Polska Izba Handlu 15 stycznia br. skierowała do premiera, marszałków sejmu i senatu oraz przewodniczących klubów parlamentarnych pismo z apelem o działania w sprawie niekontrolowanego rozwoju dyskontów, które zaburzają równowagę w polskim handlu detalicznym.
– Na rynku potrzebne są wszystkie formaty handlu, nie możemy zawężać pola wyboru konsumentowi, nie możemy doprowadzić do sytuacji, gdy nie będzie sklepów innych niż dyskonty – a do tego obecnie zmierzamy. Dzisiejsza sytuacja na polu handlu jest przez nas oceniana jako prowadząca do monopolizacji i asymetrii, ponieważ nie jest normalnym, gdy np. w miejscowości liczącej niecałe 17 tys. mieszkańców znajduje się pięć sklepów dyskontowych, a mniejsze placówki bez szans na konkurowanie upadają. Jest to przykład Olecka, jednak takich miast jest w Polsce wiele – ocenia Waldemar Nowakowski, prezes Polskiej Izby Handlu.
To nie są bezpodstawne stwierdzenia. Z danych instytutu badawczego Nielsen wynika, że w Polsce co 32 godziny otwiera się nowy dyskont. W 2007 roku na milion mieszkańców przypadały 32 dyskonty, w 2013 już 79. Instytut Market Side podaje przykład 56-tysięcznego Raciborza. Tu zadomowiło się aż 11 dyskontów, a obok nich również Auchan, Kaufland, Tesco, E. Leclerc. Najwięcej dyskontów działa w województwie śląskim, najszybciej przybywa ich w województwach łódzkim, małopolskim, pomorskim i mazowieckim. Najsłabiej rozwinęły się w województwach świętokrzyskim i lubelskim, gdzie jest wysoki odsetek wiejskiej ludności. – Szacujemy, że przy zachowaniu obecnych trendów i preferencji konsumenckich w 2015 roku będzie działało ponad 4 tys. dyskontów. Docelową wielkość rynku dyskontów w Polsce oceniamy na 5 tys. – mówił Maciej Bartmiński, prezes Market Side, podczas Forum Branży Kosmetyczno--Chemicznej zorganizowanego w październiku ub.r. przez „Wiadomości Kosmetyczne”. Prawdopodobnie ten proces będzie jednak postępował szybciej.
Bankructwa liczone w tysiącach
Według danych GUS za 2012 r. (opublikowanych w październiku 2013 r.) w Polsce mamy 375 tys. sklepów. Co roku upada kilka tysięcy, przede wszystkim tych drobnych, tzw. tradycyjnych.
Ostatnie prognozy podane przez Euromonitor International są zatrważające. W 2014 roku, według tej agencji badawczej, zjawisko ma przybrać na sile, z rynku zniknie 8 tys. placówek. W tym samym czasie może powstać ponad 400 nowych dyskontów. Tylko Biedronka zapowiada otwarcie 300 kolejnych, również w małych formatach, poniżej 200 mkw., które mają ułatwić sieci wejście do miast, gdzie brakuje odpowiednio dużych lokalizacji (teraz średnia powierzchnia Biedronki to 650 mkw.). Inni dyskonterzy też nie zamierzają oddać pola konkurencji. Jak podaje „Gazeta Prawna”, sieć Netto, która w 2013 r. otworzyła 38 dyskontów, w tym roku chce dodać kolejnych 50. Kaufland chce uruchamiać przynajmniej 5 nowych placówek co kwartał, ma ich obecnie ponad 170. W ubiegłym roku 40 nowych punktów otworzył Lidl, w tym roku zamierza utrzymać to tempo. Ma już ponad 500 sklepów.
– Potrzebne jest sporządzanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego – uwzględniających zrównoważony rozwój wszystkich formatów handlu oraz niezbędne jest przeprowadzanie analiz wpływu nowo powstałych i planowanych podmiotów handlu na rynek lokalny – przekonuje Waldemar Nowakowski w komunikacje rozesłanym do mediów. – Przyczyni się to do ożywienia rozwoju gospodarczego, zwłaszcza na szczeblu regionalnym, ponieważ zagwarantuje to m.in. wpływy z podatków płaconych lokalnie, większą stabilność i dywersyfikację zatrudnienia oraz przyczyni się do rewitalizacji centrów miast. Jeżeli obecnie nie zatroszczymy się o formę polskiego handlu, postawimy wkrótce nas samych i przyszłe pokolenia w sytuacji braku możliwości dokonywania swobodnych wyborów konsumenckich – podkreśla prezes Izby.
Jak uratować polski handel?
Polska Izba Handlu uważa, że niezbędne jest otwarcie debaty społecznej, skutkującej konkretnymi działaniami legislacyjnymi, które zapewnią zrównoważony rozwój sklepom i sieciom wszystkich formatów. Ten pomysł popierają detaliści, ale oczekują konkretów. – Ta debata powinna mieć przewodnie hasło – nie czy, lecz JAK uratować polski handel – mówi Jerzy Kwiatkowski, właściciel Kosmeterii „Renata” i członek Rady Sieci Kosmeteria zrzeszającej na zasadzie franczyzy ponad 100 placówek. – W takich działaniach trzeba upatrywać interesu kraju i jego mieszkańców. Trzeba spojrzeć na ten temat dużo szerzej, stworzyć strategię dla polskiego handlu, warunki i szansę rozwoju dla polskich przedsiębiorców – przekonuje. – Rozwój zachodnich sieci handlowych i dyskontów okazał się dla nas wyniszczający. Producenci, widząc co się dzieje, szukają zbytu gdziekolwiek i za wszelką cenę. Widzą, że detal się kurczy i zamiast go wspierać, żeby dla swoich biznesów mieć alternatywę, opuścili nas. A przede wszystkim całkowicie brakuje polityki państwa, mamy w tym temacie „wolną amerykankę” – podkreśla Jerzy Kwiatkowski.
Lody obojętności jednak puściły, albo temat dyskontów zrobił się nośny, bo politycy coraz chętniej zabierają na ten temat głos. Solidarna Polska chce, by wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński poinformował, ile w Polsce jest hipermarketów i dyskontów, gdzie i jakie płacą podatki oraz czy nie omijają polskich przepisów podatkowych. Politycy Solidarnej Polski chcą też wiedzieć, jakie działania na rzecz wspomagania konkurencyjności polskich przedsiębiorstw podjął lub chce podjąć polski rząd.
9 stycznia br., podczas konferencji prasowej zwołanej w Sejmie, szef klubu SP Arkadiusz Mularczyk podkreślał, że hipermarkety i sieci odprowadzają podatki przede wszystkim za granicą, zamiast wesprzeć polską gospodarkę, a drobni sklepikarze, płacący podatki w Polsce nie są w stanie obniżyć cen do tego stopnia, by konkurować z wielkimi sieciami. Poseł SP Andrzej Romanek grzmiał, że państwo „przegrało bitwę o polski handel”.
Konsekwencje nie tylko dla handlu
Sami detaliści jeszcze się nie poddają. To dla nich nie jest przegrana bitwa. Chcą debaty proponowanej przez Polską Izbę Handlu. – Jest jak najbardziej zasadna, szkoda tylko, że dopiero dzisiaj podejmuje się takie działania – mówi Teresa Jonas, prezes franczyzowej sieci Drogerie Polskie, skupiającej około 300 sklepów. – W każdym czasie handel tradycyjny powinien walczyć o udziały rynkowe, które w naszej branży dla wielu wiodących producentów są nadal znaczące – zaznacza.
Za debatą stanowczo opowiada się Krzysztof Rejman, dyrektor franczyzowej sieci Kosmeteria-Eksperci Urody. – Polacy powinni się dowiedzieć, jakie konsekwencje czy zagrożenia czyhają na polskich konsumentów i właścicieli małych, ale też i wielkich przedsiębiorstw oraz ich pracowników, bo tak naprawdę kwestia właściwych proporcji w handlu, równowagi, o której mówi prezes Polskiej Izby Handlu, ma bardzo szerokie konsekwencje dla pozostałych sektorów gospodarki, z czego mało kto zdaje sobie sprawę – podkreśla. – Taka debata może też uświadomić i pobudzić do działania tych, którzy mają dzisiaj władzę i wpływ na zmiany, ale z różnych powodów nie uznali do dzisiaj, że są one niezbędne. Debata powinna zawierać wszelkie analizy, które mogą pokazać prawdziwy, obiektywny stan rzeczy, jakie konsekwencje dla wszelkich formatów sklepów mają dyskonty i jakie konsekwencje rodzą dla całej gospodarki – co jest dobre, bo na pewno są takie obszary, a co jest z pewnością złe – mówi Krzysztof Rejman.
Teresa Stachnio, wiceprezes sieci drogerii Jasmin jest pewna, że debata na temat niekontrolowanego rozwoju dyskontów jest konieczna i powinna być poparta aktywnościami lokalnych przedsiębiorców. – Wydaje się, że jeśli będziemy umieli pokazać siłę naszego detalicznego handlu – nowoczesnego z tradycjami – to powinno doprowadzić do planowania modelu zagospodarowania powierzchni handlowych i ustaleń modelu handlowego – komentuje.
Coraz niższe ceny, znikome marże
Zaburzenie równowagi rynkowej poprzez zaniżanie cen, to działa wytaczane przez innych uczestników handlu przeciwko dyskontom, ale i producentom. – Dyskonty są obecnie największym zagrożeniem dla lokalnego handlu, w tym drogeryjnego. Obniżają drastycznie ceny na produkty, najczęściej koncernowe w innych opakowaniach i gramaturach niż są dostępne w innych sieciach. To dezorientuje klientów, którzy już nie wiedzą, czy dany produkt jest w dobrej cenie, czy nie, zawsze jutro oferta może być jeszcze lepsza – mówi Teresa Stachnio.
Producentom drobni detaliści zarzucają, że gonią za szybkim zyskiem, bez względu na konsekwencje. Wśród głównych grzechów wymieniają krótkowzroczne działanie, brak polityki cenowej, nierówne traktowanie odbiorców. Jak mówią, ceny produktów są coraz niższe, marże znikome, promocje obowiązują na 70 proc. asortymentu w sklepach, różnice pomiędzy produktami z półki ekonomicznej a premium są coraz mniejsze – nie wiadomo, co markowe, co dyskontowe. Zauważają, że w dyskontowej formule handlu nie ma miejsca na szeroką ofertę, na lokalne produkty, co jest niekorzystne i dla handlu i dla samych producentów. Ta zabójcza pogoń zdaje się prowadzić donikąd – przekonują.
Czy producent może zrezygnować z dyskontu?
Z drugiej strony trzeba pamiętać o nastrojach społecznych – 83 proc. Polaków twierdzi, że gospodarka znajduje się obecnie w recesji. 90 proc. uważa, że jest zła sytuacja na rynku pracy, 70 proc. negatywnie
ocenia stan swoich finansów, 75 proc. uważa, że to nie jest dobry czas na zakup dóbr – pokazują dane Nielsena. Zdaje się, że producenci nie mają wyjścia. Nawet firmy obecne dotychczas tylko w segmencie premium starają się wprowadzać tańsze marki, żeby wejść z nimi na masowy rynek i sprzedawać. Tradycyjny rynek się kurczy. Dyskonty zapewniają obrót, którego potrzebują. – Biedronka podczas jednorazowej, dwutygodniowej akcji typu „in-out” sprzedaje 200 tys. sztuk danego produktu, a rynek tradycyjny taką samą ilość kupuje w ciągu 6 miesięcy. To pokazuje, jaka jest siła dyskontów – mówi jeden z producentów obecny ze swoimi kosmetykami w obu kanałach sprzedaży. Z oczywistych względów chce pozostać anonimowy. – Oczywiście marża wypracowana przez producenta w Biedronce jest dużo mniejsza niż na rynku tradycyjnym. Są też długie 60-90-dniowe terminy płatności. Tyle się czeka na pieniądze za to, co Biedronka sprzeda w ciągu dwóch tygodni. Na rynku tradycyjnym terminy są krótsze – dodaje. Dlaczego więc rynek tradycyjny ma takie kłopoty? – pytamy. – Dyskonty zmieniły politykę asortymentową. Jeszcze dwa lata temu skupiały się na własnych markach. Dziś oferują dobre, markowe kosmetyki. Jeśli klient może więc kupić w dyskoncie kosmetyki znanych marek o 30-40 procent taniej niż w drogeriach, to handel tradycyjny przestaje być wiarygodny – tłumaczy nasz rozmówca. Zarazem przyznaje, że ta droga prowadzi donikąd, bo zdanie się na dyskonty może doprowadzić do tego, że za chwilę producent zamiast 200 produktów w portfolio będzie miał 20 najlepiej rotujących. – A jak jego konkurent obniży cenę o złotówkę, to z tych 20 zrobi mu się 10, bo trzeba pamiętać, że kupcy w dyskontach wprowadzają element rywalizacji pomiędzy producentami. Liczy się, kto da najtańszą ofertę – dodaje. Czy w takim razie producent może pozwolić sobie na zrezygnowanie z dyskontów?
– Moim zdaniem nie. Rynek tradycyjny ma wartość „x”, na którą pracujesz 12 miesięcy. A skoro 4 akcje w Biedronce robią ci połowę tego „ x”, to zastanawiasz się, po co pakować się w zatrudnianie przedstawicieli handlowych, w negocjacje z hurtowniami? Tu szalę przeważa wartość tego jednorazowego obrotu, który można zrobić z dyskontem – mówi nasz rozmówca. Trzeba też dodać - odnosząc się do argumentu nierównego traktowania partnerów handlowych - że producent nie może narzucać swoim odbiorcom cen, za jakie ci zaoferują je klientom. To prawnie zakazane. To nie on decyduje więc, za ile dyskont wystawi towar na sprzedaż, a taka sieć jak Biedronka może sobie pozwolić na zrezygnowanie z własnej marży i sprzedaż w cenach detalicznych niższych niż hurtowe w handlu tradycyjnym.
Czy producenci mogą liczyć na zrozumienie? – Żyjemy w gospodarce rynkowej, co oznacza, ze każdy biznes szuka dla siebie najlepszych możliwości na rozwój – a bez zysku nie ma na niego szans – komentuje Krzysztof Rejman, dyrektor sieci Kosmeteria. – Nigdy nie będę winił producenta, że zachowuje się tak czy inaczej – on ma prawo podejmować wszelkie decyzje, które dla jego biznesu będą najkorzystniejsze, z pełnymi konsekwencjami dla niego, jak i pracowników, których zatrudnia. I w tym obszarze zawiera się jego odpowiedzialność. Na tym też polega gra rynkowa, że każdy, kto bierze w niej udział, pragnie wygrać i zapewnić sobie najbardziej bezpieczną i stabilną przyszłość. Natomiast ustalanie zasad tej gry, to już domena i odpowiedzialność państwa i jego agend. Ewidentnie widać, że gra, która toczy się aktualnie w handlu w Polsce, zmienia go bardzo dynamicznie – jedni bardzo zyskują, inni bardzo tracą. Jeszcze nie tak dawno to hipermarkety były najbardziej przyciągającym konsumentów formatem sklepów, dzisiaj są to ewidentnie dyskonty – i jedne, i drugie, mają wpływ na „kurczenie” się indywidualnych, małopowierzchniowych sklepów detalicznych. A to na pewno nie jest w interesie społecznym – dodaje Krzysztof Rejman.
Co na to konsumenci?
Polacy chcą kupować tanio, bo na drożej ich nie stać. W większości nie analizują, skąd biorą się niskie ceny, nie kierują się lokalnym patriotyzmem. Jeśli sami nie prowadzą biznesu, nie rozumieją zachodzących tu zależności. Krytykują doniesienia o próbach regulacji rynku przez inicjatywy społeczne lub rządowe. I są bezlitośni w swoich ocenach.
„Nie wiem, czy politykom to wyjdzie na zdrowie – może i zyskają poparcie paru czy parunastu tysięcy drobnych kupczyków, ale zrażą do siebie miliony klientów dużych sklepów, którzy chcą kupować w dyskontach i supermarketach, bo tam jest po prostu taniej”.
„Czy chcecie walczyć z sieciami w interesie sklepikarzy, ale WBREW interesom większości Polaków?”
„Jest wolny rynek, jeżeli do kogoś trafia oferta małych sklepów, to tam kupuje. Jeżeli nie, to sklepy muszą zmienić ofertę albo się zwinąć. Jak ze wszystkim”.
„Nie było sklepów, było źle, teraz są i też jest źle. Co będzie, jak te Kauflandy, Tesco, Lidle, Auchany, Biedronki... wrócą tam, skąd przyszły? Będzie lepiej?” – to tylko przykłady wpisów na wyborcza.pl pod artykułem dotyczącym planowanej walki z sieciami handlowymi, dyskontami i handlem w niedziele.
Szczególnego znaczenia nabierają wobec takich nastrojów społecznych wysiłki zmierzające do konsolidacji polskiego handlu i zbudowania mocnych, polskich sieci drogeryjnych. – Nie możemy tylko narzekać, że handel tradycyjny upada, trzeba podjąć konkretne wyzwania, aby to zmienić. Sieci działające w rynku tradycyjnym silne będą wtedy, kiedy będą w stanie spełnić oczekiwania producentów i konsumentów. Tylko dobrze zorganizowany model biznesowy będzie w stanie skutecznie konkurować z dyskontami, i nie tylko z nimi – podkreśla Teresa Jonas, prezes franczyzowej sieci Drogerie Polskie.
Katarzyna Bochner
Koreańskie kosmetyki przestały być niszowym trendem dla entuzjastów pielęgnacji. Z najnowszego raportu firmy badawczej NIQ wynika, że segment K-beauty jest dziś jednym z najszybciej rozwijających się obszarów światowego rynku kosmetycznego. W ciągu ostatniego roku jego wartość wzrosła o 53 proc., a w perspektywie dwóch lat aż o 131 proc.
Jak wynika z raportu "K-Beauty Goes Global”, opublikowanego przez firmę analityczną NIQ, sukces koreańskich marek nie jest już chwilową modą. Zdaniem autorów badania K-beauty wyznacza dziś kierunek rozwoju całej branży kosmetycznej, wpływając na oczekiwania konsumentów, tempo wprowadzania innowacji oraz modele sprzedaży.
Jak K-beauty zmienia reguły gry?
Według NIQ dynamiczny wzrost koreańskich marek pokazuje, że innowacje nie muszą już pochodzić wyłącznie od globalnych koncernów. Coraz częściej to regionalne trendy wyznaczają kierunek dla całego rynku.
– K-beauty przestało być jedynie trendem. To jeden z najlepszych przykładów tego, jak regionalne innowacje mogą przełożyć się na globalny wzrost – podkreśla Tara James Taylor, Senior Vice President Global Beauty & Personal Care Vertical w NIQ.
Jak dodaje, sukces koreańskich marek wynika z szybkości reagowania na potrzeby konsumentów, umiejętności przekuwania innowacji w codzienne rytuały pielęgnacyjne oraz sprawnego wykorzystywania kanałów cyfrowych.
Sprzedaż rośnie na całym świecie
Dane NIQ pokazują, że wartość sprzedaży produktów K-beauty zwiększyła się o 53 proc. rok do roku, a w ciągu dwóch lat wzrost osiągnął 131 proc.
Autorzy raportu podkreślają, że za tym wynikiem stoi nie tylko rosnąca popularność koreańskich marek, ale również zmiana sposobu, w jaki konsumenci odkrywają nowe produkty. Coraz większe znaczenie mają media społecznościowe, social commerce oraz sprzedaż internetowa.
TikTok Shop napędza zainteresowanie na K-beauty
Jednym z głównych motorów wzrostu pozostaje TikTok Shop.
Według danych przywołanych przez NIQ liczba wyszukiwań hasła K-beauty na brytyjskim TikTok Shop wzrosła w 2025 roku o 125 proc.
Jeszcze bardziej imponująco wyglądają wyniki sprzedaży. W Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii i Niemczech wartość sprzedaży koreańskich marek na TikTok Shop zwiększyła się aż o 430 proc. rok do roku.
Zdaniem autorów raportu pokazuje to, że platformy łączące odkrywanie produktów z możliwością natychmiastowego zakupu stają się jednym z najważniejszych kanałów rozwoju branży beauty.
Składniki, które podbiły świat
Raport wskazuje, że globalny sukces K-beauty to nie tylko zasługa marketingu.
Koreańskie marki skutecznie popularyzują nowe formaty produktów oraz składniki aktywne, które jeszcze kilka lat temu były znane głównie pasjonatom pielęgnacji.
Do codziennych rytuałów konsumentów na wielu rynkach weszły już m.in.:
- maseczki w płachcie,
- plastry na niedoskonałości,
- esencje,
- ampułki,
- wysoko skoncentrowane sera.
Rosnącą popularność zyskały również składniki takie jak śluz ślimaka (snail mucin), centella asiatica oraz PDRN, które coraz częściej pojawiają się także w ofertach zachodnich marek kosmetycznych.
Europa coraz chętniej wybiera koreańskie marki
Silny wzrost sprzedaży widoczny jest również na rynku europejskim.
Według NIQ wartość sprzedaży K-beauty w Europie Zachodniej zwiększyła się o 58 proc. rok do roku.
Koreańskie marki odpowiadają już za około 10 proc. internetowej sprzedaży kosmetyków do pielęgnacji skóry w Europie. W najbardziej rozwiniętych rynkach, takich jak Francja, Hiszpania i Włochy – ich udział sięga już 15–20 proc.
To pokazuje, że K-beauty zyskuje coraz silniejszą pozycję nie tylko wśród młodszych konsumentów, ale również w głównym nurcie rynku kosmetycznego.
Nowe rynki napędzają kolejną falę wzrostu
Dynamiczny rozwój widoczny jest także poza Europą.
W Brazylii i Meksyku wartość sprzedaży koreańskich kosmetyków wzrosła o 135 proc., co – zdaniem NIQ – potwierdza rosnący potencjał Ameryki Łacińskiej.
W Ameryce Północnej dominującym kanałem sprzedaży pozostaje e-commerce, który odpowiada już za 76 proc. sprzedaży K-beauty. W samej Kanadzie rynek osiągnął wartość 164 mln dolarów, notując 57-procentowy wzrost rok do roku.
Kolejny etap: wellness i haircare
Autorzy raportu przewidują, że ekspansja K-beauty nie zakończy się na pielęgnacji skóry.
Według NIQ kolejnym etapem rozwoju będzie wejście koreańskich marek do segmentów wellness, pielęgnacji włosów oraz dalsza ekspansja na szybko rozwijających się rynkach, takich jak Ameryka Łacińska czy Bliski Wschód.
Raport pokazuje jednocześnie, że sukces K-beauty zmienia sposób funkcjonowania całej branży kosmetycznej. Coraz większego znaczenia nabiera szybkie reagowanie na lokalne trendy, rozwój produktów opartych na innowacyjnych składnikach oraz sprawne wykorzystywanie social commerce. To właśnie te elementy zdaniem NIQ, będą decydować o konkurencyjności marek beauty w kolejnych latach.
Źródło: Beautypackaging.com
Francuski Hermès okazał się najbardziej efektywną firmą sektora dóbr konsumpcyjnych pod względem zysku przypadającego na jednego pracownika. Jak wynika z analizy przygotowanej przez BestBrokers, każdy zatrudniony w spółce generuje średnio ponad 200 tys. dolarów zysku rocznie. W czołówce zestawienia znalazły się również Procter & Gamble, Unilever, L‘Oréal oraz LVMH.
Choć raport BestBrokers zwykle koncentruje się na analizie rynku finansowego i brokerów inwestycyjnych, tym razem autorzy przyjrzeli się efektywności największych światowych firm z sektora dóbr konsumpcyjnych i luksusowych. Analiza objęła 200 największych spółek giełdowych pod względem kapitalizacji rynkowej, a wskaźniki zostały obliczone na podstawie danych z oficjalnych raportów rocznych.
Hermès wyprzedza konkurencję
Najwyższy zysk przypadający na jednego pracownika osiąga Hermès.
Według raportu każdy z ponad 26,4 tys. pracowników francuskiego domu mody generuje średnio 200 580 dolarów zysku rocznie. To wynik o około 37 proc. wyższy niż w przypadku drugiej firmy w zestawieniu.
Autorzy raportu zwracają uwagę, że przewaga Hermèsa wynika nie tylko z wysokiej rentowności, ale również stosunkowo niewielkiej liczby zatrudnionych. Firma zatrudnia około ośmiokrotnie mniej osób niż LVMH, dzięki czemu osiąga najwyższy wskaźnik efektywności w całym zestawieniu.
Przy obecnej skali działalności Hermès potrzebuje 98 minut i 54 sekund, aby wypracować milion dolarów zysku.
Procter & Gamble zarabia najszybciej
Drugie miejsce zajął Procter & Gamble, właściciel marek takich jak Old Spice, Pantene, Gillette czy Head & Shoulders.
Amerykański koncern osiąga 146 789 dolarów zysku na pracownika, zatrudniając około 109 tys. osób.
Jednocześnie to właśnie P&G najszybciej generuje kolejne miliony dolarów. Firma potrzebuje zaledwie 32 minut i 51 sekund, aby osiągnąć milion dolarów zysku. W roku fiskalnym 2025 wypracowała 16 mld dolarów zysku netto, pozostając jedyną spółką w zestawieniu, która przekroczyła poziom 15 mld dolarów rocznego zysku.
Unilever i L‘Oréal niemal ex aequo
Na trzecim miejscu uplasował się Unilever.
Właściciel marek Dove, Rexona czy Vaseline osiąga 76 023 dolary zysku na pracownika przy zatrudnieniu wynoszącym około 96 tys. osób.
Tuż za nim znalazł się L‘Oréal, którego wskaźnik wyniósł 75 762 dolary na pracownika. Francuska grupa kosmetyczna zatrudnia około 95 tys. osób, a według wyliczeń BestBrokers potrzebuje 73 minut i 2 sekund, aby wypracować milion dolarów zysku.
LVMH ma największą skalę, ale niższą efektywność
Pierwszą piątkę zamyka LVMH – największa na świecie grupa dóbr luksusowych, do której należą m.in. Louis Vuitton, Dior, Givenchy, Guerlain czy Sephora.
Choć koncern zatrudnia aż 211 tys. pracowników i generuje milion dolarów zysku w zaledwie 41 minut i 8 sekund, jego wskaźnik zysku na pracownika wynosi 60 559 dolarów.
Jak podkreślają autorzy raportu, ogromna skala działalności przekłada się na niższą wartość tego wskaźnika niż w przypadku znacznie mniejszego Hermèsa.
Nie przychody decydują o efektywności
BestBrokers zwraca uwagę na jeszcze jedną interesującą zależność.
Różnice w przychodach przypadających na jednego pracownika są znacznie mniejsze niż różnice w poziomie osiąganych zysków.
Pod względem przychodów liderem pozostaje Procter & Gamble z wynikiem 773 394 dolarów na pracownika. Kolejne miejsca zajmują Hermès (709 478 dolarów) oraz Unilever (617 957 dolarów), podczas gdy LVMH osiąga 449 861 dolarów.
Zdaniem autorów raportu oznacza to, że o efektywności przedsiębiorstw decyduje przede wszystkim wysokość marży operacyjnej, a nie sama zdolność do generowania wysokich przychodów.
Co wynika z rankingu?
Analiza BestBrokers pokazuje, że najwyższą efektywność osiągają firmy, które potrafią łączyć silną pozycję marki z wysoką rentownością i dyscypliną kosztową. Szczególnie widoczne jest to w przypadku Hermèsa, który przy znacznie mniejszej skali działalności niż LVMH generuje zdecydowanie wyższy zysk przypadający na jednego pracownika. Z kolei obecność w czołówce Procter & Gamble, Unilevera i L‘Oréal potwierdza, że również segment masowych dóbr konsumpcyjnych i kosmetyków pozostaje jednym z najbardziej rentownych obszarów globalnego rynku FMCG.
Źródło: Fashion Network

