działalności prowadzonej w internecie, liczba przedsiębiorców oraz ogromna liczba publikowanych codziennie treści oznaczają konieczność stworzenia sprawnego systemu monitoringu i analizy.

Dla rynku beauty najważniejsza będzie praktyka stosowania nowych przepisów. Rzetelne wykonywanie usług kosmetycznych nie jest równoznaczne z pseudomedycyną. Ryzyko pojawia się przede wszystkim tam, gdzie działalność kosmetyczna zaczyna być przedstawiana jako leczenie, a przedsiębiorca przypisuje produktom lub zabiegom właściwości zdrowotne niepotwierdzone dowodami naukowymi.

Dlatego dla profesjonalnych gabinetów kluczowe będzie precyzyjne określanie zakresu usług, unikanie nieuzasadnionych obietnic terapeutycznych oraz kontrolowanie komunikacji marketingowej. W przypadku wejścia ustawy w życie granica między legalną usługą a praktyką pseudomedyczną będzie miała nie tylko znaczenie etyczne, ale również bezpośrednie konsekwencje finansowe – do 1 mln zł za naruszenie zbiorowych praw pacjentów.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
20. sierpień 2026 21:06