StoryEditor
Beauty
30.11.2014 00:00

Ewa Kasprzyk: Piękno w harmonii z duszą

Do kawiarni, w której się umówiłyśmy, weszła nieumalowana, a mimo to większość spojrzeń skierowano właśnie na nią i jej ujmujący uśmiech. Ewa Kasprzyk, szerokiej publiczności znana z roli Barbary Wolańskiej z „Kogla-mogla”, Kwiryny z „Dziewcząt z Nowolipek”, Elżbiety z „Bellissimy”, Ilony z serialu „Złotopolscy”, od kilku lat rozśmiesza widzów Teatru Kwadrat, jako m.in. „mocherówa” Anna Lewandowska. Nam zdradza, dlaczego lubi dostawać wycisk, dlaczego nie chce, by mówiono o niej celebrytka i w jaki sposób marnotrawi swój nadczas.


Agnieszka Saracyn-Rozbicka: Hermann Hesse napisał, że „Świat jest jednością, a zarazem jest tak różnorodny, piękno możliwe jest tylko w przemijaniu, łaski może zaznać tylko grzesznik”. Czuje się Pani zbawiona?
Ewa Kasprzyk:
Niedawno wróciłam z Tajlandii, gdzie przez miesiąc ciężko trenowałam tajski boks. Zebrałam parę ciosów, wylewałam siódme poty, więc jeśli to jest droga do zbawienia, to mogę z całą śmiałością powiedzieć, że tak (śmiech).
Podoba mi się zdanie, które Pani powiedziała, że umieramy z nadczasu. Ma Pani poczucie, że swój czas wykorzystuje w 100 procentach?
E.K.:
Teraz mam mieszane uczucia, bo bardzo lubię spać. Sen mnie regeneruje i nie wyobrażam sobie, że mogłabym spać krócej niż 8 godzin. Kiedyś miałam wyrzuty sumienia, że w tym czasie mogłam zrobić coś innego. Natomiast obecnie jestem na takim etapie „slow life”. Nie chcę i nie muszę gonić, żeby być wszędzie, żeby wystąpić w każdym serialu, każdej sztuce itd. i w konsekwencji dzielić dzień na godziny i, jak większość ludzi, być w niedoczasie. Ja uważam, że każdy człowiek ma zapas nadczasu. Nawet nie wyobrażamy sobie, ile mamy wolnego czasu. A że czasami go trwonimy... Cóż, w końcu czy jest coś bardziej przyjemnego niż kawa wypita w dobrym towarzystwie, spacer w słońcu, czy chwila wyciszenia? Uwielbiam swój nadczas marnotrawić właśnie na takie drobne przyjemności. Część ludzi o tym zapomina. Wie pani, kiedy mnie to najbardziej uderza? Kiedy wyjeżdżam poza Polskę. Zawsze mi się wydawało, że każdy taki wyjazd to strata: kontaktu, pracy, angażu... A w tej chwili doszłam do wniosku, że tylko zyskuję: nabieram dystansu, poznaję inną kulturę, inne zwyczaje, mam czas dla siebie, poznaję nowych przyjaciół i to jest świetne na tym etapie życia, na jakim jestem.
I na tym etapie życia przyszedł czas na wydanie książki „Mił.ość”.
E.K.:
Maciek Kędziak (współautor) przeprowadzał kiedyś ze mną wywiad. Jakiś czas po tym spotkaliśmy się, a on wyszedł z propozycją książki o mnie. Punkt po punkcie opisał mi, jak on to widzi. Byłam bardzo zaskoczona, bo nie planowałam jeszcze pisać autobiografii, ale przekonał mnie i spróbowaliśmy.
Czego się Pani o sobie z niej dowiedziała. W końcu w epilogu pyta Pani współautora: „Zastanawiam się, czyje to życie... Moje???”
E.K.:
Trochę się zdziwiłam, że tyle się już stało w moim życiu i że pewien jego etap został zakończony w momencie, kiedy oddałam tę książkę do druku. Teraz już niczego nie mogę zmienić. Analogicznie jest z filmem – po premierze, choćbyśmy mieli milion pomysłów, jak byśmy mogli zagrać daną postać lepiej, to i tak już nic nie zrobimy. Zarówno poprzez rolę, jak i autobiografię – jeśli są szczere, to oddajemy część siebie, swoją pracę i chcemy kogoś sprowokować do refleksji. Jestem przeszczęśliwa za każdym razem, gdy w trakcie spotkań autorskich ktoś pokazuje mi zakreślone fragmenty z naszej książki i mówi, że mu pomogły lub mógł je utożsamić z własnym życiem. To dla mnie najlepsza recenzja.
Momentami w książce bardzo się Pani otwiera, jak we fragmencie o początkach współpracy z Grzegorzem Królikiewiczem, gdy po kilku dniach na planie dosłownie zmiażdżył Panią psychicznie w obecności całej ekipy filmowej. Niektórzy w takiej sytuacji by uciekli, a Pani została.
E.K.:
To był jeden z trudniejszych momentów z mojej młodości. Moje pierwsze doświadczenie odrzucenia, usłyszenia, że do czegoś się nie nadaję. Pomimo tego to wydarzenie bardzo mi pomogło, bo pozwoliło mi zahartować się na przyszłość. W aktorstwie tak już jest, że wiele razy jesteśmy odrzucani, przechodzimy różne castingi, dostajemy rolę lub nie. Nie każdy jest na to przygotowany. Ja się nie poddałam i to jest takie moje małe zwycięstwo. Widocznie taką mam drogę. Są osoby, które dostają się do szkoły za pierwszym razem, przez chwilę są na topie, a potem świat o nich zapomina. Moja droga jest bardzo kręta, wszystko mi się przydarza małymi krokami i może trochę później niż zazwyczaj, ale widocznie tak miało być.
Chciałaby Pani zaczynać karierę teraz?
E.K.:
Zależy jak na to spojrzeć. Zazdroszczę młodym aktorom tego, że mają dużą dostępność do wszystkiego, że znają języki, mogą grać w produkcjach zagranicznych, mogą spróbować kariery w Hollywood. Nie mają takiej bariery, którą myśmy mieli w PRL-u.
Dla nas Hollywood pozostawało poza dostępem. Może to być na plus lub minus, bo można się w tym zagubić, ale jak obserwuję swoje młodsze koleżanki, to mam wrażenie, że one są bardziej świadome tego, co chcą osiągnąć. Natomiast kiedyś bardziej liczyła się sztuka wysoka. Teraz większość artystów – celebrytów jest znana ze zdjęć z bankietów, projektowania ubrań etc., niż z dobrych ról. Kiedyś nie było rozdrabniania się. Dlatego bardzo mnie drażni, jak ktoś nazywa mnie celebrytką, bo zupełnie się nią nie czuję.
I przykłada Pani wagę do słowa, co też obecnie rzadko się zdarza. Gustaw Holoubek w swojej książce „Teatr jest światem” napisał, że słowo ma wręcz niebezpieczną moc.
E.K.:
Ja byłam wychowana na szkole Ewy Lassek. Była znakomitą aktorką i bardzo wiele jej zawdzięczam, m.in. zaszczepiła we mnie miłość do słowa. Obecnie panuje wręcz moda na niechlujne mówienie, serialowe granie, ale to się nie sprawdza w teatrze. Nieraz gramy na olbrzymich scenach i nie wyobrażam sobie, żeby nie usłyszeli mnie widzowie, którzy siedzą na balkonie lub w ostatnich rzędach. Nie ma takiej możliwości.
A à propos Gustawa Holoubka, to kiedyś wystawiałam przed nim spektakl „Patty Diphusa” w Teatrze Ateneum, jako egzamin dyplomowy z reżyserii Marty Ogrodzińskiej. Była 10 rano, a tekst obfitował w wiele niecenzuralnych słów, dlatego starałam się jak najszybciej go zagrać. Gdy skończyłam ten monodram, zapadła cisza, a Mistrz po chwili skwitował: „To jest świetne. Tylko nie należy się tak spieszyć, a wierzyć w słowo, które się mówi”. To nas połączyło. Ze słowem w teatrze można zrobić absolutnie wszystko, a dla aktora taka zabawa słowem to prawdziwa uczta.
A kiedy na scenie zadaje Pani sobie pytanie, co by było, gdybym to ja była Anną Lewandowską ze sztuki „Berek, czyli upiór w moherze”, to jest Pani jeszcze Ewą Kasprzyk czy już postacią?
E.K.:
Jak przychodzę do teatru, to jestem Ewą Kasprzyk, ale wystarczy, że pojawi się kostium, charakteryzacja i przejmuję całkowicie cechy Lewandowskiej. Chyba dobrze oddaje to moja garderobiana, kiedy widzi mnie w kostiumie:  „O, i już jest Anna Lewandowska”.
Szczerze mówiąc, to w pierwszej chwili zastanawiałam się, czy to Pani występuje w tym przedstawieniu.
E.K.:
Tak, ta charakteryzacja jest na tyle myląca, że do bileterek podchodzą widzowie i pytają, dlaczego pani Kasprzyk dziś nie gra? To najlepszy komplement dla aktorki, że swoją osobowość ukryła pod kostiumem postaci i tak zagrała, że nikt jej nie rozpoznał.

Pedro Almodovar powiedział, że „ktoś, kto jest samotny, kto nie ma jakiegoś szczególnego celu i kto bezustannie ociera się o stan załamania, znajduje się jednocześnie w sytuacji ogromnej „dyspozycyjności”. Wszystko może mu się przydarzyć i dlatego jest idealną postacią do opowiedzenia jakiejś historii.
E.K.:
Absolutnie się pod tym podpisuję. Tak jest w przypadku Patty Diphusa – byłej gwiazdy porno na skraju załamania nerwowego. Pomimo wielu traumatycznych przeżyć jest bardzo zdeterminowana i w dalszym ciągu ma w sobie niesamowitą pogodę ducha. „Nieważne, że zostałam zgwałcona, ważne, że nie padał wtedy deszcz” – to jej filozofia. Taka postać jest bardzo ciekawa do grania. W końcu człowiek zdeterminowany zrobi wszystko, żeby osiągnąć zamierzony cel. Wyposażenie postaci w taki bagaż doświadczeń daje aktorowi bardzo duże możliwości. Uwielbiam grać ten monodram, bo ma w sobie wszystko: miłość, samotność, poszukiwanie szczęścia, dużą dozę optymizmu. A wracając do poprzedniego pytania, to po zagraniu tego spektaklu nie mogę tak od razu wyjść z roli, to gdzieś mnie trzęsie i muszę odreagować chwilę. To inny ciężar gatunkowy i nie tak łatwo się z tego otrząsnąć. Ale taka jest cena sztuki, każda rola czegoś wymaga i dużo nas kosztuje.
Z którą postacią ze swojego dorobku mogłaby się Pani zaprzyjaźnić?
E.K.:
Myślę, że z każdą, bo każdej dałam coś od siebie. Nawet, choć najmniej, z Wolańską z „Kogla-mogla”. Jeśli się tak zastanowić to najczęściej grałam te złe (śmiech). W sumie to dobrze, bo granie amantek jest nieciekawe. Kwirynę z  „Dziewcząt z Nowolipek” darzę sentymentem, bo to moja pierwsza rola. Cieszę się, że zagrałam w kultowym już „Koglu-moglu” i artystycznej „Bellissimie”, która przyniosła mi wyróżnienia i nagrody, jak również niesamowitą satysfakcję z samego grania tej postaci. Mogłabym tak długo wymieniać...
Jaka jest Pani definicja piękna?
E.K.:
Piękno musi być w harmonii z duszą. Jeśli ktoś jest piękny tylko zewnętrznie, a nie ma osobowości, inteligencji, nie potrafi się pięknie wypowiadać, to nie spędzę z nim dłużej niż 10 minut. To tak jak z brylantami widzianymi zza szyby. Czasem zwykły kamień, jeśli niesie przekaz emocjonalny, może być cenniejszy niż wszystkie produkty jubilerskie razem wzięte. Pięknie pisał o tym Norwid: „Bo piękno na to jest, by zachwycało do pracy – praca, by się zmartwychwstało”.
Na chwilę zostawmy wnętrze i skupmy się na tym, jak Ewa Kasprzyk dba o swoją urodę?
E.K.:
Nie zdradzę wszystkiego, bo nie sposób (śmiech). Natomiast cieszę się, że dożyłam takich czasów, gdzie jest taki dostęp do kremów i różnorodnych metod dbania o siebie i swoją skórę. Kiedyś kobiety po 50-ce wyglądały jak babcie, a teraz są brane za mamy swoich wnuków. Jeśli chodzi o moją codzienną pielęgnację, to nie poświęcam jej zbyt dużo uwagi, bo jestem w ciągłym ruchu i ruch sprawia, że czuję się i wyglądam dobrze. Z zabiegów uwielbiam peelingi ciała, twarzy, tajskie masaże – oprócz tego że są robione profesjonalnie w wiadomych punktach uciskowych, to poprawiają kondycję moich mięśni. Jestem fanką sportów, i uwielbiam moment, gdy na treningu dostaję wycisk. Uwielbiam sparingi z moją córką Małgosią. Mój organizm produkuje wtedy ogromne ilości serotoniny. Dawanie sobie w kość to najszczęśliwszy dla mnie stan. Najgorzej się zasiedzieć.
A jeśli chodzi o kosmetyki?
E.K.:
Kocham serum na twarz marki Gernetic, które poleciły mi kosmetyczki z salonu La Femme. Dodatkowo zawsze muszę mieć krem nawilżający i natłuszczający. Do tego błyszczyk i wodę w sprayu, bo mam suchą skórę i muszę ją nawilżać. Coraz bardziej przywiązuję wagę do składu kosmetyków, żeby były pochodzenia naturalnego. Wielokrotnie byłam uczulona na produkty, nawet te z górnych półek.
Na co dzień się nie maluję, choć mam sporą kolekcję kosmetyków kolorowych. Przez długi czas byłam twarzą La Perli i oni przekonali mnie do czegoś bardziej doraźnego, jak np. mezoterapia. Natomiast jestem przeciwniczką radykalnych cięć – uważam, że to na długo nie starcza. Poza tym moja twarz ma się zmieniać i muszę jej nadawać różne cechy.
Pani Ewo, gdyby pojechała Pani teraz...
E.K.:
Gdzie? Ja zawsze chętnie gdzieś pojadę (śmiech).
Do Gdańska, do Teatru Wybrzeże i spotkałaby Pani Ewę Kasprzyk sprzed 15 lat, to co by jej Pani powiedziała?
E.K.:
Jedź kobieto do Warszawy! (śmiech) Myślę, że to był dobry transfer. Zostawiłam coś i poznałam coś nowego. A jeżeli spotkamy się za 10 lat to, kto wie, co odpowiem. Nie wydaje mi się, że to moje ostateczne miejsce na świecie...
Napisała Pani, że tylko wyobraźnia ustanawia granicę naszych możliwości. Jakie jeszcze granice chce Pani przekroczyć?
E.K.:
Teraz moim marzeniem jest poszukanie sobie innej przestrzeni, oprócz tego że gram w Teatrze Kwadrat. Bardzo chcę wrócić do grania ról mocno dramatycznych i bardzo bym chciała zagrać u Krzysztofa Warlikowskiego. To byłoby przekroczenie jakiejś granicy... Zawsze myślmy o tym, co jest możliwe, co może nas spotkać. Na razie jestem na etapie „slow life” i chcę to podtrzymywać. Mam w planach podróż na Hawaje, żeby zgłębiać tajniki tamtejszej filozofii, która pozwala osiągnąć harmonię tego świata z naszym światem wewnętrznym. Powiem w sekrecie, że planujemy realizację drugiej części „Berka", mając na uwadze to, jaką popularnością i sympatią widzów cieszy się pierwsza część. Poza tym chcę zrobić 30-minutowy film o mnie, o kobiecie, o miłości idealnej, ale bez ości. 
Rozmawiała:
Agnieszka Saracyn-Rozbicka
Zdjęcia: Sara Niedźwiecka/Sara Niedźwiecka
Photography/www.sara-photo.com


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Beauty
11.08.2026 22:23
Eksperci wzięli pod lupę ranking pracodawców BoF. Brutalna prawda o rynku HR i lekcje dla polskiej branży kosmetycznej
Francuski koncern kosmetyczny L‘Oreal zajął 1. miejsce w rankingu pożądanych pracodawców BoFfot. Shutterstock

Wyniki tegorocznego Rankingu BoF najbardziej pożądanych pracodawców w branży beauty stały się tematem dyskusji ekspertów o rynku pracy w branży urody i kulturze organizacyjnej gigantów, którzy zdominowali zestawienie. Dlaczego L’Oréal Paris czy Dior Beauty wygrywają walkę o talenty i co z tego wynika dla menedżerów HR, również tych na polskim podwórku?

Wnioski z Rankingu BoF dla pracodawców

 

  1. Autentyczność to waluta: Obietnice z procesów rekrutacyjnych muszą mieć pokrycie w rzeczywistości biurowej/ sklepowej.
  2. Zmodernizowane benefity: „Owocowe czwartki” ustępują miejsca elastyczności i polityce "wellbeing" (opieka zdrowotna, psychologiczna).
  3. Rozwój technologiczny: Brak jasnej ścieżki szkoleń (np. z zastosowań AI) zniechęca doświadczonych pracowników (35+ i 40+), którzy chcą nadążać za innowacjami.
W najnowszym odcinku podcastu „The Debrief” eksperci portalu BoF wzięli pod lupę liderów rankingu pracodawców BoF, kulisy ich sukcesu i rynkowe problemy. Starsza korespondentka Sheena Butler-Young rozmawia z publicystą Eoghanem O‘Donnellem i redaktorem Danem Hastingsem o czynnikach wpływających na wybory firmy przez pracowników i wyzwaniach, przed którymi stoją dziś pracodawcy. Rozmawiają również o rozwoju kariery, przywództwie, stabilności w miejscu pracy i o tym, jak sztuczna inteligencja zmienia rynek pracy.Główny wniosek dyskusji to: prestiżowe logo otwiera drzwi, ale to twarde warunki decydują o lojalności.

Dlaczego wygrywa L’Oréal i Dior? Bezpieczeństwo ponad wszystko

Ranking Business of Fashion nie pozostawił złudzeń – w czasach rynkowej niepewności i inflacji, kandydaci szukają stabilnych okrętów. Zwycięzcy zestawienia: L’Oréal Paris, Dior Beauty oraz Charlotte Tilbury, przyciągają wizją międzynarodowej kariery, innowacyjnością i przede wszystkim poczuciem bezpieczeństwa. 

Marki prowadzone przez założycieli, takie jak Charlotte Tilbury, Rhode, Victoria Beckham Beauty, Fenty Beauty i Rare Beauty, również znalazły się w pierwszej dwudziestce branży kosmetycznej, napędzane bardziej wizją produktu i kreatywności niż skalą korporacji.

image

Najbardziej pożądani pracodawcy w branży beauty. L‘Oréal, Dior i Charlotte Tilbury na czele rankingu BoF

Jak zauważają eksperci w podcaście „The Debrief”, rynek pracy pęka dziś na pół. Z jednej strony pojawia się potrzeba korporacyjnej stabilności, a z drugiej – głód autentyczności i poczucia wpływu na produkt. Sukces tych firm to dowód na to, że pracownicy szukają silnej i jasnej tożsamości pracodawcy.

Prestiż rekrutuje, ale nie zatrzymuje – brutalna prawda o retencji

O ile sam ranking to laurka dla zwycięzców, o tyle podcast BoF obnaża wyzwania, z jakimi nawet oni muszą się na co dzień mierzyć. Eksperci ukuli w nim kluczową tezę: złudzenie, że znana marka wystarczy, by utrzymać zaangażowanie zespołu, jest największym błędem współczesnych działów HR.

Z dyskusji płyną mocne dane: zaledwie 28 proc. pracowników uważa, że zewnętrzna reputacja ich firmy pokrywa się z realiami w biurze lub salonie sprzedaży. Gdy czar pryska, aż 80 proc. z nich planuje odejście w ciągu roku. Dziennikarze BoF nazywają to syndromem „wieży z kości słoniowej” – zarządy (C-suite) widzą świetnie prosperujący biznes i prestiż, podczas gdy pracownicy szczebla operacyjnego doświadczają wypalenia, braku komunikacji i niekonkurencyjnych płac.

image

Magdalena Balicka: Mam nadzieję, że rekrutacja będzie coraz bardziej jakościowa, a mniej ilościowa

- Spośród wszystkich badanych grup, respondenci z kadry kierowniczej najwyższego szczebla i działów HR najrzadziej wskazywali na odmienny wizerunek zewnętrzny pracodawcy od rzeczywistości wewnętrznej – grupa, która najlepiej poradzi sobie z niwelowaniem tej różnicy, jest często najbardziej od niej odizolowana. Analiza przeprowadzona przez Glassdoor i Indeed (od grudnia 2024 r.) dotycząca 10 najlepszych firm w obu rankingach ujawniła ciągłe skargi na obciążenie pracą, świadczenia i brak kontaktu między kierownictwem sklepu a centralą. „Istnieje [różnica] między prestiżową marką a pracą dla marki, która niekoniecznie zapewnia zdrowe środowisko pracy – uważa Eoghan O‘Donnell.

Płaca, rozwój i... sztuczna inteligencja

W podcaście mocno podkreślono, że retencja opiera się dziś na trzech nienegocjowalnych filarach: realnym wynagrodzeniu dostosowanym do rosnących kosztów życia, przejrzystej ścieżce awansu (career progression) i zdrowej kulturze organizacyjnej.

Zaskakującym wątkiem dyskusji, obalającym rynkowe mity, był stosunek do technologii. To nie najmłodsi pracownicy z pokolenia Z, lecz ci powyżej 40. roku życia najbardziej domagają się szkoleń z zakresu AI. Doświadczeni eksperci z działów marketingu, R&D czy sprzedaży widzą w sztucznej inteligencji szansę na usprawnienie pracy, ale czują się pozostawieni sami sobie przez pracodawców, którzy wciąż nie inwestują w ich cyfrowe kompetencje.

image

Douglas wesprze kobiece startupy beauty-tech. Doradzi, jak zbudować i rozwijać biznes

- Wiemy, że niektórzy pracownicy pozostają na swoich stanowiskach z powodu niepewności ekonomicznej, a nie z powodu poczucia autentycznej satysfakcji – mówi O‘Donnell.

Z kolei Dan Hastings dostrzega narastającą presję z drugiej strony. - Nie sądzę, żeby pokolenie Z było skłonne poświęcić pensję, płacić czynsz i żyć na ołtarzu pracy dla prestiżowej firmy modowej lub kosmetycznej – a to wywoła wiele napięć w branży - wskazuje. 

Zdrowie kobiet będzie kolejnym polem bitwy

Eksperci podkkreślili, że ankietach, w których większość stanowiły kobiety, respondenci wyrazili pilne, w dużej mierze niezaspokojone zapotrzebowanie na mrożenie komórek jajowych, urlop menstruacyjny i wsparcie w okresie okołomenopauzalnym i menopauzalnym — świadczenia, których obecnie pracodawcy praktycznie nie oferują w branży zdominowanej przez kobiety.

 

Komentarz redakcji:

Koniec mitu „pracy za kosmetyki”. Jak przenieść wnioski z Rankingu BoF na polskie podwórko?

Polska branża kosmetyczna, będąca potęgą produkcyjną w regionie CEE, jest lustrzanym odbiciem globalnych trendów. Jak wnioski z podcastu BoF i sukces światowych liderów przekładają się na nasze realia?

Polscy pracownicy równie chętnie aplikują do międzynarodowych koncernów (w tym silnie obecnego u nas L’Oréala) i dużych polskich producentów (np. Dr Irena Eris, Ziaja), szukając bezpieczeństwa. Z drugiej strony, rośnie pożądanie pracy w dynamicznych, polskich markach autorskich (jak Mokosh, Resibo czy Yope), które kuszą – podobnie jak ich zagraniczne odpowiedniki w zestawieniu BoF – płaską strukturą i bliskością z założycielami.

image

Rynek kosmetyków rośnie: 629 mld euro, beauty-tech, zakupy z AI i skok na Tik-Tok. Nowe prognozy [RAPORT]

Zjawisko „job lock” (tkwienie w firmie z obawy przed rynkiem przy jednoczesnej frustracji) jest w Polsce silne. Młode pokolenia nie nabiorą się już na „wpis do CV”. Magia znanego brandu beauty nie wynagrodzi braku podwyżek inflacyjnych, a transparentność siatki płac i dbałość o wellbeing to dziś rynkowy standard.

Wyniki rankingu to zasłużony powód do dumy dla L’Oréal czy Diora, ale prawdziwa lekcja płynie z kuluarów tej rywalizacji. Pracodawcy branży kosmtycznej muszą zrozumieć, że obietnice z kampanii wizerunkowych muszą mieć 100-procentowe pokrycie w codziennym doświadczeniu pracownika. W przeciwnym razie, nawet najpotężniejsze logo nie powstrzyma rotacji kadr.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Ogłoszenia
11.08.2026 11:35
dsm-firmenich zapłaci 33 mln dolarów; finał sprawy zapachowego kartelu
IFF otwiera centrum innowacji wanilii na MadagaskarzeShutterstock

dsm-firmenich uzgodnił ugodę o wartości 33 mln dolarów z bezpośrednimi nabywcami, aby zakończyć roszczenia wobec spółki w postępowaniu sądowym w USA dotyczącym zarzutów ustalania cen na rynku składników zapachowych.

dsm-firmenich ugoda

Bezpośredni nabywcy zwrócili się do federalnego sądu w New Jersey o wstępne zatwierdzenie ugody o wartości 33 mln dolarów zawartej z dsm-firmenich i jego spółkami zależnymi. Porozumienie jest związane z szerszym postępowaniem antymonopolowym dotyczącym zarzutów koordynowania działań na rynku składników zapachowych, w które miało być zaangażowanych czterech dużych dostawców z branży.

Zgodnie z proponowaną ugodą dsm-firmenich zobowiązał się również do współpracy z powodami w dalszym toku postępowania.

Sprawa rozpoczęła się w marcu 2023 roku. Zostało wszczęte postępowanie dotyczące dostaw zapachów oraz składników zapachowych wykorzystywanych w kosmetykach i produktach do pielęgnacji ciała. Śledztwo dotyczy trzech firm: Givaudan, International Flavors & Fragrances (IFF) oraz dsm-firmenich. 

image

Symrise, Givaudan, Firmenich i International Flavors & Fragrances na cenzurowanym przez zmowę cenową; na horyzoncie proces

Brytyjski Urząd ds. Konkurencji i Rynków (CMA) podejrzewał, że między spółkami mogło dochodzić do uzgodnień ograniczających konkurencję, co mogłoby wpływać na ceny oraz dostępność surowców dla producentów kosmetyków.

Sąd federalny w stanie New Jersey odrzucił wnioski przedsiębiorstw o oddalenie sprawy. dsm-firmenich musiał zmierzyć się z pozwami złożonymi w 2023 roku. Zostały wniesione przez konsumentów oraz inne podmioty kupujące składniki zapachowe do kosmetyków, środków czystości i produktów gospodarstwa domowego.

A co z rynkiem składników zapachowych?

Ugoda ma znaczenie dla łańcucha dostaw w branży zapachowej i kosmetycznej, biorąc pod uwagę pozycję dsm-firmenich jako jednej z największych na świecie firm zajmujących się produkcją zapachów i składników.

Sprawa zwraca również uwagę na praktyki dotyczące konkurencji i ustalania cen w skoncentrowanym sektorze dostawców składników zapachowych.

dsm-firmenich był już przedmiotem dochodzenia w Indiach

Warto przypomnieć, że w marcu 2026 r. Reuters informował o dochodzeniu indyjskiej Komisji ds. Konkurencji (Competition Commission of India, CCI) dotyczącym Givaudan, Firmenich, obecnie należącego do dsm-firmenich, oraz International Flavors & Fragrances (IFF).

Postępowanie dotyczy zarzutów dotyczących tzw. porozumień anti-poaching, czyli uzgodnień ograniczających podbieranie sobie pracowników. Według dokumentów analizowanych przez CCI firmy miały uzgadniać, że nie będą zatrudniać pracowników konkurentów lub klientów bez wcześniejszej zgody ich obecnego pracodawcy. 

Możliwe wysokie kary w Indiach

Jeżeli CCI stwierdziłaby naruszenie prawa, potencjalne kary mogą być dotkliwe. Zgodnie z indyjskimi przepisami w przypadku karteli Komisja może nałożyć karę sięgającą trzykrotności zysku za każdy rok trwania naruszenia albo 10 proc. globalnego obrotu za każdy rok – w zależności od tego, która wartość jest wyższa. Na obecnym etapie nie oznacza to jednak, że taka kara została na dsm-firmenich nałożona. 

dsm-firmenich to szwajcarsko-holenderskie przedsiębiorstwo działające w obszarze odżywiania, zdrowia i urody. Powstało w maju 2023 roku z połączenia holenderskiej firmy DSM oraz szwajcarskiego Firmenich. Firma rozwija jednocześnie działalność perfumeryjną oraz portfolio składników przeznaczonych do pielęgnacji skóry.

Weronika Pisarska
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
12. sierpień 2026 00:14