StoryEditor
Twarz
20.02.2014 00:00

Zmarszczki. A co to takiego?

Ponad 700 nowych produktów pojawia się w ciągu roku w kategorii kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Nowości odpowiadają za aż 40 proc. sprzedaży kategorii – podaje Nielsen. Czy wszystkie przyjmują się na rynku? Czy z taką samą skutecznością można sprzedać krem 40+, jak 60+?

Segment produktów przeciwzmarszkowych jest jednym z najbardziej innowacyjnych. Pojawiają się nowe formuły, składniki. Osiągnięcia z kosmetyki profesjonalnej, a nawet medycyny estetycznej, przenoszone są na rynek masowy. Nasza pogoń za wieczną młodością to woda na młyn dla biznesu kosmetycznego. Segment produktów przeciwzmarszczkowych rozrasta się i powiększa o linie przeznaczone dla kolejnych grup wiekowych konsumentek. Jeszcze do niedawna oferta ta kończyła się na preparatach 50+, dziś są następne segmenty 60+, 70+, a sprzedawcy w sklepach kosmetycznych twierdzą, że gdyby pojawiła się propozycja dla 80-latek, też byłby na nią popyt.
Po co tak wiele produktów przeciwzmarszczkowych? Po co podział na kategorie wiekowe? – Kluczem w pielęgnacji anti-aging jest dobór kosmetyku odpowiedniego do wieku i potrzeb skóry – odpowiada Joanna Stefaniak, kierownik kategorii Pielęgnacja Twarzy, Lirene. I tłumaczy: – Dla trzydziestolatek najważniejsze jest wygładzenie pierwszych zmarszczek i linii mimicznych oraz przeciwdziałanie powstawaniu nowych zmarszczek. Po 40. roku życia warto zwrócić uwagę na poprawę jędrności skóry oraz kierunkowe działanie na bardziej utrwalone zmarszczki. Kremy w przedziale 50+, 60+ i 70+ to preparaty „wielozadaniowe” – nie tylko redukują liczbę i głębokość zmarszczek, zwiększają gęstość i spoistość skóry, stymulują procesy intensywnej odnowy i regeneracji, blokują procesy zwiotczające skórę, ale też np. rozjaśniają przebarwienia.
Karina Kozerska, dyrektor marketingu Eveline Cosmetics, zauważa jednak, że podział kremów w zależności od wieku jest naszą polską specyfiką. – Na wielu rynkach nie funkcjonuje, tam kremy dzieli się zazwyczaj według działania lub rodzaju skóry – mówi. U nas też zdarzają się produkty przeciwzmarszczkowe bez wyraźnego wskazania grupy wiekowej, ale większość kobiet szuka jednak tego rodzaju informacji na opakowaniach. Chcemy przede wszystkim wiedzieć, czy nie jesteśmy na dany preparat za młode. Zmarszczki i wiek, w którym się pojawiają, to bardzo drażliwy temat.
Ja nie mam zmarszczek!
Czy 40-latka kupi krem z oznaczeniem 55+, by wykorzystać go np. jako silniejszą, stosowaną raz na jakiś czas kurację przeciwzmarszczkową? Na pewno nie! – twierdzą właścicielki drogerii, z którymi rozmawialiśmy na ten temat. Wiedzą co mówią, każda z nich ma ponad 20 lat doświadczenia w biznesie kosmetycznym i w handlu.
– Gdy nie jestem w stanie dokładnie rozpoznać wieku klientki, podaję krem z niższej kategorii widełek wiekowych, które założyłam. Czasem, chcąc coś zasugerować, przedstawiam propozycje z dwóch kategorii wiekowych, opowiadam o składnikach, działaniu i obserwuję reakcję. Sprzedaż kosmetyków do pielęgnacji twarzy, a produktów przeciwzmarszczkowych szczególnie, wymaga wielkiej dyplomacji – mówi Danuta Arendt, właścicielka drogerii Zuzanna w Łodzi. Opowiada, jak raz zdarzyło jej się wprost zaproponować klientce krem 50+, jako odpowiedni do jej wieku. Była przekonana, że tak jest. Ta wybuchła oburzona: „Ja jeszcze nie mam 50 lat!”. – Wybrnęłam jakoś z tej sytuacji tłumacząc, że oczywiście rozumiem, że pięknie wygląda, a kremy przeciwzmarszczkowe nie są na zmarszczki, ale aby im zapobiegać, ale od tamtej pory unikam takich sytuacji jak ognia – mówi pani Danuta.
Te same spostrzeżenia ma Maria Chmielewska, właścicielka drogerii Koliber w Bielsku-Białej. – Kobiety nigdy nie sięgają po kremy przeznaczone dla wyższych kategorii wiekowych. Jak mam wątpliwości co do wieku, podaję na ladę różne produkty do wyboru, mniej więcej próbując trafić w odpowiedni. Przenigdy nie pytam wprost o wiek, to zakazane – żartuje się pani Maria. Też ma w zanadrzu anegdotę o klientce, przy której nie można było nawet wypowiedzieć słowa „zmarszczki”, nie mówiąc o propozycji jakiegokolwiek kremu z tej kategorii. – Czego ja nie próbowałam, żeby nakłonić tę panią do zakupu kosmetyków, które na pewno przysłużyłby się jej cerze. Dopiero po spotkaniu klasowym, gdy porównała się z rówieśniczkami, wpadła do mojego sklepu i kupiła wszystko co możliwe o działaniu przeciwzmarszczkowym, wygładzającym, liftingującym – śmieje się.
Właścicielka drogerii Celux w Suwałkach, Celina Kamińska, mówi że do pewnego wieku kobiety w ogóle nie myślą o kremach przeciwzmarszczkowych i nie przekonuje ich żadna argumentacja o profilaktyce. Dopiero kiedy zaczynają widzieć wyraźne zmarszczki, sięgają po tego typu produkty. A i 60-latki potrafią oburzyć się: „Ja nie mam zmarszczek!”.
50+ najwyżej w rankingach
Wygląda na to, że sama myśl o tym, że się starzejemy, jest paraliżująca. Zanim się z nią pogodzimy, postępujemy według zasady: „jak czegoś nie widać, to tego nie ma”. Efekt? Mniejszy popyt na kremy 30+, 40+. Od 50+ w górę zaczyna się ruch w interesie. Przyznają to sami producenci, jak i pokazują wyniki sprzedaży w sklepach.
– Zdecydowanie najlepiej w mojej drogerii sprzedają się kremy przecizmarszczkowe z przedziału wiekowego 50+ i 60+, nieźle też 70+ – mówi Danuta Arendt. Myślę, że pomiędzy 40+ a 60+ jest to stosunek 1 do 6 – dodaje.
W Suwałkach u pani Celiny Kamińskiej, patrząc na wyniki sprzedaży ze wszystkich miesięcy w roku, najwyższe notowania mają kremy 50+. – Niezły popyt jest też na kremy 60+, nieco słabszy na 70+ i 45 +, „pięćdziesiątki” są zdecydowanie hitem – mówi. Zapytana, dlaczego tak się dzieje odpowiada: – Panie przed czterdziestką naprawdę często nie używają kremów przeciwzmarszczkowych, choć wydaje się to niepojęte. W naszej drogerii przeprowadzamy testy skóry, mamy bliski kontakt i podstawę do rozmów z klientkami, które to otwarcie przyznają. Potem te zmarszczki zaczynają być jednak coraz bardziej widoczne i kremy przeciwzmarszczkowe stają się koniecznością, kobiety nie potrafią się bez nich obejść. 50-latki są dziś aktywne zawodowo, chcą być zadbane, podobać się. Używają wszelkich dostępnych środków, by przedłużyć młodość.
Pani Maria z bielskiego Kolibra przyznaje, że oferta 30+ sprzedaje się bardzo słabo i niektórzy producenci wycofują tego typu linie ze swojej oferty, choć niedawno je wprowadzali. Tu również najwyżej w rankingach stoi segment 50+. – Być może kiedyś, jak nie było oferty dla pięćdziesięciolatek, kupowały one kremy w kategorii 40+ – zastanawia się. – Teraz sprzedaż rozłożyła się na kolejne segmenty, również 60+, 70+.

70+ coraz popularniejsze

Wyraźnie widać, że producenci wypuszczając na rynek nowe linie, skupiają się bardziej na kobietach dojrzałych.
– Największym segmentem kremów anti-aging są kosmetyki dedykowane do wieku 50-60 lat. W tym okresie zachodzi w ciele i skórze kobiet wiele ważnych procesów, które znacząco wpływają na wygląd, a tym samym na samopoczucie. Poszukują więc one skutecznych kosmetyków, które pomogą im utrzymać młody wygląd na dłużej – mówi Joanna Stefaniak z Lirene. – Rośnie też liczba konsumentek sięgających po kremy 70+. Coraz więcej kobiet w tym wieku prowadzi aktywny styl życia, czytają poradniki i magazyny kobiece, śledzą programy telewizyjne. Są świadome, że ich skóra wymaga szczególnej ochrony, i że warto kupować kremy dla nich przeznaczone – dodaje.
– Z naszych analiz wynika, że największą sprzedaż rotują kosmetyki przeznaczone dla grupy wiekowej 50+ – mówi Katarzyna Butrymowicz-Knap, dyrektor marketingu firmy Bielenda Kosmetyki Naturalne. – Statystyki demograficzne wskazują, że społeczeństwa się starzeją, wydłuża się również średnia długość życia. Kobiety w dojrzałym wieku są świadome swoich potrzeb, wiedzą, że dobry wygląd ma wciąż duże znaczenie i wpływa na ich poczucie pewności siebie. Pragną zachować piękny wygląd, ale przy tym są wymagającymi konsumentkami – z uwagą śledzą nowości pojawiające się na rynku, sprawdzają ich skład, właściwości, by dobrać kosmetyk, który będzie ściśle odpowiadał potrzebom ich skóry. Nie oznacza to jednak, że nasze działania będziemy skupiać wyłącznie na tej grupie wiekowej. Proponujemy szeroką ofertę wyspecjalizowanych kosmetyków dla konsumentek w różnym wieku. Zamierzamy wspierać wszystkie te segmenty – zapowiada Katarzyna Butrymowicz-Knap.
Tu też widać kryzys
Karina Kozerska z Eveline Cosmetics podkreśla, że kremy przeciwzmarszczkowe to jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się kategorii. – Klientki dokonują świadomych zakupów. To przemyślana decyzja, a nie impuls. Niechętnie zmieniają kremy, a jeśli to już robią, to szukają konkretnych składników, np. kwasu hialuronowego, komórek macierzystych czy peptydów. Ważna jest też dla nich relacja jakości do ceny oraz zaufanie do marki.
Katarzyna Butrymowicz-Knap dodaje, że kobiety zwracają uwagę na cenę kosmetyków, ale ten aspekt nie jest dla nich najważniejszy. Istotne jest, aby produkt był skuteczny oraz dobrany adekwatnie do potrzeb i problemów skóry. To prawda. Właścicielki drogerii również przyznają, że liczy się przede wszystkim jakość, skuteczność produktu, do której za pierwszym razem trzeba klientki przekonać – poświęcić im czas, opisać działanie preparatu. Jeśli obietnice zostaną potwierdzone, pojawia się przywiązanie do marki. Cena nabiera jednak coraz większego znaczenia. W Łodzi u pani Danuty i w Bielsku-Białej u pani Marii przystępna cena kremu przeciwzmarszkowego to 20-25 zł. Takich sprzedaje się najwięcej. – Potem jest przeskok do produktów w granicach 100 zł, ale po takie sięga około 10 proc. klientek mojej drogerii. Kiedyś było inaczej, rynek bardzo się zmienił – mówi Danuta Arendt.
Podobne spostrzeżenia ma pani Celina z Suwałk, choć u niej na półkach stoją zdecydowanie droższe kremy. – Te klientki, które płaciły po 100 zł za jeden krem, w tej cenie chcą teraz kupić serię. Kiedyś krem za 200 zł sprzedawałam bez problemu, dziś muszę długo poczekać na takiego klienta. Nawet osoby bardziej zamożne liczą pieniądze – opowiada.
Generalnie, według opinii właścicielek drogerii, najlepiej sprzedają się kremy na dzień, po nich kremy na noc. Trudniej, ich zdaniem, dziś namówić kobiety na zakup kremów pod oczy albo specjalistycznego serum. Znów kwestia oszczędności.
Tańsze czy droższe produkty przeciwzmarszczkowe są dziś niewątpliwie motorem rozwoju kategorii produktów do pielęgnacji twarzy. A ona sama, dzięki innowacjom, utrzymuje trend wzrostowy. – W związku ze zmianami demograficznymi rynek kosmetyków anti-aging znacznie poszerzył się w przeciągu ostatnich lat, ale stał się też niezwykle konkurencyjny. Nie oznacza to jednak, że nie ma już miejsca dla nowych rozwiązań – podsumowuje Katarzyna Butrymowicz-Knap. Możemy być więc pewni, że wiosną rozsypie się worek z przeciwzmarszczkowymi nowinkami. 
Katarzyna Bochner


Kremy przeciwzmarszczkowe – najsilniejsze w kategorii pielęgnacji twarzy

Olga Adamkiewicz, dyrektor Marketingu & PR
Jeronimo Martins Drogerie i Farmacja
Jaki udział mają kremy przeciwzmarszczkowe w sprzedaży kategorii pielęgnacji twarzy w Hebe?
To najsilniejsza podkategoria w obrębie pielęgnacji twarzy.
Ma ona ogromny udział w tej kategorii, bo ponad połowa ze sprzedawanych w Hebe kosmetyków do pielęgnacji twarzy, to właśnie kremy przeciwzmarszczkowe.
Czy są widoczne wyraźne różnice w sprzedaży produktów przeznaczonych dla różnych grup wiekowych?
Tak, widać znaczące różnice. Najsłabszą grupą są kremy przeznaczone dla kobiet w wieku 26+ do 35+. Panie raczej nie mają w tym wieku jeszcze silnej potrzeby stosowania kremów przeciwzmarszczkowych, nie chcą za szybko do nich przyzwyczajać skóry, wybierają więc raczej kremy dostosowane do problemów skórnych – nawilżające, matujące bądź inne. Natomiast produkty z przedziału 50+ i 60+ sprzedają się najlepiej w segmencie kremów przeciwzmarszczkowych. W tych grupach wiekowych stosuje się je już raczej regularnie, kobiety są dużo bardziej świadome, starają się jak najbardziej zmniejszyć efekty starzenia.
Popyt na produkty tanie, gorsza sprzedaż kosmetyków z wyższej półki cenowej oraz spłaszczanie się różnic pomiędzy segmentami cenowymi – czy w Hebe widoczne są te tendencje? 
W Hebe, wbrew tym tendencjom, największym zainteresowaniem cieszą się produkty ze średniej półki cenowej. Pielęgnacja twarzy należy do kategorii, w której jakość jest bardzo istotna. Klienci starają się uważać na to, co nakładają na twarz. Wyjątek wśród produktów z niższej półki cenowej stanowi marka Ziaja, w przypadku której klienci doceniają przede wszystkim dobry stosunek ceny do jakości. Pozostałe marki z najniższej półki cenowej mają mniejszy udział w sprzedaży.


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Twarz
26.10.2026 10:00
Od wyszukiwarki do rozmowy z AI. Gdzie dziś zaczyna się wybór kosmetyku?
Od wyszukiwarki do rozmowy z AI. Gdzie dziś zaczyna się wybór kosmetyku?
Od wyszukiwarki do rozmowy z AI. Gdzie dziś zaczyna się wybór kosmetyku? / Materiał Partnera
Od wyszukiwarki do rozmowy z AI. Gdzie dziś zaczyna się wybór kosmetyku?
/ Materiał Partnera
Od wyszukiwarki do rozmowy z AI. Gdzie dziś zaczyna się wybór kosmetyku?
/ Materiał Partnera
Od wyszukiwarki do rozmowy z AI. Gdzie dziś zaczyna się wybór kosmetyku?
Od wyszukiwarki do rozmowy z AI. Gdzie dziś zaczyna się wybór kosmetyku?
Od wyszukiwarki do rozmowy z AI. Gdzie dziś zaczyna się wybór kosmetyku?
Gallery

Konsumentka szukająca serum do skóry wrażliwej coraz częściej nie wpisuje już w wyszukiwarkę dwóch słów. Opisuje typ skóry, składniki, budżet i oczekiwany efekt, a następnie prosi AI o zawężenie wyboru. Dla marek beauty oznacza to zmianę nie tylko w mediach, ale w całej ścieżce decyzji zakupowej.

Od frazy do rozmowy

Przez lata wyszukiwanie można było opisywać dość prostą ścieżką: potrzeba, fraza, wynik, karta produktu. Ten model nie znika, ale obok niego pojawia się rozmowa, np. w ChatGTP. Użytkownik może zadać dłuższe pytanie, doprecyzować oczekiwania i oczekiwać odpowiedzi uwzględniającej konkretny kontekst. Widać to również w rozwoju samego Google. Firma testuje formaty reklamowe oparte na Gemini, które mają odpowiadać na konkretne pytania i pojawiać się jako pomocny element konwersacyjnego wyszukiwania. 

Dla beauty ma to szczególne znaczenie. Wybór kosmetyku rzadko sprowadza się przecież do samej kategorii produktowej. Znaczenie mają rodzaj skóry lub włosów, skład, rutyna, budżet, wcześniejsze doświadczenia i oczekiwany efekt.

Różnica polega więc nie tylko na długości zapytania. Zmienia się również sposób podejmowania decyzji. Użytkownik może najpierw zapytać o problem, później o składnik, następnie porównać kilka rozwiązań, a dopiero na końcu zainteresować się konkretną marką. Dla marketera oznacza to, że komunikacja produktowa powinna odpowiadać nie tylko na pytanie „co sprzedajemy?”, ale również „na jaki problem użytkownika odpowiadamy?” i „dlaczego właśnie ten produkt ma sens w danym kontekście?”.

Widoczność, wiarygodność i konwersja

Pierwszym wyzwaniem jest widoczność. Marka powinna myśleć nie tylko o zapytaniach takich jak „serum z witaminą C”, ale również o pytaniach opisujących potrzebę: „co stosować przy skórze reaktywnej?”, „jak pielęgnować włosy wysokoporowate?” czy „jaki kosmetyk wybrać przy pierwszych przebarwieniach?”. To wymaga szerszego spojrzenia na content. Opisy produktów nadal są ważne, ale coraz większą rolę odgrywają także poradniki, treści edukacyjne, FAQ, materiały eksperckie i odpowiedzi na bardziej szczegółowe pytania pojawiające się przed zakupem.

Drugim wyzwaniem jest wiarygodność. W środowisku, w którym użytkownik oczekuje konkretnej odpowiedzi, coraz większe znaczenie mają jasne informacje o produkcie, składnikach, zastosowaniu i efektach. Ogólny claim marketingowy może budować zainteresowanie, ale nie zawsze odpowiada na pytanie, które poprzedza zakup. Szczególnie w branży kosmetycznej istotna staje się spójność informacji. Jeśli reklama obiecuje jeden efekt, karta produktu opisuje go inaczej, a treść edukacyjna pozostaje bardzo ogólna, marka utrudnia użytkownikowi podjęcie decyzji. Im więcej punktów styku pojawia się po drodze, tym większe znaczenie ma konsekwencja w komunikowaniu właściwości i zastosowania produktu.

Trzecim wyzwaniem pozostaje konwersja. Nawet dobrze dopasowana rekomendacja niewiele daje, jeśli użytkownik trafia na stronę, która nie rozwija obietnicy, utrudnia znalezienie produktu albo nie prowadzi czytelnie do zakupu.

Reklama powinna pomagać, a nie przerywać

Reklamy w środowiskach konwersacyjnych nie warto traktować jak kolejnego miejsca do wyświetlenia tego samego komunikatu. Ich potencjał pojawia się wtedy, gdy reklama rzeczywiście odpowiada na intencję użytkownika i prowadzi do treści lub produktu związanego z jego potrzebą.

Można to sprowadzić do prostego modelu:

pytanie konsumenta → pomocna odpowiedź → wiarygodny dowód → właściwy kanał → mierzalne działanie.

AI nie zastępuje przy tym wyszukiwarki, social mediów, video czy remarketingu. Dokłada kolejny punkt styku do ścieżki, która już wcześniej była wielokanałowa. Google rozwija rozwiązania pozwalające lepiej dopasowywać reklamy i strony docelowe do bardziej konwersacyjnych zapytań, co pokazuje, że granica między wyszukiwaniem informacji a wyborem produktu będzie coraz mniej wyraźna. 

Dla marki kosmetycznej oznacza to konieczność większego uporządkowania całego ekosystemu komunikacji. Social media mogą inspirować i budować zainteresowanie, Search przechwytywać konkretną intencję, video demonstrować produkt lub sposób użycia, a remarketing przypominać o ofercie na późniejszym etapie decyzji. Środowiska AI dochodzą do tego układu jako kolejne miejsce, w którym użytkownik może zetknąć się z rekomendacją, porównaniem albo wyjaśnieniem.

Nie chodzi więc o zastępowanie jednego kanału drugim. Chodzi o to, aby odpowiedź na tę samą potrzebę pozostawała spójna niezależnie od miejsca, w którym konsument rozpoczyna swoją ścieżkę. Dlatego ważna jest obecność w miejscach, gdzie użytkownicy zadają pytania. Dobrym pomysłem jest korzystanie np. z ChatGPT Ads.

Co powinien sprawdzić marketer beauty?

Przed dokładaniem kolejnego narzędzia do media planu warto odpowiedzieć na kilka prostych pytań:

  • Czy znamy pytania, które konsumenci zadają przed zakupem?
  • Czy opisujemy efekt produktu językiem klienta, a nie wyłącznie językiem marki?
  • Czy treści odpowiadają na różne potrzeby skóry, włosów i rutyn pielęgnacyjnych?
  • Czy materiały produktowe zawierają konkretne i możliwe do zweryfikowania informacje?
  • Czy landing page rozwija obietnicę reklamy?
  • Czy kreacje odpowiadają etapowi decyzji?
  • Czy mierzymy nie tylko kliknięcia, ale także wartościowe działania po wejściu na stronę?
  • Czy Search, social media, video, remarketing i nowe środowiska AI tworzą jedną ścieżkę, czy funkcjonują osobno?

Strategia przed technologią

 – Największym błędem byłoby potraktowanie AI jak kolejnej powierzchni reklamowej. Marka kosmetyczna musi najpierw zrozumieć pytanie konsumenta, a dopiero potem dobrać komunikat, format i kanał. Widzimy to także w działaniach dla Sessio z portfolio Chantal, gdzie łączymy Search, Meta, TikTok, Performance Max i remarketing. Każdy z tych punktów styku pełni inną rolę, ale razem powinny prowadzić użytkownika drogą od zainteresowania produktem do zakupu – mówi Mateusz Bojanowski, Head of Digital w agencji Cityboard Digital.

Cityboard Digital odpowiada w przypadku Sessio za zintegrowane działania obejmujące m.in. kampanie Meta Ads, kampanie na TikToku, Google Search, Performance Max i remarketing, łącząc budowanie świadomości z generowaniem ruchu i sprzedaży online. 

ARTYKUŁ SPONSOROWANY
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Twarz
06.10.2026 13:38
PDRN w serum zamiast w gabinecie. Czy kosmetyki mogą wykorzystać jego potencjał?
PDRN robi karierę w kosmetykach. Czy naprawdę działa?mat. prasowe

PDRN, do niedawna kojarzony przede wszystkim z zabiegami regeneracyjnymi i koreańską medycyną estetyczną, coraz mocniej wchodzi do codziennej pielęgnacji. Po składnik sięgają kolejne marki kosmetyczne, a jedną z najnowszych propozycji jest serum Revitalift Filler L’Oréal Paris z wegańską cząsteczką PDRN+. Pojawia się jednak pytanie: na ile składnik znany z zastosowań iniekcyjnych może działać również wtedy, gdy nakładamy go na skórę?

W tym artykule przeczytasz:

  • PDRN wychodzi z gabinetów
  • Wegański PDRN. Co właściwie oznacza?
  • Czy PDRN rzeczywiście działa nakładany na skórę?
  • PDRN w kosmetykach dopiero buduje bazę dowodową
  • L’Oréal Paris chce przenieść PDRN do codziennej pielęgnacji
  • Od koreańskich klinik do drogeryjnej półki

PDRN wychodzi z gabinetów

PDRN to skrót od polydeoxyribonucleotide – polideoksyrybonukleotydów, czyli fragmentów DNA. Składnik zyskał popularność w medycynie regeneracyjnej i estetycznej dzięki właściwościom związanym m.in. z procesami naprawczymi, regeneracją tkanek i działaniem przeciwzapalnym. Mechanizm działania PDRN wiązany jest m.in. z aktywacją receptorów adenozynowych A2A oraz tzw. szlaku odzyskiwania nukleotydów.

W klasycznej postaci PDRN wykorzystywany w zastosowaniach medycznych jest zazwyczaj pozyskiwany z oczyszczonego DNA łososia lub pstrąga. To właśnie pochodzenie zwierzęce stało się jednym z powodów poszukiwania alternatywnych źródeł składnika.

Dziś PDRN jest jednym z aktywnych składników, które najlepiej wpisują się w popularny w beauty trend przenoszenia języka i technologii medycyny estetycznej do kosmetyków. Na opakowaniach pojawiają się określenia sugerujące regenerację, biostymulację czy poprawę jakości skóry, a PDRN zaczyna funkcjonować obok takich składników jak kwas hialuronowy, peptydy czy retinoidy.

Wegański PDRN. Co właściwie oznacza?

Rosnąca popularność PDRN wymusiła rozwój technologii pozwalających pozyskiwać podobne cząsteczki bez wykorzystania materiału pochodzenia zwierzęcego. W badaniach pojawiają się m.in. PDRN pozyskiwane z materiału roślinnego – z kultur komórkowych, korzeni czy kalusa roślinnego.

Nie oznacza to jednak automatycznie, że każdy "wegański PDRN” jest dokładnie tym samym materiałem co PDRN stosowany w medycynie. Pochodzenie, długość fragmentów DNA, masa cząsteczkowa, sposób oczyszczania i formulacja mogą się między produktami znacząco różnić.

To istotne, ponieważ w przypadku PDRN określenie "wegański” mówi przede wszystkim o źródle materiału, a nie samo w sobie o jego skuteczności.

L’Oréal Paris deklaruje, że jego PDRN+ jest opatentowaną cząsteczką pozyskiwaną w procesie biofermentacji. Według producenta została ona opracowana z myślą o zastosowaniu w kosmetyku i ma być odpowiednio mała, aby przenikać do naskórka.

image

Koniec pustych obietnic. Nowe kosmetyki z DNA łososia i mikroigłami, czyli medycyna estetyczna w domu

Czy PDRN rzeczywiście działa nakładany na skórę?

To właśnie tutaj pojawia się najciekawsza część historii. PDRN ma już pewne zaplecze naukowe w zastosowaniach medycznych i estetycznych, ale nie można automatycznie przenosić wyników dotyczących preparatów podawanych w formie iniekcji na serum czy krem.

Przegląd badań dotyczących polinukleotydów stosowanych w medycynie estetycznej wskazuje na obiecujące rezultaty w zakresie poprawy zmarszczek, tekstury i elastyczności skóry. Jednocześnie podkreśla niewielką liczbę badań wysokiej jakości i brak pełnego konsensusu dotyczącego optymalnego zastosowania.

W przypadku kosmetyków stosowanych miejscowo barierą jest przede wszystkim dostarczenie odpowiedniej ilości składnika w odpowiednie miejsce. PDRN jest cząsteczką DNA, a więc nie wystarczy samo umieszczenie jej w formule. Liczy się m.in. jej wielkość, stabilność i sposób dostarczania.

Co ciekawe, pojawiają się już badania próbujące odpowiedzieć właśnie na to pytanie. Opublikowane w 2026 roku badanie dotyczące miejscowo stosowanego PDRN wykazało jego obecność w żywych warstwach naskórka oraz wskazało na poprawę parametrów skóry poddanej fotouszkodzeniom. W badaniu klinicznym oceniano krem pod oczy z 0,1 proc. PDRN przez 28 dni i porównywano go z retinolem. Wyniki były obiecujące, ale dotyczą konkretnej długości fragmentów PDRN i konkretnej formulacji – nie każdego kosmetyku określanego jako produkt z PDRN.

To ważne rozróżnienie. Nie ma jednej, uniwersalnej "mocy PDRN”. Składnik może występować w różnych formach i o różnych parametrach, a wyniki jednego preparatu nie mogą być automatycznie przypisywane całej kategorii.

PDRN w kosmetykach dopiero buduje bazę dowodową

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku roślinnych i wegańskich odpowiedników. Badania laboratoryjne nad PDRN pozyskiwanym z roślin, m.in. żeń-szenia czy Gynostemma pentaphyllum, wskazują na potencjalne działanie wspierające barierę skóry, proliferację komórek czy procesy naprawcze.

Jednocześnie najnowszy przegląd dotyczący roślinnych polinukleotydów i PDRN wyraźnie zaznacza, że większość dostępnych danych ma charakter przedkliniczny. Na tym etapie nie można więc uznać, że roślinny PDRN jest klinicznie równoważny tradycyjnemu PDRN pochodzenia zwierzęcego.

image

TikTok Shop napędza sprzedaż beauty. Te marki zarobiły miliony na livestreamach

L’Oréal Paris chce przenieść PDRN do codziennej pielęgnacji

Na tym tle interesująca jest premiera nowego Revitalift Filler L’Oréal Paris. Marka połączyła w nim opatentowaną, wegańską cząsteczkę PDRN+ z trzema rodzajami kwasu hialuronowego. Producent przedstawia produkt jako przykład trendu "zabiegu w buteleczce”, czyli przenoszenia składników kojarzonych dotychczas z gabinetami do codziennej pielęgnacji.

Według danych przedstawionych przez L’Oréal Paris sześciotygodniowa ocena kliniczna z udziałem 53 kobiet wykazała redukcję drobnych zmarszczek do 60 proc.

Od koreańskich klinik do drogeryjnej półki

Popularność PDRN dobrze wpisuje się w szerszą zmianę na rynku beauty. Konsumentki coraz częściej interesują się składnikami wcześniej zarezerwowanymi dla gabinetów, a marki odpowiadają na to kosmetykami inspirowanymi procedurami medycyny estetycznej.

PDRN ma w tym trendzie szczególne miejsce, bo łączy kilka obecnie mocnych kierunków: zainteresowanie koreańską pielęgnacją, regeneracją skóry, „skin quality”, biotechnologią i składnikami pochodzenia alternatywnego. Sam termin przestał być już wyłącznie specjalistycznym określeniem stosowanym przez lekarzy i kosmetologów.

Do mainstreamu wprowadza go także marketing największych koncernów. W kampanii nowego serum L’Oréal Paris występuje Kendall Jenner, która od 2026 roku jest globalną ambasadorką marki.

 

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
31. październik 2026 09:28