StoryEditor
Wywiady
19.05.2020 00:00

ANETA KRĘGLICKA: Dojrzałość daje mi siłę, dystans i niezależność

Aneta Kręglicka. Pierwsza kobieta z Europy Wschodniej, która w 1989 r. zdobyła tytuł Miss World. Pierwsza i jedyna Polka z tym tytułem.Modelka, fotomodelka, ale przede wszystkim business woman. Występuje w kampaniach reklamowych, które często tworzy i produkuje wraz ze swoim zespołem. Nie inaczej było w przypadku marki Yoskine, której jest ambasadorką.

Aneta Kręglicka. Pierwsza kobieta z Europy Wschodniej, która w 1989 r. zdobyła tytuł Miss World. Pierwsza i jedyna Polka z tym tytułem. Ukończyła studia ekonomiczne na Uniwersytecie Gdańskim oraz doktoranckie w Szkole Głównej Handlowej. Przez rok pracowała w Stanach Zjednoczonych dla nowojorskiej agencji Wilhelmina. Po powrocie do Polski założyła jedną z pierwszych agencji reklamowych ABK Kręglicka. Obecnie jest współwłaścicielką studia filmowego St. Lazare oraz prowadzi agencję reklamową Hannah Hooper. Modelka, fotomodelka, ale przede wszystkim business woman. Występuje w kampaniach reklamowych, które często tworzy i produkuje wraz ze swoim zespołem. Nie inaczej było w przypadku marki Yoskine, której jest ambasadorką.

Czy często wraca Pani wspomnieniami do wyborów Miss Świata? Czy to wydarzenie zajmuje szczególne miejsce w Pani życiu i w pamięci?

Do konkursu zawsze miałam stosunek ambiwalentny. Natomiast po latach – w tym roku minęło 30 lat – patrzę na to wydarzenie sentymentalnie. Startowanie w konkursie nigdy nie było w moich planach, to się zdarzyło przypadkowo, spontanicznie. Na fali namów koleżanek, przyjaciół i rodziny, zainspirowana przez nich, a nie do końca sama przekonana, wzięłam w nim udział „z marszu”. Potem z eliminacji na eliminację zdobyłam tytuł Miss Polonii, później tytuł I wicemiss Miss International w Tokio, aż wreszcie Miss World w Hongkongu.

Kiedy otrzymuje się tytuł Miss Świata łatwo można się poczuć oszołomionym…

To prawda, ale w moim przypadku nie było to oszołomienie, które prowadzi do chęci bycia gwiazdą. Popularność sprawiła, że się jej trochę przestraszyłam. Nigdy o nią nie zabiegałam, nigdy to nie był mój cel, nigdy nie chciałam w ten sposób na siebie zwracać uwagi. Nagle stałam się osobą rozpoznawalną. W pewnym momencie to mnie przerosło, popularność przeszkadzała mi w normalnym życiu. Mimo całego sukcesu, tego, że ludzie byli dla mnie bardzo życzliwi, że tak spontanicznie i cudownie przeżywali fakt mojego zwycięstwa w konkursie, były momenty, że żałowałam, że wzięłam w nim udział.

Chyba nie ma Pani natury celebrytki?

Nie jestem charakterologicznie osobą nadającą się do show-businessu. Oczywiście się w nim pojawiam, głównie z racji tego, że jestem zapraszana do różnych projektów jako ambasadorka. Tak, jak do 40. roku życia nie brałam udziału w żadnych reklamach, tak od tego momentu postanowiłam dać sobie zielone światło na takie działania. Udział w tego rodzaju projektach wiąże się z jakością mojego wizerunku, który przez lata wypracowałam, zbudowałam i który jest przez marki ceniony. To jest moja ekspozycja publiczna, dlatego też bardzo poważnie do tego podchodzę. Moi partnerzy bardzo szybko przekonują się, że jestem osobą bardzo wymagającą. Zależy mi na tym, żeby wszystkie projekty, w których biorę udział, były na wysokim poziomie i żebyśmy, wspólnie budując markę, nie deprecjonowali tego, co do tej pory sama wypracowałam.

Z racji obowiązków wynikających z bycia ambasadorką danej marki uczestniczę w różnych wydarzeniach. Natomiast z natury celebrytką nie jestem, kompletnie nie zależy mi na takiej popularności – być żeby być, żeby brać udział w licznych reality show, na fali popularności poprowadzić spotkanie, konferencję, wziąć udział w reklamie – nie jest to moje być albo nie być. Tego rodzaju popularność byłaby dla mnie krępująca.

Wiem, że jest Pani bardzo aktywna w zawodowym życiu. Prowadzi Pani agencję reklamową, jest Pani współwłaścicielką studia filmowego, projektuje Pani swoje kolekcje modowe, a ostatnio swoją energię i uwagę oddała Pani także marce Yoskine. Proszę opowiedzieć, co w życiu zawodowym jest dzisiaj dla Pani priorytetem?

Od 28 lat jestem dla siebie pracodawcą, prowadzę własną firmę. Na co dzień zajmuję się budowaniem strategii komunikacji marek. Wspieram je merytorycznym consultingiem, a czasem jestem zapraszana do współtworzenia samych marek czy produktów – to jest moje główne zajęcie, które daje mi satysfakcję i ogromne poczucie niezależności. Nie mówię o tym dużo, bo zwykle show-businessu ani dziennikarzy nie interesuje to, czym się zajmuje. Mam też klientów, którym zupełnie nie zależy na promocji i na byciu w kolorowych pismach, w związku z tym o wielu projektach, które realizuję w Polsce czy za granicą, nie rozmawiam publicznie.

Jakich projektów najchętniej się Pani podejmuje?

Jestem dzisiaj w takim momencie życia, że mam więcej odwagi do tego, żeby wchodzić na nieznany grunt, podejmować się projektów z pozoru nie dla mnie. Prowadząc agencję komunikacji, współpracuję z firmami z różnych branż, od modowych przez kosmetyczne po rurociągi. Dzięki temu bardzo dużo się uczę, bo podstawą każdej kampanii jest dogłębne poznanie branży, firmy, konkretnego produktu, wtedy można zaproponować nieschematyczne rozwiązania.

W nawiązaniu do nauki – nie tak dawno skończyła Pani kolejne studia.

Rzeczywiście cały czas się uczę. W wieku czterdziestu paru lat skończyłam studia doktoranckie, na które poszłam z chęci uporządkowania wiedzy ekonomicznej, bo przecież na studiach magisterskich uczyłam się jeszcze ekonomii socjalizmu. Potrzebowałam więc świeżej wiedzy i kontaktu z młodymi ludźmi oraz chciałam powrotu do nauczania akademickiego. Założyłam sobie, że jeśli poznam na studiach mentora, który mnie zafascynuje jakimś tematem, to doktorat zrobię, ale tak się nie stało. Jeśli podejmuję się jakiś zadań, zawsze robię to po coś. Uznałam więc, że ten etap skończyłam. Mam dyplom ukończenia studiów, tytułu doktora nie potrzebowałam tylko po to, żeby się dowartościować.

To brzmi dość stanowczo.

Chyba jestem stanowcza. Wydawało mi się, że z wiekiem będę bardziej kompromisowa, ale tak się nie stało. Dzisiaj właściwie w ogóle nie robię rzeczy, do których nie jestem przekonana. Jeśli chodzi o życie zawodowe, praktycznie nie idę na kompromisy. Może z racji tego, że mam większe doświadczenie, wiem, co chcę robić, wiem, że chcę pracować z ludźmi, którzy dają mi pozytywną energię. Otaczać się ludźmi, którzy mnie doceniają, a nie tylko chcą wykorzystać w taki komercyjny sposób jako element swojej kampanii. Jestem typem mrówki robotnicy, wszystko to, co mam, poza tytułem Miss Świata, który mi trochę spadł z nieba, wypracowałam sama. Chociaż nie, kiedy przystąpiłam do konkursu – kończyłam studia, znałam dwa języki, czułam się swobodnie. Byłam młodą, ale już ukształtowaną kobietą.

Czy jest Pani wymagająca?

Bardzo dużo wymagam od siebie i tak samo od moich partnerów w biznesie. Bardzo pilnuję tego, żeby obie strony realizowały to, na co się umówiliśmy, i żeby obie strony miały z tego korzyść. To ma być wspólny sukces, mój i firmy, z którą współpracuję. Stawiam twarde warunki. Dlatego już na samym początku ostrzegam, że jestem wymagającym partnerem. Ale nie sfochowaną gwiazdą, bo taka w ogóle nie jestem.

Czego Pani nie toleruje?

Dwulicowości, nierzetelności, bylejakości – szczególną uwagę zwracam na to, czy firmę, z którą podejmuję współpracę, stać na pewien poziom produkcji oraz doprowadzenie projektu do końca. Jeśli nie, wolę z niego zrezygnować.

A ja myślałam, że jest Pani nieśmiała, spokojna.

Nie jestem taka spokojna!

Już teraz wiem, bardzo dużo Pani mówi. I szybko.

To prawda (śmiech). Często spotykam się z opinią, że jestem wycofana, chłodna. Ktoś, kto mnie nie zna, faktycznie może odnieść takie wrażenie, ponieważ oszczędnie podchodzę do tego, w jaki sposób pokazuję się publicznie. I znowu – nie dlatego, że jakoś sztucznie się kontroluję, tylko dlatego że nie mam potrzeby odsłaniania wszystkim siebie prywatnej. Natomiast ci, którzy ze mną pracują na co dzień, wiedzą, że jestem osobą temperamentną. Mam spore poczucie humoru, o którym też wiele osób nie wie.

Zawsze kojarzyła mi się Pani z wyrafinowaniem, elegancją.

To fakt, bardzo dbam o pewien rodzaj szlachetności, taką siebie pokazuję w reklamach i taka też jestem.

Nie lubi Pani być jednak postrzegana przez pryzmat swojej urody.

Moja popularność wyrosła na fali urody. A ja miałam do tego ogromny dystans. Nigdy nie myślałam o sobie w tych kategoriach, że jestem osobą piękną, atrakcyjną, nie myślałam o pracy w filmie, w modelingu. To zdarzyło się przez przypadek. W domu nie wychowywano mnie w ten sposób, nie mówiono „jaka jesteś piękna”. W związku z tym w ogóle nie widziałam siebie w tym kontekście. A potem, przez te 30 lat, praktycznie każdy, kto przychodził do mnie w sprawie wywiadu, najczęściej chciał rozmawiać o urodzie, o konkursie Miss Świata i o modzie. O tym, co w sposób automatyczny kojarzy się ze mną. Ludzie postrzegają mnie w inny sposób, niż ja sama siebie widzę.

Może dzieje się tak dlatego, że najbardziej jest Pani kojarzona z kampaniami dla marek modowych i bywa Pani na pokazach mody. Jeśli można Panią zobaczyć w plotkarskich rubrykach, to są to głównie zdjęcia z pokazów polskich projektantów, chociaż ostatnio też sensację wzbudziło to, że na Instagramie pokazała Pani zdjęcia ze swojego domu.

Zawsze interesowałam się modą. Projektuję też meble na własny użytek i stawiam je w swoim domu. Lubię to i zajmuję się tym hobbystycznie. Nigdy wcześniej nie projektowałam ubrań ani butów, ale czuję w sobie pewien potencjał. Okazało się, że we współpracy z konstruktorami, którzy są profesjonalistami w tej branży, udawało się przenieść moją ideę, kreację na produkt. Powiem szczerze, że są to są właśnie projekty moich marzeń, udział w tworzeniu produktu mnie fascynuje. Przy okazji pomagam w budowaniu pomysłu na komunikację, współuczestniczę w tworzeniu kampanii. Tak właśnie było w przypadku marki Yoskine.

Jak duży miała Pani wpływ na tę kampanię?

Pomysł wyszedł z mojej firmy i moja firma wyprodukowała całą kampanię, zarówno film reklamowy, jak i sesję fotograficzną. Zaprosiłam do współpracy realizatorów, którym ufam. Mieliśmy bardzo mało czasu na realizację, zależało mi na tym, aby w zespole znaleźli się ludzie, którzy mogą na sobie polegać. Stworzyliśmy dla Yoskine propozycję filmu, scenografię, inscenizację. Podobnie było z kampanią fotograficzną. Zaproponowałam różne jej odsłony, pojawił się m.in. pomysł na czarno-białe zdjęcia. Kiedy patrzy się na kampanie firm kosmetycznych, to sporo dzieje się w reklamach zapachów, mniej w segmencie produktów pielęgnacyjnych – kampanie są dość zachowawcze. W przypadku Yoskine szukaliśmy złotego środka, żeby nie stracić aspektu komercyjnego – na pierwszym planie jest produkt – a zarazem dać marce walor szlachetności i klasy, żebym była w tej kampanii ja, taka, jaką jestem, ja prawdziwa.

Co Panią przekonało do współpracy z marką Yoskine i przyjęcia roli ambasadorki?

Zaskoczę Panią. Otóż firmę Dax Cosmetics znam od ponad 20 lat. W 1992 r., zaraz po powrocie do Polski, po wygraniu konkursu Miss Świata, założyłam jedną z pierwszych agencji reklamowych ABK Kręglicka. Organizowałam wtedy konkurs ABK Lady, w którym brały udział polskie firmy z różnych branż, m.in. z kosmetycznej i odzieżowej. Jury wyłaniało marki, które w danym roku wyprodukowały, stworzyły coś wyjątkowego. I właśnie firma Dax Cosmetics też wzięła udział w tym konkursie. Wtedy poznałam założycieli firmy i pierwszych właścicieli. Teraz, kiedy firma zwróciła się do mnie z propozycją współpracy, to pierwsza reakcja była emocjonalna, pomyślałam, że jest to sygnał, takie zatoczenie koła. Drugi argument – obserwowałam, co marka robi, jakie prowadzi kampanie i z kim do tej pory współpracowała. To było dla mnie bardzo ważne. Następny, a może najistotniejszy punkt to produkt – jaki jest, jak firma do niego podchodzi, jak o niego dba. Marka Yoskine jest związana z firmą japońską, składniki pochodzą z Japonii, a wiemy, że ten rynek, jeśli chodzi o kosmetologię, jest bardzo rozwinięty, mają znakomite formuły i komponenty do kosmetyków. Bardzo istotne było też dla mnie to, że firma nadal produkuje w Polsce. Do tej pory byłam zawsze związana z markami polskimi, wyjątkiem była kampania BMW. Głównie promowałam polskie marki i produkty. Poznałam też wcześniej osoby z firmy Dax Cosmetics, z którymi mam przyjemność pracować, i było pomiędzy nami zrozumienie.

Czy miała Pani okazję wypróbować produkty przed kampanią?

Tak, testowałam linie Imperial i Okinawa. Teraz testuję Yoskine Glass Look – chociaż są to produkty dla młodszych dziewczyn oraz najnowszą serię Yoskine Geisha Gold Secret. Najbardziej przypadły mi do gustu kawiorowa Okinawa i bogata w japońskie składniki Geisha Secret, ale co ciekawe Yoskine Glass Look też jest dla mnie świetna. Odpowiada mi konsystencja kremów Yoskine, lubię nieco cięższe, kremowe, a nie lejące się produkty. Podoba mi się też, że zostawiają one na skórze przyjemny, wilgotny film. Tak jak lubię matowy makijaż, ewentualnie z lekkim błyskiem na policzkach, tak muszę mieć poczucie nawilżonej skóry. Nie każdy krem to daje. A przetestowałam mnóstwo różnych produktów, różnych marek, polskich i zagranicznych, drogich, tanich. Mam delikatną, cienką, pergaminową skórę i nie jest mi łatwo znaleźć odpowiedni krem.

Jakie kosmetyki stosuje Pani na co dzień i uważa za niezbędne?

Szczególną uwagę zwracam na oczyszczanie i na nawilżanie skóry. Moje niezbędniki to odpowiedni płyn micelarny, serum, krem pod oczy i krem do twarzy. Bardzo często nakładam też maseczki. Uwielbiam takie maseczki, których nie trzeba ściągać, tylko wchłaniają się w skórę. Na co dzień chodzę bez makijażu. Robię go tylko wtedy, kiedy muszę, na oficjalne wyjścia, biznesowe spotkania. Najważniejsza jest dla mnie regularna pielęgnacja skóry. Dbam o to od wielu lat. A dziś jestem kobietą dojrzałą, więc szczególnie przywiązuję uwagę do tego, żeby moja skóra była nawilżona.

Myślę, że wiele kobiet zazdrości Pani nie tylko młodzieńczego wyglądu, ale też świetnej sylwetki. 

Figurę mam rzeczywiście wypracowaną jeszcze przez gimnastykę artystyczną, którą kiedyś trenowałam. Mam ogromną potrzebę ruchu. Bez sportu nie funkcjonuję. Lubię ćwiczenia wysiłkowe. Głowa odpoczywa mi wtedy, kiedy się zmęczę fizycznie. Niedawno poszukałam też dla siebie nowego wyzwania sportowego i zaczęłam treningi, które są rodzajem tai chi – dokładnie ta metoda nazywa się calligraphy. Polega na równoważeniu w sobie energii, a w konsekwencji regeneracji narządów wewnętrznych. Ma ona pomóc mi zrelaksować się, wyciszyć, trochę zwolnić, okiełznać energię, która mnie rozpiera. Szukam balansu. Wykonuję więc zarówno ćwiczenia siłowe, jak i relaksacyjne, ćwiczę cztery razy w tygodniu. Chcę się czuć jak najdłużej sprawna, chcę być zdrowa, mieć lekki chód, być zadbana – to jest dla mnie priorytet i motywacja.

Co daje Pani dojrzałość?

Siłę, dystans, niezależność. Lata młodości minęły, ale mam przekonanie, że pełnią życia żyję teraz. Że pewną swobodę osiągnęłam właśnie wraz z dojrzałością. Kiedyś musiałam wiele rzeczy robić, bo byłam w pędzie, miałam duży zespół pracowników pod sobą, byłam za nich odpowiedzialna, pragnęłam zawodowego sukcesu.  Dzisiaj muszę nadal pracować, starać się o kontrakty, dbać o klientów, ale podchodzę do tego już z większym dystansem, spokojnie i bez wcześniejszego obciążenia. Wiem, że wszystkie decyzje, które podejmuję zawsze należą do mnie i ta świadomość daje mi ogromną siłę. Dzisiaj jestem też pewniejsza siebie, wiem, jakim jestem człowiekiem.

Co chciałaby Pani przekazać kobietom, które muszą sobie dziś radzić z wieloma rolami w społeczeństwie i wyzwaniami?

Przede wszystkim chciałabym powiedzieć młodym dziewczynom, że zawsze trzeba mieć plan na swoje życie. On się może wiele razy kompletnie zmienić, ale trzeba mieć plan na start – co chcę robić, jak chcę się rozwijać, w czym chcę być dobra, dokąd chcę dojść. Mieć pomysł na siebie – to bardzo ważne dla współczesnej kobiety. Dla mnie podstawą jest też niezależność, zarówno w relacjach zawodowych, jak i prywatnych – cokolwiek by się działo, muszę mieć poczucie, że stoję na własnych nogach, że sobie poradzę. To mi daje poczucie bezpieczeństwa.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
13.02.2026 13:27
Bogusława Domańska, Mateusz Jeglejewski, Quiz Cosmetics (PPH BIM): Następuje atomizacja klienteli dla private label
Quiz Cosmetics

Model private label oparty na dużych, jednorazowych wolumenach traci dziś dominującą pozycję na rzecz mniejszych serii, testowania rynku i ścisłej współpracy producenta z marką. W rozmowie z Mateuszem Jeglejewskim, Dyrektorem Generalnym PPH BIM, oraz Bogusławą Domańską, Business Development & Marketing Manager, sprawdzamy, jak wysyp nowych marek kosmetycznych zmienia rentowność, planowanie mocy produkcyjnych i rolę producenta private label — oraz dlaczego w 2026 r. elastyczność i kompetencje doradcze mogą być ważniejsze niż sama skala.

Jeszcze kilka lat temu private label obsługiwał mniejszą liczbę klientów z dużymi wolumenami. Czy w 2026 r. model „więcej klientów – mniejsze serie” stanie się nową normą?

Mateusz Jeglejewski — Dyrektor Generalny PPH BIM: Tak — i powiedziałbym nawet, że to już się dzieje. Rynek kosmetyczny przeszedł z myślenia o dużych, jednorazowych wolumenach do modelu ciągłego testowania. Oczywiście wciąż są na rynku duże brandy i firmy, które z powodzeniem korzystają z private label i pracują na wysokich wolumenach, ale dziś widać wyraźnie, że marek jest więcej, a każda działa ostrożniej, etapami.

W 2026 r. producent private label musi być przygotowany na obsługę wielu klientów: z dużymi wolumenami, jak i z mniejszymi seriami.

Jak wysyp nowych marek kosmetycznych wpływa na rentowność i planowanie mocy produkcyjnych?

MJ: Z perspektywy biznesowej oznacza to większą presję na koszty pośrednie i planowanie. Rentowność coraz rzadziej wynika wyłącznie z wolumenu, a coraz częściej z jakości procesów, umiejętności przewidywania i elastycznego zarządzania mocami produkcyjnymi. Dlatego warto wychodzić nowym markom naprzeciw i oferować im możliwość startu z mniejszymi wolumenami.

Oczywiście ma to wpływ na cenę jednostkową, ale sama dostępność takiej opcji niesie ogromną wartość — pozwala markom wejść na rynek, a producentom budować relacje z klientami, którzy w przyszłości mogą się skalować. Kto tego nie opanuje, będzie miał problem ze stabilnością biznesu.

Czy te nowe marki private label oczekują wsparcia koncepcyjnego — insightów, trendów, storytellingu? Z czym do Was przychodzą?

Bogusława Domańska — Business Development & Marketing Manager: Zdecydowanie tak. Coraz rzadziej marka przychodzi z gotowym produktem — częściej mówi: zaproponuj nam coś, co pasuje do naszej marki albo wskaż kierunek, znając trendy i oczekiwania konsumentów. Wsparcie koncepcyjne, wiedza o trendach i zachowaniach konsumentów staje się naturalnym elementem współpracy z producentem.

image

Superdrug inwestuje 20 mln funtów w kosmetyki private label – chce konkurować z prestiżowymi markami

Dziś rynek jest ogromnie konkurencyjny — nie tylko lokalnie, ale także z powodu napływu produktów z Chin i innych rynków. Producenci, którzy potrafią doradzić, pokazać trendy i aktywnie wychodzić z propozycjami, stają się dla marki prawdziwym partnerem, zwiększając jej szanse na udany start i szybką reakcję na zmieniające się potrzeby rynku.

Poteoretyzujmy zatem: w jaki sposób zmienia się zarządzanie biznesem private label, gdy zamiast jednego klienta zamawiającego 20 tys. sztuk pojawia się dwóch klientów po 10 tys.? Czy to jest po prostu łatwa matematyka, podziel przez pół i gotowe?

MJ:  To nie jest proste dzielenie jednego zamówienia na dwa mniejsze. Dwa projekty oznaczają podwójną złożoność: inne receptury, opakowania, terminy i oczekiwania. W praktyce private label coraz bardziej przypomina firmę zarządzającą projektami niż klasyczną fabrykę. Bez uporządkowanych procesów i bardzo dobrej komunikacji z klientami ten model po prostu się nie spina.

Klient, który zamawia poniżej 20 tys. unitów to raczej drobna marka, z niewielką ofertą. Czy obserwujecie przesunięcie w stronę marek z bardzo wąskim portfolio?

BD: Tak, to wyraźny trend. Coraz więcej marek startuje z jednym lub kilkoma produktami, bardzo precyzyjnie odpowiadającymi na konkretną potrzebę konsumenta. To ważne, bo pozwala znaleźć swoją niszę i stać się w niej prawdziwym specjalistą. Osobiście bardziej przemawia do mnie taka marka — wyspecjalizowana, która dokładnie wie, co robi i potrafi pokazać wartość swojej oferty konsumentowi.

Jeśli tak, to podpowiedzmy innym: jak producenci private label powinni w 2026 r. wyceniać i konstruować oferty, aby małe serie były opłacalne?

MJ: Kluczem jest transparentność i etapowość. Małe serie zawsze będą droższe jednostkowo — i rynek zaczyna to coraz lepiej rozumieć. Dlatego w 2026 r. producenci private label muszą jasno komunikować strukturę oferty: które koszty są jednorazowe, a które powtarzalne. Przykładowo elementy takie jak wykrojniki czy dokumentacje to koszty startowe, ponoszone na początku współpracy, które przy kolejnych produkcjach nie obciążają już ceny jednostkowej produktu.

Takie podejście pozwala markom realnie zobaczyć zależność między pierwszą, droższą serią a kolejnymi, które wraz ze skalą stają się bardziej opłacalne. Jednocześnie producent zachowuje rentowność, a marka zyskuje poczucie kontroli i zrozumienia kosztów. To uczciwy, partnerski model, który sprzyja długofalowej współpracy, a nie jednorazowym projektom.

Czy wysyp tych nowych, zapewne niszowych marek to bardziej szansa, czy jednak ryzyko dla producentów private label? To brzmi jak groźba atomizacji rynku.

MJ: Jedno i drugie. Ryzyko wynika głównie z niestabilności zamówień — zdarza się, że kolejne serie pojawiają się później niż planowano lub w innych wolumenach niż zakładano. Dla producentów oznacza to konieczność elastycznego planowania mocy produkcyjnych i kontrolowania kosztów stałych, tak aby takie przesunięcia nie destabilizowały całego biznesu.

Z drugiej strony, pojawia się ogromna szansa. Wysyp nowych brandów to dostęp do kreatywnych konceptów, innowacyjnych produktów i odważnych strategii marketingowych. Dla producenta private label oznacza to możliwość budowania zdywersyfikowanego portfela klientów i skalowania marek.

image

Aldi chce konkurować z drogeriami? Dyskont zaprezentował kosmetyki na lato marki własnej

Kluczowa staje się też rola doradcza: producenci, którzy rozumieją trendy, potrafią wspierać marki w decyzjach produktowych i cenowych oraz łączyć elastyczność operacyjną z wiedzą o rynku, zamieniają potencjalne ryzyko w przewagę konkurencyjną.

Czy w 2026 r. przewagą konkurencyjną będzie zatem bardziej skala, czy elastyczność?

BD: Elastyczność — i to nie tylko w sensie produkcyjnym, ale przede wszystkim marketingowym i strategicznym. Duzi, stabilni partnerzy pozostają niezmienni, ale widzą w nas wtedy partnera, który ciągle opiniuje, doradza i wspiera rozwój ich portfolio. To buduje zaufanie i pokazuje, że producent private label nie jest tylko „fabryką”, ale aktywnym partnerem biznesowym. Z kolei elastyczność daje młodym markom możliwość testowania rynku, wprowadzania nowych konceptów i, jeśli projekt się sprawdzi, rozwijania kolejnych serii lub powrotu z nowymi pomysłami. Dzięki temu marki rosną razem z nami, budują dobre imię producenta i chętniej go polecają.

Producent, który potrafi reagować, doradzać i wychodzić z propozycjami zgodnymi z rynkiem, zyskuje realną przewagę konkurencyjną. To elastyczność marketingowa i strategiczna, a nie sama skala produkcyjna, będzie w 2026 r. największym atutem private label.

Czy dobrze zatem wnioskuję, że w warunkach rosnącej konkurencji między markami private label przestaje być czarnym pudełkiem, do którego wkłada się pomysł i wyjmuje produkt, a staje się partnerem strategicznym?

BD:  Zdecydowanie tak. Przy dzisiejszym poziomie konkurencji sama produkcja przestaje być wystarczającą wartością. Marki — szczególnie na początku swojej drogi — potrzebują partnera, który pomoże im przejść przez pierwsze 12–24 miesiące obecności na rynku, uporządkować ofertę i podejmować świadome decyzje produktowe. Producent private label, który rozumie nie tylko technologię, ale też realia sprzedaży, cen i oczekiwań konsumentów, realnie zwiększa szanse marki na przetrwanie i dalszy rozwój. 

Jednocześnie coraz ważniejsza staje się znajomość trendów — zarówno konsumenckich, jak i rynkowych. Jesteśmy bardzo blisko rynku, widzimy, jakie koncepty się powtarzają, które kierunki zyskują na znaczeniu i gdzie pojawiają się nowe potrzeby. Staramy się nie tylko odpowiadać na briefy klientów, ale też aktywnie wychodzić z propozycjami, inspirować i podpowiadać rozwiązania, które mają realne uzasadnienie rynkowe. To wszystko sprawia, że współpraca z private label coraz częściej ma charakter partnerski i długofalowy — oparty nie tylko na produkcji, ale na wspólnym budowaniu wartości marki.

Jakie kompetencje zdecydują w 2026 r. o tym, które firmy private label utrzymają rentowność i wzrost?

BD: Szczególnie istotne będą kompetencje marketingowe i głębokie rozumienie konsumenta. To pozwala być prawdziwym partnerem B2B na każdym etapie współpracy. Robimy wszystko, by wdrożyć w życie oczekiwania partnera i stworzyć produkty zgodne z jego wizją, a w razie potrzeby doradzamy najlepiej, jak potrafimy, wskazując kierunki zgodne z trendami i rynkiem.

MJ: Do tego dochodzi elastyczność operacyjna i infrastrukturalna. Firmy, które potrafią działać dwutorowo — stale rozwijać się i dopasowywać do dużych wolumenów, a jednocześnie pamiętać o młodych markach testujących rynek w mniejszych seriach czy limitowanych edycjach — zyskają przewagę konkurencyjną. Ważne jest, by procesy były zoptymalizowane, powtarzalne i elastyczne, tak aby reagować na zmiany w popycie, wolumenach i trendach, jednocześnie dając klientom poczucie wsparcia i partnerstwa.

 

 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
30.01.2026 11:17
Karolina Starmach, Dela Cosmetics: Unijne regulacje są impulsem do innowacji kosmetycznych, a nie barierą rozwoju
Karolina Starmach, export manager w Dela Cosmeticsmat.pras.

Nie da się dziś konkurować globalnie, oszczędzając na R&D. Firmy kosmetyczne muszą zaakceptować fakt, że inwestycje w reformulacje są stałym elementem biznesu, a nie jednorazowym kosztem. Z mojego doświadczenia wynika jednoznacznie, że unijne regulacje są impulsem do innowacji, w długiej perspektywie wzmacniając konkurencyjność europejskich – w tym też polskich – producentów – uważa Karolina Starmach, export manager w firmie Dela Cosmetics.

Przez pięć lat pracowała pani jako technolog, poznając branżę kosmetyczną od najdrobniejszych – i to dosłownie – podstaw. W jaki sposób dogłębna znajomość receptur i procesu produkcji wpływa dziś na rozmowy z zagranicznymi partnerami i budowanie zaufania do marki kosmetycznej? W czym takie doświadczenie pomaga?

Dogłębna znajomość receptur i procesów produkcyjnych realnie skraca dystans w rozmowach z zagranicznymi partnerami. Przez pięć lat pracy jako technolog nauczyłam się myśleć o produkcie nie tylko marketingowo, ale przede wszystkim procesowo i jakościowo. Dziś, jako export manager, mogę prowadzić rozmowy również na poziomie merytorycznym, co znacząco zwiększa wiarygodność firmy. W praktyce oznacza to, że partnerzy szybciej podejmują decyzje, bo widzą, że po drugiej stronie jest osoba, która rozumie ryzyka technologiczne, ograniczenia surowcowe i regulacyjne. To buduje zaufanie do producenta, a nie tylko do samego produktu. 

Unia Europejska regularnie wprowadza ograniczenia, dotyczące stosowania określonych składników. Jak te regulacje wpływają na konkurencyjność europejskich, w tym polskich, producentów kosmetyków na rynkach międzynarodowych? Czy producenci traktują te regulacje jako bariery w rozwoju czy jako impuls do ciągłych innowacji?

Z mojego doświadczenia wynika jednoznacznie, że unijne regulacje są impulsem do innowacji, a nie barierą rozwoju. Oczywiście wymagają one dużych nakładów pracy, ale w długiej perspektywie wzmacniają konkurencyjność europejskich producentów. Firmy działające w UE uczą się projektować produkty bardziej świadomie, bezpiecznie i przyszłościowo. Dzięki temu na rynkach międzynarodowych europejskie – w tym polskie – kosmetyki są postrzegane jako bardziej zaawansowane technologicznie i godne zaufania. To bardzo silny argument eksportowy. 

Zakazy i ograniczenia dotyczące składników często oznaczają konieczność reformulacji obecnych na rynku produktów. Jak firmy kosmetyczne mogą pogodzić rosnące koszty R&D z oczekiwaniami rynków zagranicznych, dotyczącymi ceny i jakości?

Nie da się dziś konkurować globalnie, oszczędzając na R&D. Firmy kosmetyczne muszą zaakceptować fakt, że inwestycje w reformulacje są stałym elementem biznesu, a nie jednorazowym kosztem. Kluczowe jest jednak rozsądne zarządzanie tym procesem: projektowanie formulacji w taki sposób, aby były możliwie „odporne” na przyszłe zmiany regulacyjne oraz skalowalne na różne rynki. W ten sposób koszty R&D stają się inwestycją, która zwraca się w postaci dłuższego cyklu życia produktu i większej elastyczności eksportowej.  

image

Dorota i Wojciech Soszyńscy, Oceanic: Branża kosmetyczna nie wybacza zastoju [ROCZNIK WK 2025/26]

Czy doświadczenie technologiczne pomaga pani lepiej odpowiadać na pytania i obawy dystrybutorów dotyczące bezpieczeństwa, skuteczności i zgodności produktów z lokalnymi przepisami? Czy wiedza techniczna i technologiczna pomaga w sprzedaży B2B?

Tak – i to w sposób fundamentalny. W sprzedaży B2B, szczególnie w eksporcie, decyzje nie są podejmowane wyłącznie na podstawie ceny czy estetyki produktu. Dystrybutorzy oczekują konkretnych, rzetelnych odpowiedzi dotyczących bezpieczeństwa, stabilności, skuteczności i zgodności z lokalnym prawem. Moje doświadczenie technologiczne pozwala prowadzić rozmowy na poziomie faktów, a nie ogólników. To znacząco przyspiesza proces sprzedaży i zwiększa zaufanie do producenta jako długoterminowego partnera. 

Dlaczego pani zdaniem eksport, czyli ekspansja zagraniczna, nie jest już opcją dla działalności, ale często staje się koniecznością dla producentów kosmetyków? Jak szukacie takich nowych rynków zbytu?

Rynek lokalny, nawet jeśli dynamiczny, nie jest dziś wystarczający, aby zapewnić stabilny rozwój producenta kosmetyków. Eksport przestał być dodatkiem do działalności – stał się jej naturalnym kierunkiem. Dla firm takich jak Dela Cosmetics, które oferują wysoką jakość i elastyczność produkcyjną, ekspansja zagraniczna jest logicznym krokiem. Nowych rynków nie szukamy przypadkowo – analizujemy ich potencjał regulacyjny, potrzeby konsumenckie i dojrzałość rynku private label. 

image

P-beauty Made in Poland może osiągnąć sukces [ROCZNIK WK 2025/26]

Czym firma powinna się kierować przy wyborze nowych rynków eksportowych: wielkością rynku, trendami konsumenckimi i modami, barierami regulacyjnymi czy dopasowaniem do DNA marki? 

Przy wyborze nowych rynków eksportowych najważniejsze jest dopasowanie do kompetencji producenta i DNA marki, a nie sama wielkość rynku czy chwilowe trendy konsumenckie. Duży, modny rynek może wyglądać atrakcyjnie w analizach, ale jeśli nie jest gotowy na oferowaną jakość, poziom cenowy lub model współpracy, bardzo szybko staje się kosztownym błędem strategicznym. 

Z perspektywy producenta kosmetyków kluczowe jest realistyczne spojrzenie na własne możliwości: zaplecze technologiczne, elastyczność produkcji, gotowość do adaptacji receptur oraz zdolność spełnienia lokalnych wymogów regulacyjnych. Rynek, który wymaga całkowitej zmiany portfolio lub modelu biznesowego, rzadko jest dobrym punktem startowym dla eksportu. W Dela Cosmetics nowe rynki analizujemy wielowymiarowo. Oczywiście bierzemy pod uwagę wielkość rynku i potencjał sprzedażowy, ale traktujemy je jako warunek konieczny, a nie decydujący. Znacznie ważniejsze są dojrzałość rynku private label, świadomość konsumentów, stabilność regulacyjna oraz dostęp do rzetelnych partnerów dystrybucyjnych. 

Co pomaga najlepiej w eksploracji nowych rynków? Targi, stowarzyszenia, eventy branżowe?

W eksploracji nowych rynków kluczową rolę odgrywają targi i bezpośrednie spotkania branżowe. To właśnie tam można szybko zweryfikować realne zainteresowanie produktem, poziom wiedzy potencjalnych partnerów oraz ich podejście do jakości i zgodności regulacyjnej. Żadne raporty czy analizy nie zastąpią rozmów twarzą w twarz, podczas których bardzo szybko widać, czy dana współpraca ma potencjał długoterminowy. Istotnym wsparciem są również stowarzyszenia branżowe i lokalne instytucje wspierające eksport, jednak traktujemy je jako narzędzie uzupełniające. Decydujące znaczenie ma zawsze praktyczna weryfikacja rynku – rozmowy, testowe projekty i stopniowe budowanie obecności, zamiast gwałtownej ekspansji bez zaplecza operacyjnego. 

Jak bardzo trzeba dziś dostosowywać produkt (pod kątem składu, komunikacji z rynkiem i konsumentem, opakowania) do lokalnych rynków? Czy i gdzie jest granica między adaptacją a utratą spójności, DNA marki?

Produkt musi być dostosowany do lokalnych rynków, szczególnie pod kątem składu i komunikacji, ale nie może tracić swojej tożsamości. Granica adaptacji przebiega tam, gdzie zmiany zaczynają rozmywać to, co stanowi o unikalności marki. 

Najlepsze efekty osiągają firmy, które potrafią zachować spójny rdzeń produktu, jednocześnie elastycznie reagując na lokalne potrzeby. To wymaga bardzo dobrej współpracy działów technologii, sprzedaży i marketingu. 

image

Diagnoza innowacyjności branży kosmetycznej. Co wynika z badania PZPK?

Jakie największe różnice regulacyjne zauważa Pani pomiędzy rynkiem UE a rynkami pozaeuropejskimi (np. Ameryki, Azja) i jak wpływają one na strategię eksportową firmy?

Największą różnicą jest brak jednolitości regulacyjnej poza UE. Podczas gdy Unia Europejska oferuje spójne ramy prawne, rynki takie jak USA czy Azja wymagają indywidualnego podejścia do każdego kraju, a czasem nawet regionu. To bezpośrednio wpływa na strategię eksportową – zmusza producentów do większej elastyczności technologicznej i bardzo dobrego przygotowania dokumentacyjnego. Firmy, które nie mają zaplecza technologicznego, często nie są w stanie skalować eksportu poza Europę. 

Jak Pani ocenia potencjał polskich marek kosmetycznych, jaką mają opinię na świecie? Co z perspektywy eksportu może okazać się największym wyzwaniem (a może i szansą?) w najbliższych latach? Czym polscy producenci mogą konkurować na świecie?

Polskie marki kosmetyczne mają bardzo duży, wciąż niewykorzystany potencjał eksportowy. Są coraz lepiej postrzegane jako producenci oferujący dobrą jakość, nowoczesne składy i rozsądny poziom cen. Największym wyzwaniem będzie dalsze różnicowanie się na tle globalnej konkurencji. Jednocześnie jest to ogromna szansa – polscy producenci mogą konkurować elastycznością, zapleczem technologicznym, szybkością reagowania na trendy i bardzo dobrą znajomością regulacji.

Marzena Szulc
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
20. luty 2026 14:00