StoryEditor
Rynek i trendy
05.03.2016 00:00

To jest nóż w plecy polskiego handlu

Tak handlowcy komentują rządowy projekt ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej. Na sklepach wieszają żałobne kiry i nie mogą uwierzyć, że projekt, który miał zwiększyć ich konkurencyjność wobec zachodnich sieci handlowych, obrócił się przeciwko nim.

Franczyzowe sieci drogeryjne zaprotestowały przeciwko rządowemu projektowi ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej, który od początku roku nie daje spokojnie zasnąć nikomu, kto działa w handlu. Branża drogeryjna dołączyła tym samym do dziesiątek innych, które krytykują projekt ministra finansów. Przeciwko obłożeniu handlu podatkiem protestują już wszyscy – od spółdzielni, przez kioski ruchu, stacje benzynowe, sklepy każdego typu, apteki, po deweloperów. Suchej nitki nie pozostawiają na nim prawnicy i analitycy finansowi. Nie akceptują go Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), NSZZ Solidarność ani Rada Dialogu Społecznego (forum współpracy przedstawicieli pracowników, pracodawców i rządu). Krytyczne uwagi płyną także do Ministerstwa Finansów z innych resortów, w tym miażdżące założenia projektu z Ministerstwa Rozwoju, a także z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Ta ustawa to kłamstwo i obłuda
 „Wprowadzenie podatku w formie proponowanej w projekcie doprowadzi do zniszczenia efektów wielu lat ciężkiej pracy polskich przedsiębiorców i wyeliminuje z rynku znaczną część małych firm działających w branży. Bez możliwości skupiania się w sieciach franczyzowych będą pozbawione jakichkolwiek szans w starciu z dużymi podmiotami. Skutki ustawy będą więc odwrotne od zamierzonych. (…). Żaden mały przedsiębiorca nie będzie w stanie nawiązać samodzielnie konkurencji z dużymi sieciami handlowymi. W szczególności nie będzie partnerem dla producentów i dystrybutorów towarów, którymi handluje, nie będzie mógł liczyć na dobre warunki handlowe i udział w akcjach promocyjnych, co oznacza wyższe ceny zakupu i odsprzedaży towarów, a to automatycznie stawia go w przegranej pozycji rynkowej” – czytamy w liście podpisanym w imieniu środowiska przez prezesów sieci drogerii Sekret Urody, Jawa, Jasmin i Drogerie Polskie. Pismo wytykające twórcom ustawy szkodliwe dla handlu założenia i błędne rozwiązania prawne twórcy sieci skierowali do premier Beaty Szydło, posła Marka Kuchcińskiego i posła Andrzeja Jaworskiego, przewodniczącego sejmowej komisji finansów publicznych, a także do mediów 4 lutego, w najgorętszym okresie protestów przeciwko ustawie. Jeszcze wtedy rząd utrzymywał, że projekt jest dobrze napisany, i nie widział potrzeby konsultowania go z polskim handlem. 8 lutego na konferencji zwołanej przez Polską Izbę Handlu nie pojawił się nikt z decydentów, by spotkać się z kupcami, którzy przybyli do Warszawy. Pracom nad ustawą nadano nadzwyczajne tempo. 11 lutego do stolicy ściągnęły więc tysiące ludzi zajmujących się handlem, przed Sejmem powiewały transparenty z hasłami  „Nie damy zniszczyć polskiego handlu!”,  „My, polscy kupcy, protestujemy przeciwko ustawie, która dobije polski handel”,  „Beato Szydło, to się nie uda. Ta ustawa to kłamstwo i obłuda”.
Miało być pięknie
O co chodzi? Ministerialny projekt podatku od sprzedaży detalicznej tworzony był przez rząd PiS rzekomo w interesie polskiego handlu, po to, by obronić go przed dominacją zachodnich sieci. Miał wyrównywać szanse polskich kupców w konkurencji z gigantami, a państwu zapewnić wpływy do budżetu, które pozwolą sfinansować realizację wyborczych obietnic partii, a szczególnie programu 500+ (dofinansowanie dla rodzin z dziećmi). Projekt zakładał, że to właśnie największe sieci hipermarketów i dyskontów zapłacą nową daninę od handlu w Polsce. Początkowo podatek miał być obliczany od powierzchni handlowej. Kiedy okazało się, że dotknąłby dużą część polskich marketów, zmieniono jego zapisy, zakładając wpłaty od obrotu. Środowiska kupieckie zaproponowały swoje rozwiązania i stawki. Głośno protestowały przeciwko podatkowi progresywnemu sieci hipermarketów i dyskontów. Maciej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD), skupiającej największe międzynarodowe sieci handlowe, oznajmił, że jeśli zostanie on uchwalony, sieci wielkopowierzchniowe będą walczyć o jego likwidację wszędzie, gdzie się da, i zwrócą się również do instytucji unijnych. Polska Izba Handlu zrzeszająca ponad 30 tys. podmiotów handlowych, od pojedynczych sklepów po ogólnopolskie sieci franczyzowe i dystrybucyjne, stała natomiast na stanowisku, że podatek progresywny pomoże stworzyć bardziej wyrównane szanse dla wszystkich uczestników rynku detalicznego, pozwoli na większą ochronę polskich przedsiębiorców, a jednocześnie zagwarantuje, że do budżetu państwa wpłyną dochody podatkowe o założonej wysokości.
A wyszło jak zwykle
Szok przyszedł chwilę później. Ministerialny projekt okazał się być czymś kompletnie innym, niż spodziewali się kupcy. Gwoździem do trumny polskiego handlu – jak mówią. Zakładał on, że podatek od sprzedaży detalicznej będzie obowiązywał sieci handlowe oraz sprzedawców detalicznych. Przedsiębiorstwa zostaną objęte podatkiem po przekroczeniu przychodów 1,5 mln zł miesięcznie. Podstawowa stawka to 0,7 proc. do poziomu 300 mln zł miesięcznie i 1,3 proc. powyżej tego pułapu. Doszła też stawka za handel w weekend (sobota, niedziela) – 1,3 proc. do kwoty 300 mln zł miesięcznie i 1,9 proc. powyżej tego poziomu.
Według projektu  „podatnikami są sieci handlowe oraz sprzedawcy detaliczni niewchodzący do sieci handlowych”. Definicja sieci handlowej brzmi:  „grupa podmiotów, w skład której wchodzą franczyzodawca oraz sprzedawcy detaliczni upoważnieni lub zobowiązani do korzystania z marki handlowej przez franczyzodawcę”.
Projekt zakłada, że w przypadku sieci handlowych podatek jest obliczany, pobierany i wpłacany przez franczyzodawców. Zobowiązuje centrale sieci do zbierania daniny od właścicieli pojedynczych placówek. „W przypadku, gdy w skład sieci handlowej wchodzi kilku franczyzodawców, podatek jest obliczany, pobierany i wpłacany przez właściciela marki handlowej, a w przypadku współuprawnionych do marki – przez wszystkich współuprawnionych proporcjonalnie do posiadanego udziału w marce handlowej” – czytamy w projekcie, który po protestach i krytycznej analizie wrócił do Ministerstwa Finansów do poprawki.
Zapłacą dostawcy, ale nie małym sieciom
Jeśli podatek od sprzedaży detalicznej zostałby podpisany w pierwszej zaproponowanej formie, sieci franczyzowe przestałyby istnieć – twierdzą ich organizatorzy. – Nasza kilkuletnia praca może obrócić się wniwecz, to będzie także koniec dla firm dystrybucyjnych działających na rynku tradycyjnym – mówią. Przyznają, że właściciele sklepów grożą, że zdejmą sieciowe szyldy, bo na płacenie podatków ich nie stać. Przewidują, że spora część sklepów upadnie, bo nie poradzi sobie bez wsparcia finansowego (premie od sprzedaży) i marketingowego franczyzodawców. Diametralnie zmieni się struktura rynku, a konsekwencje tego poniesie nie tylko handel, ale i producenci. Szczególne powody do obaw mogą mieć ci o słabej pozycji rynkowej, nieposiadający własnych sił sprzedaży i opierający się na dystrybucji głównie poprzez hurtownie.
Andrzej Maria Faliński z POHiD uważa projekt MF za szkodliwy dla całego sektora handlu. – Podatek progresywny może doprowadzić do wychodzenia z Polski międzynarodowych sieci, szczególnie hipermarketów. Ogromny problem będą miały dyskonty, bo kwoty podatku mogą uczynić je niezyskownymi. To samo dotyczy polskich sieci, staną one na granicy rentowności. W bardzo złej sytuacji znaleźli się dostawcy, bo to do nich zwrócą się sieci handlowe, by zrekompensować sobie straty z tytułu podatku – komentuje dla  „Wiadomości Kosmetycznych”. – Stracą konsumenci, bo z półek zaczną znikać najlepsze jakościowo produkty ze średniej i wyższej półki cenowej. Największe sieci handlowe będą się starały za wszelką cenę utrzymać niskie ceny – postawią na produkty ekonomiczne i marki własne, na których są wysokie marże, a koszty ich produkcji są niskie. Mniejsi producenci, którzy nie będą w stanie zejść do oczekiwanych przez sieci cen i wypadną z półek, będą handlować tylko lokalnie, i też tylko tak długo, jak będą w stanie wytrzymać konkurencję z koncernami – wylicza.
Bardzo krytyczny wobec propozycji MF jest także Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu. – Jeśli w podatek 0,7 proc. wchodzi firma, która robi 18 mln zł obrotów rocznie, to projekt ten uderza właśnie w małe i średnie przedsiębiorstwa. Taki obrót robią pojedyncze sklepy. Nie ma tu mowy o żadnym wyrównaniu szans, które zapowiadano przy tworzeniu tego podatku – mówi dla „Wiadomości Kosmetycznych”. – Średnia rentowność tradycyjnego sklepu oscyluje na poziomie 0,5 proc. Gdy zostaje on obłożony „z marszu” podatkiem 0,7 proc., to ten podatek konsumuje całą rentowność. Całkowicie ogranicza to możliwości inwestycyjne i rozwojowe przedsiębiorcy. Małe sklepy nie będą w stanie nawiązać walki konkurencyjnej z dyskontami i hipermarketami. Maciej Ptaszyński podkreśla także wyniszczającą skalę podatku 1,9 proc. od handlu w soboty, niedziele i dni ustawowo wolne od pracy. – W soboty robi się obrót o 40 proc. większy niż normalnie. Od tego trzeba będzie zapłacić 1,9 proc. podatku i 0,7 proc. za pięć dni tygodnia. Kto będzie w stanie udźwignąć tak wysoko opodatkowany handel w soboty i niedziele? Może dyskonty, które mają rentowność na poziomie ponad 4 proc. – dodaje. – Czekamy na projekt ustawy. Nadal mamy nadzieję, że będzie to podatek, który wesprze małe i średnie przedsiębiorstwa, ale żeby tak było, wymaga drastycznych zmian – podsumowuje Maciej Ptaszyński.
Projekt za projektem
O tym, w jakiej atmosferze powstaje ostateczny projekt i jaki jest jego poziom merytoryczny, świadczy wypowiedź Jana Guza, przewodniczącego Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, które wchodzi w skład Rady Dialogu Społecznego. 17 lutego na antenie Radia TOK FM, odnosząc się do projektu ustawy z 2 lutego br., powiedział: – Rząd podrzuca nam co kilka dni nowy projekt, były już trzy. Poważni ludzie siadają, przeliczają i analizują, a następnie okazuje się, że tego projektu nie ma. Teraz usłyszeliśmy, że nie ma co pracować nad ostatnim projektem, bo będzie nowy projekt. Była próba wprowadzenia tego ostatniego projektu poza konsultacją społeczną, co byłoby w ogóle krachem i pewnym nieporozumieniem – powiedział Jan Guz. – W związku z tym (…) prosimy [Ministerstwo Finansów – dop. red.] o przedstawienie dojrzałego projektu, żebyśmy więcej nie musieli się wycofywać, żeby przed opinią społeczną nie ośmieszać się (…).
Jaka będzie definicja franczyzy?
W dniu zamknięcia wydania „Wiadomości Kosmetycznych” zapowiadany przez Ministerstwo Finansów nowy projekt ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej jeszcze nie był znany. Jednak, jak wynika z ostatnich deklaracji ministra Henryka Kowalczyka, przewodniczącego Komitetu Stałego Rady Ministrów, w poprawionym projekcie ustawy znajdzie się m.in. nowa definicja franczyzy, która ochroni polski handel i miejsca pracy. Rząd najprawdopodobniej wycofa się także z propozycji weekendowych stawek podatkowych, przynajmniej w zakresie handlu w soboty. Sprawa wciąż nie jest jednak przesądzona w kwestii stawki obowiązującej w niedziele i święta. – Opodatkowanie niedziel jest dyskusyjne. Ja nie jestem do tego rozwiązania specjalnie przywiązany ani je popierający, ale też rozumiem argumenty tych, którzy takie rozwiązania proponują. Nie przesądzałbym jeszcze niedziel – mówił Kowalczyk 11 lutego podczas dyskusji z handlowcami manifestującymi pod Sejmem.
– Podatek od sprzedaży detalicznej powinien pełnić przede wszystkim funkcje fiskalne, a nie żadne inne, jak np. wpływanie na postawy społeczne dotyczące zakupów w niedzielę – komentuje w rozmowie z portalem wiadomoscihandlowe.pl dr Irena Ożóg, prezes kancelarii Ożóg Tomczykowski, ekspertka Business Centre Clubu. – Z punktu widzenia systemowego zaproponowane stawki weekendowe podatku oceniam negatywnie. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czemu to ma służyć? Chce się odwieść ludzi od chodzenia do sklepów i robienia zakupów w niedziele. Tyle że to nie społeczeństwo bezpośrednio ten podatek ma płacić za to, że idzie do sklepu, a sieć handlowa – zauważa i podsumowuje: – To podatek biurokratyczny, skomplikowany w rozliczeniach, drogi w obsłudze. W zdecydowanej większości ciężar tej obsługi będzie ponosił podatnik, ale oczywiście w pewnym stopniu także organy fiskalne, ponieważ kontrola jest kosztownym procesem. A jeśli nie będzie kontroli, to oczywiście trudno przyjąć, że rozliczenia będą prawidłowe – mówi Irena Ożóg.
Co na to przedstawiciele drogeryjnych sieci franczyzowych? – Czekamy na nowy projekt. Jeśli podatkiem zostaną objęte sieci franczyzowe, nie pozostanie nam nic innego, jak przekształcić się w organizacje innego typu – mówią.
Katarzyna Bochner
Korzystałam z kompendium wiedzy o podatku handlowym opracowanego przez redakcję „Wiadomości Handlowych”
Zdjęcia: J. Łagowski/Wiadomości Handlowe


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Rynek i trendy
25.08.2026 14:26
Listonic: Mydło z rekordowym wzrostem popytu, szampony z najwyższą lojalnością
Agata Grysiak

Dane z aplikacji Listonic pokazują, że w okresie od sierpnia 2025 do lipca 2026 Polacy nie tylko częściej planowali zakupy wybranych kategorii FMCG i higienicznych, ale także zmieniali swoje preferencje dotyczące marek. Największy wzrost popytu odnotowano w przypadku mydła – aż o 142,92 proc. Z kolei szampony osiągnęły najwyższy w zestawieniu wskaźnik lojalności wobec marek – 41,55 proc.

Miniony rok przyniósł kolejne zmiany w sposobie planowania codziennych zakupów. Choć podstawowe kategorie FMCG pozostają stałym elementem koszyków, wybór konkretnych marek jest znacznie bardziej dynamiczny. Konsumenci z jednej strony wracają do sprawdzonych producentów, z drugiej nadal silnie reagują na cenę, promocje oraz dostępność produktów.

Wpływ na decyzje zakupowe ma również utrzymująca się rywalizacja cenowa pomiędzy dyskontami i supermarketami. Sieci handlowe wykorzystywały m.in. promocje typu 1+1, drugie opakowanie w niższej cenie czy 12 produktów w cenie 6. 

15 kategorii pod lupą

Raport Listonic powstał na podstawie danych z aplikacji, obejmujących listy zakupów tworzone w języku polskim od sierpnia 2025 do lipca 2026. Wyniki porównano z analogicznym okresem rok wcześniej.

Analizą objęto 15 kategorii: szereg produktów spożywczych, mydło, pastę do zębów, szampon oraz papier toaletowy. Sprawdzano przede wszystkim częstotliwość pojawiania się poszczególnych kategorii na listach, najczęściej wybierane marki, zmianę popytu oraz wskaźnik Brand Loyalty Index (BLI).

BLI pokazuje, jak często przy produkcie pojawia się konkretna marka. Wysoka wartość wskaźnika oznacza więc większą skłonność użytkowników do wskazywania marki podczas planowania zakupu.

Mydło z największym wzrostem popytu

image
Listonic

Największą zmianę w całym zestawieniu odnotowano w kategorii mydła. Popyt na tę kategorię wzrósł aż o 142,92 proc. To zdecydowanie najwyższy wynik spośród analizowanych segmentów.

Najczęściej wskazywaną marką było Dove, z udziałem 30,13 proc. Kolejne miejsca zajęły Biały Jeleń – 15,06 proc. oraz Luksja – 14,37 proc. Dove miało zatem około dwukrotnie większy udział niż dwie kolejne marki, które osiągnęły bardzo zbliżone wyniki.

Jednocześnie BLI dla mydła wzrósł do 4,56 proc., czyli o 2,06 pkt proc. rok do roku. Pomimo wzrostu pozostaje to relatywnie niski poziom lojalności wobec konkretnych marek. Dane mogą wskazywać, że mydło coraz częściej jest świadomie uwzględniane na regularnych listach zakupów, ale wybór konkretnego producenta nadal pozostaje elastyczny.

Pasta do zębów: funkcja ważniejsza od samej marki?

image
Listonic

Popyt na pasty do zębów zwiększył się o 5,72 proc. Liderem kategorii został Elmex z udziałem 30,98 proc., wyprzedzając Sensodyne – 22,36 proc. – oraz Colgate – 19,18 proc.

W przeciwieństwie do wzrostu popytu, BLI spadł o 1,20 pkt proc., do 7,08 proc. Oznacza to, że użytkownicy nieco rzadziej wskazywali konkretną markę podczas planowania zakupu.

Może to być związane ze specyfiką kategorii. Przy wyborze pasty znaczenie mają m.in. potrzeby związane z nadwrażliwością, wybielaniem czy ochroną dziąseł. Konsumenci mogą więc porównywać przede wszystkim deklarowane działanie, skład, cenę i bieżące promocje, a dopiero w dalszej kolejności kierować się przywiązaniem do producenta.

Szampony z najwyższą lojalnością

image
Listonic

Popyt na szampony zwiększył się o 25,08 proc. Liderem został Radical, który osiągnął 22,14 proc. udziału. Kolejne miejsca zajęły Head&Shoulders – 13,30 proc. – oraz Elsève – 13,00 proc. Różnica pomiędzy dwiema kolejnymi markami wyniosła zaledwie 0,30 pkt proc.

Najbardziej charakterystycznym wynikiem tej kategorii pozostaje jednak BLI. Wskaźnik wzrósł o 9,98 pkt proc., do 41,55 proc., osiągając najwyższy poziom w całym zestawieniu.

Tak wysoki poziom lojalności może wynikać z tego, że szampon jest produktem silnie powiązanym z indywidualnymi potrzebami włosów i skóry głowy. Konsumenci poszukują produktów odpowiadających konkretnym problemom i oczekiwanym efektom, przez co wybór może być bardziej świadomy i mniej podatny na przypadkową zmianę.

Na widoczność Radicala wpływała również prowadzona kampania marketingowa, która zwiększała ekspozycję marki wśród użytkowników aplikacji.

Papier toaletowy: wysoki udział liderów, niska lojalność

image
Listonic

Popyt na papier toaletowy wzrósł o 14,60 proc. Najsilniejszą pozycję w kategorii mają dwie marki: Queen z udziałem 41,12 proc. oraz Velvet – 36,65 proc. Regina osiągnęła 10,17 proc.

Pomimo silnej pozycji dwóch liderów BLI wyniósł zaledwie 2,64 proc., zwiększając się o 1,61 pkt proc. To jeden z najniższych poziomów w analizowanym zestawieniu.

W przypadku papieru toaletowego decyzja zakupowa pozostaje silnie związana z parametrami użytkowymi i cenowymi. Znaczenie mogą mieć m.in. liczba rolek, wielkość opakowania, cena jednostkowa oraz aktualna promocja. W efekcie konsumenci często planują zakup kategorii, ale nie zawsze wskazują konkretną markę.

Liderzy nie mogą zakładać stałej lojalności

Dane Listonic pokazują, że wzrost popytu nie musi automatycznie oznaczać wzrostu przywiązania do marek. Dobrym przykładem są pasty do zębów: zainteresowanie kategorią zwiększyło się o 5,72 proc., podczas gdy BLI spadł o 1,20 pkt proc. Odwrotna sytuacja wystąpiła w przypadku szamponów, gdzie wzrost popytu o 25,08 proc. współwystępował z bardzo wyraźnym zwiększeniem lojalności – o 9,98 pkt proc.

Zestawienie pokazuje również różnicę pomiędzy kategoriami funkcjonalnymi a produktami, przy których wybór jest bardziej podatny na cenę i promocję. W papierze toaletowym dwie marki odpowiadają łącznie za 77,77 proc. wskazań, ale BLI pozostaje niski. W mydle lider ma 30,13 proc., a cała kategoria zanotowała rekordowy wzrost popytu o 142,92 proc.

Dla producentów i sieci handlowych oznacza to, że analiza samego udziału marki w listach zakupowych nie wystarcza do oceny jej pozycji. Równie istotne pozostają dynamika popytu oraz BLI, które pozwalają określić, czy konsumenci rzeczywiście planują zakup konkretnej marki, czy przede wszystkim poszukują produktu spełniającego określoną funkcję i dostępnego w atrakcyjnej cenie.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Rynek i trendy
25.08.2026 02:14
Polacy wydają na suplementy więcej niż Niemcy i Francuzi. “Beauty” napędza nową falę wzrostu
Alternatywna medycyna ziołowa w kapsułkach organicznych z witaminą E, omega-3, olejem rybim, minerałami, lekiem z liśćmi ziół - naturalne suplementy dla zdrowego i dobrego życia.sasirin pamai

Polski rynek suplementów wchodzi w dojrzalszą fazę: wzrost będzie wynikał nie tyle z pozyskiwania nowych użytkowników, ile z nowych potrzeb, specjalizacji i premiumizacji. Wydatki w przeliczeniu na mieszkańca są już wyższe niż w Niemczech i Francji — szacuje OC&C Strategy Consultants.

Według analizy firmy doradczej OC&C Strategy Consultants, udostępnionej 24 sierpnia 2026 r., Polacy wydają na witaminy i suplementy diety średnio około 43 euro na mieszkańca rocznie, podczas gdy mieszkańcy Niemiec i Francji — 35–37 euro. Wciąż jednak daleko nam do Wielkiej Brytanii i Włoch, gdzie wydatki wynoszą odpowiednio ok. 58 i 74 euro na osobę.

– Suplementacja stała się w Polsce zjawiskiem powszechnym, co nie oznacza, że rynek wyczerpał możliwości wzrostu. W przyszłości jego motorem będą już nie tyle nowi konsumenci, co nowe potrzeby i rosnące wymagania tych, którzy po suplementy już sięgają. Ci konsumenci szukają dziś coraz bardziej wyspecjalizowanych produktów, a przy ich wyborze większą wagę przykładają do jakości, bezpieczeństwa i skuteczności — uważa Agnieszka Przybył, manager w OC&C Strategy Consultants.

To ważna zmiana z punktu widzenia producentów i handlu. Wzrost nie musi już polegać na pozyskiwaniu kolejnych użytkowników kategorii. Coraz większe znaczenie ma zwiększanie częstotliwości zakupów, rozwijanie produktów odpowiadających na konkretny problem oraz budowanie wyższej wartości koszyka poprzez specjalizację i premiumizację.

Online buduje markę suplementów, apteka dostarcza zaufania

Według OC&C sprzedaż internetowa odpowiada już za blisko jedną trzecią polskiego rynku suplementów, podczas gdy dekadę temu jej udział nie przekraczał 10 proc. Online jest jednocześnie kanałem sprzedaży, wyszukiwarką wiedzy i przestrzenią porównywania składów, dawek, opinii oraz cen.

Nie oznacza to jednak utraty znaczenia przez kanał stacjonarny. Apteki i farmaceuci nadal pełnią funkcję filtra wiarygodności, szczególnie przy pierwszym zakupie i w kategoriach związanych z konkretnymi potrzebami zdrowotnymi. Najbardziej perspektywiczny model jest więc omnichannelowy: internet odpowiada za odkrywanie, edukację i wygodę, a apteka wzmacnia zaufanie, skalę i poczucie bezpieczeństwa.

- Obok tradycyjnego modelu rozwoju sprzedaży przez sieci aptek coraz częściej pojawiają się marki suplementów budowane od początku w internecie, podobnie jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych. To w kanałach online producenci zdobywają pierwszych klientów i rozpoznawalność, a dopiero później wchodzą do sieci aptecznych, by dotrzeć do większej liczby odbiorców i dodatkowo wzmocnić zaufanie do marki – mówi Bartek Krawczyk, Partner w OC&C Strategy Consultants.

Polska: wysoka penetracja i wciąż duża przestrzeń do wzrostu

Najnowsze publicznie dostępne szacunki z sierpnia 2026 r. określają wartość polskiego rynku na około 7,5–8 mld zł. 

Dla porównania, PMR Market Experts szacował jego wartość w 2024 r. na 7,1 mld zł, a prognoza tej firmy zakłada przekroczenie 10 mld zł w 2028 r.

Marta Marszałek, autorka raportu PMR „Rynek suplementów diety w Polsce 2025”, twierdzi, że penetracja konsumpcji suplementów diety w populacji wynosi aż 75%, co oznacza, że ponad 23 mln Polaków podejmuje decyzje zakupowe w tym obszarze. Skala ta generuje znaczący potencjał rozwoju, ale jednocześnie zwiększa intensywność konkurencji i presję na uczestników rynku.

- Nasze prognozy z 2025 r. wskazują, że w najbliższych latach rynek suplementów diety w Polsce będzie nadal rósł, zarówno nominalnie jak i realnie, choć tempo wzrostu będzie się stabilizować. Otoczenie regulacyjne i technologiczne ulega zmianom, które w średnim horyzoncie czasowym mogą mieć znaczący wpływ na jego strukturę i rentowność. Niemniej, wzrost wartości rynku wspiera rosnąca świadomość zdrowotna, starzenie się społeczeństwa i rozwój e-commerce - twierdzi Marta Marszałek, Head Pharmaceutical & Healthcare Market Analyst, PMR Market Experts/Hume’s Institute. 

W praktyce oznacza to, że suplementy przestały być wyłącznie sezonowym zakupem związanym z odpornością i coraz częściej stają się stałym elementem budżetu na zdrowie, samopoczucie i wygląd.

Suplementy w Polsce: od odporności do nastroju, jelit i wyglądu

Fundamentem polskiego rynku — według danych OC&C Strategy Consultants z sierpnia 2026 r. — pozostają preparaty wspierające odporność, ogólną kondycję i uzupełnianie niedoborów, w tym witamina D. Najszybciej rosną jednak bardziej precyzyjne obszary potrzeb. 

OC&C wskazuje, że zwiększa się sprzedaż produktów:

-   związanych z nastrojem i wyciszeniem zwiększa się średnio o ponad 20 proc. rocznie.

-  wspierających układ pokarmowy o 14,2 proc.,

-  adresowanych do mężczyzn — 12,9 proc.

Dwucyfrowe tempo notują w 2026 r. też kategorie preparatów:

- poprawiających pamięć i koncentrację

- dostarczające energii

- wspierajace zdrowie kobiet

- związanych z wyglądem.

Kierunek ten widać także w globalnych prognozach.  Grand View Research w najnowszym raporcie szacuje światowy rynek suplementów diety w 2026 r. na 228,2 mld USD i oczekuje średniorocznego wzrostu o 9,5 proc. do 2033 roku. To oznacza, że sprzedaż do tego czasu niemal się podwoi i przekroczy 431,7 mld USD.

W tej prognozie kanał online ma rosnąć szybciej niż cały rynek — średnio o 11,4 proc. rocznie — napędzany przez marki DTC, subskrypcje, porównywarki i sprzedaż opartą na mediach społecznościowych.

Brytyjski sygnał: beauty rośnie znacznie szybciej niż cały rynek

Najświeższe dane z Wielkiej Brytanii — analiza „The Grocer” — pokazują, że szczególnie szybko rośnie segment suplementów beauty, a na znaczeniu zyskują wygodne formaty, personalizacja i sprzedaż online. To wartościowy, aktualny benchmark. 

Według Worldpanel by Numerator w ciągu 52 tygodni - licząc do 14 czerwca 2026 r. - sprzedaż witamin, minerałów i suplementów po raz pierwszy przekroczyła 1 mld funtów: wartość kategorii wzrosła o 10,7 proc., a liczba sprzedanych opakowań — o 3,6 proc. 

Różnica między dynamiką sprzedaży wartościowej i wolumenowej w Wielkiej Brytanii pokazuje, że wzrost jest napędzany nie tylko przez popyt, lecz również przez ceny i zmianę miksu w stronę produktów droższych.

Najmocniejszym przykładem premiumizacji są suplementy beauty - ich sprzedaż wartościowa wzrosła aż o 89,1 proc., do 58,9 mln funtów, podczas gdy wolumen zwiększył się o 30,4 proc., do 5,2 mln opakowań.

Średnia cena opakowania wzrosła o 45,1 proc., do 11,23 funta. To sugeruje, że konsumenci akceptują wyższe ceny, jeśli produkt łączy obietnicę „beauty from within” z atrakcyjnym opakowaniem, wygodnym formatem i jasno opisanym działaniem.

Wzrost kategorii napędza przede wszystkim kolagen, ale także jego roślinne alternatywy oraz składniki pozycjonowane wokół nawilżenia, zdrowego starzenia i kondycji włosów, skóry i paznokci. 

Suplement coraz częściej jest projektowany i komunikowany jak kosmetyk: ma być aspiracyjny, dobrze wyglądać w mediach społecznościowych i ma naturalnie wpisywać się w codzienny rytuał pielęgnacyjny.

Wygrywa prostota: żelki, saszetki, spraye i rozwiązania all-in-one

Drugim wyraźnym trendem jest odejście od tradycyjnej tabletki jako jedynego domyślnego formatu. W brytyjskiej analizie za najgorętszą formę 2026 r. uznano żelki, ale innowacje obejmują również koncentraty płynne, shoty, saszetki, spraye doustne, tabletki musujące, batony i napoje funkcjonalne. Łączy je ta sama obietnica: suplementacja ma nie tworzyć nowego obowiązku, tylko pasować do istniejącego stylu życia.

Skalę tego zjawiska pokazuje brytyjska marka Tonic Health, której sprzedaż wartościowa wzrosła w ciągu roku o 383 proc., do 7,1 mln funtów. To przykład, jak forma produktu może stać się ważnym czynnikiem rekrutacji do marki. Równolegle rozwijają się rozwiązania all-in-one i personalizacja, które upraszczają wybór zamiast zachęcać konsumenta do budowania rozbudowanego „stosu” wielu preparatów.

Lekcja dla marek beauty

Kategoria suplementów zaczyna powtarzać drogę pielęgnacji skóry: po okresie wieloetapowych rutyn rośnie zapotrzebowanie na produkty wielofunkcyjne, prostsze w użyciu i łatwiejsze do utrzymania w codziennym nawyku.

– Suplementy przestają być produktem kupowanym doraźnie lub sezonowo, a stają się częścią codziennych nawyków – podobnie jak pielęgnacja skóry, aktywność fizyczna czy zdrowe odżywianie – mówi Agnieszka Przybył, OC&C Strategy Consultants

Kapitał gigantów kosmetycznych płynie do suplementów

Rosnące zainteresowanie inwestorów potwierdza, że suplementy są postrzegane jako strategiczny segment wellness. W czerwcu 2026 r. Unilever sfinalizował przejęcie amerykańskiej marki żelków Grüns; oficjalnie nie ujawniono ceny, choć media podawały kwotę około 1,2 mld USD. W lipcu Bain Capital zawarł umowę przejęcia Vitabiotics, największej brytyjskiej firmy witaminowej, a wcześniej Rem3dy Health — właściciel marki spersonalizowanych żelków Nourished — pozyskał 14 mln funtów przy wycenie 84 mln funtów.

Wspólnym mianownikiem tych transakcji są wygodne formaty, silna marka konsumencka, personalizacja i potencjał międzynarodowej dystrybucji.

To także sygnał dla polskich producentów: przewagę coraz trudniej budować samą recepturą. Eksperci OC&C wskazują, że wraz z dojrzewaniem rynku konsumenci w Polsce stają się coraz bardziej świadomi swoich potrzeb i oczekiwań, jakie mają wobec produktów. Częściej zwracają uwagę na obecność substancji aktywnej, jej dawkę, przejrzystość składu i dowody na deklarowane działanie. Oczekują przy tym skuteczności, wiarygodności oraz przedstawienia informacji o preparacie w prosty, zrozumiały sposób.  

Im szybszy wzrost, tym większa presja na dowody

Dynamiczny rozwój ma również drugą stronę. Im bardziej suplement przypomina kosmetyk lub lifestyle’owy produkt impulsowy, tym większe ryzyko, że atrakcyjna narracja wyprzedzi dowody. 

- Zaufanie w tej kategorii buduje się długo, a stracić można je bardzo szybko. Jeśli rzetelne dowody zostaną zastąpione atrakcyjnymi, ale niepopartymi faktami obietnicami, ucierpi wiarygodność całej branży. — podkreśla Agnieszka Przybył.

Ten kontekst jest szczególnie ważny dla segmentu "beauty from within", w którym komunikacja często operuje językiem efektów wizualnych. 

Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności przypomina, że suplementy mają uzupełniać dietę, a nie ją zastępować, a składniki roślinne mogą wchodzić w interakcje z lekami lub powodować działania niepożądane. Kolejny etap rozwoju rynku będzie więc należał do marek, które potrafią połączyć atrakcyjność i wygodę z transparentnością, rozsądnymi obietnicami oraz komunikacją opartą na dowodach.

 

Kluczowe trendy — w 2025 r. największe udziały w rynku miały segmenty:

Według składników: witaminy — 28,2% 

Według typu: OTC — 75,6% 

Pod względem formy: tabletki — 31,9% 

Pod względem zastosowania: segment wspierający metabolizm, energię i wagę — 29,4% 

Według użytkownika końcowego: segment osób dorosłych — 44,6% 

Według kanału dystrybucji: segment offline — 62,6% 

Źródło:Raport Grand View Research: Rynek suplementów diety (2026-2033)

 

 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
25. sierpień 2026 22:38