Drodzy Państwo, skąd pomysł na drogerię?
Anna Nowak: Szukaliśmy zajęcia dla męża (śmiech).
Piotr Nowak: Fakt, jest ciężko z pracą na Lubelszczyźnie. Było to też nasze skryte marzenie, żeby stworzyć coś swojego, od podstaw, według własnej koncepcji.
Związaliście się jednak Państwo z siecią sklepów. Dlaczego z Kosmeterią?
P.N.: Podoba nam się wizja Kosmeterii, testowanie nowych możliwości, chęć dalszego rozwijania się. Również to, że mamy prawo wyboru produktów, które postawimy na półkach.
A.N: Polityka Kosmeterii jest spójna z tym, czego my chcemy.
A czego Państwo chcecie?
A.N: Idealnego świata do robienia zakupów i spędzania wolnego czasu, w którym nasi klienci są obsługiwani w taki sposób, jak my byśmy chcieli być obsługiwani. To są nasi goście, na których każdego dnia czekamy.
Korzystaliście Państwo z pomocy Kosmeterii przy otwarciu sklepu?
P.N.: Oczywiście i uzyskaliśmy ją w pełnym zakresie. Zresztą ta gotowość do pomocy ze strony organizatorów sieci jest cały czas, 24 godziny na dobę.
Również w doborze asortymentu kierowaliście się Państwo wskazówkami sieci?
A.N: W tym zakresie mniej. Mam ponad 20 lat doświadczenia w handlu, w branży kosmetycznej i nie tylko, więc dobór oferty to była dla mnie czysto matematyczna sprawa – szybko wiedziałam, które marki bardzo chcemy mieć, które mniej, a których w ogóle.
Brała Pani pod uwagę udziały rynkowe?
A.N: Też…, ale bardziej chodziło mi o biznesową postawę, czyli serwis, warunki współpracy. W dużej mierze opieraliśmy się też na naszych doświadczeniach z osobami, które pracują w firmach kosmetycznych, hurtowniach bo nie da się ukryć ani umniejszyć roli tzw. czynnika ludzkiego w jakości biznesowej współpracy.
Kto jest Państwa głównym dostawcą?
A.N: Jednym z głównych jest oczywiście firma Brodr. Jorgensen, czyli twórca sieci Kosmeteria – kochamy tych ludzi miłością bezwzględną (śmiech) – a zaopatrujemy się w jej produkty z magazynów Integry Nova, która obsługuje Kosmeterię logistycznie. Ściśle współpracujemy też z lubelską hurtownią Del-Art – znakomita firma i bezproblemowa współpraca.
P.N.: A wracając jeszcze do udziałów rynkowych, niestety tabelki nie zawsze znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Odwiedził nas niedawno sam właściciel pewnej firmy kosmetycznej i przedstawił badania, z których wynika, że 60 procent rynku należy do niego w danej grupie asortymentowej. Uznaliśmy, że spróbujemy podjąć współpracę z tą firmą. Przeszliśmy szkolenia, wystawiliśmy produkty na tester barze. Niestety nie udało się, okazało się, że nasi klienci szukają czegoś zupełnie innego – przede wszystkim marek niszowych, a nawet selektywnych. I tu znajdują ten asortyment. Mamy wszelkie nowości, które pojawiają się w internecie – bo to nieograniczone źródło wiedzy o nowinkach. U nas można je dostać i przetestować.
No właśnie tester bar to pomysł Kosmeterii na promowanie kosmetyków. Kremy, balsamy, oliwki można otworzyć, powąchać, sprawdzić konsystencję. Jak się sprawdza?
A.N: Jeśli potraktujemy go jako mebel, z którym nie wiemy co zrobić, to takim meblem będzie. Dla nas tester bar to miejsce „degustacji” kosmetyków, na którą aktywnie zapraszają panie ekspedientki. Firmy zaopatrują nas chętnie w testery – każdy wystawiony tu produkt można wypróbować i dostać „wyprawkę” do domu. I tak błyszczyk z lusterkiem Gosha w szafie ekspozycyjnej jest tylko błyszczykiem, a na tester barze staje się przedmiotem pożądania, bo dokładnie widać, że jest podświetlany, a w lusterku można się przejrzeć. Naszym zdaniem tester bar to znakomity pomysł, ale wymaga zaangażowania personelu. To od pracowników drogerii konsument musi się dowiedzieć wszystkiego o produkcie, jego składzie, przeznaczeniu, oddziaływaniu na skórę i tę wiedzę połączyć z własnymi odczuciami podczas testowania.
Podobno Pan znakomicie porusza się w branży zdominowanej przez kobiety, radzi sobie zarówno z zarządzaniem sklepem, jak i ze sprzedażą kosmetyków, choć wcześniej nie miał Pan z tym do czynienia.
P.N.: Staram się to wszystko ogarnąć (śmiech). Przy pomocy żony i przyjaciół, którzy nas cały czas wspierają, chyba się udaje. Moją pasją zdecydowanie są zapachy, ale o wszystkich kategoriach produktów staram się dowiedzieć jak najwięcej, poznaję nowinki, testuję kosmetyki na sobie – również kremy i balsamy. Uważam, że to jest jedyna droga do sukcesu. Trzeba się znać na tym co się robi, muszę więc wiedzieć o kosmetykach jak najwięcej, by móc je polecać klientom. A opowiadam im po prostu o swoich odczuciach. Jak jestem sam do czegoś przekonany, to łatwiej mi to polecać innym. Tak samo panie ekspedientki najpierw testują kosmetyki, by wyrobić sobie o nich zdanie. Według mnie inaczej się nie da, jak nie zna się produktu, nie sposób przekonująco o nim mówić. Nieustannie się szkolimy, i ja, i personel. Jedna z pań właśnie rozpoczyna kurs wizażu, druga – kurs manicure, bo wprowadzamy jeszcze profesjonalne stoisko malowania paznokci.
Jak kobiety reagują, gdy Pan wdaje się z nimi w rozmowę o kosmetykach?
P.N.: Dobrze. Na pewno staram się nie stwarzać napięcia, wrażenia, że wszystko wiem, że najlepiej się na tym znam. Wpoiliśmy naszym ekspedientkom zasadę 6 kroków w obsłudze klienta i ja sam też się do niej stosuję. Najpierw badam potrzeby klientki, czy chce w ogóle ze mną rozmawiać. Jeśli wyczuwam, że nie chce obecności mężczyzny obok siebie, po prostu mówię: „Dziękuję, gdyby pani potrzebowała pomocy, panie ekspedientki są do dyspozycji”. Gdy klientka jest gotowa na rozmowę ze mną, mówi o swoich potrzebach, staram się dobrać produkt odpowiedni cenowo i asortymentowo. Bardzo mi zależy, aby każda osoba wyszła z naszego sklepu zadowolona, wróciła i jeszcze opowiedziała o swoich doświadczeniach, wrażeniach po użyciu produktu.
Podkreślacie Państwo rolę personelu w powodzeniu biznesu.
A.N: Bo profesjonalna obsługa, miła atmosfera, dobre relacje to naszym zdaniem podstawa sukcesu. Pracują z nami trzy panie, każda specjalizuje się w jakiejś grupie asortymentowej. Mają fantastyczną właścicielską postawę – obserwują klientów, ich zachowania, wsłuchują się w uwagi i podpowiadają nam co można zmienić, żeby poprawić komunikację w sklepie, zwiększyć sprzedaż. Nie tak dawno za namową dziewczyn przenieśliśmy w inne miejsce regał z kremami do twarzy, ten prosty zabieg natychmiast przyniósł znakomite efekty.
Widzę, że wszyscy tu mają bardzo pozytywne nastawienie, a ja ciągle dookoła słyszę, że czasy są trudne, że handel jest ciężki, że ludzie mało i niechętnie kupują…
A.N: Wszystko się zgadza.
Czy byliście Państwo na to gotowi?
A.N: Ja zaczynałam swoją pracę zawodową 20 lat temu. Wtedy pewne było tylko jedno – że nic nie jest pewne. Firmy były sprzedawane, prywatyzowane, podpisywało się umowę, za trzy miesiące kontrahenta nie było. Zmiany są dla mnie czymś naturalnym, jestem do nich przyzwyczajona. Nie nastawialiśmy się, że natychmiast wyjdziemy ze zobowiązań kredytowych, że pieniądze będą płynęły strumieniami. To jest biznes, wszystko ma swój czas. Cieszymy się z tego co jest, bo nie jest źle.
Drogeria mieści się przy supermarkecie Stokrotka. Jak sprawdza się ta lokalizacja?
P.N.: Bardzo dobrze. Stokrotka jest lubelską marką, lubianą przez mieszkańców i dzięki niej też zyskujemy klientów. Przychodzą do marketu i trafiają do nas, cieszą się, że powstała tu drogeria. A asortymentowo nie wchodzimy sobie w drogę.
A.N: Znajdujemy się na pograniczu dwóch osiedli. To nowe, Marina, rozrasta się w szalonym tempie, jeszcze cztery lata temu były tu dwa bloki, a teraz urosło małe miasteczko w zasięgu Zalewu Zemborzyckiego. 4 tysiące nakładu gazetki reklamowej nie pokrywa jego zapotrzebowania.
P.N.: Dlatego decydujemy się na dodatkowy nakład i kolportaż. Docieramy do poszczególnych bloków i mieszkań. Już wiemy, gdzie gazetki nie będą wyrzucone tylko przejrzane i opłaca się je dostarczać. To prosta, ale bardzo efektywna forma reklamy. Klienci często trafiają do nas właśnie z gazetkami, pytają o promowane w nich produkty.
A.N: Trzeba pamiętać, że ich zasięg jest znacznie większy niż nakład, jedną gazetkę przegląda przecież zazwyczaj kilku domowników. Naprawdę osoby prowadzące sklepy, które nie wykorzystują gazetek marnują wielką szansę na zdobycie klientów.
Wokół mieszka chyba sporo młodych ludzi?
P.N.: Tak, wiele młodych rodzin, w pobliżu działa pięć przedszkoli. Stąd w naszej ofercie są również kosmetyki, ozdoby dla dzieci i mocno promowana marka Jelp. Ale też mamy obok osiedle Nałkowskich, pokoleniowo starsze. Dojrzałe panie przychodzą do nas po poradę i żeby po prostu porozmawiać. Najczęściej nie pracują, więc bywają tu przed południem, a wtedy personel może im poświęcić całą swoją uwagę.
A.N: Cały czas bacznie obserwujemy naszych klientów rozmawiamy z nimi, przeprowadzamy ankiety. Działamy w internecie, mamy swój profil na facebooku. Od początku mamy karty rabatowe, na których klienci zbierają pieczątki. Nie ma dolnej granicy zakupowej, żeby uzyskać pieczątkę – przy dziesiątej przyznajemy rabat, albo panie mogą umówić się na bezpłatny makijaż. Lublin jest miastem uniwersyteckim, prowadzimy więc też kilka programów skierowanych do studentów. Na przykład dostają od nas rabaty za stopnie – tyle rabatu, jaka ocena w indeksie po sesji. Technologia, która w ostatnich latach niesamowicie szybko się rozwinęła, ułatwia nam wprowadzanie wielu, nawet szalonych pomysłów (śmiech).
Programy lojalnościowe, karty stałego klienta, do tego od razu potrzebny był system komputerowy.
A.N: Oczywiście, system sprzedażowo-magazynowy był podstawą. Nie wyobrażam sobie bez tego narzędzia prowadzenia sklepu. Nam może się wydawać, że coś się dobrze sprzedaje, ale komputer mówi swoje
i prawda bywa gorzka. W tej chwili nie ma czasu, miejsca, możliwości finansowych na „wydaje nam się”.
A jak podeszli do Państwa dostawcy? Wspierają dobrymi ofertami, czy patrzą z rezerwą na nowy sklep?
A.N: Od pierwszej chwili wspierają nas z całych sił, pomagają, organizują promocje. O nic nie musieliśmy prosić. Wszystkie osoby, które zostały do nas zaproszone na rozmowy absolutnie stanęły na wysokości zadania. Wspaniali ludzie!
Sklep jest bardzo przyjemny a Państwo wkładacie w niego mnóstwo serca. Cały czas nurtuje mnie jednak myśl, czemu zaczynając wszystko od początku zdecydowaliście się Państwo na działalność w kapryśnej, wymagającej wysokich inwestycji branży kosmetycznej.
A.N: Fakt, jest wiele innych branż, w których odzyskanie pieniędzy trwa krócej, ale nie to nas przede wszystkim interesowało.
P.N.: Zajęliśmy się tym, co lubimy, a wręcz uwielbiamy robić. To dla nas czysta przyjemność. Ja spędzam w sklepie codziennie około 10 godzin i wychodzę stąd szczęśliwy. A jak jeszcze usłyszę „Mieli państwo rację, fantastyczny produkt, wezmę jeszcze jeden i przyjdę z koleżanką” to jestem w siódmym niebie.
Dziękuję za spotkanie
Rozmawiała
Katarzyna Bochner
Zrealizowalismy nasze marzenie. Anna i Piotr Nowakowie, właściciele Kosmeterii w Lublinie
Sześcioodcinkowa „Lalka” Netflixa ma dokładnie te elementy, które pozwalają kostiumowej produkcji wyjść poza ekran: silną bohaterkę, wyrazisty świat wizualny, status, klasowe aspiracje, rytuały piękna i rozpoznawalny kod kulturowy. W momencie, gdy polski rynek kosmetyczny jest wart już 6,4 mld euro, a konsumenci coraz częściej kupują nie tylko produkt, lecz także jego historię i doświadczenie, brak wyrazistej współpracy beauty wokół serialu wygląda jak niewykorzystana szansa. „Bridgerton” pokazuje, jak można było zrobić to inaczej.
„Lalka” pojawiła się na Netflixie 16 września. Produkcja Pawła Maślony to sześć odcinków kostiumowego dramatu, który nie jest klasyczną ekranizacją powieści Bolesława Prusa. Twórcy wykorzystali literacki pierwowzór jako punkt wyjścia do opowieści o miłości, obsesji, pieniądzach, awansie społecznym i walce o niezależność. W centrum znalazły się Izabela Łęcka i Stanisław Wokulski, ale świat serialu tworzą także kostiumy Doroty Roqueplo, scenografia Joanny Machy i charakteryzacja Dariusza Krysiaka.
Z perspektywy rynku kosmetycznego ta informacja jest ważniejsza, niż może się wydawać. Bo „Lalka” nie jest tylko opowieścią, którą można obejrzeć. To gotowy świat estetyczny, który można było przełożyć na produkt.
I właśnie tego przełożenia zabrakło.
Beauty jest już częścią ekonomii popkultury
To nie jest moment, w którym marka kosmetyczna musi uzasadniać, dlaczego chce współpracować z serialem. Beauty collaby stały się jednym z narzędzi monetyzowania popkulturowych franczyz. Netflix sam od kilku lat rozwija model, w którym produkty konsumenckie mają pozwalać widzowi „wejść głębiej” w świat produkcji, wyrażać fandom i przedłużać historię poza ekran. Tak właśnie platforma opisywała swoją strategię przy „Bridgertonach”.
A potencjał jest szczególnie duży właśnie w kosmetykach i perfumach, ponieważ te kategorie nie wymagają dosłownego kopiowania kostiumu czy scenografii. Mogą przejąć emocję, kolor, zapach, rytuał i charakter bohaterki.
Polski rynek daje dziś ku temu mocne podstawy. Według najnowszego raportu Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego wartość krajowego rynku kosmetycznego wyniosła w 2025 r. 6,4 mld euro, o 9,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Polska odpowiada za 7 proc. rynku kosmetycznego UE i jest jego piątym co do wielkości rynkiem. W ciągu dekady wartość krajowego rynku wzrosła o 85 proc.
Wydaje się niemal absurdalne nazywać sprawy po imieniu, ale zróbmy to: polski rynek beauty to nie jest mały, niszowy sektor, dla którego współpraca z popularnym serialem byłaby wyłącznie ciekawostką PR-ową. To rynek, na którym istnieje wystarczająco dużo marek, kategorii i konsumentów, aby popkulturowe IP mogło stać się realnym narzędziem sprzedaży.
Tym bardziej warto przyjrzeć się temu, co zrobił „Bridgerton”.
„Bridgerton” nie sprzedaje logo
Już w 2021 r. Netflix i Shondaland nawiązali współpracę z Pat McGrath Labs. Powstała kolekcja makijażowa inspirowana serialem, ale partnerstwo miało dodatkową wartość: kosmetyki Pat McGrath były wykorzystywane przy pracy z całą obsadą podczas zdjęć, a Nicola Coughlan została twarzą i muzą kolekcji. Produkt nie był więc przypadkowym gadżetem z logo. Był częścią języka wizualnego produkcji.
To jest dosyć fundamentalna różnica. W słabszym modelu mamy schemat: serial → logo → produkt → sprzedaż. W modelu „Bridgertona”: świat serialu → kod estetyczny → produkt → doświadczenie konsumenta. Dzięki temu kosmetyk nie mówi wyłącznie „oglądam ten serial”. Mówi coś więcej, co pozwala marką "Bridgerton" sprzedać de facto wszystko, od mebli przez ubrania po waciki kosmetyczne: „chcę mieć fragment tego świata”.
Netflix i Shondaland nie poprzestały na jednej kolekcji makijażowej. W 2024 r., przy okazji trzeciego sezonu, platforma wymieniała wśród nowych partnerstw m.in. Kiko Milano Beauty, a równolegle rozwijano współprace z markami lifestyle’owymi. Netflix stworzył także w Nowym Jorku „Bridgerton Promenade” – wydarzenie, które łączyło doświadczenie świata serialu z prezentacją nowych produktów.
W 2026 r. portfolio jest jeszcze szersze. Netflix wymienia m.in. współprace „Bridgertona” z Dove, NYX Professional Makeup i Coty. Coty stworzyło pierwszą oficjalną kolekcję zapachów „Bridgerton”: trzy wody perfumowane – Dearest Tempting Peach, Dearest Rebel Vanilla i Dearest Graceful Hydrangea. NYX rozwija kolejne kolekcje makijażowe, a Dove oferuje limitowaną linię produktów do kąpieli i pielęgnacji ciała.
To ważne także z punktu widzenia kategorii.
„Bridgerton” nie zatrzymał się na makijażu. Przeszedł od make-upu do body care, od body care do fragrance, a następnie do całego lifestyle’u. To dokładnie ten mechanizm, którego zabrakło przy „Lalce”. A przecież Izabela Łęcka jest gotowym beauty IP. W powieści jej wygląd nie jest neutralny. Jest częścią jej pozycji społecznej, narzędziem komunikowania przynależności do arystokracji i elementem świata, który Wokulski próbuje zdobyć. Nowy serial dodatkowo interpretuje ją jako kobietę próbującą wymknąć się społecznym ograniczeniom. Netflix opisuje jej postać poprzez własny plan na życie i pragnienie określenia własnego miejsca w zmieniającym się świecie.
To jest właściwie gotowy consumer insight; Izabela mogła być nie tyle twarzą kosmetyku, ile bohaterką całej jego historii.
Jeszcze ciekawsza byłaby jednak interpretacja współczesna, a nie rekonstrukcja historyczna. „Łęcka” mogłaby oznaczać określony styl makijażu, „Wąsowska” – inny typ kobiecości. Serial daje przecież kilka różnych kobiecych archetypów. Netflix sam podkreśla kontrast między Izabelą a Wąsowską, którą przedstawia jako ikonę wolności i kobietę żyjącą poza konwenansami.
To niemal gotowa architektura kolekcji.
Największy potencjał ma jednak zapach
W przypadku „Lalki” szczególnie interesująca byłaby wspomniana już kategoria fragrance. „Bridgerton” już pokazał, że świat kostiumowego serialu można sprzedać przez zapach. W 2026 r. oficjalna kolekcja Coty składa się z trzech perfum, a więc nie jednego produktu „z logo”, lecz całej olfaktorycznej interpretacji świata przedstawionego.
„Lalka” daje pod tym względem równie dużo materiału: kwiaty, wnętrza, pudry, tkaniny, drewno, herbatę, ogród, wieczorne spotkania, teatr, salony i oczywiście kontrast między arystokratycznym światem Łęckich a bardziej pragmatycznym światem Wokulskiego. Można było nawet stworzyć dwie równoległe narracje zapachowe: „salon” i „sklep”, luksus i przedsiębiorczość, arystokracja i mieszczaństwo. To byłoby znacznie bardziej interesujące niż klasyczne „perfumy inspirowane serialem”.
Można było zbudować wokół niej kolekcję makijażową opartą na kolorach świata „Lalki”. Można było stworzyć zapach inspirowany jej salonem, garderobą albo ogrodem Wąsowskiej. Można było opracować produkt typu mgiełka do ciała, perfumy do włosów czy świecę, która przenosiłaby zapachowy kod XIX-wiecznego salonu do współczesnego mieszkania.
Dane pokazują, że beauty potrzebuje takich historii
Rynek również sprzyja tego typu eksperymentom. Według Euromonitor International sprzedaż wartościowa kategorii premium beauty and personal care w Polsce wyniosła w 2025 r. 4,914 mld zł, co oznaczało wzrost o 10 proc. rok do roku. Jednocześnie cały rynek beauty and personal care w Polsce zwiększył sprzedaż wartościową o około 7 proc.
To szczególnie istotne w kontekście „Lalki”, ponieważ serial opowiada o aspiracji, statusie i pragnieniu uczestnictwa w świecie dóbr luksusowych. A właśnie te wartości są częścią współczesnej ekonomii beauty.
Nie chodzi więc o to, aby kosmetyk „pasował do epoki”. Chodzi o to, aby mechanizm, o którym opowiada serial, pasował do mechanizmu kategorii. „Lalka” mówi: przedmioty komunikują status. Branża beauty i cała kultura konsumpcji mówi: przedmioty komunikują tożsamość.
Punkt styku jest oczywisty.
„Bridgerton” zrobił z fandomu kategorię zakupową
Jeszcze mocniej pokazują to dane dotyczące konkretnych współprac. Współprace marek kosmetycznych z „Bridgertonem” wskazują, że dobrze dobrane IP może być czymś więcej niż narzędziem do budowania rozgłosu wokół limitowanej kolekcji. W niektórych przypadkach przełożyło się ono bezpośrednio na sprzedaż, w innych – na pozyskanie nowych klientów, wzrost wartości medialnej czy bardzo szybkie wyprzedanie produktów.
Jednym z najmocniejszych przykładów jest Bath & Body Works. Podczas calla po premierze współpracy firma poinformowała, że produkty z kolekcji „Bridgerton” odpowiadały za 4 proc. sprzedaży całej sieci w okresie launchu. Spółka określiła reakcję konsumentów jako przekraczającą oczekiwania i zwiększała zatowarowanie najlepiej sprzedających się zapachów oraz formatów. Trzeba przy tym zaznaczyć, że 4 proc. oznacza udział kolekcji w sprzedaży w okresie premierowym, a nie udział w rocznych przychodach Bath & Body Works. Współpraca wygenerowała również ponad 1 mld impresji i była – według firmy – najbardziej angażującą kampanią marki w social media w tamtym roku.
Efekt „Bridgertona” był widoczny także w przypadku marek, dla których kluczowym rezultatem nie była bezpośrednio raportowana sprzedaż, lecz wartość wygenerowanej ekspozycji. Kolekcja KIKO Milano × „Bridgerton” wygenerowała w pierwszym tygodniu 574 tys. dolarów Media Impact Value, według danych Launchmetrics cytowanych przez „Forbes”. MIV nie jest przychodem ani wartością sprzedaży – to estymacja wartości ekspozycji medialnej i w mediach społecznościowych – ale pozwala ocenić skalę komunikacyjnego oddziaływania współpracy. Dla porównania, w tym samym pierwszym tygodniu collab Primark × „Bridgerton” wygenerował 1,6 mln dolarów MIV. Różnica pokazuje, że siła IP może być szczególnie duża w przypadku marek, które potrafią wykorzystać społecznościowy i wizualny charakter fandomu.
Jeszcze bardziej bezpośrednie sygnały sprzedażowe przyniosła współpraca Pat McGrath Labs z „Bridgertonem”. Pierwsza kolekcja, uruchomiona w grudniu 2021 r., obejmująca m.in. paletę cieni, trio różu i dwa rozświetlacze, wyprzedała się w ciągu kilku dni od premiery. W styczniu została ponownie zatowarowana, a już w 2022 r. powstała kolejna odsłona współpracy, tym razem obejmująca m.in. róż, rozświetlacz, paletę cieni, body shimmer, eyeliner i 3 pomadki. To istotny przykład, ponieważ pokazuje przejście od jednorazowego „hype’u” do kolejnej komercyjnej współpracy. Podobny mechanizm widoczny był w przypadku Beekman 1802. Marka, która stworzyła kolekcję „Bridgerton” obejmującą m.in. produkty do ciała i mydła, odnotowała wyprzedanie najlepiej sprzedających się SKU. Jednocześnie współpraca wygenerowała 46 publikacji prasowych oraz 1,8 mld wyświetleń wygenerowanych przez influencerów.
Najciekawszy z perspektywy długoterminowego biznesowego efektu jest jednak przypadek Lush. Według danych przytaczanych przez „TheWrap” za „Forbes”, po uruchomieniu kolekcji „Bridgerton” liczba miesięcznych subskrybentów marki wzrosła o 25 proc., a 20 proc. sprzedaży pochodziło od nowych klientów. Oznacza to, że wartość współpracy nie musiała kończyć się wraz z wyczerpaniem zapasu limitowanych produktów. IP mogło działać jako mechanizm akwizycji – przyciągnąć do marki osoby, które wcześniej nie należały do jej bazy klientów. Z biznesowego punktu widzenia jest to istotna różnica między collabem generującym jedynie krótkotrwały pik zainteresowania a współpracą, która może poszerzać bazę konsumencką.
Zebrane przykłady pokazują więc kilka różnych sposobów, w jakie „Bridgerton” oddziaływał na biznes partnerów: od bezpośredniego udziału w sprzedaży (4 proc. w przypadku Bath & Body Works), przez szybkie wyprzedawanie kolekcji, po generowanie wartości medialnej, zasięgów i pozyskiwanie nowych klientów. Szczególnie istotne jest przy tym rozszerzenie działania IP poza makijaż – przypadki Bath & Body Works, Beekman 1802 i Lush pokazują, że estetyka i narracja „Bridgertona” mogły być monetyzowane również w kategoriach zapachowych, body care czy produktów lifestyle’owych. Wspólnym mianownikiem nie była zatem konkretna kategoria kosmetyczna, lecz zdolność rozpoznawalnego IP do przeniesienia zainteresowania widzów serialu na produkty komercyjne.
Nie oznacza to oczywiście, że podobne wyniki byłyby automatycznie możliwe w Polsce. „Bridgerton” jest globalną franczyzą, a dane dotyczą konkretnych rynków, marek i okresów premierowych. Pokazują jednak coś ważniejszego: popkulturowe IP może generować mierzalną wartość dla marek beauty, jeśli współpraca jest częścią większej narracji.
To nie jest więc wyłącznie kwestia „fajnego opakowania”.
Gdzie „Lalka” przegapiła moment?
Paradoks polega na tym, że „Lalka” ma nawet przewagę, której nie ma „Bridgerton”. Ma lokalny kod kulturowy.
„Bridgerton” musi zbudować fikcyjną wersję regencyjnej Anglii. „Lalka” może korzystać z zakorzenionej w polskiej kulturze historii, którą kolejne pokolenia znają ze szkoły. Nowa adaptacja mogła więc zrobić coś więcej niż sprzedać nostalgiczny produkt. Mogła odczarować klasykę poprzez beauty i pokazać młodszym konsumentkom, że polskie dziedzictwo kulturowe może być materiałem dla współczesnej marki.
To byłaby również szansa dla polskich producentów. Przy rynku wartym 6,4 mld euro i wzroście o 9,3 proc. trudno argumentować, że brakuje zarówno skali, jak i kompetencji produkcyjnych. Polska branża jest piątym rynkiem kosmetycznym UE, a w 2025 r. awansowała także na ósme miejsce wśród największych eksporterów kosmetyków na świecie.
Potencjalnych partnerów można więc było szukać zarówno wśród marek makijażowych, jak i perfumeryjnych, pielęgnacyjnych, haircare czy home fragrance.
Nie chodziło o kolejną paletę z logo Netflixa
Największym błędem byłoby zresztą skopiowanie „Bridgertonów” jeden do jednego. „Lalka” nie potrzebowała pastelowej kolekcji, koronki i kilku kwiatowych nazw, tylko własnego języka konsumenckiego. Jej siłą mogły być pieniądze, status, aspiracja, emancypacja, warszawska ulica, arystokratyczny salon, przedsiębiorczość Wokulskiego i kobiety negocjujące swoją pozycję w świecie, który został zbudowany według zasad ustalonych przez innych. Wtedy collab z marką kosmetyczną przestałby być dodatkiem do premiery. Stałby się kolejnym sposobem opowiedzenia „Lalki”. Ba, sam Wokulski jest doskonałym lustrem dla Łęckiej, i mógłby stanowić doskonałą inspirację dla produktów przeznaczonych dla panów, od kolekcji barberskiej począwszy. W tej kwestii jeden Bytom próbował coś zadziałać, wprowadzając do sklepu online „lalczyną” serię odzieży męskiej, była to jednak próba polegająca, wydaje się, na skompilowaniu pod jedną kategorią nieobrandowanych nawet, gotowych towarów z portfolio marki.
I właśnie tu tkwi największa różnica między polską produkcją a „Bridgertonem”. Netflix potraktował „Bridgertona” jak uniwersum, które można konsumować także poza ekranem. „Lalka” nadal funkcjonuje niemal wyłącznie jak serial, który można oglądać. A przecież miała wszystko, aby stać się także zapachem, makijażem, rytuałem pielęgnacyjnym, doświadczeniem i produktem.
W świecie, w którym kosmetyki coraz częściej konkurują nie tylko formułą, ceną i skutecznością, ale również historią, emocją i przynależnością kulturową, była to wyjątkowo rzadka okazja. I dlatego największą stratą nie jest brak jednej limitowanej szminki „Izabela Łęcka”. Stratą jest niewykorzystanie możliwości, by sprawdzić, czy polska klasyka literacka może stać się pełnoprawnym beauty IP.
Do Bożego Narodzenia zostały jeszcze ponad trzy miesiące, a kalendarze adwentowe z kosmetykami już pojawiły się w ofercie marek i sieci beauty. Od luksusowych zestawów Rituals, przez propozycje Douglasa, po kalendarze dostępne w Rossmannie – rynek zaczyna świąteczną sprzedaż coraz wcześniej. Popularność produktów dodatkowo napędzają media społecznościowe, gdzie unboxingi kalendarzy i codzienne otwieranie kolejnych okienek stały się osobnym formatem contentu.
Kalendarze adwentowe dawno przestały być wyłącznie dziecięcym odliczaniem do świąt. W branży beauty stały się pełnoprawnym produktem sezonowym, który łączy sprzedaż, odkrywanie nowości, kolekcjonowanie i doświadczenie konsumenckie. Choć wrzesień dopiero się rozpoczął, tegoroczne propozycje są już dostępne w polskim e-commerce.
To z jednej strony odpowiedź marek na rosnące zainteresowanie kosmetycznymi kalendarzami, a z drugiej – sposób na rozpoczęcie komunikacji świątecznej na długo przed grudniem.
Kalendarz adwentowy jako beauty experience
Mechanizm jest prosty: 24 okienka, 24 niespodzianki i codzienny rytuał otwierania kolejnego produktu (choć istnieją też warianty z 12 okienkami). W praktyce współczesne kalendarze beauty coraz częściej przypominają jednak miniaturowe zestawy zakupowe lub kolekcjonerskie boxy.
W ofercie Douglasa na 2026 rok znalazły się m.in. kalendarze zawierające produkty do makijażu, pielęgnacji skóry i włosów oraz akcesoria. Douglas Collection oferuje w tym sezonie m.in. Make-Up Advent Calendar, Accessoires Beauty Advent Calendar i Exclusive Beauty Highlights. Ceny wachają się między 165 a 349 złotych.
Rituals idzie w stronę bardziej premium. Tegoroczny Premium Advent Calendar kosztuje 705 złotych, a wartość produktów producent wycenia na 1020 złotych. Kalendarz ma formę dekoracyjnego pociągu i łączy produkty do ciała, kąpieli oraz domu. Marka oferuje także tańszą wersję Classic za 419 złotych.
Z kolei Rossmann pokazuje, jak szeroko rozrosła się sama kategoria. W ofercie na 2026 rok znalazły się kalendarze związane z pielęgnacją twarzy i ciała, włosami, makijażem, a także propozycje dla różnych grup wiekowych. Wśród przykładów są m.in. Neboa x Kimoco czy Fluff 24 Days of Delicious Skin.
Swoje kalendarze wydają też marki takie jak Dior, Charlotte Tilburry, Joe Malone czy Yves Saint Laurent.
Dlaczego marki zaczynają sprzedaż już we wrześniu?
Wczesna premiera nie jest przypadkowa. Kalendarz adwentowy jest produktem limitowanym i często występuje w ograniczonych nakładach. Dla marek oznacza to możliwość rozpoczęcia sprzedaży jeszcze przed jesiennym szczytem zakupowym, a dla konsumentów – wcześniejszy dostęp do najbardziej wyczekiwanych edycji.
Rituals wprost informuje, że jego kalendarze pojawiają się we wrześniu i zachęca klientów do wcześniejszego zainteresowania się ofertą. Marka podkreśla również, że jej kalendarze co roku szybko się wyprzedają.
To także produkt, który dobrze wpisuje się w strategię budowania napięcia wokół premiery. Sama zawartość może być częściowo ujawniana, ale jednocześnie marki mogą zostawić przestrzeń na element niespodzianki. W efekcie kalendarz zaczyna żyć w komunikacji jeszcze przed 1 grudnia.
TikTok dodatkowo nakręca kalendarzową gorączkę
Na popularność kalendarzy adwentowych mocno wpływają media społecznościowe. Szczególnie dobrze działa format unboxingu – twórca pokazuje zawartość kalendarza, otwiera kolejne przegródki i komentuje produkty.
Co ciekawe, w przypadku kalendarzy beauty unboxing może być rozłożony na cały miesiąc. Zamiast jednego filmu prezentującego zawartość całego pudełka twórcy publikują codzienne nagrania z otwierania kolejnego okienka.
Mechanizm został już dobrze wykorzystany przez twórców internetowych. TechCrunch opisywał fenomen filmów z drogimi kalendarzami beauty na TikToku i YouTubie, wskazując, że ich oglądanie działa podobnie jak wirtualne „window shopping”. Widz może śledzić kolejne odkrycia, porównywać produkty i emocjonować się zawartością, nawet jeśli sam nie kupił kalendarza.
Format nadal jest obecny na platformach społecznościowych. W TikTok Shop funkcjonują dziś nawet dedykowane wyniki dotyczące „Advent Calendar Unboxing” oraz beauty advent calendars.
24 dni contentu zamiast jednej reklamy
Z perspektywy marek kalendarz ma jeszcze jedną istotną przewagę: generuje treści przez cały grudzień.
Jeden produkt może być bohaterem 24 krótkich filmów, serii stories, recenzji czy reakcji twórców. Do tego dochodzi element napięcia – odbiorca nie zawsze wie, co znajdzie się za kolejnym okienkiem. To sprawia, że produkt sam w sobie staje się scenariuszem contentowym.
W przypadku beauty ma to szczególne znaczenie, ponieważ każda kolejna niespodzianka może być jednocześnie mini-recenzją, rekomendacją i inspiracją zakupową. Kalendarz przestaje więc być tylko opakowaniem na 24 produkty. Staje się formatem komunikacyjnym, który może generować zainteresowanie marką przez cały okres przedświąteczny.
Kalendarze coraz bardziej premium
Tegoroczne propozycje pokazują też, że rynek kalendarzy mocno się rozwarstwia. Obok stosunkowo niedrogich zestawów pojawiają się produkty kosztujące kilkaset, a nwet tysiące złotych, w których liczy się nie tylko liczba kosmetyków, ale również ich wartość, marka i sposób prezentacji.
Widać więc, że kalendarz adwentowy stał się dla branży kosmetycznej czymś więcej niż sezonowym gadżetem. To produkt, który pozwala połączyć sprzedaż limitowanej edycji z doświadczeniem, prezentem, odkrywaniem nowych produktów i co szczególnie ważne – potencjałem do generowania treści w social mediach.
A skoro konsumenci mogą zobaczyć pierwsze kalendarze już we wrześniu, trudno się dziwić, że marki również nie chcą czekać z ich premierą do grudnia.


