Nadszedł taki czas, że właściciele sklepów nie chcą już działać w pojedynkę, zależy im na podłączeniu się do jakiejś organizacji. Do nas też chce przystąpić wiele placówek, ale dla mnie liczba sklepów nie jest istotna. Zależy mi, aby właściciele sklepów byli wiarygodnymi przedsiębiorcami, dobrymi płatnikami. Liczy się jakość biznesu i współpracy, którą możemy podjąć. Tylko opierając się na jakości można bowiem zbudować liczącą się na rynku grupę. Konsumenci oczekują od drogerii określonego standardu. Sklep ma być elegancki, czysty, przejrzysty, towar musi być logicznie poukładany, a obsługa miła i kompetentna. Tu już nie mają sensu rozważania, czy tak ma być, czy nie. To jest po prostu oczywiste. I chcemy pracować z osobami, które to rozumieją. My też będziemy właśnie podpisywać umowy z placówkami w małych miasteczkach i wsiach, które są bardzo duże metrażowo, ale sprzedają nie tylko kosmetyki, lecz też inny asortyment, którego wymaga ich lokalizacja, np. AGD. W nich zostanie więc wydzielona i urządzona według naszych standardów część drogeryjna i pozostanie reszta asortymentu, którą handlują.
W sieci działa 86 sklepów, wszystkie mają już wizualizację zewnętrzną. 16 placówek posiada wzorcową, nową, pełną wizualizację wnętrza. Pozostałe wprowadziły wiele POS-ów, fartuszki, koszyczki – elementy identyfikacyjne sieci.
Każdy sklep jest skomputeryzowany, co jeszcze do niedawna nie było standardem. Docelowo będziemy się starali spiąć wszystkie drogerie w jedną bazę danych, co będzie nam pomagało przy negocjacji umów handlowych.
Jak radzicie sobie jako sieć z realizacją umów i akcji promocyjnych? Czy sklepy aktywnie i odpowiedzialnie włączają się w te działania?
Tak. Widać to również po zaangażowaniu producentów. Coraz więcej firm chce z nami współpracować, uczestniczyć w gazetce reklamowej. Myślę, że na ogólną ocenę naszej działalności wpływa w dużym stopniu podniesienie standardu sklepów, wprowadzenie wizualizacji, zasad marchandisingu, a więc odpowiedniej ekspozycji, zarządzania kategoriami, organizacji promocji – te zmiany przyciągają do sklepu klientów. Korzyści czują ich właściciele i firmy współpracujące z siecią.
Od niedawna działa nasz samochód eventowy, zorganizowaliśmy już kilka akcji w sklepach z jego wykorzystaniem i efekty są doskonałe. Sklepy osiągnęły 220-procentowy wzrost obrotów po takich eventach, a myślimy, że będzie jeszcze lepiej, gdy zrobi się słonecznie i ciepło. Samochód z nagłośnieniem, w którym można wykonać badania stanu skóry, włosów, uzyskać poradę, próbki, a potem kupić w sklepie towary w okazyjnych cenach – przyciąga rzesze konsumentów. Możemy go wykorzystywać przy przeróżnych okazjach – popularnych świętach i okolicznościach, ale i np. z okazji urodzin sklepu. Robimy też dni Kolibra we współpracy z tylko jedną marką kosmetyczną. Producenci chcą sponsorować te akcje, mamy grafik zapełniony do końca roku.
A jednak producenci, z którymi mam okazję rozmawiać, ciągle narzekają na brak zwrotu inwestycji w sieci franczyzowe, dostatecznie dobrych wyników sprzedaży i zaangażowania właścicieli sklepów.
Odpowiem tak – staramy się wywiązywać jak najlepiej z zawartych umów. Ponieważ drogerie nie mają w pełni ujednoliconego asortymentu, współpracujemy marketingowo głównie z firmami, z którymi mamy podpisane stałe umowy i z najpopularniejszymi markami, którymi właściwie wszystkie sklepy handlują. Rzadko do gazetek trafiają niszowe produkty, rzadko też producenci takich marek pojawiają się na naszych targach. Jeśli organizujemy z nimi akcje promocyjne to bez gwarancji zakupowych. Umawiamy się wówczas, że przeprowadzamy test i dopiero jeśli produkt się przyjmie podpisujemy umowę i jej oferta zaczyna pojawiać się w gazetkach regularnie. Wiele kolejnych firm chce z nami współpracować, ale sklepowa półka nie jest z gumy, musimy te oferty weryfikować. Mamy powołaną handlową grupę doradczą złożoną z właścicieli 8 najmocniejszych, największych sklepów i zawsze oni, a nie sam zarząd sieci, podejmują decyzję, czy warto wprowadzać kolejną markę do naszej oferty.
W jaki sposób właściciel sklepu staje się członkiem sieci? Jak przeprowadzacie go z etapu działania w pojedynkę do funkcjonowania w grupie?
Najpierw spotykamy się i przedstawiamy warunki umowy franczyzowej, bo to przede wszystkim interesuje potencjalnych członków sieci. Umowa jest bardzo elastyczna, nie ma w niej opłaty wpisowej, ani kary za rezygnację. Jeśli właściciel sklepu chce wystąpić z sieci, rozwiązuje umowę natychmiast, bo uważam, że współpraca na siłę nie ma sensu, męczą się obie strony. Uczestnik sieci wnosi opłatę franczyzową, 300 zł raz na kwartał. Każdy, kto do nas przystępuje, otrzymuje określoną kwotę na wizualizację zewnętrzną sklepu bądź na komputeryzację – właściciel sklepu może wykorzystać pieniądze na jeden z tych dwóch celów. Dodatkowo zapewniamy obsługę i pomoc naszych koordynatorów. Sklep ma do dyspozycji gazetkę reklamową, która jest bardzo dobrym narzędziem promocyjnym. Od maja profesjonalna firma zajmuje się jej kolportażem, koszt usługi w połowie pokrywa nasza spółka.
Doradzamy właścicielom sklepów, jak zmienić ich wygląd. Mamy podpisaną umowę z firmą, która robi projekty wnętrz i mebli pod wymiar, według naszej księgi standardów. Wprowadzamy do placówki oznaczenia działów, półek, wszelkie elementy graficzne i materiały POS wspierające sprzedaż, ustawiamy ekspozycję, uwzględniając podział asortymentu na kategorie, rotację produktów, zasady współkupowania. Zwykle na tym etapie pojawia się wiele uwag, dyskusji, ale dochodzimy do konsensusu (śmiech). W każdym razie nie robimy nic na siłę.
Bardzo cieszy mnie to, że właściciele sklepów, którzy dokonali ich całkowitej reorganizacji, zaczynają szukać nowych lokalizacji i chcą otwierać kolejne placówki przy naszej pomocy. To też świadczy o tym, że są wymierne efekty tych działań.
Pojawiają się też osoby z zewnątrz, które do tej pory nie działały w branży drogeryjnej, mają fundusze i chcą, żeby im pomóc otworzyć sklep w naszej sieci. Od początku tego roku bardzo nasiliły się takie kontakty.
Mamy pakiet materiałów szkoleniowych, który udostępniamy każdej osobie rozpoczynającej pracę w drogerii; może on być pomocny na tym pierwszym etapie wdrażania w branżę kosmetyczną. Przede wszystkim jednak organizujemy szkolenia dla właścicieli sklepów, bo pracownik nie może zrobić nic, jeśli właściciel placówki nie ma odpowiedniej świadomości i wiedzy. Staramy się nie narzucać tematyki szkoleń, odpowiadamy nimi na zapotrzebowanie naszych franczyzobiorców.
Drogerie Koliber należą do Grupy Eurocash – jednej z największych firm dystrybucyjnych towarów FMCG i operatora wielu sieci franczyzowych. Jakie ma to znaczenie dla bieżącej działalności i postrzegania sieci na rynku?
Dawnej byliśmy spółką, którą można porównać do dużej rodziny. Potem kupiła nas Emperia, po niej Eurocash i błyskawicznie musieliśmy zmienić swoje standardy zarządzania, budżetowania, współpracy z partnerami. Na samym początku, gdy udziały w spółce wykupiła Emperia, odeszła część sklepów, właściciele bali się sformatowania, silnego korporacyjnego nacisku. Ale tego nacisku, jak widać, nie ma. Realizujemy konsekwentnie, ale bez presji na właścicieli sklepów, naszą politykę. Dostawcy też reagowali różnie, najpierw obawiali się podpisywania umów z Emperią, potem nie chcieli ich renegocjować, gdy przeszliśmy do Grupy Eurocash, a teraz są zadowoleni, że współpracują z silnym i liczącym się partnerem. To wszystko działo się za mojej kadencji, nie było łatwe, ale widzę efekty. Mamy cały czas presję na rozwój, czujemy, że jesteśmy w silnej grupie, gdy podpisujemy umowy handlowe. Mamy bardzo mocne wsparcie w hurtowni Ambra, z którą jesteśmy w jednej grupie kapitałowej; jest ona naszym największym dystrybutorem, głównym, bardzo rzetelnym dostawcą.
Głównym, ale nie jedynym?
Tak, dokładnie, Ambra jest naszym głównym ale nie jedynym dystrybutorem. Nadal mamy podpisane umowy z innymi hurtowniami, ponieważ w nich dostępne są często produkty niszowe, nie wszystkie sklepy nimi handlują, więc nie możemy wymagać, żeby Ambra powiększała swoje stoki magazynowe i wprowadzała kolejną firmę do portfolio, ale musimy zabezpieczyć dostawy do naszych drogerii.
Wiele mówiłyśmy o zmianach, wprowadzaniu nowych standardów. Na pewno analizujecie Państwo ich efektywność. Co pokazują tabelki?
Tak, robimy analizy już w dniu otwarcia sklepu po reorganizacji i potem w dłuższym okresie. W każdym przypadku następują dwucyfrowe wzrosty sprzedaży, nie ma sklepu w sieci, który by ich nie odczuł. Trzeba jednak pamiętać, że jest to inwestycja długoterminowa i wymaga finansowych nakładów ze strony właściciela sklepu.
Jaka przyszłość czeka rynek drogeryjny?
Nie można dać wiążącej odpowiedzi na to pytanie. Pewne jest, że jest to rynek coraz bardziej agresywny i wymaga coraz więcej determinacji od firm, które na nim działają. Ja, osobiście, mam ogromną satysfakcję z tego, co udało nam się osiągnąć w sieci Koliber i dowodem na to, że idziemy w dobrym kierunku, że nasze działania zauważają dostawcy, jest również tytuł Drogerii Roku 2013 dla sklepu w Bielsku-Białej należącego do pani Marii Chmielewskiej. Cieszę się również, że przez 12 lat, odkąd jestem w sieci Koliber, udało mi się wypracować rodzaj przyjaźni z właścicielami sklepów. Kiedy zaczynałam tutaj pracę zostałam ciepło, z pełnym zaufaniem przyjęta i tak samo staram się dziś postępować wobec innych. Logo jest logiem, ceny są cenami, ale niezwykle ważna jest też atmosfera współpracy, a nam udało się nie zatracić jej rodzinnego charakteru, mimo wielu zmian, które po drodze nastąpiły.
Rozmawiała
Katarzyna Bochner
Liczy się jakość biznesu – rozmowa z Katarzyną Niemiec, prezes sieci Drogerie Koliber
Do Bożego Narodzenia zostały jeszcze ponad trzy miesiące, a kalendarze adwentowe z kosmetykami już pojawiły się w ofercie marek i sieci beauty. Od luksusowych zestawów Rituals, przez propozycje Douglasa, po kalendarze dostępne w Rossmannie – rynek zaczyna świąteczną sprzedaż coraz wcześniej. Popularność produktów dodatkowo napędzają media społecznościowe, gdzie unboxingi kalendarzy i codzienne otwieranie kolejnych okienek stały się osobnym formatem contentu.
Kalendarze adwentowe dawno przestały być wyłącznie dziecięcym odliczaniem do świąt. W branży beauty stały się pełnoprawnym produktem sezonowym, który łączy sprzedaż, odkrywanie nowości, kolekcjonowanie i doświadczenie konsumenckie. Choć wrzesień dopiero się rozpoczął, tegoroczne propozycje są już dostępne w polskim e-commerce.
To z jednej strony odpowiedź marek na rosnące zainteresowanie kosmetycznymi kalendarzami, a z drugiej – sposób na rozpoczęcie komunikacji świątecznej na długo przed grudniem.
Kalendarz adwentowy jako beauty experience
Mechanizm jest prosty: 24 okienka, 24 niespodzianki i codzienny rytuał otwierania kolejnego produktu (choć istnieją też warianty z 12 okienkami). W praktyce współczesne kalendarze beauty coraz częściej przypominają jednak miniaturowe zestawy zakupowe lub kolekcjonerskie boxy.
W ofercie Douglasa na 2026 rok znalazły się m.in. kalendarze zawierające produkty do makijażu, pielęgnacji skóry i włosów oraz akcesoria. Douglas Collection oferuje w tym sezonie m.in. Make-Up Advent Calendar, Accessoires Beauty Advent Calendar i Exclusive Beauty Highlights. Ceny wachają się między 165 a 349 złotych.
Rituals idzie w stronę bardziej premium. Tegoroczny Premium Advent Calendar kosztuje 705 złotych, a wartość produktów producent wycenia na 1020 złotych. Kalendarz ma formę dekoracyjnego pociągu i łączy produkty do ciała, kąpieli oraz domu. Marka oferuje także tańszą wersję Classic za 419 złotych.
Z kolei Rossmann pokazuje, jak szeroko rozrosła się sama kategoria. W ofercie na 2026 rok znalazły się kalendarze związane z pielęgnacją twarzy i ciała, włosami, makijażem, a także propozycje dla różnych grup wiekowych. Wśród przykładów są m.in. Neboa x Kimoco czy Fluff 24 Days of Delicious Skin.
Swoje kalendarze wydają też marki takie jak Dior, Charlotte Tilburry, Joe Malone czy Yves Saint Laurent.
Dlaczego marki zaczynają sprzedaż już we wrześniu?
Wczesna premiera nie jest przypadkowa. Kalendarz adwentowy jest produktem limitowanym i często występuje w ograniczonych nakładach. Dla marek oznacza to możliwość rozpoczęcia sprzedaży jeszcze przed jesiennym szczytem zakupowym, a dla konsumentów – wcześniejszy dostęp do najbardziej wyczekiwanych edycji.
Rituals wprost informuje, że jego kalendarze pojawiają się we wrześniu i zachęca klientów do wcześniejszego zainteresowania się ofertą. Marka podkreśla również, że jej kalendarze co roku szybko się wyprzedają.
To także produkt, który dobrze wpisuje się w strategię budowania napięcia wokół premiery. Sama zawartość może być częściowo ujawniana, ale jednocześnie marki mogą zostawić przestrzeń na element niespodzianki. W efekcie kalendarz zaczyna żyć w komunikacji jeszcze przed 1 grudnia.
TikTok dodatkowo nakręca kalendarzową gorączkę
Na popularność kalendarzy adwentowych mocno wpływają media społecznościowe. Szczególnie dobrze działa format unboxingu – twórca pokazuje zawartość kalendarza, otwiera kolejne przegródki i komentuje produkty.
Co ciekawe, w przypadku kalendarzy beauty unboxing może być rozłożony na cały miesiąc. Zamiast jednego filmu prezentującego zawartość całego pudełka twórcy publikują codzienne nagrania z otwierania kolejnego okienka.
Mechanizm został już dobrze wykorzystany przez twórców internetowych. TechCrunch opisywał fenomen filmów z drogimi kalendarzami beauty na TikToku i YouTubie, wskazując, że ich oglądanie działa podobnie jak wirtualne „window shopping”. Widz może śledzić kolejne odkrycia, porównywać produkty i emocjonować się zawartością, nawet jeśli sam nie kupił kalendarza.
Format nadal jest obecny na platformach społecznościowych. W TikTok Shop funkcjonują dziś nawet dedykowane wyniki dotyczące „Advent Calendar Unboxing” oraz beauty advent calendars.
24 dni contentu zamiast jednej reklamy
Z perspektywy marek kalendarz ma jeszcze jedną istotną przewagę: generuje treści przez cały grudzień.
Jeden produkt może być bohaterem 24 krótkich filmów, serii stories, recenzji czy reakcji twórców. Do tego dochodzi element napięcia – odbiorca nie zawsze wie, co znajdzie się za kolejnym okienkiem. To sprawia, że produkt sam w sobie staje się scenariuszem contentowym.
W przypadku beauty ma to szczególne znaczenie, ponieważ każda kolejna niespodzianka może być jednocześnie mini-recenzją, rekomendacją i inspiracją zakupową. Kalendarz przestaje więc być tylko opakowaniem na 24 produkty. Staje się formatem komunikacyjnym, który może generować zainteresowanie marką przez cały okres przedświąteczny.
Kalendarze coraz bardziej premium
Tegoroczne propozycje pokazują też, że rynek kalendarzy mocno się rozwarstwia. Obok stosunkowo niedrogich zestawów pojawiają się produkty kosztujące kilkaset, a nwet tysiące złotych, w których liczy się nie tylko liczba kosmetyków, ale również ich wartość, marka i sposób prezentacji.
Widać więc, że kalendarz adwentowy stał się dla branży kosmetycznej czymś więcej niż sezonowym gadżetem. To produkt, który pozwala połączyć sprzedaż limitowanej edycji z doświadczeniem, prezentem, odkrywaniem nowych produktów i co szczególnie ważne – potencjałem do generowania treści w social mediach.
A skoro konsumenci mogą zobaczyć pierwsze kalendarze już we wrześniu, trudno się dziwić, że marki również nie chcą czekać z ich premierą do grudnia.
Pumpkin spice latte od dawna nie jest już wyłącznie sezonowym napojem. Popularność charakterystycznej mieszanki dyni, kawy, wanilii i korzennych przypraw napędza dziś sprzedaż produktów z wielu kategorii – od żywności i świec po perfumy, pielęgnację i makijaż. Dane z USA pokazują, że zainteresowanie trendem rośnie, a branża kosmetyczna coraz skuteczniej wykorzystuje jego potencjał. Dla marek i sieci handlowych pumpkin spice może być nie tylko sezonową inspiracją produktową, ale również narzędziem zwiększania sprzedaży poprzez limitowane kolekcje, cross-selling i budowanie doświadczeń zakupowych.
Jesień tradycyjnie przynosi powrót produktów limitowanych, sezonowych zapachów i ciepłych, gourmandowych kompozycji. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tego zjawiska pozostaje pumpkin spice latte (PSL). Napój, który zadebiutował w amerykańskich kawiarniach Starbucks w 2003 roku, przez ponad dwie dekady przekształcił się z produktu sezonowego w pełnoprawny fenomen kulturowy.
Skala zainteresowania widoczna jest w danych dotyczących zachowań konsumentów. Według platformy Yelp, w lipcu wyszukiwania frazy „pumpkin spice latte” wzrosły o 301 proc. rok do roku, a zapytania o „pumpkin latte” zwiększyły się o 256 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Rosnący apetyt na jesienne produkty sezonowe nie ogranicza się jednak do gastronomii. Tensam mechanizm coraz wyraźniej wykorzystują producenci kosmetyków, perfum i artykułów gospodarstwa domowego.
Dla branży beauty szczególnie istotne jest to, że pumpkin spice przestało oznaczać konkretny smak. Dziś jest raczej skrótem myślowym opisującym całą estetykę: ciepło, komfort, słodkie gourmandowe aromaty, jesienne rytuały i tzw. cozy autumn aesthetic. To sprawia, że trend można wykorzystać w wielu segmentach rynku kosmetycznego.
Od smaku do zapachu i doświadczenia
Pumpkin spice jest przykładem trendu, w którym granice między kategoriami produktowymi stopniowo się zacierają. Konsument nie kupuje już wyłącznie określonego smaku czy zapachu – sięga po całe doświadczenie związane z konkretną porą roku, nastrojem i stylem życia.
W przypadku pumpkin spice kluczowe znaczenie mają skojarzenia z ciepłem i przyjemnością. Nuty dyni, kawy, cynamonu, gałki muszkatołowej, wanilii czy karmelu coraz częściej pojawiają się w balsamach do ciała, peelingach, produktach do kąpieli, świecach zapachowych, mgiełkach i perfumach.
To wpisuje się w rozwój szerszego trendu foodie beauty, w którym inspiracją dla kosmetyków stają się produkty spożywcze, napoje i desery. Dla producentów oznacza to możliwość budowania atrakcyjności produktu nie tylko wokół deklarowanych właściwości pielęgnacyjnych, ale również poprzez jego wymiar sensoryczny.
Zapach, konsystencja i skojarzenia wizualne stają się elementami doświadczenia konsumenckiego. Peeling może pachnieć jak deser, balsam przypominać aromat kawiarni, a produkt do kąpieli budować skojarzenie z domowym rytuałem spa. W efekcie kosmetyk zaczyna konkurować nie tylko skutecznością, ale również zdolnością do wywoływania emocji.
Sezonowość jako narzędzie sprzedażowe
Dla biznesu jednym z najważniejszych aspektów trendu pumpkin spice jest jego silny związek z sezonowością. Jesienne kolekcje dają producentom możliwość regularnego odświeżania oferty bez konieczności przebudowy całego portfolio.
Produkty limitowane mogą zwiększać poczucie ograniczonej dostępności i zachęcać konsumentów do szybszego podejmowania decyzji zakupowych. Jednocześnie sezonowe premiery tworzą naturalny pretekst do komunikacji marketingowej oraz ekspozycji produktów zarówno w handlu tradycyjnym, jak i e-commerce.
Pumpkin spice może być przy tym wykorzystywane nie tylko jako nazwa pojedynczego produktu. Marki mogą budować wokół tego motywu całe jesienne kolekcje obejmujące kilka kategorii: żel pod prysznic, peeling, balsam, mgiełkę do ciała i świecę zapachową. Taki model sprzyja zwiększaniu wartości koszyka poprzez sprzedaż produktów komplementarnych.
Dla producentów kontraktowych trend może natomiast stanowić okazję do przygotowania gotowych koncepcji sezonowych dla marek własnych sieci handlowych. Zamiast oferować wyłącznie pojedynczą formulację, dostawca może zaproponować kompletną platformę produktową obejmującą recepturę, zapach, opakowanie i koncepcję komunikacyjną.
Szansa dla drogerii: gotowy pretekst do cross-sellingu
Trend pumpkin spice może być również interesującym narzędziem dla sieci drogeryjnych. Kluczowe znaczenie ma jednak odejście od klasycznego eksponowania produktów wyłącznie według kategorii.
Jesienna ekspozycja tematyczna może łączyć produkty różnych producentów i segmentów. Obok balsamu o zapachu wanilii i przypraw korzennych mogą znaleźć się perfumy gourmand, paleta cieni w odcieniach miedzi i terakoty, świeca zapachowa oraz produkt do kąpieli. W ten sposób sprzedawca nie promuje pojedynczej kategorii, ale buduje kompletny „jesienny rytuał”.
To potencjalnie zwiększa możliwości cross-sellingu. Konsument, który pierwotnie szuka produktu do pielęgnacji ciała, może zostać zainteresowany także produktem zapachowym lub kosmetykiem kolorowym wpisującym się w tę samą estetykę.
Szczególnie istotny może być potencjał sprzedaży online. W e-commerce trend można wykorzystać do tworzenia landing page’y sezonowych, kategorii tematycznych oraz gotowych zestawów produktowych. Zamiast prezentować klientowi kilkaset balsamów czy perfum, detalista może stworzyć selekcję produktów pod hasłami „cozy autumn”, „pumpkin spice mood” czy „jesienne rytuały beauty”.
Dla drogerii oznacza to również możliwość wykorzystania treści edukacyjnych i inspiracyjnych. Artykuły, krótkie materiały wideo czy instrukcje tworzenia Pumpkin Spice Latte Makeup mogą generować ruch i jednocześnie prowadzić bezpośrednio do kart konkretnych produktów.
Pumpkin spice także w makijażu
Wpływ trendu widoczny jest również w segmencie kosmetyków kolorowych. Tzw. Pumpkin Spice Latte Makeup opiera się na palecie ciepłych odcieni kojarzonych z jesienią – pomarańczach, terakocie, brązach, miedzi i złocie.
Trend wykorzystuje przede wszystkim produkty umożliwiające budowanie efektu rozświetlonej, ciepłej cery: bronzery, róże w odcieniach brzoskwiniowych i ceglastych, metaliczne cienie do powiek oraz błyszczyki w kolorach karmelu i nude.
W tym przypadku pumpkin spice nie oznacza konkretnego składnika czy technologii. Funkcjonuje jako punkt odniesienia dla całej palety kolorystycznej i określonego typu makijażu. Dla producentów jest to o tyle korzystne, że trend można wykorzystać bez konieczności opracowywania zupełnie nowych produktów. Często wystarczające może być stworzenie sezonowej komunikacji lub zestawienia istniejących SKU w nowy sposób.
To istotna wskazówka również dla detalistów. Wykorzystanie trendu nie musi oznaczać oczekiwania na premierę kolejnej limitowanej kolekcji. Drogeria może stworzyć własną kurację produktową lub ekspozycję tematyczną z produktów, które już posiada w asortymencie.
Dynia jako składnik i storytelling
Trend pumpkin spice ma również wymiar składnikowy. Sama dynia oraz pozyskiwany z jej pestek olej są wykorzystywane w kosmetyce ze względu na zawartość lipidów, witamin i związków antyoksydacyjnych.
Ekstrakty z dyni zawierają m.in. witaminy A, C i E, a także minerały i związki o potencjale antyoksydacyjnym. Z kolei olej z pestek dyni jest źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych i może być stosowany w formulacjach przeznaczonych do pielęgnacji skóry suchej.
Z perspektywy marketingowej daje to markom możliwość połączenia dwóch warstw komunikacji. Pierwszą jest przyjemność sensoryczna związana z zapachem i estetyką produktu, drugą – storytelling dotyczący rzeczywistego wykorzystania surowca roślinnego.
Warto jednak rozdzielać te dwa aspekty. Nie każdy kosmetyk pachnący pumpkin spice zawiera ekstrakt z dyni, a inspiracja zapachem nie powinna być automatycznie przedstawiana jako właściwość pielęgnacyjna. Dla marek, zwłaszcza w coraz bardziej restrykcyjnym otoczeniu regulacyjnym dotyczącym komunikacji produktowej, transparentne rozróżnienie między inspiracją sensoryczną a działaniem składników może mieć coraz większe znaczenie.
Od kultowego napoju do perfum
Najbardziej wyraźnym przykładem ekspansji pumpkin spice poza kategorię żywności jest wejście tego motywu do perfumerii. W 2025 roku Starbucks Romania wprowadził EAU de PSL, określane jako pierwsza na świecie woda perfumowana inspirowana kultowym Pumpkin Spice Latte.
Kompozycja unisex została zbudowana wokół nut kawy, liści herbaty i słodzonego mleka skondensowanego. W sercu zapachu pojawiają się cynamon, gałka muszkatołowa i akord waty cukrowej, natomiast bazę tworzą wanilia, fasola tonka i piżmo.
Ten przykład pokazuje, jak daleko może sięgać komercyjny potencjał rozpoznawalnego produktu spożywczego. Pumpkin spice latte przestało funkcjonować wyłącznie jako smak – stało się kodem kulturowym, który można przełożyć na zapach, kolor, opakowanie i całe doświadczenie konsumenckie. Na portalu Fragrantica znajduje się obecnie, bagatela, ok. 200 zapachów z wariantami nuty dyni i dyniowego ciasta.
Trend, który może wyjść poza jedną jesień
Dla branży kosmetycznej pumpkin spice jest interesującym studium przypadku szerszego zjawiska. Konsumenci coraz częściej poszukują produktów, które pozwalają im celebrować codzienne rytuały i tworzyć określony nastrój. W tym modelu kosmetyk ma być nie tylko funkcjonalny, ale również sensoryczny i emocjonalny.
Największą szansę na wykorzystanie tego trendu mają marki, które nie ograniczą się do umieszczenia dyni na etykiecie. Potencjał biznesowy tkwi w budowaniu spójnego doświadczenia – od zapachu i konsystencji, przez opakowanie, aż po sposób prezentacji produktu w punkcie sprzedaży.
Dla drogerii oznacza to możliwość tworzenia sezonowych kategorii zakupowych i zwiększania sprzedaży produktów komplementarnych. Dla producentów – okazję do testowania limitowanych serii i szybszego reagowania na trendy. Z kolei dla marek własnych może to być stosunkowo prosty sposób na wprowadzenie do oferty produktu o wyraźnym, sezonowym pozycjonowaniu.
Dane Yelp, wskazujące na wzrost wyszukiwań „pumpkin spice latte” o 301 proc. oraz „pumpkin latte” o 256 proc. rok do roku, pokazują, że zainteresowanie kulturowym fenomenem PSL nie słabnie. Dla sektora beauty kluczowe pytanie nie brzmi więc już, czy trend inspirowany jedzeniem może sprzedawać kosmetyki. Coraz ważniejsze staje się to, które marki i detaliści potrafią najszybciej przełożyć sezonowe emocje konsumentów na konkretną ofertę, ekspozycję i doświadczenie zakupowe.


