StoryEditor
Wywiady
12.01.2026 14:23

Marta Wojciechowska: Konsumenci beauty są zmęczeni natłokiem nowości [ROCZNIK WK 2025/26]

Marta Wojciechowska, luxury & beauty ekspert / Agnieszka Olek

W czasach niepokoju i przeciążenia informacyjnego odbiorcy coraz częściej szukają w kosmetykach poczucia bezpieczeństwa, ukojenia, spokoju. Wiele marek stanęło na biznesowym rozdrożu: chcą sprzedawać produkty premium, ale konsumenci w tej bardzo konkurencyjnej branży oczekują czegoś więcej. Bycie naturalnym czy wegańskim już nie wystarcza – za produktem musi stać dziś wiarygodna historia – uważa Marta Wojciechowska, luxury & beauty ekspert.

Czy odpowiedzią producentów na rynkowe wyzwania staje się zwiększanie nakładów na marketing, influencerów? Oraz epatowanie kolejnymi seriami nowości w ofercie?

Rzeczywiście, widać wyraźnie, że w trudniejszym otoczeniu ekonomicznym wielu producentów próbuje więcej inwestować w marketing i w większą aktywność influencerów. Ale coraz częściej okazuje się, że nie ilość komunikatów, ale ich autentyczność i dopasowanie decyduje o skuteczności komunikacji oraz finalnie – przełożeniu na sprzedaż. 

Konsumenci są zmęczeni natłokiem nowości, które różnią się głównie opakowaniem lub fragmentem nazwy. W zasadzie do końca nie wiadomo, czy to naprawdę coś nowego, czy tylko nowa etykieta, albo siódma odsłona tego samego zapachu. Prawda jest taka, że branża kosmetyczna w zasadzie w większości opiera się na nowościach, trendach, sezonowości. W ten sposób sami siebie wpędziliśmy w ślepy zaułek. Inwestycja w znanych influencerów też nie daje gwarancji zwrotu, bo mieliśmy w 2025 roku kilka związanych z tym kryzysów wizerunkowych.

Marki, które dziś wygrywają, to te, które potrafią pokazać nie tylko nowy produkt, ale też realną wartość: skład, funkcję, ideę i wiarygodna historię. W trendach globalnych widać przesunięcie od influencer marketingu do expert marketingu, czyli współpracy z osobami, które mają wiarygodność i wiedzę, nie tylko zasięgi. Bo konsumenci zaczynają ufać faktom i spójności przekazu.

Z problemami mierzą się nie tylko marki premium, ale też – z czym rynek nie miał do czynienia naprawdę od wielu lat – koncerny skupiające marki luksusowe, by wymienić tylko LVMH. Z czego wynika to odchodzenie klientów od marek luksusowych? Stali się bardziej oszczędni, czy po prostu produkt z logotypem luksusowej marki przestał być dla nich przedmiotem pożądania, aspiracji? Jak wytłumaczyć to zjawisko?

Moim zdaniem dzieje się kilka rzeczy jednocześnie. Po pierwsze: spada zaufanie do wielkich brandów. Jako konsumenci pytamy o łańcuchy dostaw i warunki pracy, a luksus ma dziś w tej kwestii problem wiarygodności. Mamy kryzys zaufania do luksusowych produktów „Made in Italy, a szersze „trust issues” zmuszają luksus do zacieśniania kontroli i okazywania dowodów jakości. 

Po drugie: kultura dupes nauczyła konsumentów, że efekt i design można mieć taniej, więc sama metka już nie wystarcza. 

Po trzecie: ultra-fast fashion wchodzi do świątyń handlu (Shein w Paryżu), prowokując pytanie, czym obecnie jest luksus? 

W tle mamy spowolnienie popytu i globalne “studzenie” wzrostu. W efekcie luksus zaczyna się przedefiniowywać: z logo i statusu w stronę dowodu jakości, etyki i emocji – dlatego bronią się kategorie o wysokiej wartości doświadczenia, np. zapachy. 

image

Katarzyna Bielecka, Sephora: Być najbardziej trendy destynacją na rynku premium beauty [ROCZNIK WK 2025/26]

Do tego dochodzi jeszcze konfrontacja między młodszymi pokoleniami a tradycyjnymi markami luksusowymi. Odpływ klientów może wynikać m.in. z braku adekwatnej narracji i zmiany oczekiwań nowej generacji. Dla branży oznacza to po prostu konieczność otwarcia na nowe języki komunikacji, transparentność i kulturę wartości, a nie tylko kontynuację modelu aspiracyjnego.

Warto chyba pochylić się w tym momencie nad specyfiką pokoleń, i tego, jakimi są konsumentami. Co jest dla nich ważne, na czym się skupiają dokonując zakupu kosmetyków, jaka jest ich świadomość, jeśli chodzi o składy czy działanie? Jaka jest podatność, wrażliwość poszczególnych pokoleń na mody, trendy, social media?

W opracowaniach i raportach branżowych pojawia się kilka interesujących wniosków. Pokolenie baby boomers i generacja X to konsumenci doświadczeni, lojalni i pragmatyczni. Według najnowszego raportu NielsenIQ, to właśnie Gen X pozostaje jednym z najważniejszych motorów wzrostu w segmencie pielęgnacji skóry. Dla tych grup kluczowa jest skuteczność, bezpieczeństwo i wiarygodność. Bardziej ufają ekspertom, niż trendom z social mediów. Często wybierają dermokosmetyki, pielęgnację pro-age i produkty z potwierdzonym działaniem.

Millenialsi są świadomi i selektywni, analizują składy, szukają marek z wartościami i autentyczną historią. To oni zapoczątkowali ruch “clean beauty”, który dziś przekształca się w “conscious beauty”– łączący etykę, ekologię i skuteczność. Cenią storytelling, ale oczekują dowodów działania. Są też bardziej odporni na marketingowy szum i wolą marki transparentne, które potrafią mówić wprost.

Natomiast pokolenie Z to konsumenci ekstremalnie cyfrowi, bardzo emocjonalni i jednocześnie krytyczni. Jak pisze Business of Fashion, GenZ szybko weryfikuje marki – docenia autentyczność, ale bezlitośnie demaskuje fałsz. To oni stworzyli kulturę “dupes”, czyli poszukiwania tańszych, ale jakościowych alternatyw dla produktów luksusowych. Social media, zwłaszcza TikTok, stały się ich głównym źródłem inspiracji, ale też edukacji kosmetycznej. Jednocześnie mają bardzo wysoką świadomość składów i działania produktów. GenZ chętnie eksperymentuje z markami i nowymi produktami, ale szybko rezygnuje, jeśli marka nie sprosta ich oczekiwaniom. Ta grupa często odcina się od tradycyjnego luksusu, bo sposób komunikacji i wartość marki często nie trafiają w jej oczekiwania.

Na horyzoncie pojawia się już pokolenie Alfa – najmłodsi konsumenci, którzy dorastają w świecie, gdzie inkluzywność, różnorodność i zrównoważony rozwój są czymś oczywistym. Dla nich kosmetyki będą nie tylko o wyglądzie, ale o samopoczuciu i tożsamości. Natomiast mocno kierują się estetyką, uwielbiają kolekcjonować i być zaskakiwani.

image

Marta Wojciechowska: Od silversów do generacji alfa. Czego klienci oczekują od marek kosmetycznych? [ANALIZA]

Ostatnie lata to czas, gdy producenci, sieci handlowe i marketing skupiły się na najmłodszych konsumentach. Dlaczego? Bo młodzi kupują dużo i lubią nowości? A może branża beauty chce sobie wychować przyszłych konsumentów, dopieszczając ich i spełniając wszystkie potrzeby? Mam wrażenie, że jest to najmniej lojalna wobec marek i trendów grupa konsumentów. Czy zatem warto się dla nich aż tak starać? 

Tak, obserwacje, że producenci i sieci zwiększają wydatki marketingowe w najmłodszych grupach, komunikują nowości i silnie stawiają na influencerów, mają solidne podstawy. Ale to nie jest jedyna strategia – i sama w sobie może nie wystarczyć. Z praktyki Rossmanna widzimy, że warto łączyć akwizycję z retencją, nowości z autentycznością oraz komunikację emocji z danymi.

Marki uczą się, że młodzi konsumenci są najmniej lojalni, a przy tym są dynamiczni, zmienni, poszukujący świeżości. Ale właśnie dlatego warto do nich docierać – nie po to, by zdobyć ich na stałe, ale by być obecnym w ich życiu “tu i teraz”. 

Inwestowanie w influencerów i nowości to jedna strona medalu, druga to wykorzystanie danych do budowania relacji i personalizacji, a także tworzenie marek własnych czy linii, które rezonują z wartościami, jak trend mindfulness czy rytuały dbania o siebie. Podobnie jak wprowadzenie linii „blind boxów”, kiedy klient nie wie, jaki wariant produktu otrzyma. To mechanika typowa dla fanów kolekcjonowania, silnie rezonująca z pokoleniem Z i konsumentami, nastawionymi na niespodziankę i exclusivity.

Ostatecznie – tak, warto się starać o młodych, ale trzeba robić to w bardziej wyrafinowany sposób, niż dotychczas. Te działania muszą iść w parze z konsolidacją relacji, bo to, co dziś przyciąga uwagę, jutro może być zapomniane.

[...]

Czy marketing w branży beauty i kosmetycznej skupia się obecnie już tylko na social mediach, internecie? Czy inne rodzaje promocji są jeszcze brane pod uwagę przy kreowaniu kampanii np. nowych marek czy produktów? 

Na marketing beauty można spojrzeć z kilku stron. Z perspektywy marek to oczywiście silne oparcie o digital i social media, które budują świadomość, emocje i wizerunek. Social media to dziś bez wątpienia najważniejszy kanał pierwszego kontaktu z marką, zwłaszcza dla pokolenia Z i millenialsów.

TikTok, Instagram czy YouTube kształtują trendy i rekomendacje: np. zjawisko „TikTok made me buy it” generuje realne skoki sprzedaży. Jednak marki, które opierają się wyłącznie na social mediach, mają krótkotrwały efekt hype’u, bez trwałej lojalności.

Natomiast z perspektywy retailera komunikacja wygląda już inaczej. Opiera się głównie na marketingu partnerskim, współpracy z markami i wspólnych kampaniach, które mają napędzać sprzedaż online i offline jednocześnie. Sieci takie jak Rossmann, Super-Pharm czy Douglas budują własne platformy komunikacyjne: aplikacje, newslettery i własne media retailowe. Dla marek wejście na półkę, stacjonarnie lub wirtualnie, oznacza też widoczność  w aplikacji, w rekomendacjach, działaniach lojalnościowych etc. To zupełnie nowy ekosystem komunikacji, bardziej partnerski, zintegrowany i oparty na danych, nie tylko na zasięgu.

image

Maja Justyna, PAIH: Dominacja K-beauty: pielęgnacja, makijaż i co dalej? [ROCZNIK WK]

Mimo digitalizacji, doświadczenie na żywo wciąż ma ogromną wartość. Marki oraz retailerzy inwestują w eventy eksperckie, konsultacje, pop-upy etc. Rozwijają też strefy dermo i well-being, gdzie offline łączy się z edukacją i rekomendacją konsultantów. Reklama w prasie kobiecej i magazynach branżowych nadal funkcjonuje, ale dziś ma rolę wizerunkową, nie sprzedażową.

Kampanie telewizyjne też działają, zwłaszcza w kluczowych okresach roku oraz w kampaniach masowych marek drogeryjnych. Marki premium nadal chętnie komunikują nowości w przestrzeni miejskiej, np. na citylightach. Coraz więcej marek inwestuje w kampanie edukacyjne czy np. podcasty, bo konsumenci oczekują czegoś więcej, niż reklamy.

Co na to retail media? Jakie ma rozwiązania, propozycje dla branży beauty? 

Marketing beauty nie jest już tylko komunikacją marki, ale wspólnym przedsięwzięciem marki i retailera. Marki dostarczają emocje, a retailer – dane i kontekst. Retail media mają przewagę nad klasyczną komunikacją w social mediach, gdzie trudno powiązać ekspozycję z faktycznym zakupem. Dla marek kosmetycznych retail media to najbardziej efektywna forma inwestycji w reklamę, która daje zasięg, dane, możliwość personalizacji i pomiar ROI. Dla retailerów jest to źródło  przychodu i sposób na pogłębienie relacji z markami, ale też sposób na podniesienie atrakcyjności własnej komunikacji.

Ostatecznie zyskują też klienci, bo komunikacja staje się bardziej spersonalizowana, użyteczna i efektywna. Według danych NielsenIQ i GroupM, rynek retail media w Europie rośnie o ponad 20 proc. rocznie, a wzrost ten napędza głównie branża beauty. Jednocześnie, co ciekawe, na europejskich konferencjach skupionych wokół tematyki retail media, wciąż obecnych jest niewiele firm z branży kosmetycznej, a segment marek premium praktycznie nie jest reprezentowany. Cały czas widzę przestrzeń do rozwoju w tym obszarze.

W jakim kierunku podąża branża kosmetyczna? Czy po epoce overconsumption i kilkunastostopniowych rutyn pielęgnacyjnych przyjdzie czas na skin minimalizm? Jakie widzisz tu główne kierunki rozwoju dla branży?

Świetne pytanie. Zastanawiam się od dłuższego czasu, czy nastąpi punkt zwrotny w ciągłej pogoni za nowościami i trendami. Beauty to oczywiście emocje, ale przede wszystkim potężny biznes, więc myślę, że spowolnienie jednak nam nie grozi.

Jednak to prawda: po erze wieloetapowych koreańskich rytuałów i overconsumption przychodzi powrót do prostoty, jakości i skuteczności. Konsumenci chcą mniej produktów, ale bardziej przemyślanych, wielofunkcyjnych. Oczywiście nadal z pomocą branży przychodzą technologia i nauka. Aplikacje do analizy skóry, inteligentne lusterka, testery DNA, diagnostyka mikrobiomu, technologie, które jeszcze kilka lat temu brzmiały futurystycznie, teraz stają się codziennością.

Nadal ważne jest holistyczne podejście do piękna. Granica między kosmetykami, suplementami i zdrowiem coraz bardziej się zaciera. Dlatego cały czas wzrasta popularność suplementów beauty, adaptogenów, dermokosmetyków i trendu beauty from within. Dodatkowo zmienia się podejście w komunikacji – zamiast „anti-age” mamy „pro-age”. Zamiast obietnicy cofania czasu – dojrzałe piękno, naturalność i troskę o jakość skóry, o dobre samopoczucie. 

W beauty, podobnie jak w fashion, klienci zaczynają oczekiwać większej transparentności i przejrzystości w pochodzeniu składników, czy łańcuchach dostaw. W świecie przesytu, informacyjnego szumu, i podobnych do siebie produktów zwyciężają marki, które mają jasną filozofię, wiarygodność, dostarczają emocje i potrafią budować zaangażowanie.

Być może to koniec ery produktów “dla wszystkich”, a konsumenci wybiorą marki, które odpowiadają na współczesne potrzeby, i które naprawdę mówią ich językiem.

Powyższy artykuł jest częścią szerszego wywiadu, opublikowanego w roczniku Wiadomości Kosmetycznych 2025/26.

Ten 160-stronicowy magazyn z okładką autorstwa uznanej graficzki Oli Niepsuj można można nabyć tutaj 

image

Rocznik „Wiadomości Kosmetycznych” – kompendium wiedzy o rynku beauty na 2025 i dalej

Marzena Szulc
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
04.09.2026 09:09
Bogdan Wójcik, PerfumeCraft: Regulacje? Nie hamują z definicji kreatywności.
Bogdan Wójcik, archiwum prywatne

Czy Polska ma szansę wypracować własny, rozpoznawalny język zapachowy i dołączyć do krajów kojarzonych nie tylko z produkcją kosmetyków, ale również z autorską sztuką perfumiarstwa? Wraz z pojawieniem się pierwszych absolwentów kierunku „Perfumiarstwo” na rynku mogą zacząć powstawać nowe niezależne projekty i marki. O tym, dlaczego kluczem nie powinno być kopiowanie francuskich czy włoskich wzorców, lecz poszukiwanie własnych historii, krajobrazów i olfaktorycznych skojarzeń, a także jak regulacje i ograniczenia surowcowe wpływają na kreatywność perfumiarzy, rozmawiamy z Bogdanem Wójcikiem, perfumiarzem, kreatorem marki PerfumeCraft.

Jakiego typu perfum i marek możemy spodziewać się na polskim rynku za 3–5 lat, kiedy pierwsi absolwenci kierunku „Perfumiarstwo”, na którym Pan sprawuje pieczę, zaczną wprowadzać własne projekty? Czy będzie to przede wszystkim rozwój segmentu niszowego i kraftowego, czy może powstaną zupełnie nowe modele biznesowe?

Już teraz widać bardzo dużą różnorodność pomysłów i sposobów ich realizacji, nawet jeśli początkowo tematyka jest podobna. I chyba właśnie to jest najciekawsze: osoby kreatywne potrafią przepuścić ten sam temat przez własne doświadczenia, wrażliwość i sposób patrzenia na świat, a potem opowiedzieć go zupełnie inaczej.

Myślę, że to jedna z najważniejszych rzeczy, które mogą wynikać z tych studiów. Nie chodzi tylko o warsztat, poznanie surowców czy nauczenie się budowania kompozycji. Chodzi też o to, żeby z czasem znaleźć własny zapachowy język. Można przecież dać kilku osobom dokładnie ten sam temat zapachowy, a każda z nich stworzy coś innego.

image

Akademia Górnośląska będzie kształcić perfumiarzy. Powstał pierwszy taki kierunek studiów w Polsce

Dlatego bardziej niż konkretnego modelu biznesowego spodziewałbym się pojawienia się twórców o bardzo różnych osobowościach i sposobach myślenia o perfumach. To może być najciekawszą zmianą na polskim rynku.

Czy uważa Pan, że polscy początkujący perfumiarze będą szukać własnego języka olfaktorycznego, czy raczej będą podążać za trendami wyznaczanymi przez zagraniczne marki niszowe? Jakie motywy, surowce lub historie mogą stać się charakterystyczne dla polskiego perfumiarstwa?

Zawsze jest tak, że początkujący perfumiarze, nawet jeśli mają własne pomysły, nie od razu potrafią je w pełni zrealizować. Na początku dużo łatwiej jest poruszać się w temacie, który już znamy, dlatego większość młodych twórców w jakimś stopniu podąża za aktualnymi trendami — czy to mainstreamowymi, czy niszowymi. To naturalny etap nauki.

Najciekawsze zaczyna się później, kiedy odkrywają swoje predyspozycje i zamiłowania. Myślę, że w przypadku polskich perfumiarzy ogromny potencjał leży właśnie w polskich wątkach zapachowych. Bliski Wschód ma niezwykle silną tradycję perfum orientalnych, Francja – podejście klasyczne, Włochy dobrze pracują z cytrusami, ziołami i tematyką śródziemnomorską. My również musimy znaleźć własną drogę. Nie chodzi o stworzenie katalogu obowiązkowych „polskich nut”, ale o opowiadanie tego, co jest nam rzeczywiście bliskie — naszych miejsc, roślin, krajobrazów, wspomnień i doświadczeń. Właśnie tam widzę największą szansę na powstanie czegoś charakterystycznego dla polskiego perfumiarstwa.

Dziś stworzenie zapachu jest coraz łatwiej dostępne technologicznie, ale zbudowanie wokół niego marki i znalezienie klienta to zupełnie inne wyzwanie. Jakie kompetencje, poza samą sztuką komponowania, będą decydowały o sukcesie absolwentów na rynku?

Na studiach poświęcamy temu sporo uwagi. Jest nawet osobny przedmiot dotyczący budowania własnej marki, bo od początku zakładamy, że samo komponowanie dobrych zapachów to jeszcze za mało, jeśli ktoś chce później samodzielnie funkcjonować na rynku.

Tak naprawdę działa to podobnie, jak w każdym innym biznesie. Trzeba znaleźć własną drogę, właściwą tylko dla siebie, a potem mieć bardzo dużo zaangażowania, konsekwencji i cierpliwości, żeby ją rozwijać. Można stworzyć świetny zapach, ale jeśli nie potrafimy go pokazać, opowiedzieć o nim i dotrzeć do odpowiednich ludzi, bardzo łatwo może pozostać niezauważony.

image

Bogdan Wójcik, PerfumeCraft: Polska nie istnieje w świadomości klienta światowego, bo nie wykreowała ani rozpoznawalnej marki, ani typowo polskiej nuty

Poza warsztatem ważne będą więc umiejętności budowania marki i podstawy biznesu. Perfumy są produktem bardzo emocjonalnym, dlatego znaczenie ma również stworzenie wokół nich świata, który jest spójny z samym zapachem i osobowością twórcy.

Uważam, że najważniejsze będzie jednak połączenie własnego pomysłu z konsekwencją i gotowością do naprawdę dużej pracy.

Czy pojawienie się większej liczby osób wykształconych w zakresie perfumiarstwa może realnie zmienić relację między polskimi markami a dużymi koncernami i zagranicznymi domami perfumeryjnymi? Czy widzi Pan szansę, że Polska zacznie być postrzegana nie tylko jako producent kosmetyków, ale również jako kraj tworzący własne, rozpoznawalne kompozycje?

Myślę, że w dłuższej perspektywie jest to właściwie nieuniknione. W latach dziewięćdziesiątych Polska straciła ciągłość swojego dziedzictwa perfumowego. Trochę zapomnieliśmy, że kiedyś mieliśmy własne marki i tworzyliśmy kompozycje rozpoznawalne również poza Polską. Dzisiaj zaczynamy to wszystko właściwie budować na nowo.

Przez wiele lat perfumy kojarzyły się przede wszystkim z krajami tradycyjnie perfumeryjnymi, takimi jak Francja czy Włochy. Później pojawiło się bardzo dużo ciekawych marek ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Dzisiaj natomiast coraz wyraźniej widać zainteresowanie zapachami z miejsc, które wcześniej nie były kojarzone z perfumiarstwem.

Dobrym przykładem są Korea Południowa, Japonia czy Tajlandia – kraje młode w perfumeryjnym biznesie, a mimo to coraz bardziej zauważalne na świecie. Przed nami jest więc jeszcze wiele krajów do odkrycia. Nie widzę powodu, dla którego Polska miałaby się wśród nich zgubić. 

Jak studenci reagują na konfrontację własnych pomysłów z ograniczeniami, które narzuca współczesny rynek – kosztami surowców, regulacjami bezpieczeństwa, wymogami IFRA czy ograniczeniami dotyczącymi określonych składników? Czy te regulacje będą, Pana zdaniem, hamować kreatywność, czy przeciwnie – wymuszą większą innowacyjność?

Dla niektórych osób na pewno te ograniczenia mogą być frustrujące, ale dużo zależy od tego, jak ktoś w ogóle podchodzi do perfumiarstwa. Ja lubię dzielić to podejście na dwa typy: rzemieślnicze i artystyczne.

Rzemieślnik jest zwykle mocniej przywiązany do konkretnych materiałów, swoich ulubionych składników i sposobu, w jaki nauczył się z nimi pracować. Jeśli nagle któregoś z nich nie może użyć albo może użyć go znacznie mniej, rzeczywiście może odczuwać to jako ograniczenie.

Artysta patrzy na to zupełnie inaczej. Jemu zazwyczaj mniej zależy na konkretnym materiale, a bardziej na tym, jaki efekt chce osiągnąć, co chce przekazać i jaką emocję wywołać. Jeśli jeden składnik odpada — szuka innej drogi.

Tym bardziej że dzisiaj mamy ogromne możliwości. Paleta współczesnego perfumiarza jest bardzo szeroka, cały czas pojawiają się nowe materiały i rozwiązania. Utrata jednego narzędzia nie musi więc oznaczać utraty możliwości stworzenia określonego efektu.

Dlatego nie traktowałbym regulacji jako czegoś, co z definicji hamuje kreatywność. Wszystko zależy od tego, czy ktoś jest bardziej przywiązany do konkretnego narzędzia, czy do tego, co chce za jego pomocą opowiedzieć.

Czy obserwuje Pan wśród studentów pomysły, które już dziś mogłyby stać się podstawą realnych marek perfumeryjnych? Co najbardziej Pana zaskoczyło w ich podejściu do zapachu i tworzenia własnych kompozycji?

Na razie zakończyliśmy dopiero pierwszą edycję studiów, więc jest jeszcze za wcześnie, żeby wyciągać daleko idące wnioski. Ale już teraz można powiedzieć, że największym zaskoczeniem jest wspomniana wcześniej różnorodność pomysłów i sposobów interpretowania nawet bardzo dobrze znanych tematów.

To ciekawe, jak kilka osób może dostać podobny punkt wyjścia, a każda z nich opowie go zupełnie inaczej. W tych różnicach zaczynają się już pojawiać zalążki indywidualnego stylu, który z czasem może stać się podstawą realnych projektów czy marek.

Jeśli miałby Pan wskazać jeden kierunek, który najmocniej zmieni polski rynek perfum w perspektywie najbliższych 5–10 lat, co by to było: personalizacja, perfumy niszowe, lokalne surowce i historie, nowe technologie, rozwój marek niezależnych czy może zupełnie inny trend?

Gdybym miał wskazać jeden najważniejszy kierunek, powiedziałbym, że naszym zadaniem nie jest stworzenie jak największej liczby nowych marek, tylko znalezienie własnej, polskiej drogi. Każdy z już obecnych na perfumowym rynku krajów ma swoją własną tradycję, własny język i ogromne doświadczenie. Jeśli będziemy ich wyłącznie naśladować, pozostaniemy w cieniu tych, których naśladujemy.

Dlatego dużo ważniejsze jest znalezienie własnych pomysłów, własnej wrażliwości i własnych historii, które rzeczywiście warto opowiedzieć zapachem. Mamy własną przyrodę, krajobrazy, wspomnienia, kulturę i cały zestaw skojarzeń, których nikt za nas nie opowie.

Jeżeli uda się z tego stworzyć coś charakterystycznego i autentycznego, coś, co zainteresuje również ludzi za granicą, wtedy polskie perfumiarstwo naprawdę może zostać zauważone. I chyba właśnie to byłoby dla mnie najważniejszą zmianą w perspektywie najbliższych 5–10 lat: nie więcej marek dla samej liczby, ale pojawienie się własnego, rozpoznawalnego polskiego stylu.

image

Zapachowy luksus czy trik z TikToka? Marki niszowe i arabskie zmieniają zasady gry na rynku perfum [RAPORT WK]

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
28.08.2026 11:20
Jerzy Szyda, Pol-Hun/General Fresh: Okres przejściowy rozwiązałby wiele problemów z PPWR
PPWR wchodzi w życie. Nowe obowiązki dla branży kosmetycznejShutterstock

PPWR w praktyce oznacza dziś dla firm nie tylko nowe obowiązki, ale przede wszystkim dodatkową pracę, koszty i problemy z przepływem danych w całym łańcuchu dostaw. O tym, jak nowe przepisy wyglądają z perspektywy producenta i dostawcy marek własnych, jakie problemy pojawiają się na styku producent–dostawca opakowań–sieć handlowa oraz dlaczego dodatkowy okres przejściowy mógłby ograniczyć koszty i ryzyko marnowania pełnowartościowych produktów, rozmawiamy z Jerzym Szydą, dyrektorem ds. kluczowych klientów i marki własnej w Pol-Hun.

 

image
Jerzy Szyda
archiwum prywatne
Które wymagania PPWR są obecnie największym problemem dla producentów opakowań i dlaczego właśnie te przepisy są najtrudniejsze do wdrożenia?

Z punktu widzenia podmiotu, który musi przygotować dokumentację opakowaniową dla swoich klientów, największym problemem są niekompletne dane, jakie otrzymujemy od swoich dostawców. Brakuje szczegółowego oznaczenia elementów składowych opakowań, specyfikacji materiałowych, projektów i przede wszystkim wyników z badań, zleconych prób opakowań. To powoduje, że wydłuża się czas na przygotowanie dokumentacji technicznej wymaganych przez Rozporządzenie PPWR rodzajów opakowań: jednostkowego, zbiorczego i transportowego.

Jak w praktyce wygląda dziś przygotowanie dokumentacji wymaganej przez PPWR? Czy dostawcy opakowań dysponują już badaniami, ocenami zgodności i deklaracjami zgodności, których oczekują od nich klienci?

Część dostawców opakowań do wdrożenia Rozporządzenia przygotowywała się na długo dniem wejścia w życie przepisów. Część rozpoczęła prace dopiero ponaglona przez zapytania, jakie były wysyłane do nich. Niestety obłożenia certyfikowanych laboratoriów dużą ilością zleceń spowodowały wydłużenie czasu na otrzymanie wyników badań. Producenci opakowań mieli i mają problem z przygotowaniem ocen i deklaracji zgodności. To z kolei przełożyło się na to, że moi klienci otrzymują dokumentację ratami, w miarę spływu materiałów od dostawców.

Wspomina Pan o setkach formularzy otrzymywanych od sieci handlowych i innych klientów. Jak duża jest skala tego obciążenia administracyjnego i ile dodatkowej pracy wymaga obecnie zebranie oraz weryfikacja tych danych?

Obsługując kluczowe sieci handlowe działające w Polsce, nie spotkałem się z dwoma takimi samymi kompletami dokumentów, jakie były przesłane do uzupełnienia. 

Przygotowanie danych wymagało dużego i dodatkowego zaangażowania działów w firmie oraz wielu dodatkowych godzin pracy poświęconych na ich rzetelne opracowanie i uzupełnienie w szablonach klientów.

Specyfikacje techniczne zawierające dane z naszego systemu najłatwiej jest opracować, ale jest to proces najbardziej czasochłonny.

W przypadku opakowania jednostkowego zapasu do odświeżacza w sprayu okazało się, że jest użytych 10 komponentów, które trzeba szczegółowo opisać, z jakiego tworzywa się składają, ile ważą, jakie mają wymiary itp.

Czy problemem jest również brak jednolitych standardów dotyczących danych, których oczekują poszczególni klienci? Jak bardzo różnią się między sobą wymagania sieci handlowych i innych odbiorców?

Myślę, że brak jednoznacznych zapisów w Rozporządzeniu spowodował różne oczekiwania klientów. Początkowo teoretycznie prosta definicja wytwórcy była interpretowana niejednoznacznie. Dziś sporadycznie właściciel marki własnej nie czuje się wytwórcą w świetle PPWR.

Długotrwałym procesem było uzgodnienie sposobu identyfikacji wszystkich elementów opakowań i przekonanie odbiorców, że przyjęta nomenklatura musi mieć źródło w naszych systemach informatycznych, a nie ich przyjętej wizji znakowania.

Obecnie skupiamy się na opracowaniu jednolitych danych klientów na opakowaniu jednostkowym, zbiorczym i transportowym i uzupełnianiu brakujących elementów np. kanału komunikacji elektronicznej, który został wskazany w Rozporządzeniu. 

Klienci — podobnie jak my — nie mieli i nie mają dodatkowych osób, które by się tematem zajęły. Robią to osoby, które najczęściej pracują w działach zakupów, sprzedaży i kontroli jakości. To powoduje, że bieżące zadania, czasami nowe wdrożenia produktów przekładane są na późniejsze terminy.

Sieci handlowe, podobnie jak inni odbiorcy marek własnych oczekują wielokrotnie danych, które są niezbędne do podania, ale np. w roku 2030, a dziś nie ma nawet jeszcze przyjętych kryteriów ich oceny. Nie skupiają się na minimalnym zakresie, jaki wskazały przepisy na bieżący rok: opracowanie dokumentacji opakowaniowych, ustalenie ról w łańcuchu dostaw, identyfikowalności opakowań, spełnienia limitów substancji np. stężenie metali ciężkich. Na szczęście pracuję w branży chemicznej i temat PFAS, istotny od tego roku w opakowaniach mających kontakt z żywnością mojej firmy nie dotyczy.

Jakie koszty generuje dostosowanie już istniejących zapasów opakowań i wyrobów gotowych do nowych wymogów? Czy można dziś oszacować, o ile może wzrosnąć koszt jednostkowy produktu?

Stany opakowań czy wyrobów gotowych z brakami wynikającymi z PPWR — np. brak właściwego oznaczenia wytwórcy lub części jego danych, brak numerów partii na wszystkich jednostkach opakowań — powinny być uzupełnianie o te dane. Trzeba takie materiały stickerować (ręcznie lub maszynowo naklejać etykiety, nalepki lub kody na towary, opakowania albo produkty) lub stemplować. To generuje dodatkowe koszty materiałów i robocizny, które nie były wliczone do kalkulacji cenowych i obniżają nasze marże. 

Co w praktyce stanie się z opakowaniami i wyrobami gotowymi wyprodukowanymi przed 12 sierpnia, ale wprowadzanymi do sprzedaży już po tej dacie? Czy przedsiębiorcy mają realną możliwość dostosowania takich zapasów bez ich utylizacji?

Dwa sposoby na uniknięcie utylizacji podałem wcześniej, tj. stickerowanie lub stemplowanie brakujących danych. Rozwiązaniem jest także dokument towarzyszący, w którym można zawrzeć brakujące dane.

Niestety tam, gdzie nie jest to możliwe, np. na małych opakowaniach w rodzaju torebek foliowych z bardzo cienkiego tworzywa, jedynym wyjściem będzie, niestety, utylizacja.

Czy brak okresu przejściowego i derogacji dla zapasów magazynowych może doprowadzić do realnego marnowania pełnowartościowych opakowań i produktów? Jak duża może być skala tego zjawiska?

O ocenę końcową skali tego zjawiska będę mógł się pokusić w końcu roku, gdy będziemy zamykać inwenturami magazyny.

Aktualnie dominujące jest przekonanie, że okres przejściowy wiele problemów by rozwiązał. Wyprzedane zostałyby bieżące stany opakowań i wyrobów gotowych, a następnie wdrożone zmiany w oznaczeniach i nadrukach.

Porównać można tę sytuację do tego, co działo się w przypadku przepisów o rozszerzonej liście alergenów w produktach kosmetycznych. Rozporządzenie Komisji (UE) z 2023 dotyczące alergenów zapachowych rozszerzyło listę publikowanych substancji z 26 do 80. Mieliśmy 3 letni okres przejściowy na wdrożenie tych przepisów. Zaczęły obowiązywać od 31 lipca 2026.

Był czas na zmiany dostosowania etykiet do przepisów i wyprzedaż gotowych produktów z magazynów. Poza tym produkty wprowadzone na rynek do końca lipca tego roku mogą zostać z niego wyprzedane do lipca 2028. W przypadku PPWR podobne rozwiązania byłyby bardzo przydatne.

PPWR ma ograniczać ilość odpadów opakowaniowych, tymczasem wskazuje Pan sytuacje, w których dostosowanie opakowania do nowych wymogów może oznaczać jego wyrzucenie. Czy w tym przypadku cele regulacji nie stoją w sprzeczności z praktyką jej wdrażania?

Cele PPWR rozłożone są w czasie i większość branży się z nimi zgadza. Zakładam, że kolejne etapy wdrażania nie będą budzić tak dużych emocji, jak start regulacji.

Największe obawy wynikają z sankcji, jakie proponowane są polskim projekcie ustawy o opakowaniach i odpadach opakowaniowych (UC100) wprowadzającym przepisy karne za recykling odpadów. 

Rozporządzenie PPWR mówi o tym, że kary mają być skuteczne, proporcjonalne i odstraszające (art. 68), a jedna z propozycji za brak dokumentacji technicznej opakowania lub wprowadzenia do obrotu produktu niezgodnego z PPWR przewiduje kary od 10 000 do 2 000 000. Jaka będzie decyzja, zależeć będzie od decyzji urzędnika. Nakładać je mają Wojewódzcy Inspektorzy Ochrony Środowiska oraz Inspekcja Handlowa. 

Jak ocenia Pan poziom przygotowania polskich firm do PPWR? Które ogniwa łańcucha dostaw są obecnie najlepiej przygotowane, a gdzie występują największe braki kompetencyjne?

Jestem pozytywnie zaskoczony „powszechną mobilizacją” polskich i zagranicznych firm, jeśli chodzi o PPWR. Może nieco spóźnioną, ale nadrabiamy stracony czas. Podobnie jak KE, która w sierpniu wydała kolejne wyjaśnienia do Rozporządzenia. Pomocą w tematyce służy wiele podmiotów doradczych, z których usług firmy z każdego łańcucha dostaw korzystają.

Dzięki temu stan wiedzy ciągle się poprawia i trudno dziś wskazać sektory, w których braki kompetencyjne byłyby największe.

Problemem stają się zatory w agencjach opracowujących zmiany na opakowaniach, co skutkuje łańcuchem opóźnień na każdym etapie produkcji.  Na końcu mogą pojawiać się braki w dostępności produktów na półkach sklepowych.

Jakich zmian w interpretacji lub wdrażaniu PPWR oczekiwaliby Państwo od regulatorów i klientów, aby ograniczyć chaos, koszty oraz ryzyko milionowych sankcji? Czy Pana/Pani zdaniem potrzebne jest przesunięcie terminów lub wprowadzenie dodatkowych okresów przejściowych?

Brakuje ciągle jednoznacznych określeń niektórych elementów składowych, czy są produktem czy opakowaniem, a co za tym idzie czy będą podlegać opłatom opakowaniowym, czy też nie.

Wprowadzenie dodatkowego okresu przejściowego dałoby czas – poza rotacją opakowań bez obaw o sankcje - na przygotowanie systemów informatycznych do automatyzacji wielu procesów, wdrożenie zmian w dokumentacjach wewnętrznych i uporządkowania łańcucha dostaw.

Obawy budzą projektowane przepisy o rozszerzonej odpowiedzialności producentów (UC100) związane z centralizacją gospodarki odpadami i rządem wielkości podwyżki z tym związanych.

Koszty związane z wdrażaniem PPWR (badania, certyfikaty itp.) mogą także mieć wpływ na ceny opakowań, które z kolei przełożą się na ostateczne ceny proponowane naszym klientom. 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
08. wrzesień 2026 18:07