Drodzy Państwo, skąd pomysł na drogerię?
Anna Nowak: Szukaliśmy zajęcia dla męża (śmiech).
Piotr Nowak: Fakt, jest ciężko z pracą na Lubelszczyźnie. Było to też nasze skryte marzenie, żeby stworzyć coś swojego, od podstaw, według własnej koncepcji.
Związaliście się jednak Państwo z siecią sklepów. Dlaczego z Kosmeterią?
P.N.: Podoba nam się wizja Kosmeterii, testowanie nowych możliwości, chęć dalszego rozwijania się. Również to, że mamy prawo wyboru produktów, które postawimy na półkach.
A.N: Polityka Kosmeterii jest spójna z tym, czego my chcemy.
A czego Państwo chcecie?
A.N: Idealnego świata do robienia zakupów i spędzania wolnego czasu, w którym nasi klienci są obsługiwani w taki sposób, jak my byśmy chcieli być obsługiwani. To są nasi goście, na których każdego dnia czekamy.
Korzystaliście Państwo z pomocy Kosmeterii przy otwarciu sklepu?
P.N.: Oczywiście i uzyskaliśmy ją w pełnym zakresie. Zresztą ta gotowość do pomocy ze strony organizatorów sieci jest cały czas, 24 godziny na dobę.
Również w doborze asortymentu kierowaliście się Państwo wskazówkami sieci?
A.N: W tym zakresie mniej. Mam ponad 20 lat doświadczenia w handlu, w branży kosmetycznej i nie tylko, więc dobór oferty to była dla mnie czysto matematyczna sprawa – szybko wiedziałam, które marki bardzo chcemy mieć, które mniej, a których w ogóle.
Brała Pani pod uwagę udziały rynkowe?
A.N: Też…, ale bardziej chodziło mi o biznesową postawę, czyli serwis, warunki współpracy. W dużej mierze opieraliśmy się też na naszych doświadczeniach z osobami, które pracują w firmach kosmetycznych, hurtowniach bo nie da się ukryć ani umniejszyć roli tzw. czynnika ludzkiego w jakości biznesowej współpracy.
Kto jest Państwa głównym dostawcą?
A.N: Jednym z głównych jest oczywiście firma Brodr. Jorgensen, czyli twórca sieci Kosmeteria – kochamy tych ludzi miłością bezwzględną (śmiech) – a zaopatrujemy się w jej produkty z magazynów Integry Nova, która obsługuje Kosmeterię logistycznie. Ściśle współpracujemy też z lubelską hurtownią Del-Art – znakomita firma i bezproblemowa współpraca.
P.N.: A wracając jeszcze do udziałów rynkowych, niestety tabelki nie zawsze znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Odwiedził nas niedawno sam właściciel pewnej firmy kosmetycznej i przedstawił badania, z których wynika, że 60 procent rynku należy do niego w danej grupie asortymentowej. Uznaliśmy, że spróbujemy podjąć współpracę z tą firmą. Przeszliśmy szkolenia, wystawiliśmy produkty na tester barze. Niestety nie udało się, okazało się, że nasi klienci szukają czegoś zupełnie innego – przede wszystkim marek niszowych, a nawet selektywnych. I tu znajdują ten asortyment. Mamy wszelkie nowości, które pojawiają się w internecie – bo to nieograniczone źródło wiedzy o nowinkach. U nas można je dostać i przetestować.
No właśnie tester bar to pomysł Kosmeterii na promowanie kosmetyków. Kremy, balsamy, oliwki można otworzyć, powąchać, sprawdzić konsystencję. Jak się sprawdza?
A.N: Jeśli potraktujemy go jako mebel, z którym nie wiemy co zrobić, to takim meblem będzie. Dla nas tester bar to miejsce „degustacji” kosmetyków, na którą aktywnie zapraszają panie ekspedientki. Firmy zaopatrują nas chętnie w testery – każdy wystawiony tu produkt można wypróbować i dostać „wyprawkę” do domu. I tak błyszczyk z lusterkiem Gosha w szafie ekspozycyjnej jest tylko błyszczykiem, a na tester barze staje się przedmiotem pożądania, bo dokładnie widać, że jest podświetlany, a w lusterku można się przejrzeć. Naszym zdaniem tester bar to znakomity pomysł, ale wymaga zaangażowania personelu. To od pracowników drogerii konsument musi się dowiedzieć wszystkiego o produkcie, jego składzie, przeznaczeniu, oddziaływaniu na skórę i tę wiedzę połączyć z własnymi odczuciami podczas testowania.
Podobno Pan znakomicie porusza się w branży zdominowanej przez kobiety, radzi sobie zarówno z zarządzaniem sklepem, jak i ze sprzedażą kosmetyków, choć wcześniej nie miał Pan z tym do czynienia.
P.N.: Staram się to wszystko ogarnąć (śmiech). Przy pomocy żony i przyjaciół, którzy nas cały czas wspierają, chyba się udaje. Moją pasją zdecydowanie są zapachy, ale o wszystkich kategoriach produktów staram się dowiedzieć jak najwięcej, poznaję nowinki, testuję kosmetyki na sobie – również kremy i balsamy. Uważam, że to jest jedyna droga do sukcesu. Trzeba się znać na tym co się robi, muszę więc wiedzieć o kosmetykach jak najwięcej, by móc je polecać klientom. A opowiadam im po prostu o swoich odczuciach. Jak jestem sam do czegoś przekonany, to łatwiej mi to polecać innym. Tak samo panie ekspedientki najpierw testują kosmetyki, by wyrobić sobie o nich zdanie. Według mnie inaczej się nie da, jak nie zna się produktu, nie sposób przekonująco o nim mówić. Nieustannie się szkolimy, i ja, i personel. Jedna z pań właśnie rozpoczyna kurs wizażu, druga – kurs manicure, bo wprowadzamy jeszcze profesjonalne stoisko malowania paznokci.
Jak kobiety reagują, gdy Pan wdaje się z nimi w rozmowę o kosmetykach?
P.N.: Dobrze. Na pewno staram się nie stwarzać napięcia, wrażenia, że wszystko wiem, że najlepiej się na tym znam. Wpoiliśmy naszym ekspedientkom zasadę 6 kroków w obsłudze klienta i ja sam też się do niej stosuję. Najpierw badam potrzeby klientki, czy chce w ogóle ze mną rozmawiać. Jeśli wyczuwam, że nie chce obecności mężczyzny obok siebie, po prostu mówię: „Dziękuję, gdyby pani potrzebowała pomocy, panie ekspedientki są do dyspozycji”. Gdy klientka jest gotowa na rozmowę ze mną, mówi o swoich potrzebach, staram się dobrać produkt odpowiedni cenowo i asortymentowo. Bardzo mi zależy, aby każda osoba wyszła z naszego sklepu zadowolona, wróciła i jeszcze opowiedziała o swoich doświadczeniach, wrażeniach po użyciu produktu.
Podkreślacie Państwo rolę personelu w powodzeniu biznesu.
A.N: Bo profesjonalna obsługa, miła atmosfera, dobre relacje to naszym zdaniem podstawa sukcesu. Pracują z nami trzy panie, każda specjalizuje się w jakiejś grupie asortymentowej. Mają fantastyczną właścicielską postawę – obserwują klientów, ich zachowania, wsłuchują się w uwagi i podpowiadają nam co można zmienić, żeby poprawić komunikację w sklepie, zwiększyć sprzedaż. Nie tak dawno za namową dziewczyn przenieśliśmy w inne miejsce regał z kremami do twarzy, ten prosty zabieg natychmiast przyniósł znakomite efekty.
Widzę, że wszyscy tu mają bardzo pozytywne nastawienie, a ja ciągle dookoła słyszę, że czasy są trudne, że handel jest ciężki, że ludzie mało i niechętnie kupują…
A.N: Wszystko się zgadza.
Czy byliście Państwo na to gotowi?
A.N: Ja zaczynałam swoją pracę zawodową 20 lat temu. Wtedy pewne było tylko jedno – że nic nie jest pewne. Firmy były sprzedawane, prywatyzowane, podpisywało się umowę, za trzy miesiące kontrahenta nie było. Zmiany są dla mnie czymś naturalnym, jestem do nich przyzwyczajona. Nie nastawialiśmy się, że natychmiast wyjdziemy ze zobowiązań kredytowych, że pieniądze będą płynęły strumieniami. To jest biznes, wszystko ma swój czas. Cieszymy się z tego co jest, bo nie jest źle.
Drogeria mieści się przy supermarkecie Stokrotka. Jak sprawdza się ta lokalizacja?
P.N.: Bardzo dobrze. Stokrotka jest lubelską marką, lubianą przez mieszkańców i dzięki niej też zyskujemy klientów. Przychodzą do marketu i trafiają do nas, cieszą się, że powstała tu drogeria. A asortymentowo nie wchodzimy sobie w drogę.
A.N: Znajdujemy się na pograniczu dwóch osiedli. To nowe, Marina, rozrasta się w szalonym tempie, jeszcze cztery lata temu były tu dwa bloki, a teraz urosło małe miasteczko w zasięgu Zalewu Zemborzyckiego. 4 tysiące nakładu gazetki reklamowej nie pokrywa jego zapotrzebowania.
P.N.: Dlatego decydujemy się na dodatkowy nakład i kolportaż. Docieramy do poszczególnych bloków i mieszkań. Już wiemy, gdzie gazetki nie będą wyrzucone tylko przejrzane i opłaca się je dostarczać. To prosta, ale bardzo efektywna forma reklamy. Klienci często trafiają do nas właśnie z gazetkami, pytają o promowane w nich produkty.
A.N: Trzeba pamiętać, że ich zasięg jest znacznie większy niż nakład, jedną gazetkę przegląda przecież zazwyczaj kilku domowników. Naprawdę osoby prowadzące sklepy, które nie wykorzystują gazetek marnują wielką szansę na zdobycie klientów.
Wokół mieszka chyba sporo młodych ludzi?
P.N.: Tak, wiele młodych rodzin, w pobliżu działa pięć przedszkoli. Stąd w naszej ofercie są również kosmetyki, ozdoby dla dzieci i mocno promowana marka Jelp. Ale też mamy obok osiedle Nałkowskich, pokoleniowo starsze. Dojrzałe panie przychodzą do nas po poradę i żeby po prostu porozmawiać. Najczęściej nie pracują, więc bywają tu przed południem, a wtedy personel może im poświęcić całą swoją uwagę.
A.N: Cały czas bacznie obserwujemy naszych klientów rozmawiamy z nimi, przeprowadzamy ankiety. Działamy w internecie, mamy swój profil na facebooku. Od początku mamy karty rabatowe, na których klienci zbierają pieczątki. Nie ma dolnej granicy zakupowej, żeby uzyskać pieczątkę – przy dziesiątej przyznajemy rabat, albo panie mogą umówić się na bezpłatny makijaż. Lublin jest miastem uniwersyteckim, prowadzimy więc też kilka programów skierowanych do studentów. Na przykład dostają od nas rabaty za stopnie – tyle rabatu, jaka ocena w indeksie po sesji. Technologia, która w ostatnich latach niesamowicie szybko się rozwinęła, ułatwia nam wprowadzanie wielu, nawet szalonych pomysłów (śmiech).
Programy lojalnościowe, karty stałego klienta, do tego od razu potrzebny był system komputerowy.
A.N: Oczywiście, system sprzedażowo-magazynowy był podstawą. Nie wyobrażam sobie bez tego narzędzia prowadzenia sklepu. Nam może się wydawać, że coś się dobrze sprzedaje, ale komputer mówi swoje
i prawda bywa gorzka. W tej chwili nie ma czasu, miejsca, możliwości finansowych na „wydaje nam się”.
A jak podeszli do Państwa dostawcy? Wspierają dobrymi ofertami, czy patrzą z rezerwą na nowy sklep?
A.N: Od pierwszej chwili wspierają nas z całych sił, pomagają, organizują promocje. O nic nie musieliśmy prosić. Wszystkie osoby, które zostały do nas zaproszone na rozmowy absolutnie stanęły na wysokości zadania. Wspaniali ludzie!
Sklep jest bardzo przyjemny a Państwo wkładacie w niego mnóstwo serca. Cały czas nurtuje mnie jednak myśl, czemu zaczynając wszystko od początku zdecydowaliście się Państwo na działalność w kapryśnej, wymagającej wysokich inwestycji branży kosmetycznej.
A.N: Fakt, jest wiele innych branż, w których odzyskanie pieniędzy trwa krócej, ale nie to nas przede wszystkim interesowało.
P.N.: Zajęliśmy się tym, co lubimy, a wręcz uwielbiamy robić. To dla nas czysta przyjemność. Ja spędzam w sklepie codziennie około 10 godzin i wychodzę stąd szczęśliwy. A jak jeszcze usłyszę „Mieli państwo rację, fantastyczny produkt, wezmę jeszcze jeden i przyjdę z koleżanką” to jestem w siódmym niebie.
Dziękuję za spotkanie
Rozmawiała
Katarzyna Bochner
Zrealizowalismy nasze marzenie. Anna i Piotr Nowakowie, właściciele Kosmeterii w Lublinie
Jeszcze niedawno obecność w Sephorze, Douglasie, Rossmannie czy Boots była dla młodej marki przepustką do rozpoznawalności. Dziś ta kolejność coraz częściej się odwraca. Najpierw marka zdobywa popularność na TikToku, buduje własną społeczność, testuje produkty i rozwija sprzedaż bezpośrednią w social commerce (direct-to-consumer). Dopiero później wchodzi do tradycyjnego retailu – już nie jako nieznany start-up, ale biznes z potwierdzonym popytem, gotową bazą klientek i milionowymi wynikami finansowymi.
Najnowszym przykładem jest FlutterHabit. Marka rzęs DIY, która rozwijała się przez własny e-sklep, Amazon i TikTok Shop. Właśnie kilka dni temu po sprzedaży ponad 18 mln par produktów w ciągu ostatniego roku zadebiutowała w ponad 500 perfumeriach Sephora w USA.
Nie jest to jednak odosobniony przypadek, ale część większej zmiany w strategii sieci kosmetycznych. Handel coraz uważniej śledzi to, co sprzedaje się i angażuje użytkowników na TikToku, a następnie przenosi "internetowe fenomeny" do sklepów stacjonarnych.
Trend ten widać także w Polsce, chociaż nie zawsze jest to klasyczna droga od DTC (direct-to-consument) do retailu. Np. w segmencie rzęs dyi (czyli do samodzielnego założenia) marka Stars from the Stars została stworzona przy udziale twórców TikToka i od początku rozwijana we współpracy z Rossmannem. Everybody London, dostępne w Rossmannie, oraz debiutująca szerzej w Hebe Poppy Head posługują się sferą wizualną, częstotliwością premier i modelem komunikacji charakterystycznym dla marek projektowanych pod social media.
- Coraz częściej to właśnie zdolność produktu do wywołania reakcji na TikToku decyduje, czy otrzyma on miejsce w ofercie dużej sieci. Sephora, Ulta czy Boots nadal potrzebują marek o ugruntowanej pozycji, ale coraz częściej szukają również brandów, które przyciągną do sklepów młodszych konsumentów wychowanych w mediach społecznościowych.- wskazują eksperci.
Droga od virala na TikToku, przez sprzedaż we własnym e-sklepie i social commerce, aż po debiut w Sephorze, Ulcie, Boots czy Rossmannie stała się dziś Świętym Graalem młodych firm kosmetycznych.
Nie jest już pojedynczym fenomenem, lecz dojrzałym mechanizmem rynkowym, którego przykłady widać również w Polsce.
TikTok staje się laboratorium sprzedażowym marek
Dla sieci handlowej popularność na TikToku jest czymś więcej niż zasięgiem. Platforma pozwala obserwować, które produkty przyciągają uwagę, jak konsumenci ich używają, jakie pytania zadają i czy zainteresowanie przekłada się na sprzedaż. TikTok Shop dokłada do tego twarde informacje o konwersji, wartości koszyka i częstotliwości ponownych zakupów.
Marka wchodząca do retailu po kilku latach sprzedaży DTC ma już przetestowaną ofertę, rozpoznawalne bestsellery i własną sieć twórców. Retailer nie musi od początku budować zainteresowania. Przejmuje produkt, którego klientki już szukają, a następnie zwiększa jego dostępność i skalę sprzedaży.
Ten model dobrze pokazuje brytyjska marka P.Louise, która zbudowała silną pozycję dzięki mediom społecznościowym i transmisjom sprzedażowym na TikTok Shop. W 2025 r. osiągnęła 2,71 mln dolarów GMV w ciągu jednego dnia sprzedaży na platformie. W maju 2026 r. zadebiutowała w 36 sklepach Boots oraz na boots.com. - Było to jej pierwsze duże wejście na brytyjskie ulice handlowe. Marka podkreślała, że po latach budowania społeczności online klientki mogą wreszcie dotknąć, przetestować i zobaczyć produkty na żywo - tak opisał to portal BeautyMatter.
Podobną drogę przeszła Rhode Hailey Bieber. Marka rozpoczęła działalność w 2022 r. jako biznes DTC, oparty na limitowanych dropach, społeczności i produktach błyskawicznie zdobywających popularność w social mediach. Przed wejściem do Sephory generowała już ponad 200 mln dolarów rocznej sprzedaży. Jej przejęcie przez e.l.f. Beauty za kwotę mogącą sięgnąć 1 mld dolarów pokazało, jaką wartość mogą osiągnąć marki zbudowane bez tradycyjnej dystrybucji.
W kategorii rzęs podobnym przykładem jest Glamnetic. Marka powstała w 2019 r. i zdobyła rozpoznawalność dzięki magnetycznym rzęsom oraz komunikacji prowadzonej w mediach społecznościowych. Dziś jej produkty są dostępne m.in. w Sephorze, Ulcie, Target i na Amazonie. FlutterHabit wchodzi więc na drogę, którą przeszły już inne cyfrowe marki beauty: od internetowego rozwiązania konkretnego problemu do szerokiej, wielokanałowej dystrybucji.
Po sprzedaży 18 mln par rzęs DYI marka FlutterHabit trafia do Sephory
Markę FlutterHabit założyli Kasey i Tim Jacksonowie w 2019 r., inwestując około 12 tys. dolarów w pierwszą partię produktów. Chcieli zaproponować klientkom tańszą i mniej czasochłonną alternatywę dla profesjonalnego przedłużania rzęs w salonach kosmetycznych. W ciągu niespełna roku sprzedaż przekroczyła 1 mln dolarów.
FlutterHabit rozwijał się przede wszystkim w modelu direct-to-consumer, a następnie za pośrednictwem Amazona i TikTok Shop. W 2023 r. marka została przejęta przez Performance Beauty Group, do której należą również m.in. Grande Cosmetics, Lilly Lashes, Velour Lashes, Babe Original i Bondi Boost.
Wejście do Sephory jest pierwszą dużą współpracą stacjonarną FlutterHabit. Marka zadebiutowała w ponad 500 perfumeriach w USA oraz na sephora.com. To pierwszy brand z segmentu domowych przedłużeń rzęs DIY w ofercie sieci. Produkty są aplikowane od spodu naturalnych rzęs, a efekt może utrzymywać się przez kilka dni.
Do sprzedaży trafiły najpopularniejsze zestawy rzęs STICKtionary i PrepTECH, pianka do mycia rzęs Foam a Friend wraz ze szczoteczką oraz nowy preparat do usuwania rzęs Lash Off. Ceny wynoszą od 16 do 28 dolarów.
Marka przetestowana przez własną społeczność
Za decyzją Sephory stoją nie tylko zasięgi FlutterHabit, ale także wyniki potwierdzające powtarzalność biznesu:
- wzrost przychodów w 2026 r. o 50 proc. rok do roku;
- jedna trzecia sprzedaży bezpośredniej pochodząca z subskrypcji;
- ponad 30 modeli i premiery wprowadzane co trzy–sześć miesięcy;
- społeczność ponad 30 tys. osób na Facebooku, wykorzystywana jako panel konsumencki;
- ceny produktów od 16 do 28 dolarów.
Szczególnie istotny jest udział subskrypcji. Pokazuje, że FlutterHabit nie opiera się wyłącznie na jednorazowych, viralowych zakupach. Jedna trzecia sprzedaży we własnym kanale pochodzi od klientek regularnie uzupełniających zapasy. Marka chciałaby w przyszłości dołączyć także do programu automatycznego odnawiania zamówień Sephory.
FlutterHabit ma ponad 30 modeli rzęs i wprowadza kolejne co trzy–sześć miesięcy. Ważnym źródłem informacji o potrzebach klientek jest grupa na Facebooku skupiająca ponad 30 tys. osób. Marka pyta jej członkinie o oczekiwane nowości, ulubione produkty oraz elementy wymagające poprawy. Pod wpływem opinii społeczności część limitowanych modeli została włączona do stałej oferty.
Social media pełnią więc jednocześnie funkcję kanału komunikacji, sprzedaży, obsługi klienta, badania konsumenckiego oraz laboratorium rozwoju produktów. To właśnie ten pakiet – a nie sam viral – staje się dla sieci handlowych najcenniejszy.
Polskie marki: kilka różnych dróg z internetu do dużej sieci
W Polsce zmiana również jest widoczna, ale warto rozdzielić kilka modeli. Nie każda młoda marka obecna dziś w Rossmannie czy Hebe zaczynała na TikToku i nie każda najpierw zbudowała duży biznes DTC. Wspólne jest to, że cyfrowa społeczność i zdolność tworzenia angażujących treści coraz częściej wspierają negocjacje z retailem.
Your KAYA: od subskrypcji i edukacji do Rossmanna
Your KAYA jest jednym z najczytelniejszych polskich przykładów. Zaczynała jako start-up e-commerce z produktami higienicznymi oferowanymi m.in. w modelu subskrypcyjnym. Marka budowała społeczność wokół edukacji, ciałopozytywności i przełamywania tabu. Następnie weszła do Rossmanna, najpierw z artykułami higienicznymi, a później z coraz szerszą ofertą pielęgnacji i makijażu. Retail dał jej zasięg poza grupą odbiorców możliwych do efektywnego pozyskania we własnym e-commerce.
Resibo, Miya Cosmetics i Veoli Botanica: różne drogi do szerokiej dystrybucji
Resibo wyrosło z jednego produktu stworzonego z osobistej potrzeby założycielki, a we wczesnym etapie rozwijało sprzedaż i rozpoznawalność bez wsparcia masowej dystrybucji. Dziś marka jest obecna stacjonarnie i online w Hebe.
Miya Cosmetics także należy do pokolenia młodych polskich marek rozwijanych przy silnym wsparciu internetu, ale nie jest czystym przykładem przejścia DTC–retail: od początku budowała model omnichannel, łącząc własny sklep z obecnością w sieciach drogeryjnych.
Veoli Botanica przez lata budowała pozycję w internecie i specjalistycznym kanale beauty, a w 2025 r. rozszerzyła dystrybucję na wszystkie sklepy stacjonarne Hebe. W tych przypadkach szeroki retail jest etapem skalowania marek, które wcześniej miały już rozpoznawalność i wyrazistą tożsamość.
BasicLab: edukacja składnikowa i social commerce
BasicLab reprezentuje model marki zbudowanej na eksperckiej edukacji o składnikach aktywnych i świadomej pielęgnacji. Firma rozwinęła własny e-commerce i obecność m.in. w Super-Pharm oraz DOZ. W 2026 r. znalazła się wśród pierwszych marek kosmetycznych korzystających z polskiej wersji TikTok Shop, gdzie postawiła na transmisje LIVE, edukację i bezpośredni kontakt ze społecznością. Nie ma natomiast podstaw, by przypisywać jej obecność jednocześnie w Rossmannie, Hebe i Sephorze.
Nanolash: polski punkt odniesienia w rzęsach DIY
W samej kategorii rzęs najbliższym polskim punktem odniesienia jest Nanolash, marka związana ze spółką Trendmarkt. Oferuje pełny system DIY: kępki, bonder, sealer, aplikator i remover. Produkty można znaleźć m.in. w ofercie internetowej Douglasa i DOZ oraz u partnerów marketplace Hebe. Nie należy jednak automatycznie utożsamiać obecności w serwisie Hebe z szeroką dystrybucją na półkach wszystkich drogerii stacjonarnych.
Drogeria sama wchodzi na TikToka
Zmieniają się nie tylko marki. Sieci coraz mocniej organizują ofertę wokół produktów popularnych w social mediach. Hebe prowadzi internetowe sekcje Instashop i Viral Shop, w których łączy asortyment z trendami z Instagrama i TikToka. Rossmann wykorzystuje viralowe produkty w komunikacji, materiałach inspiracyjnych i premierach skierowanych do młodszych klientów.
W 2026 r. TikTok Shop wystartował w Polsce, a wśród pierwszych partnerów i marek znalazły się podmioty z branży beauty. BasicLab rozpoczął transmisje LIVE, a Rossmann i Hebe zostały wskazane jako sieci przygotowujące sprzedaż na platformie. Granica pomiędzy oglądaniem krótkiego filmu, zakupem w social commerce i wizytą w drogerii zaczyna się zacierać.
Retail nie jest już końcowym, odseparowanym etapem ścieżki zakupowej. Może pojawić się jednocześnie jako konto na TikToku, sklep na platformie, aplikacja lojalnościowa, marketplace i fizyczna półka. Wygrywa ten podmiot, który najszybciej zamienia cyfrowy sygnał zainteresowania w dostępny produkt, nie tracąc przy tym jakości selekcji.
Komentarz redakcji: Odwrócony model ryzyka
Wejście FlutterHabit do Sephory pokazuje, że TikTok i tradycyjny handel nie muszą ze sobą konkurować. Pełnią inne funkcje na ścieżce zakupowej. TikTok pozwala marce szybko dotrzeć do odbiorców, pokazać działanie produktu i wygenerować zainteresowanie. Użytkownicy SM oraz TikTok Shop sprawdzają, czy zainteresowanie przekłada się na zakup. Sklep stacjonarny zwiększa dostępność, pozwala przetestować produkt i dociera do klientek, które nie kupują bezpośrednio w social mediach.
Kiedyś wprowadzenie nieznanej marki było przede wszystkim ryzykiem detalisty.
Dziś młody brand może przyjść do sieci z historią sprzedaży, retencją, danymi o bestsellerach, społecznością i gotowym ekosystemem treści.
Dla handlowców stacjonarnych i online współpraca z marką wykreowaną w sieci oznacza więc mniejsze ryzyko. Zmienia to również sposób, w jaki sieci wybierają marki. O sukcesie na półce nie decydują już wyłącznie historia producenta, budżet marketingowy i tradycyjne badania rynku. Coraz większe znaczenie mają dynamika wzrostu w social mediach, sprzedaż na platformach społecznościowych, siła społeczności i zdolność marki do regularnego dostarczania nowych treści oraz premier.
Nie oznacza to, że każdy viral zasługuje na półkę. Popularność może zniknąć równie szybko, jak się pojawiła, a gwałtowny wzrost ujawnia problemy z dostawami, jakością i obsługą klienta. Dlatego dla sieci najcenniejsze nie są same wyświetlenia, lecz połączenie kilku sygnałów: sprzedaży, powtarzalności zakupów, jakości produktu, zdolności operacyjnej i lojalności społeczności.
FlutterHabit spełnia te warunki: ma 18 mln sprzedanych par, rosnące przychody, znaczący udział subskrypcji i aktywną grupę klientek wykorzystywaną do rozwoju produktów. Dlatego jego wejście do Sephory jest czymś więcej niż historią o rzęsach. To ilustracja nowego porządku w beauty, w którym TikTok może stworzyć popyt, DTC udowodnić jego wartość, a retail zamienić cyfrowy fenomen w markę masową.
Polskie przykłady pokazują, że lokalny rynek podąża w podobnym kierunku. Różnica polega na tym, że w Polsce duże sieci często uczestniczą w budowaniu marek już na etapie premiery. Model FlutterHabit pokazuje kolejny etap: marka może najpierw samodzielnie udowodnić swoją siłę w social commerce, a dopiero później negocjować wejście do retailu z dużo mocniejszej pozycji.
L‘Oréal Paris został uznany za najbardziej pożądanego pracodawcę w branży beauty w 2026 roku – wynika z rankingu przygotowanego przez BoF Careers. W pierwszej dziesiątce znalazły się zarówno globalne koncerny, jak i marki założone przez celebrytów czy niszowe domy perfumeryjne. O wyborze kandydatów decydowały nie tylko prestiż i wynagrodzenie, ale również możliwości rozwoju zawodowego oraz kultura organizacyjna.
Ranking powstał na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród 296 obecnych, byłych i przyszłych pracowników branży beauty z 53 krajów. Respondenci wskazywali trzy marki, w których najbardziej chcieliby pracować, oraz uzasadniali swój wybór.
L‘Oréal liderem dzięki skali i możliwościom rozwoju
Pierwsze miejsce zajął L‘Oréal Paris, który uczestnicy badania wskazywali przede wszystkim ze względu na międzynarodową skalę działalności, inwestycje w innowacje oraz stabilność zatrudnienia.
Pracownicy zwracali uwagę na rozbudowane możliwości rozwoju kariery w ramach całej Grupy L‘Oréal, dostęp do nowoczesnych technologii, badań i rozwoju (R&D), a także wykorzystanie sztucznej inteligencji i działań z zakresu zrównoważonego rozwoju. Jednocześnie osoby zatrudnione w firmie wskazywały, że praca wiąże się z dużym tempem, złożonymi procesami decyzyjnymi i wysokimi wymaganiami.
Dior i Charlotte Tilbury na podium
Drugie miejsce przypadło Dior Beauty, należącemu do grupy LVMH. Respondenci docenili przede wszystkim prestiż marki, jej dziedzictwo oraz silną pozycję w segmencie luksusowych perfum i kosmetyków.
Pracownicy wskazywali również na atrakcyjne programy rozwojowe oraz inicjatywy takie jak Women@Dior, wspierające rozwój zawodowy kobiet. Jednocześnie zwracali uwagę na wymagające środowisko pracy i wysokie cele sprzedażowe.
Na trzecim miejscu znalazła się Charlotte Tilbury. O atrakcyjności marki decydują zarówno produkty, jak i silna pozycja jej założycielki. Ankietowani wskazywali na innowacyjność, skuteczny marketing oraz możliwości rozwoju międzynarodowego w ramach właściciela marki – hiszpańskiej grupy Puig. Z drugiej strony pracownicy sygnalizowali wysokie obciążenie obowiązkami oraz wynagrodzenia, które nie zawsze odpowiadają poziomowi oczekiwań.
Rhode i Victoria Beckham pokazują siłę marek założycielskich
W pierwszej dziesiątce znalazły się również marki zbudowane wokół rozpoznawalnych osobowości.
Rhode, należąca do Hailey Bieber, zajęła czwarte miejsce. Respondenci ocenili ją jako jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się marek kosmetycznych, wyróżniającą się nowoczesnym marketingiem i atrakcyjnymi premierami produktowymi.
Szóste miejsce przypadło Victoria Beckham Beauty. Uczestnicy badania wskazywali zarówno na wizję samej projektantki, jak i wysoką jakość produktów oraz potencjał dalszego rozwoju marki.
Niszowe perfumy przyciągają talenty
W rankingu znalazły się również marki kojarzone przede wszystkim z segmentem perfum luksusowych.
Piąte miejsce zajął Diptyque, doceniany za silną tożsamość marki i status kultowej firmy perfumeryjnej.
Na siódmym miejscu uplasował się Byredo, którego pracownicy postrzegają jako markę łączącą niszowy charakter z możliwościami rozwoju oferowanymi przez grupę Puig.
Ósme miejsce przypadło Yves Saint Laurent Beauté, dziewiąte Aesop, a pierwszą dziesiątkę zamknął Lancôme.
Kandydaci wybierają prestiż, niekoniecznie najwyższe pensje
Jednym z ciekawszych wniosków raportu jest rozbieżność pomiędzy deklaracjami respondentów a ich wyborami.
Choć uczestnicy badania wskazywali wynagrodzenie jako jeden z najważniejszych czynników przy wyborze pracodawcy, najczęściej wybierali marki oferujące przede wszystkim prestiż, stabilność oraz rozpoznawalność na rynku. Zdaniem autorów raportu pokazuje to, że w branży beauty reputacja pracodawcy i możliwości rozwoju zawodowego nadal odgrywają większą rolę niż same kwestie finansowe.
Employer branding staje się przewagą konkurencyjną
Autorzy raportu podkreślają, że rywalizacja o specjalistów w branży beauty będzie w kolejnych latach coraz silniejsza, zwłaszcza w kontekście rozwoju sztucznej inteligencji i nowych kompetencji cyfrowych. Wyniki badania pokazują również, że kandydaci zwracają coraz większą uwagę na kulturę organizacyjną, możliwości awansu, szkolenia oraz autentyczność marek jako pracodawców. Dla firm oznacza to, że employer branding staje się dziś nie tylko narzędziem rekrutacji, ale jednym z elementów budowania przewagi konkurencyjnej na rynku pracy.
Źródło: Businessoffashion.com


