StoryEditor
Beauty
30.11.2014 00:00

Ewa Kasprzyk: Piękno w harmonii z duszą

Do kawiarni, w której się umówiłyśmy, weszła nieumalowana, a mimo to większość spojrzeń skierowano właśnie na nią i jej ujmujący uśmiech. Ewa Kasprzyk, szerokiej publiczności znana z roli Barbary Wolańskiej z „Kogla-mogla”, Kwiryny z „Dziewcząt z Nowolipek”, Elżbiety z „Bellissimy”, Ilony z serialu „Złotopolscy”, od kilku lat rozśmiesza widzów Teatru Kwadrat, jako m.in. „mocherówa” Anna Lewandowska. Nam zdradza, dlaczego lubi dostawać wycisk, dlaczego nie chce, by mówiono o niej celebrytka i w jaki sposób marnotrawi swój nadczas.


Agnieszka Saracyn-Rozbicka: Hermann Hesse napisał, że „Świat jest jednością, a zarazem jest tak różnorodny, piękno możliwe jest tylko w przemijaniu, łaski może zaznać tylko grzesznik”. Czuje się Pani zbawiona?
Ewa Kasprzyk:
Niedawno wróciłam z Tajlandii, gdzie przez miesiąc ciężko trenowałam tajski boks. Zebrałam parę ciosów, wylewałam siódme poty, więc jeśli to jest droga do zbawienia, to mogę z całą śmiałością powiedzieć, że tak (śmiech).
Podoba mi się zdanie, które Pani powiedziała, że umieramy z nadczasu. Ma Pani poczucie, że swój czas wykorzystuje w 100 procentach?
E.K.:
Teraz mam mieszane uczucia, bo bardzo lubię spać. Sen mnie regeneruje i nie wyobrażam sobie, że mogłabym spać krócej niż 8 godzin. Kiedyś miałam wyrzuty sumienia, że w tym czasie mogłam zrobić coś innego. Natomiast obecnie jestem na takim etapie „slow life”. Nie chcę i nie muszę gonić, żeby być wszędzie, żeby wystąpić w każdym serialu, każdej sztuce itd. i w konsekwencji dzielić dzień na godziny i, jak większość ludzi, być w niedoczasie. Ja uważam, że każdy człowiek ma zapas nadczasu. Nawet nie wyobrażamy sobie, ile mamy wolnego czasu. A że czasami go trwonimy... Cóż, w końcu czy jest coś bardziej przyjemnego niż kawa wypita w dobrym towarzystwie, spacer w słońcu, czy chwila wyciszenia? Uwielbiam swój nadczas marnotrawić właśnie na takie drobne przyjemności. Część ludzi o tym zapomina. Wie pani, kiedy mnie to najbardziej uderza? Kiedy wyjeżdżam poza Polskę. Zawsze mi się wydawało, że każdy taki wyjazd to strata: kontaktu, pracy, angażu... A w tej chwili doszłam do wniosku, że tylko zyskuję: nabieram dystansu, poznaję inną kulturę, inne zwyczaje, mam czas dla siebie, poznaję nowych przyjaciół i to jest świetne na tym etapie życia, na jakim jestem.
I na tym etapie życia przyszedł czas na wydanie książki „Mił.ość”.
E.K.:
Maciek Kędziak (współautor) przeprowadzał kiedyś ze mną wywiad. Jakiś czas po tym spotkaliśmy się, a on wyszedł z propozycją książki o mnie. Punkt po punkcie opisał mi, jak on to widzi. Byłam bardzo zaskoczona, bo nie planowałam jeszcze pisać autobiografii, ale przekonał mnie i spróbowaliśmy.
Czego się Pani o sobie z niej dowiedziała. W końcu w epilogu pyta Pani współautora: „Zastanawiam się, czyje to życie... Moje???”
E.K.:
Trochę się zdziwiłam, że tyle się już stało w moim życiu i że pewien jego etap został zakończony w momencie, kiedy oddałam tę książkę do druku. Teraz już niczego nie mogę zmienić. Analogicznie jest z filmem – po premierze, choćbyśmy mieli milion pomysłów, jak byśmy mogli zagrać daną postać lepiej, to i tak już nic nie zrobimy. Zarówno poprzez rolę, jak i autobiografię – jeśli są szczere, to oddajemy część siebie, swoją pracę i chcemy kogoś sprowokować do refleksji. Jestem przeszczęśliwa za każdym razem, gdy w trakcie spotkań autorskich ktoś pokazuje mi zakreślone fragmenty z naszej książki i mówi, że mu pomogły lub mógł je utożsamić z własnym życiem. To dla mnie najlepsza recenzja.
Momentami w książce bardzo się Pani otwiera, jak we fragmencie o początkach współpracy z Grzegorzem Królikiewiczem, gdy po kilku dniach na planie dosłownie zmiażdżył Panią psychicznie w obecności całej ekipy filmowej. Niektórzy w takiej sytuacji by uciekli, a Pani została.
E.K.:
To był jeden z trudniejszych momentów z mojej młodości. Moje pierwsze doświadczenie odrzucenia, usłyszenia, że do czegoś się nie nadaję. Pomimo tego to wydarzenie bardzo mi pomogło, bo pozwoliło mi zahartować się na przyszłość. W aktorstwie tak już jest, że wiele razy jesteśmy odrzucani, przechodzimy różne castingi, dostajemy rolę lub nie. Nie każdy jest na to przygotowany. Ja się nie poddałam i to jest takie moje małe zwycięstwo. Widocznie taką mam drogę. Są osoby, które dostają się do szkoły za pierwszym razem, przez chwilę są na topie, a potem świat o nich zapomina. Moja droga jest bardzo kręta, wszystko mi się przydarza małymi krokami i może trochę później niż zazwyczaj, ale widocznie tak miało być.
Chciałaby Pani zaczynać karierę teraz?
E.K.:
Zależy jak na to spojrzeć. Zazdroszczę młodym aktorom tego, że mają dużą dostępność do wszystkiego, że znają języki, mogą grać w produkcjach zagranicznych, mogą spróbować kariery w Hollywood. Nie mają takiej bariery, którą myśmy mieli w PRL-u.
Dla nas Hollywood pozostawało poza dostępem. Może to być na plus lub minus, bo można się w tym zagubić, ale jak obserwuję swoje młodsze koleżanki, to mam wrażenie, że one są bardziej świadome tego, co chcą osiągnąć. Natomiast kiedyś bardziej liczyła się sztuka wysoka. Teraz większość artystów – celebrytów jest znana ze zdjęć z bankietów, projektowania ubrań etc., niż z dobrych ról. Kiedyś nie było rozdrabniania się. Dlatego bardzo mnie drażni, jak ktoś nazywa mnie celebrytką, bo zupełnie się nią nie czuję.
I przykłada Pani wagę do słowa, co też obecnie rzadko się zdarza. Gustaw Holoubek w swojej książce „Teatr jest światem” napisał, że słowo ma wręcz niebezpieczną moc.
E.K.:
Ja byłam wychowana na szkole Ewy Lassek. Była znakomitą aktorką i bardzo wiele jej zawdzięczam, m.in. zaszczepiła we mnie miłość do słowa. Obecnie panuje wręcz moda na niechlujne mówienie, serialowe granie, ale to się nie sprawdza w teatrze. Nieraz gramy na olbrzymich scenach i nie wyobrażam sobie, żeby nie usłyszeli mnie widzowie, którzy siedzą na balkonie lub w ostatnich rzędach. Nie ma takiej możliwości.
A à propos Gustawa Holoubka, to kiedyś wystawiałam przed nim spektakl „Patty Diphusa” w Teatrze Ateneum, jako egzamin dyplomowy z reżyserii Marty Ogrodzińskiej. Była 10 rano, a tekst obfitował w wiele niecenzuralnych słów, dlatego starałam się jak najszybciej go zagrać. Gdy skończyłam ten monodram, zapadła cisza, a Mistrz po chwili skwitował: „To jest świetne. Tylko nie należy się tak spieszyć, a wierzyć w słowo, które się mówi”. To nas połączyło. Ze słowem w teatrze można zrobić absolutnie wszystko, a dla aktora taka zabawa słowem to prawdziwa uczta.
A kiedy na scenie zadaje Pani sobie pytanie, co by było, gdybym to ja była Anną Lewandowską ze sztuki „Berek, czyli upiór w moherze”, to jest Pani jeszcze Ewą Kasprzyk czy już postacią?
E.K.:
Jak przychodzę do teatru, to jestem Ewą Kasprzyk, ale wystarczy, że pojawi się kostium, charakteryzacja i przejmuję całkowicie cechy Lewandowskiej. Chyba dobrze oddaje to moja garderobiana, kiedy widzi mnie w kostiumie:  „O, i już jest Anna Lewandowska”.
Szczerze mówiąc, to w pierwszej chwili zastanawiałam się, czy to Pani występuje w tym przedstawieniu.
E.K.:
Tak, ta charakteryzacja jest na tyle myląca, że do bileterek podchodzą widzowie i pytają, dlaczego pani Kasprzyk dziś nie gra? To najlepszy komplement dla aktorki, że swoją osobowość ukryła pod kostiumem postaci i tak zagrała, że nikt jej nie rozpoznał.

Pedro Almodovar powiedział, że „ktoś, kto jest samotny, kto nie ma jakiegoś szczególnego celu i kto bezustannie ociera się o stan załamania, znajduje się jednocześnie w sytuacji ogromnej „dyspozycyjności”. Wszystko może mu się przydarzyć i dlatego jest idealną postacią do opowiedzenia jakiejś historii.
E.K.:
Absolutnie się pod tym podpisuję. Tak jest w przypadku Patty Diphusa – byłej gwiazdy porno na skraju załamania nerwowego. Pomimo wielu traumatycznych przeżyć jest bardzo zdeterminowana i w dalszym ciągu ma w sobie niesamowitą pogodę ducha. „Nieważne, że zostałam zgwałcona, ważne, że nie padał wtedy deszcz” – to jej filozofia. Taka postać jest bardzo ciekawa do grania. W końcu człowiek zdeterminowany zrobi wszystko, żeby osiągnąć zamierzony cel. Wyposażenie postaci w taki bagaż doświadczeń daje aktorowi bardzo duże możliwości. Uwielbiam grać ten monodram, bo ma w sobie wszystko: miłość, samotność, poszukiwanie szczęścia, dużą dozę optymizmu. A wracając do poprzedniego pytania, to po zagraniu tego spektaklu nie mogę tak od razu wyjść z roli, to gdzieś mnie trzęsie i muszę odreagować chwilę. To inny ciężar gatunkowy i nie tak łatwo się z tego otrząsnąć. Ale taka jest cena sztuki, każda rola czegoś wymaga i dużo nas kosztuje.
Z którą postacią ze swojego dorobku mogłaby się Pani zaprzyjaźnić?
E.K.:
Myślę, że z każdą, bo każdej dałam coś od siebie. Nawet, choć najmniej, z Wolańską z „Kogla-mogla”. Jeśli się tak zastanowić to najczęściej grałam te złe (śmiech). W sumie to dobrze, bo granie amantek jest nieciekawe. Kwirynę z  „Dziewcząt z Nowolipek” darzę sentymentem, bo to moja pierwsza rola. Cieszę się, że zagrałam w kultowym już „Koglu-moglu” i artystycznej „Bellissimie”, która przyniosła mi wyróżnienia i nagrody, jak również niesamowitą satysfakcję z samego grania tej postaci. Mogłabym tak długo wymieniać...
Jaka jest Pani definicja piękna?
E.K.:
Piękno musi być w harmonii z duszą. Jeśli ktoś jest piękny tylko zewnętrznie, a nie ma osobowości, inteligencji, nie potrafi się pięknie wypowiadać, to nie spędzę z nim dłużej niż 10 minut. To tak jak z brylantami widzianymi zza szyby. Czasem zwykły kamień, jeśli niesie przekaz emocjonalny, może być cenniejszy niż wszystkie produkty jubilerskie razem wzięte. Pięknie pisał o tym Norwid: „Bo piękno na to jest, by zachwycało do pracy – praca, by się zmartwychwstało”.
Na chwilę zostawmy wnętrze i skupmy się na tym, jak Ewa Kasprzyk dba o swoją urodę?
E.K.:
Nie zdradzę wszystkiego, bo nie sposób (śmiech). Natomiast cieszę się, że dożyłam takich czasów, gdzie jest taki dostęp do kremów i różnorodnych metod dbania o siebie i swoją skórę. Kiedyś kobiety po 50-ce wyglądały jak babcie, a teraz są brane za mamy swoich wnuków. Jeśli chodzi o moją codzienną pielęgnację, to nie poświęcam jej zbyt dużo uwagi, bo jestem w ciągłym ruchu i ruch sprawia, że czuję się i wyglądam dobrze. Z zabiegów uwielbiam peelingi ciała, twarzy, tajskie masaże – oprócz tego że są robione profesjonalnie w wiadomych punktach uciskowych, to poprawiają kondycję moich mięśni. Jestem fanką sportów, i uwielbiam moment, gdy na treningu dostaję wycisk. Uwielbiam sparingi z moją córką Małgosią. Mój organizm produkuje wtedy ogromne ilości serotoniny. Dawanie sobie w kość to najszczęśliwszy dla mnie stan. Najgorzej się zasiedzieć.
A jeśli chodzi o kosmetyki?
E.K.:
Kocham serum na twarz marki Gernetic, które poleciły mi kosmetyczki z salonu La Femme. Dodatkowo zawsze muszę mieć krem nawilżający i natłuszczający. Do tego błyszczyk i wodę w sprayu, bo mam suchą skórę i muszę ją nawilżać. Coraz bardziej przywiązuję wagę do składu kosmetyków, żeby były pochodzenia naturalnego. Wielokrotnie byłam uczulona na produkty, nawet te z górnych półek.
Na co dzień się nie maluję, choć mam sporą kolekcję kosmetyków kolorowych. Przez długi czas byłam twarzą La Perli i oni przekonali mnie do czegoś bardziej doraźnego, jak np. mezoterapia. Natomiast jestem przeciwniczką radykalnych cięć – uważam, że to na długo nie starcza. Poza tym moja twarz ma się zmieniać i muszę jej nadawać różne cechy.
Pani Ewo, gdyby pojechała Pani teraz...
E.K.:
Gdzie? Ja zawsze chętnie gdzieś pojadę (śmiech).
Do Gdańska, do Teatru Wybrzeże i spotkałaby Pani Ewę Kasprzyk sprzed 15 lat, to co by jej Pani powiedziała?
E.K.:
Jedź kobieto do Warszawy! (śmiech) Myślę, że to był dobry transfer. Zostawiłam coś i poznałam coś nowego. A jeżeli spotkamy się za 10 lat to, kto wie, co odpowiem. Nie wydaje mi się, że to moje ostateczne miejsce na świecie...
Napisała Pani, że tylko wyobraźnia ustanawia granicę naszych możliwości. Jakie jeszcze granice chce Pani przekroczyć?
E.K.:
Teraz moim marzeniem jest poszukanie sobie innej przestrzeni, oprócz tego że gram w Teatrze Kwadrat. Bardzo chcę wrócić do grania ról mocno dramatycznych i bardzo bym chciała zagrać u Krzysztofa Warlikowskiego. To byłoby przekroczenie jakiejś granicy... Zawsze myślmy o tym, co jest możliwe, co może nas spotkać. Na razie jestem na etapie „slow life” i chcę to podtrzymywać. Mam w planach podróż na Hawaje, żeby zgłębiać tajniki tamtejszej filozofii, która pozwala osiągnąć harmonię tego świata z naszym światem wewnętrznym. Powiem w sekrecie, że planujemy realizację drugiej części „Berka", mając na uwadze to, jaką popularnością i sympatią widzów cieszy się pierwsza część. Poza tym chcę zrobić 30-minutowy film o mnie, o kobiecie, o miłości idealnej, ale bez ości. 
Rozmawiała:
Agnieszka Saracyn-Rozbicka
Zdjęcia: Sara Niedźwiecka/Sara Niedźwiecka
Photography/www.sara-photo.com


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Beauty
16.06.2026 11:54
Kto nam mówi, jak się starzeć? Media, social media i presja dojrzałości
W Raporcie Obserwatorium Wiek i Społeczeństwo 2026 przebadano ponad 10 000 osób z ośmiu krajów europejskich, w tym 1300 Polaków. Wyniki pokazują coś, że to media, zarówno tradycyjne, jak i społecznościowe, w największym stopniu kształtują to, jak myślimy o własnym starzeniu się.Obserwatorium Wiek i Społeczeństwo

Każdego dnia, zanim jeszcze spojrzymy w lustro, ktoś już nam mówi, jak powinniśmy wyglądać i jak się czuć w naszym wieku. To nie znajomi ani lekarz, ale ekran. To smartfon, telewizor, czy reklama na przystanku, za pomocą obrazów serwują nam przekaz, który bywa silniejszy niż nasze własne odczucia.

Najnowszy Raport Obserwatorium Wiek i Społeczeństwo 2026 „Starzenie się pod presją — mit czy rzeczywistość?", przygotowany na zlecenie Laboratoires Expanscience, dostarcza danych, które trudno zbagatelizować. Przebadano ponad 10 000 osób z ośmiu krajów europejskich, w tym 1300 Polaków. Wyniki pokazują coś, co wiele z nas przeczuwa, ale rzadko nazywa wprost: to media, zarówno tradycyjne, jak i społecznościowe, w największym stopniu kształtują to, jak myślimy o własnym starzeniu się.

Największy wpływ? Ekran.

Badani otrzymali proste pytanie: kto mówi im, jak powinni się starzeć? Odpowiedź jest jednoznaczna.

56% osób wskazało nowe media i kulturę internetową (social media, influencerów i celebrytów) jako główne źródła wzorców dojrzałości. To oni wyznaczają, jak powinna wyglądać kobieta po pięćdziesiątce, co wypada robić po sześćdziesiątce i czego wstydzić się po czterdziestce. Na drugim miejscu znalazły się tradycyjne media (telewizja i reklama) z wynikiem 44%. Rodzina i znajomi? Zaledwie 25%. Środowisko pracy: 9%.

Ten ranking to nie tylko ciekawostka statystyczna, ale głęboka diagnoza i dowód, że żyjemy w kulturze, w której nasze wyobrażenia o własnym ciele i własnej przyszłości kształtuje przede wszystkim to, co widzimy w medialnym przekazie, a nie to, czego rzeczywiście doświadczamy.

Obraz starości w mediach: co widzimy, czego nie

Przez dekady telewizja i reklama serwowały nam dwa warianty starości: niewidoczność albo karykaturę. Starsze kobiety znikały z ekranów lub pojawiały się wyłącznie w rolach babć i pacjentek. Starsi mężczyźni mogli być ekspertami, autorytetami, charakterami. Kobiety niezwykle rzadko. Dane są bezlitosne: osoby po 50. roku życia stanowią zaledwie 15% dorosłych w obrazach obecnych w mediach online, przy czym są siedmiokrotnie częściej przedstawiane są bardziej negatywnie niż osoby młodsze, a to właśnie osoby dojrzałe odpowiadają za większość konsumpcji. 

Social media z jednej strony ten obraz podważają, z drugiej intensyfikują. Pojawiają się sylwetki dojrzałych kobiet, które nie ukrywają siwizny i cieszą się ogromnym zasięgiem. Influencerki w wieku 55+ mówią wprost o klimakterium, zmęczeniu, akceptacji. To zmiana realna i ważna. 

Kiedy obraz wyprzedza doświadczenie

Raport pokazuje, że lęk przed starzeniem się pojawia się w Polsce już około 35.–45. roku życia. Na długo przed tym, zanim większość z nas zacznie rzeczywiście odczuwać biologiczne skutki upływu czasu. 63% Polaków obawia się starzenia się, co jest wynikiem o 15% wyższym niż średnia europejska. To jeden z najważniejszych mechanizmów opisanych w raporcie: lęk nie wynika z doświadczenia, tylko z wyobrażenia, podsycanego normami społecznymi i medialnym obrazem starości.

Konsekwencje są konkretne. Aż 56% badanych deklaruje, że czuje się zobligowana do ukrywania oznak starzenia, takich jak siwe włosy, czy zmarszczki. Niezwykłe wrażenie robi informacja, że aż 55% osób po 45. roku życia rezygnuje z czegoś (aktywności, ubioru, wyjść) nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że „już nie wypada". Nie wypada według kogo? Według przekazu płynącego z mediów. 

Raport Obserwatorium 2026 kończy się zdaniem, które warto zapamiętać: „To nie wiek nas zatrzymuje. Zatrzymują nas oczekiwania innych."

Wiele z tych oczekiwań pochodzi z mediów. I wiele z nich, możemy po prostu ignorować.

Artykuł powstał na podstawie Raportu Obserwatorium Wiek i Społeczeństwo 2026 „Starzenie się pod presją — mit czy rzeczywistość?", zrealizowanego przez Ipsos BVA na zlecenie Laboratoires Expanscience. Badanie przeprowadzono w 2026 roku na próbie ponad 10 000 respondentów z ośmiu krajów europejskich, w tym 1300 Polaków.

ARTYKUŁ SPONSOROWANY
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Beauty
15.06.2026 17:10
Szef Amazona i Charlotte Tilbury wyróżnieni przez króla Karola III
Charlotte Tilbury z prestiżowym wyróżnieniemmat. prasowe

Tegoroczna lista wyróżnień z okazji urodzin króla Karola III przyniosła mocny akcent dla branży beauty, mody i handlu. Wśród nagrodzonych znaleźli się przedstawiciele takich marek jak Amazon, Charlotte Tilbury, Kurt Geiger czy Jimmy Choo. Najwyższe wyróżnienie w sektorze beauty otrzymała Charlotte Tilbury, której marka należy dziś do najdynamiczniej rozwijających się firm kosmetycznych na świecie.

W tym artykule przeczytasz:

  • Charlotte Tilbury z najwyższym wyróżnieniem
  • Szef Amazona z odznaczeniem za rozwój handlu
  • Beauty Banks docenione za walkę z ubóstwem higienicznym
  • Branża beauty coraz ważniejsza dla brytyjskiej gospodarki

Coroczna King‘s Birthday Honours List to jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień przyznawanych w Wielkiej Brytanii osobom, które w szczególny sposób przyczyniły się do rozwoju gospodarki, kultury, nauki czy działalności społecznej. W tegorocznej edycji nie zabrakło przedstawicieli branży kosmetycznej, modowej i retailowej.

Charlotte Tilbury z najwyższym wyróżnieniem

Najwyższe wyróżnienie wśród przedstawicieli sektora beauty otrzymała Charlotte Tilbury, która została odznaczona tytułem Commander of the Order of the British Empire (CBE).

Jak podkreślono w uzasadnieniu, wyróżnienie przyznano za wkład w budowę jednej z najbardziej rozpoznawalnych brytyjskich marek kosmetycznych oraz wspieranie rozwoju krajowego sektora beauty.

Założona przez Tilbury marka w ciągu ostatniej dekady stała się globalnym fenomenem. Produkty dostępne są dziś na wielu rynkach, a sama firma regularnie notuje dwucyfrowe wzrosty sprzedaży. Sukces marki jest często wskazywany jako przykład skutecznego połączenia eksperckiej wiedzy makijażowej, silnego personal brandingu oraz umiejętnego wykorzystania mediów społecznościowych.

image

Charlotte Tilbury żąda renegocjacji umowy z Puig. Fuzja z Estée Lauder pod znakiem zapytania

Szef Amazona z odznaczeniem za rozwój handlu

W gronie odznaczonych znalazł się również John Boumphrey, który otrzymał Order Imperium Brytyjskiego (OBE) za zasługi dla brytyjskiej gospodarki i handlu.

To kolejny sygnał pokazujący rosnące znaczenie sektora e-commerce w brytyjskiej gospodarce. Amazon od lat pozostaje jednym z najważniejszych kanałów sprzedaży dla marek kosmetycznych, modowych i lifestylowych, a jego wpływ na rozwój handlu internetowego jest trudny do przecenienia.

Wśród wyróżnionych znaleźli się także przedstawiciele świata mody. OBE otrzymali m.in. Clare Hornby, Neil Clifford, a także Sandra Choi oraz Sophie Ross.

Beauty Banks docenione za walkę z ubóstwem higienicznym

Szczególne znaczenie dla branży kosmetycznej ma również wyróżnienie przyznane współzałożycielkom organizacji Beauty Banks.

Tytuły Member of the Order of the British Empire (MBE) otrzymały Sali Hughes oraz Jo Jones.

Organizacja od lat zwraca uwagę na problem ubóstwa higienicznego, dostarczając podstawowe produkty higieniczne i kosmetyczne osobom znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej. Temat ten coraz częściej pojawia się także w debacie dotyczącej społecznej odpowiedzialności branży beauty.

image

Charlotte Tilbury wkracza do świata gamingu współpracą z Genshin Impact

Branża beauty coraz ważniejsza dla brytyjskiej gospodarki

Tegoroczna lista wyróżnień pokazuje, że sektor kosmetyczny przestał być postrzegany wyłącznie przez pryzmat produktów i trendów konsumenckich. Coraz częściej mówi się o jego wpływie na gospodarkę, innowacje, eksport oraz działania społeczne. Szczególnie symboliczne jest wyróżnienie Charlotte Tilbury, której marka stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych brytyjskich brandów beauty na świecie.

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
18. czerwiec 2026 00:01