StoryEditor
Wywiady
11.06.2025 08:41

Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość

Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość
Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość / Materiał Partnera
Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość
/ Materiał Partnera
Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość
/ Materiał Partnera
Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość
/ Materiał Partnera
Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość
Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość
Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość
Krzysztof Chwesiuk, MyAsia: Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość
Gallery

Krzysztof Chwesiuk, właściciel firmy MyAsia, 12 lat temu sprowadził do Polski koreańską markę Holika Holika. Dziś ma licencję na jej sprzedaż i reprezentowanie w całej Europie. Zainwestował w nowy magazyn, usprawnił procesy logistyczne, wprowadził też własną markę Moee i zbudował drugą nogę biznesu. Produkuje stoiska targowe i materiały POS z ekologicznego, recyklowanego kartonu. Rozmawiamy o tych inwestycjach, o pozycji marki Holika Holika w Polsce i na świecie, a także o konkurencji, która może być dobra.

Myślę, że trudno byłoby znaleźć w Polsce osobę, która – interesując się choć trochę kosmetykami – nie znałaby marki Holika Holika. Natomiast mało wiadomo o tym, jak marka trafiła do Polski i o firmie, która zbudowała tu jej pozycję. Proszę o tym opowiedzieć. Skąd wzięło się u Pana zainteresowanie koreańskimi kosmetykami?

Początki naszej przygody z marką Holika sięgają 2012 roku. Moja żona, która jest z wykształcenia biologiem, zauważyła, że w zachodnich mediach społecznościowych zaczęto pisać o kosmetykach azjatyckich, szczególnie koreańskich. Wyraźnie zaczął wyłaniać się z tych publikacji trend, moda na kosmetyki koreańskie. Korea słynęła – i słynie nadal – z kosmetyków profesjonalnych dedykowanych do zabiegów kosmetycznych oraz stosowanych na skórę po oparzeniach czy po inwazyjnych zabiegach. Ta dobra opinia przeniosła się też na marki dostępne w masowej sprzedaży. Kosmetyki koreańskie postrzegane były jako produkty jakości premium, ale w przystępnej cenie.

Podjęliśmy wówczas próby kontaktu z różnymi producentami koreańskimi. Otrzymywaliśmy od nich życzliwe odpowiedzi, ale z informacją, że rynek europejski nie jest w spektrum ich zainteresowania. Rynek azjatycki obejmujący region APAC, czyli kontynent azjatycki oraz kraje i terytoria leżące w regionie Pacyfiku, to był core ich biznesu. Jedyną firmą, która zainteresowała się naszą propozycją była firma Enprani, która jest właścicielem marki Holika Holika i później wszystko dość szybko się potoczyło. Właściciele marki stwierdzili, że skoro chcemy wprowadzać ją do obrotu i ponosić tego konsekwencje finansowe, to dlaczego mieliby tej współpracy nie rozpocząć.

Dziś sprzedajemy markę Holika Holika w całej Europie, jesteśmy oficjalnym dystrybutorem marki z uprawnieniami wyłączności na niemal wszystkie kraje Europy. Posiadam również licencje na znaki towarowe Holika Holika, wpisane do EUIPO. Jest to dużym ewenementem – dostaliśmy olbrzymi kredyt zaufania od producenta marki.

image
Materiał Partnera

Co daje posiadanie takiej licencji?

Nasza współpraca z Enprani nie polega wyłącznie na dystrybucji marki, ale również obsłudze formalno-prawnej. Reprezentujemy markę w sądzie w sprawach o naruszenie praw własności, czyli mówiąc wprost związanych z podrabianiem jej produktów. Mamy za sobą kilka spraw wygranych w Polsce i w Europie.

Licencja jest znaczącym dokumentem uwiarygadniającym podczas rozmów biznesowych. Partnerzy handlowi mają pewność że produkt, który wprowadzają do sprzedaży jest w stu procentach autentyczny i legalny. Licencja ułatwia nam też tworzenie i szybką akceptację materiałów marketingowych, prowadzenie kampanii reklamowych.

Bardzo mocno aktywizujemy nasze działania za granicą, współpracujemy z sieciami nowoczesnymi oraz z lokalnymi dystrybutorami. Posiadanie licencji na znaki towarowe bardzo pomaga nam w prowadzeniu biznesu w ten sposób. Dystrybutor, który z nami współpracuje, podpierając się licencją, błyskawicznie wprowadza Holikę do sieci handlowych i to powoduje, że sprzedaż na zagranicznych rynkach rośnie nam w znakomitym tempie.

Od kilku lat wystawiamy się także na targach Cosmoprof w Bolonii i w Dubaju. W ten sposób trafiają do nas klienci z całego świata.

Myślę, że ciekawe dla osób, które zerkają biznesowo w stronę Azji, jest to, czym charakteryzuje się współpraca z koreańskimi partnerami. Jaka ona jest?

Obecnie mamy z firmą Enprani rewelacyjne relacje, ale początki były trudne z tego względu, że występują dość duże różnice kulturowe już w samej formie komunikacji pewnych rzeczy, nawet w gestykulacji. Dlatego trzeba być uważnym w kontaktach, w sposobie prezentacji firmy i siebie, w prowadzeniu rozmów. Nie ukrywam, że intensywnie edukowałem się na początku, żeby nie popełnić żadnej gafy.

Dziś dużo firm z Korei Południowej ma dużo lepsze rozeznanie jeżeli chodzi o różnice kulturowo-biznesowe występujące pomiędzy Azją a Europą i łatwiej jest nawiązać z nimi współpracę niż było to 12 lat temu, gdy my rozpoczynaliśmy biznes. Obecnie, gdy prowadzimy rozmowy z właścicielami koreańskich marek, brane są pod uwagę przede wszystkim parametry biznesowe, kulturowe schodzą na dalszy plan, aczkolwiek w pewnych momentach mogą być kluczowe, gdy ktoś poczułby się urażony. Trzeba więc być przygotowanym na wielu płaszczyznach chcąc nawiązywać kontakty na rynkach azjatyckich.

Jaką pozycję ma marka Holika Holika w Korei?

Jest to marka znana, istnieje od 2010 r., ma swoją ugruntowaną pozycję i myślę, że można ją zaliczyć do top 15 najpopularniejszych marek. Rynek koreański jest jednak bardzo konkurencyjny. Powstało tam wiele konsorcjów z potężnymi zapleczami finansowymi, które wielokrotnie przewyższają budżety samej firmy Enprani, ale nie oznacza to, że jest to mała firma. Jako producent ma zasięgi na całym świecie, bardzo dużo sprzedaje do Stanów Zjednoczonych, do Japonii, ma ugruntowaną pozycję na rynku chińskim, pomimo tego, że ten rynek stał się dla Korei Południowej bardzo trudny ze względów politycznych. Widać to w statystykach – od 2022 roku następuje gradacyjny spadek dynamiki handlowej między Chinami a Koreą Południową, obecnie jest spory deficyt handlowy, w roku 2023 był on największy od 31 lat. Natomiast Korea Południowa prowadzi bardzo dużą sprzedaż w USA i jak wspomniałem Enprani ma tam rozwiniętą dystrybucję, a tym samym pozycję.

Co Pana zdaniem zadecydowało tym, że marka została tak dobrze przyjęta w Polsce? Ja zapamiętałam z początków Waszej działalności ogromny sukces przede wszystkim żelu aloesowego, którego opakowanie było intrygujące.

Lata 2012-2015 były dla nas czasem inwestycji. Reklamowaliśmy markę przez różne media. A przełom nastąpił w 2016 r. – zainteresowanie w Polsce budowane za pomocą marketingu, ale też dzięki partnerom biznesowym, którzy zaczęli podejmować z nami współpracę, spowodowało, że sprzedaż Holiki zaczęła szybko rosnąć. Równolegle nadal prowadziliśmy działania marketingowe, były to bardzo duże inwestycje, przeszliśmy przez wszystkie media reklamowe – od ulotek po największe stacje telewizyjne. Konsekwentnie budowaliśmy świadomość marki wśród użytkowników w Polsce.

Ciekawostką jest to, że dziś Holika Holika jest nie tylko marką koreańską, azjatycką, czyli wpisującą się w daną kategorię, w której następuje bardzo duży wzrost, ale przede wszystkim jest postrzegana jako mocna marka kosmetyczna osadzona w polskim rynku, ma swoich stałych odbiorców – konsumentów, którzy kupują jej produkty cyklicznie.

Jest to według mnie znaczący sukces. W portfolio raczej nie mamy żadnego produktu, który, mówiąc kolokwialnie, “wypalił się”, którego cykl życia na polskim rynku się skończył. To świadczy o dużej popularności marki oraz o świetnej jakości produktów.

Czy Holika jest w Waszym biznesie najważniejszą marką? Bo nie jedyną.

Nasza działalność koncentruje się przede wszystkim na marce Holika Holika, której jesteśmy wyłącznym i oficjalnym importerem. To właśnie od niej zaczęła się nasza pasja do koreańskiej pielęgnacji. Jednak dziś nasza oferta wykracza daleko poza jedną markę – w naszym portfolio znajduje się wiele innych, starannie wyselekcjonowanych koreańskich marek kosmetycznych, które dostarczamy naszym partnerom na rynku europejskim.

Działamy wyłącznie w modelu hurtowym, koncentrując się na dostarczaniu autentycznych koreańskich produktów do naszych partnerów w całej Europie. Zbudowaliśmy silną, rozległą sieć dystrybucji, obejmującą zarówno wyspecjalizowane sklepy, jak i większe sieci handlowe, drogerie oraz e-commerce.

Naszą misją jest dostarczanie kompleksowej oferty koreańskich produktów kosmetycznych – zarówno tych rozpoznawalnych globalnie, jak i niszowych perełek, które dopiero zdobywają popularność.

Jeśli ktoś szuka zaufanego partnera w zakresie dystrybucji koreańskich kosmetyków – zapraszamy do współpracy. Oferujemy nie tylko dostęp do szerokiej gamy oryginalnych produktów, ale też wieloletnie doświadczenie, wsparcie sprzedażowe i logistyczne oraz znajomość rynku K-Beauty od podszewki.

Koreańska pielęgnacja to nie trend – to przyszłość. A my jesteśmy gotowi, by dostarczyć ją tam, gdzie nasi partnerzy rozwijają swój biznes.

Wprowadziliście również swoją markę Moee.

Tak, Moee to nasza marka własna, którą produkujemy zarówno w Polsce, jak i w Korei Południowej. Docelowo będzie to również istotny koncept w naszym biznesie. W jej portfolio znajdują się już kosmetyki do oczyszczania i pielęgnacji twarzy. W kwietniu wypuściliśmy na rynek nową linię Moee Sun. Suchy spray i krem – oba produkty przeznaczone do twarzy i ciała z SPF 50 są produkowane w Korei.

Co jest hitem sprzedaży jeśli chodzi o markę Holika i jakie są dalsze plany dotyczące jej rozwoju?

W rejonie europejskim marka Holika specjalizuje się w pielęgnacji twarzy oraz w oczyszczaniu twarzy. To jest core naszego biznesu, który obejmuje te kategorie – kremy, żele, maseczki, serum, pianki, olejki do oczyszczania twarzy. Nowością są maseczki na bazie kolagenowej Holika Holika The Real Gel Mask Collagen – trzygodzinne albo całonocne, obecnie oferowane w czterech wariantach.

To właśnie te maseczki okazały się wyjątkowym sukcesem sprzedażowym, który statystycznie wydarzył się najszybciej ze wszystkich produktów, jakie wprowadzaliśmy na rynek europejski. W ciągu miesiąca zbudowaliśmy potężną bazę sprzedażową – co ciekawe najpierw na rynkach zagranicznych. Obecnie widzimy duże zainteresowanie nimi na polskim rynku, wprowadzają je do sprzedaży kolejne sieci.

Bestsellerem jest przeciwsłoneczny krem do twarzy i ciała SPF Waterproof Holika Holika Sun Gel. Żel aloesowy Holika Holika zawierający 99 proc. soku z liści aloesu, jest również bardzo dobrze sprzedającym się od lat na rynku polskim i zagranicznych produktem, podobnie jak maseczki na płachcie serii Pure Essence. Hitem okazały się również maski z serii The Real. Ogólnie posiadamy około 80-100 indeksów, które konsekwentnie bardzo dobrze radzą sobie na rynku europejskim.

Co można powiedzieć o trendach, które obecnie rodzą się w Korei. Jakie nowości mogą pojawić się wkrótce w Polsce?

Trendy wyłapujemy, jestem kilka razy w roku w Korei. Będziemy wprowadzać wkrótce kolejną nowość, niszowy, bardzo ciekawy koncept. Tak mogę odpowiedzieć na to pytanie (śmiech). Więcej już wkrótce.

Jakie są plany firmy związane z inwestycjami w marketing i reklamę?

Cały czas przeznaczamy na ten cel znaczne środki, do wydatków podchodzimy elastycznie w górę, czyli zakładamy, że możemy wydać więcej niż założyliśmy w rocznym planie. Inwestujemy w promocje organizowane z naszymi partnerami w sieciach drogeryjnych, aptecznych, sklepach internetowych. One realnie przekładają się na sprzedaż. Emitujemy reklamy świadomościowe w internecie. Nasza marka jest widoczna w popularnych programach telewizyjnych. Współpracujemy z dużymi agencjami reklamowymi, które koordynują działania influencerów. Wiele osób kupujących kosmetyki Holiki również samodzielnie tworzy materiały na ich temat – jest ich niezliczona ilość. Są to więc zakrojone na bardzo szeroką skalę wielopoziomowe działania marketingowe prowadzone stale. Ta aktywność spada jedynie w sierpniu, bo wówczas na cały miesiąc zamykamy firmę i wszyscy udajemy się na urlop, odpoczywamy.

Jak na Waszą firmę, ale też na całą kategorię, wpłynęło to, że coraz więcej firm sprowadza do polski kosmetyki koreańskie?

Szczerze? Nic lepszego nie mogło nam się przydarzyć. To jest dobra konkurencja, która buduje z nami rynek, świadomość wśród konsumentów tego, że istnieją azjatyckie, a szczególnie koreańskie, marki, że mają doskonałą jakość i są w dobrej cenie. Ta granica psychologiczna – ile można wydać na kosmetyk – jest bardzo istotna. W przypadku marek koreańskich konsument uzyskuje produkt premium w akceptowalnej dla niego cenie.

Jest wiele konkurencyjnych firm, które bardzo cenimy. Budują kategorię, świadomość produktów, inspirują konsumentów. Dzięki temu my również rośniemy. Konsekwentnie rok do roku zwiększamy sprzedaż w Polsce i Europie, a rozpoznawalność marki Holika Holika bardzo wzrosła.

Natomiast problemem jest to, że na rynkach polskim i zagranicznych pojawia się tzw. import równoległy. Ludzie wchodzą we współpracę z firmami. których siedziby znajdują się w Azji i sprowadzają produkty do Europy bez zgody producenta. Jest duża nieświadomość prawna tego typu działań. W myśl obowiązujących przepisów, jeśli ktoś wprowadza produkt do obrotu, staje się automatycznie osobą odpowiedzialną, czyli ciążą na nim określone obowiązki. Nie wspomnę o tym, że powinien mieć zgodę producenta na wprowadzanie produktu do obrotu – są różne obwarowania, producent może chcieć lub nie chcieć, aby jego produkty były sprzedawane na danym rynku, szczególnie gdy jest to producent spoza Unii Europejskiej. Takie incydenty niestety się zdarzają. Prowadzimy z naszą kancelarią prawną działania w całej Europie mające na celu ukrócenie tego typu praktyk.

Trzeba pamiętać, że w Europie obowiązuje regulacja EC 1223/2009 wraz z dyrektywami. Produkty muszą zawierać dozwolone składniki i w dozwolonych stężeniach. Jeśli ktoś nie ma odpowiedniej wiedzy i sprowadza kosmetyki właśnie w imporcie równoległym, nie dbając o te aspekty, nie działa ani na korzyść rynku ani na korzyść konsumentów. Kupując więc kosmetyki od dostawcy, hurtowni, trzeba zwrócić uwagę na źródło pochodzenia produktów i zezwolenia na dystrybucję.

Ile ludzi pracuje w Waszej firmie?

Nasz zespół liczy obecnie tylko 22 osoby – jesteśmy bardzo skuteczni. Za chwilę rozpoczniemy współpracę z zewnętrznymi osobami, które będą zatrudnione m.in. na rynku francuskim – jest on przez nas jeszcze niezagospodarowany, wymagający i dość hermetyczny. Mamy również swojego współpracownika w Korei. Jesteśmy w trakcie kolejnych rekrutacji.

Jeśli chodzi o Polskę – czy jest to już rynek przez Was w pełni zagospodarowany i tylko dochodzą nowe produkty do oferty, czy nadal budujecie dystrybucję?

Na polskim rynku zawsze jest coś do zrobienia (śmiech). Współpracujemy z sieciami nowoczesnymi, ze sklepami internetowymi, ale widzimy, że pojawia się bardzo dużo alternatyw – w tym nowych konceptów handlowych. Rozwija się półka kosmetyczna w aptekach i w ogólnie rozumianym mass-markecie, przybywa też nowych sklepów internetowych.

Polska jest bardzo wymagającym rynkiem, tu ciągle pracuje się na pełnych obrotach. Mnie to cieszy, bo ciągle są nowe wyzwania i jestem bardzo daleko od tego, żeby powiedzieć, że osiągnęliśmy na nim wszystko. Na pewno będziemy wprowadzać nowości oraz linie na wyłączność u nowych partnerów, ale nie mogę na razie podać szczegółów dotyczących tej współpracy.

Czy handel tradycyjny, w który marka Holika inwestowała wchodząc do Polski, jest nadal istotną częścią Waszego biznesu?

Rynek tradycyjny osłabł. Jest to dla mnie przykre, bo bardzo ceniłem ludzi, z którymi współpracowaliśmy, wielu z nich znałem osobiście. Niestety część tych biznesów poznikała. Najbardziej boli mnie przypadek drogerii Pigment…

Nadal oczywiście sprzedajemy do klientów działających na tym rynku, ale w mniejszym zakresie z powodów, które nie są zależne od nas.

Większość naszej sprzedaży przesunęła się do sieci nowoczesnych i do e-commerce. Co do własnego e-commerce’u, nie chcemy tworzyć konkurencji dla naszych klientów. Nasza strona myasia.pl pełni rolę informacyjną. Nie zajmujemy się dropshippingiem, współpracujemy z magazynami logistycznymi naszych klientów.

Ważnym odbiorcą są dla nas sieci aptek, gdzie sprzedaż marki Holika i kosmetyków w ogóle rośnie.

Współpracujemy też z mass-marketem, dyskontami, ale oferujemy w tym kanale wybrane produkty, nie powoduje to żadnych perturbacji jeżeli chodzi o rynek kosmetyczny. To dla nas ważne, bo Holika jest marką kosmetyczną, drogeryjną i taką ma pozostać.

Niedawno wybudowaliście nową siedzibę, magazyn. Jakim zapleczem obecnie dysponujecie i jakie daje to Wam możliwości biznesowe?

image
Materiał Partnera
Nasz nowy magazyn ma powierzchnię 1000 mkw., jest to magazyn wysokiego składowania, z kontrolowaną temperaturą, bezpyłowy. Produkty są przetrzymywane w znakomitych warunkach. Cała firma jest oparta o rozwiązania Comarch Optima. Wszystkie produkty są datowane, mamy kontrole nad datą produkcji, wejścia, wyjścia z magazynu ect. To są elementarne rzeczy, które pozwalają nam na obsługę klientów, którzy wymagają określonych danych przy wprowadzaniu produktu do sprzedaży. Biuro zajmuje 550 mkw.

Usprawniliśmy i zoptymalizowaliśmy procesy logistyczne. To ma bardzo duże znaczenie we współpracy z sieciami nowoczesnymi w Polsce i na świecie. Nowy magazyn umożliwia nam posiadanie dużego stocku magazynowego, który jest dostępny od ręki dla klientów. Oczywiście jakaś część zamówień zawsze jest w transporcie, ale możemy obecnie zabezpieczyć zapasy na znacznie większe zamówienia.

Dzięki tym inwestycjom możemy dostarczać do naszych obecnych i nowych odbiorców szerszą ofertę marek, którymi dysponujemy. Wspólnie możemy zbudować większą półkę produktów koreańskich. Core naszego biznesu to nadal marka Holika, natomiast mamy bardzo duże możliwości opierające się na ogólnie rozumianej redystrybucji produktów, które jesteśmy w stanie zaoferować klientom z rynku europejskiego.

Obecnie przygotowujemy się do rozbudowy magazynu o kolejne 300 mkw. oraz do budowy oddzielnego obiektu o powierzchni 6 tys. mkw., który będzie częścią naszego kompleksu biurowo-magazynowego i będzie związany z naszą drugą działalnością. Produkujemy materiały POS oraz zabudowy i stoiska targowe z ekologicznych, recyklingowanych, kartonów komórkowych.

Brzmi to intrygująco, proszę powiedzieć więcej.

image
Materiał Partnera

Zaledwie w dwa lata zbudowaliśmy park maszynowy, który pozwala nam na produkcję materiałów POS z kartonów komórkowych i obecnie będziemy tę działalność rozwijać przenosząc ją do oddzielnego obiektu.

Kartony sprowadzamy ze Szwecji, spełniają one wszystkie normy środowiskowe. Wykonujemy z nich wszelkiego rodzaju standy, ekspozytory, dekoracje sklepowe, wyposażenie i dekoracje biur, wyposażenie galerii handlowych, ale także meble, np. lady recepcyjne i zabudowy stoisk targowych. Są to zaawansowane rozwiązania technologiczne, właściwie ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Wykonane przez nas POS-y – standy, ekspozytory – funkcjonują już na rynku, wspieraliśmy nimi sprzedaż Holiki. Zbudowaliśmy w tej technice także nasze stoisko na targi w Bolonii, bardzo ciekawe, którego centralnym punktem było wycięte z kartonu drzewo. Takie stoiska targowe budujemy od trzech lat dla siebie, ale też dla innych firm, również z branży kosmetycznej.

Materiały użyte do produkcji są ekologiczne, w 100 proc. nadające się do recyklingu, można je ponownie użyć robiąc z nich np. kartony do pakowania towarów. Stoisko targowe można złożyć i wykorzystać ponownie – jedna z firm, dla której wykonaliśmy zlecenie, już kilkukrotnie wykorzystała tę samą zabudowę na targach. Oszczędność na kosztach targowych jest potężna.

Jest to również bardzo lekkie rozwiązanie, zabudowa waży 400 kg. Całe stoisko można przewieźć zwykłym busem/plandeką o wadze do 3,5 tony.

Myślę, że warto powiedzieć o tym, że nasze koszty udziału w targach Cosmoprof zostały zredukowane także w związku z tym, że nie zostawiliśmy po sobie praktycznie żadnych odpadów, z którymi organizator miałby kłopot.

Technologia, którą się posługujemy, jest bardzo innowacyjna i przyszłościowa. W Stanach Zjednoczonych są sklepy premium, w których całe wyposażenie, np. szafki na ekspozycje torebek czy biżuterii, robi się z kartonu. Instalacja nie wymaga technicznego sprzętu, można wszystko przewieźć i wnieść samemu. Potrzebujesz zbudować concept store, zmienić wygląd sklepu na dany sezon, lub na jakiś okazjonalny event – zrobisz to w kilka dni.

Ile trwa realizacja, na przykład stoiska targowego?

image
Materiał Partnera

Dla jednego z klientów zrealizowaliśmy ostatnio cały proces –- od momentu rozpoczęcia rozmów, projektowania po dostarczenie na targi i montaż – w 10 dni. Sama produkcja trwała kilka dni. Było to stoisko targowe o powierzchni ponad 30 mkw.

Było to możliwe dlatego, że cały park maszynowy znajduje się w jednym miejscu i projekt powstaje u nas od a do z. Dysponujemy również własnym transportem.

Działa Pan od wielu lat na rynku jako przedsiębiorca. Ciekawa jestem Pana opinii – jak prowadzi się biznes w Polsce? Dobrze, źle? Co Panu przeszkadza?

Nam prowadzi się biznes dobrze. Firma się rozwija. Zdarzają się różne potknięcia wynikające ze współpracy z partnerami, ale w cywilizowanym świecie takie sytuacje po prostu się rozwiązuje. Nie mamy problemów formalnych, prawnych, relacyjnych – jest proza życia. Kiedyś zawodowo podróżowałem po miejscach, w których większość z nas nie miała szansy być i biorąc pod uwagę te doświadczenia, uważam, że naprawdę nie mamy w Polsce na co narzekać.

Jedyne, co mnie naprawdę frustruje, to regulacje unijne dotyczące kosmetyków. Zastanawiam się, czy wprowadzane zmiany na pewno mają na celu interes konsumenta, czy raczej cel ekonomiczno-polityczny realizowany na potrzeby korporacji, w celu ograniczenia konkurencji małych i średnich firm. Mam wrażenie, że niektóre regulacje są wprowadzane jedynie po to, aby biznes skomplikować, bo nie mają przełożenia na jakość czy bezpieczeństwo produktów. Śledzę wszystkie zmiany wprowadzane na europejskim rynku na bieżąco, zarazem widzę, co robi świat – Stany Zjednoczone, czy Azja i mam wrażenie, że efektywnie ograniczamy własną konkurencyjność, co jest paradoksem. Nie jestem w stanie zrozumieć podejmowanych decyzji w tym zakresie.

ARTYKUŁ SPONSOROWANY
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
04.09.2026 09:09
Bogdan Wójcik, PerfumeCraft: Regulacje? Nie hamują z definicji kreatywności.
Bogdan Wójcik, archiwum prywatne

Czy Polska ma szansę wypracować własny, rozpoznawalny język zapachowy i dołączyć do krajów kojarzonych nie tylko z produkcją kosmetyków, ale również z autorską sztuką perfumiarstwa? Wraz z pojawieniem się pierwszych absolwentów kierunku „Perfumiarstwo” na rynku mogą zacząć powstawać nowe niezależne projekty i marki. O tym, dlaczego kluczem nie powinno być kopiowanie francuskich czy włoskich wzorców, lecz poszukiwanie własnych historii, krajobrazów i olfaktorycznych skojarzeń, a także jak regulacje i ograniczenia surowcowe wpływają na kreatywność perfumiarzy, rozmawiamy z Bogdanem Wójcikiem, perfumiarzem, kreatorem marki PerfumeCraft.

Jakiego typu perfum i marek możemy spodziewać się na polskim rynku za 3–5 lat, kiedy pierwsi absolwenci kierunku „Perfumiarstwo”, na którym Pan sprawuje pieczę, zaczną wprowadzać własne projekty? Czy będzie to przede wszystkim rozwój segmentu niszowego i kraftowego, czy może powstaną zupełnie nowe modele biznesowe?

Już teraz widać bardzo dużą różnorodność pomysłów i sposobów ich realizacji, nawet jeśli początkowo tematyka jest podobna. I chyba właśnie to jest najciekawsze: osoby kreatywne potrafią przepuścić ten sam temat przez własne doświadczenia, wrażliwość i sposób patrzenia na świat, a potem opowiedzieć go zupełnie inaczej.

Myślę, że to jedna z najważniejszych rzeczy, które mogą wynikać z tych studiów. Nie chodzi tylko o warsztat, poznanie surowców czy nauczenie się budowania kompozycji. Chodzi też o to, żeby z czasem znaleźć własny zapachowy język. Można przecież dać kilku osobom dokładnie ten sam temat zapachowy, a każda z nich stworzy coś innego.

image

Akademia Górnośląska będzie kształcić perfumiarzy. Powstał pierwszy taki kierunek studiów w Polsce

Dlatego bardziej niż konkretnego modelu biznesowego spodziewałbym się pojawienia się twórców o bardzo różnych osobowościach i sposobach myślenia o perfumach. To może być najciekawszą zmianą na polskim rynku.

Czy uważa Pan, że polscy początkujący perfumiarze będą szukać własnego języka olfaktorycznego, czy raczej będą podążać za trendami wyznaczanymi przez zagraniczne marki niszowe? Jakie motywy, surowce lub historie mogą stać się charakterystyczne dla polskiego perfumiarstwa?

Zawsze jest tak, że początkujący perfumiarze, nawet jeśli mają własne pomysły, nie od razu potrafią je w pełni zrealizować. Na początku dużo łatwiej jest poruszać się w temacie, który już znamy, dlatego większość młodych twórców w jakimś stopniu podąża za aktualnymi trendami — czy to mainstreamowymi, czy niszowymi. To naturalny etap nauki.

Najciekawsze zaczyna się później, kiedy odkrywają swoje predyspozycje i zamiłowania. Myślę, że w przypadku polskich perfumiarzy ogromny potencjał leży właśnie w polskich wątkach zapachowych. Bliski Wschód ma niezwykle silną tradycję perfum orientalnych, Francja – podejście klasyczne, Włochy dobrze pracują z cytrusami, ziołami i tematyką śródziemnomorską. My również musimy znaleźć własną drogę. Nie chodzi o stworzenie katalogu obowiązkowych „polskich nut”, ale o opowiadanie tego, co jest nam rzeczywiście bliskie — naszych miejsc, roślin, krajobrazów, wspomnień i doświadczeń. Właśnie tam widzę największą szansę na powstanie czegoś charakterystycznego dla polskiego perfumiarstwa.

Dziś stworzenie zapachu jest coraz łatwiej dostępne technologicznie, ale zbudowanie wokół niego marki i znalezienie klienta to zupełnie inne wyzwanie. Jakie kompetencje, poza samą sztuką komponowania, będą decydowały o sukcesie absolwentów na rynku?

Na studiach poświęcamy temu sporo uwagi. Jest nawet osobny przedmiot dotyczący budowania własnej marki, bo od początku zakładamy, że samo komponowanie dobrych zapachów to jeszcze za mało, jeśli ktoś chce później samodzielnie funkcjonować na rynku.

Tak naprawdę działa to podobnie, jak w każdym innym biznesie. Trzeba znaleźć własną drogę, właściwą tylko dla siebie, a potem mieć bardzo dużo zaangażowania, konsekwencji i cierpliwości, żeby ją rozwijać. Można stworzyć świetny zapach, ale jeśli nie potrafimy go pokazać, opowiedzieć o nim i dotrzeć do odpowiednich ludzi, bardzo łatwo może pozostać niezauważony.

image

Bogdan Wójcik, PerfumeCraft: Polska nie istnieje w świadomości klienta światowego, bo nie wykreowała ani rozpoznawalnej marki, ani typowo polskiej nuty

Poza warsztatem ważne będą więc umiejętności budowania marki i podstawy biznesu. Perfumy są produktem bardzo emocjonalnym, dlatego znaczenie ma również stworzenie wokół nich świata, który jest spójny z samym zapachem i osobowością twórcy.

Uważam, że najważniejsze będzie jednak połączenie własnego pomysłu z konsekwencją i gotowością do naprawdę dużej pracy.

Czy pojawienie się większej liczby osób wykształconych w zakresie perfumiarstwa może realnie zmienić relację między polskimi markami a dużymi koncernami i zagranicznymi domami perfumeryjnymi? Czy widzi Pan szansę, że Polska zacznie być postrzegana nie tylko jako producent kosmetyków, ale również jako kraj tworzący własne, rozpoznawalne kompozycje?

Myślę, że w dłuższej perspektywie jest to właściwie nieuniknione. W latach dziewięćdziesiątych Polska straciła ciągłość swojego dziedzictwa perfumowego. Trochę zapomnieliśmy, że kiedyś mieliśmy własne marki i tworzyliśmy kompozycje rozpoznawalne również poza Polską. Dzisiaj zaczynamy to wszystko właściwie budować na nowo.

Przez wiele lat perfumy kojarzyły się przede wszystkim z krajami tradycyjnie perfumeryjnymi, takimi jak Francja czy Włochy. Później pojawiło się bardzo dużo ciekawych marek ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Dzisiaj natomiast coraz wyraźniej widać zainteresowanie zapachami z miejsc, które wcześniej nie były kojarzone z perfumiarstwem.

Dobrym przykładem są Korea Południowa, Japonia czy Tajlandia – kraje młode w perfumeryjnym biznesie, a mimo to coraz bardziej zauważalne na świecie. Przed nami jest więc jeszcze wiele krajów do odkrycia. Nie widzę powodu, dla którego Polska miałaby się wśród nich zgubić. 

Jak studenci reagują na konfrontację własnych pomysłów z ograniczeniami, które narzuca współczesny rynek – kosztami surowców, regulacjami bezpieczeństwa, wymogami IFRA czy ograniczeniami dotyczącymi określonych składników? Czy te regulacje będą, Pana zdaniem, hamować kreatywność, czy przeciwnie – wymuszą większą innowacyjność?

Dla niektórych osób na pewno te ograniczenia mogą być frustrujące, ale dużo zależy od tego, jak ktoś w ogóle podchodzi do perfumiarstwa. Ja lubię dzielić to podejście na dwa typy: rzemieślnicze i artystyczne.

Rzemieślnik jest zwykle mocniej przywiązany do konkretnych materiałów, swoich ulubionych składników i sposobu, w jaki nauczył się z nimi pracować. Jeśli nagle któregoś z nich nie może użyć albo może użyć go znacznie mniej, rzeczywiście może odczuwać to jako ograniczenie.

Artysta patrzy na to zupełnie inaczej. Jemu zazwyczaj mniej zależy na konkretnym materiale, a bardziej na tym, jaki efekt chce osiągnąć, co chce przekazać i jaką emocję wywołać. Jeśli jeden składnik odpada — szuka innej drogi.

Tym bardziej że dzisiaj mamy ogromne możliwości. Paleta współczesnego perfumiarza jest bardzo szeroka, cały czas pojawiają się nowe materiały i rozwiązania. Utrata jednego narzędzia nie musi więc oznaczać utraty możliwości stworzenia określonego efektu.

Dlatego nie traktowałbym regulacji jako czegoś, co z definicji hamuje kreatywność. Wszystko zależy od tego, czy ktoś jest bardziej przywiązany do konkretnego narzędzia, czy do tego, co chce za jego pomocą opowiedzieć.

Czy obserwuje Pan wśród studentów pomysły, które już dziś mogłyby stać się podstawą realnych marek perfumeryjnych? Co najbardziej Pana zaskoczyło w ich podejściu do zapachu i tworzenia własnych kompozycji?

Na razie zakończyliśmy dopiero pierwszą edycję studiów, więc jest jeszcze za wcześnie, żeby wyciągać daleko idące wnioski. Ale już teraz można powiedzieć, że największym zaskoczeniem jest wspomniana wcześniej różnorodność pomysłów i sposobów interpretowania nawet bardzo dobrze znanych tematów.

To ciekawe, jak kilka osób może dostać podobny punkt wyjścia, a każda z nich opowie go zupełnie inaczej. W tych różnicach zaczynają się już pojawiać zalążki indywidualnego stylu, który z czasem może stać się podstawą realnych projektów czy marek.

Jeśli miałby Pan wskazać jeden kierunek, który najmocniej zmieni polski rynek perfum w perspektywie najbliższych 5–10 lat, co by to było: personalizacja, perfumy niszowe, lokalne surowce i historie, nowe technologie, rozwój marek niezależnych czy może zupełnie inny trend?

Gdybym miał wskazać jeden najważniejszy kierunek, powiedziałbym, że naszym zadaniem nie jest stworzenie jak największej liczby nowych marek, tylko znalezienie własnej, polskiej drogi. Każdy z już obecnych na perfumowym rynku krajów ma swoją własną tradycję, własny język i ogromne doświadczenie. Jeśli będziemy ich wyłącznie naśladować, pozostaniemy w cieniu tych, których naśladujemy.

Dlatego dużo ważniejsze jest znalezienie własnych pomysłów, własnej wrażliwości i własnych historii, które rzeczywiście warto opowiedzieć zapachem. Mamy własną przyrodę, krajobrazy, wspomnienia, kulturę i cały zestaw skojarzeń, których nikt za nas nie opowie.

Jeżeli uda się z tego stworzyć coś charakterystycznego i autentycznego, coś, co zainteresuje również ludzi za granicą, wtedy polskie perfumiarstwo naprawdę może zostać zauważone. I chyba właśnie to byłoby dla mnie najważniejszą zmianą w perspektywie najbliższych 5–10 lat: nie więcej marek dla samej liczby, ale pojawienie się własnego, rozpoznawalnego polskiego stylu.

image

Zapachowy luksus czy trik z TikToka? Marki niszowe i arabskie zmieniają zasady gry na rynku perfum [RAPORT WK]

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
28.08.2026 11:20
Jerzy Szyda, Pol-Hun/General Fresh: Okres przejściowy rozwiązałby wiele problemów z PPWR
PPWR wchodzi w życie. Nowe obowiązki dla branży kosmetycznejShutterstock

PPWR w praktyce oznacza dziś dla firm nie tylko nowe obowiązki, ale przede wszystkim dodatkową pracę, koszty i problemy z przepływem danych w całym łańcuchu dostaw. O tym, jak nowe przepisy wyglądają z perspektywy producenta i dostawcy marek własnych, jakie problemy pojawiają się na styku producent–dostawca opakowań–sieć handlowa oraz dlaczego dodatkowy okres przejściowy mógłby ograniczyć koszty i ryzyko marnowania pełnowartościowych produktów, rozmawiamy z Jerzym Szydą, dyrektorem ds. kluczowych klientów i marki własnej w Pol-Hun.

 

image
Jerzy Szyda
archiwum prywatne
Które wymagania PPWR są obecnie największym problemem dla producentów opakowań i dlaczego właśnie te przepisy są najtrudniejsze do wdrożenia?

Z punktu widzenia podmiotu, który musi przygotować dokumentację opakowaniową dla swoich klientów, największym problemem są niekompletne dane, jakie otrzymujemy od swoich dostawców. Brakuje szczegółowego oznaczenia elementów składowych opakowań, specyfikacji materiałowych, projektów i przede wszystkim wyników z badań, zleconych prób opakowań. To powoduje, że wydłuża się czas na przygotowanie dokumentacji technicznej wymaganych przez Rozporządzenie PPWR rodzajów opakowań: jednostkowego, zbiorczego i transportowego.

Jak w praktyce wygląda dziś przygotowanie dokumentacji wymaganej przez PPWR? Czy dostawcy opakowań dysponują już badaniami, ocenami zgodności i deklaracjami zgodności, których oczekują od nich klienci?

Część dostawców opakowań do wdrożenia Rozporządzenia przygotowywała się na długo dniem wejścia w życie przepisów. Część rozpoczęła prace dopiero ponaglona przez zapytania, jakie były wysyłane do nich. Niestety obłożenia certyfikowanych laboratoriów dużą ilością zleceń spowodowały wydłużenie czasu na otrzymanie wyników badań. Producenci opakowań mieli i mają problem z przygotowaniem ocen i deklaracji zgodności. To z kolei przełożyło się na to, że moi klienci otrzymują dokumentację ratami, w miarę spływu materiałów od dostawców.

Wspomina Pan o setkach formularzy otrzymywanych od sieci handlowych i innych klientów. Jak duża jest skala tego obciążenia administracyjnego i ile dodatkowej pracy wymaga obecnie zebranie oraz weryfikacja tych danych?

Obsługując kluczowe sieci handlowe działające w Polsce, nie spotkałem się z dwoma takimi samymi kompletami dokumentów, jakie były przesłane do uzupełnienia. 

Przygotowanie danych wymagało dużego i dodatkowego zaangażowania działów w firmie oraz wielu dodatkowych godzin pracy poświęconych na ich rzetelne opracowanie i uzupełnienie w szablonach klientów.

Specyfikacje techniczne zawierające dane z naszego systemu najłatwiej jest opracować, ale jest to proces najbardziej czasochłonny.

W przypadku opakowania jednostkowego zapasu do odświeżacza w sprayu okazało się, że jest użytych 10 komponentów, które trzeba szczegółowo opisać, z jakiego tworzywa się składają, ile ważą, jakie mają wymiary itp.

Czy problemem jest również brak jednolitych standardów dotyczących danych, których oczekują poszczególni klienci? Jak bardzo różnią się między sobą wymagania sieci handlowych i innych odbiorców?

Myślę, że brak jednoznacznych zapisów w Rozporządzeniu spowodował różne oczekiwania klientów. Początkowo teoretycznie prosta definicja wytwórcy była interpretowana niejednoznacznie. Dziś sporadycznie właściciel marki własnej nie czuje się wytwórcą w świetle PPWR.

Długotrwałym procesem było uzgodnienie sposobu identyfikacji wszystkich elementów opakowań i przekonanie odbiorców, że przyjęta nomenklatura musi mieć źródło w naszych systemach informatycznych, a nie ich przyjętej wizji znakowania.

Obecnie skupiamy się na opracowaniu jednolitych danych klientów na opakowaniu jednostkowym, zbiorczym i transportowym i uzupełnianiu brakujących elementów np. kanału komunikacji elektronicznej, który został wskazany w Rozporządzeniu. 

Klienci — podobnie jak my — nie mieli i nie mają dodatkowych osób, które by się tematem zajęły. Robią to osoby, które najczęściej pracują w działach zakupów, sprzedaży i kontroli jakości. To powoduje, że bieżące zadania, czasami nowe wdrożenia produktów przekładane są na późniejsze terminy.

Sieci handlowe, podobnie jak inni odbiorcy marek własnych oczekują wielokrotnie danych, które są niezbędne do podania, ale np. w roku 2030, a dziś nie ma nawet jeszcze przyjętych kryteriów ich oceny. Nie skupiają się na minimalnym zakresie, jaki wskazały przepisy na bieżący rok: opracowanie dokumentacji opakowaniowych, ustalenie ról w łańcuchu dostaw, identyfikowalności opakowań, spełnienia limitów substancji np. stężenie metali ciężkich. Na szczęście pracuję w branży chemicznej i temat PFAS, istotny od tego roku w opakowaniach mających kontakt z żywnością mojej firmy nie dotyczy.

Jakie koszty generuje dostosowanie już istniejących zapasów opakowań i wyrobów gotowych do nowych wymogów? Czy można dziś oszacować, o ile może wzrosnąć koszt jednostkowy produktu?

Stany opakowań czy wyrobów gotowych z brakami wynikającymi z PPWR — np. brak właściwego oznaczenia wytwórcy lub części jego danych, brak numerów partii na wszystkich jednostkach opakowań — powinny być uzupełnianie o te dane. Trzeba takie materiały stickerować (ręcznie lub maszynowo naklejać etykiety, nalepki lub kody na towary, opakowania albo produkty) lub stemplować. To generuje dodatkowe koszty materiałów i robocizny, które nie były wliczone do kalkulacji cenowych i obniżają nasze marże. 

Co w praktyce stanie się z opakowaniami i wyrobami gotowymi wyprodukowanymi przed 12 sierpnia, ale wprowadzanymi do sprzedaży już po tej dacie? Czy przedsiębiorcy mają realną możliwość dostosowania takich zapasów bez ich utylizacji?

Dwa sposoby na uniknięcie utylizacji podałem wcześniej, tj. stickerowanie lub stemplowanie brakujących danych. Rozwiązaniem jest także dokument towarzyszący, w którym można zawrzeć brakujące dane.

Niestety tam, gdzie nie jest to możliwe, np. na małych opakowaniach w rodzaju torebek foliowych z bardzo cienkiego tworzywa, jedynym wyjściem będzie, niestety, utylizacja.

Czy brak okresu przejściowego i derogacji dla zapasów magazynowych może doprowadzić do realnego marnowania pełnowartościowych opakowań i produktów? Jak duża może być skala tego zjawiska?

O ocenę końcową skali tego zjawiska będę mógł się pokusić w końcu roku, gdy będziemy zamykać inwenturami magazyny.

Aktualnie dominujące jest przekonanie, że okres przejściowy wiele problemów by rozwiązał. Wyprzedane zostałyby bieżące stany opakowań i wyrobów gotowych, a następnie wdrożone zmiany w oznaczeniach i nadrukach.

Porównać można tę sytuację do tego, co działo się w przypadku przepisów o rozszerzonej liście alergenów w produktach kosmetycznych. Rozporządzenie Komisji (UE) z 2023 dotyczące alergenów zapachowych rozszerzyło listę publikowanych substancji z 26 do 80. Mieliśmy 3 letni okres przejściowy na wdrożenie tych przepisów. Zaczęły obowiązywać od 31 lipca 2026.

Był czas na zmiany dostosowania etykiet do przepisów i wyprzedaż gotowych produktów z magazynów. Poza tym produkty wprowadzone na rynek do końca lipca tego roku mogą zostać z niego wyprzedane do lipca 2028. W przypadku PPWR podobne rozwiązania byłyby bardzo przydatne.

PPWR ma ograniczać ilość odpadów opakowaniowych, tymczasem wskazuje Pan sytuacje, w których dostosowanie opakowania do nowych wymogów może oznaczać jego wyrzucenie. Czy w tym przypadku cele regulacji nie stoją w sprzeczności z praktyką jej wdrażania?

Cele PPWR rozłożone są w czasie i większość branży się z nimi zgadza. Zakładam, że kolejne etapy wdrażania nie będą budzić tak dużych emocji, jak start regulacji.

Największe obawy wynikają z sankcji, jakie proponowane są polskim projekcie ustawy o opakowaniach i odpadach opakowaniowych (UC100) wprowadzającym przepisy karne za recykling odpadów. 

Rozporządzenie PPWR mówi o tym, że kary mają być skuteczne, proporcjonalne i odstraszające (art. 68), a jedna z propozycji za brak dokumentacji technicznej opakowania lub wprowadzenia do obrotu produktu niezgodnego z PPWR przewiduje kary od 10 000 do 2 000 000. Jaka będzie decyzja, zależeć będzie od decyzji urzędnika. Nakładać je mają Wojewódzcy Inspektorzy Ochrony Środowiska oraz Inspekcja Handlowa. 

Jak ocenia Pan poziom przygotowania polskich firm do PPWR? Które ogniwa łańcucha dostaw są obecnie najlepiej przygotowane, a gdzie występują największe braki kompetencyjne?

Jestem pozytywnie zaskoczony „powszechną mobilizacją” polskich i zagranicznych firm, jeśli chodzi o PPWR. Może nieco spóźnioną, ale nadrabiamy stracony czas. Podobnie jak KE, która w sierpniu wydała kolejne wyjaśnienia do Rozporządzenia. Pomocą w tematyce służy wiele podmiotów doradczych, z których usług firmy z każdego łańcucha dostaw korzystają.

Dzięki temu stan wiedzy ciągle się poprawia i trudno dziś wskazać sektory, w których braki kompetencyjne byłyby największe.

Problemem stają się zatory w agencjach opracowujących zmiany na opakowaniach, co skutkuje łańcuchem opóźnień na każdym etapie produkcji.  Na końcu mogą pojawiać się braki w dostępności produktów na półkach sklepowych.

Jakich zmian w interpretacji lub wdrażaniu PPWR oczekiwaliby Państwo od regulatorów i klientów, aby ograniczyć chaos, koszty oraz ryzyko milionowych sankcji? Czy Pana/Pani zdaniem potrzebne jest przesunięcie terminów lub wprowadzenie dodatkowych okresów przejściowych?

Brakuje ciągle jednoznacznych określeń niektórych elementów składowych, czy są produktem czy opakowaniem, a co za tym idzie czy będą podlegać opłatom opakowaniowym, czy też nie.

Wprowadzenie dodatkowego okresu przejściowego dałoby czas – poza rotacją opakowań bez obaw o sankcje - na przygotowanie systemów informatycznych do automatyzacji wielu procesów, wdrożenie zmian w dokumentacjach wewnętrznych i uporządkowania łańcucha dostaw.

Obawy budzą projektowane przepisy o rozszerzonej odpowiedzialności producentów (UC100) związane z centralizacją gospodarki odpadami i rządem wielkości podwyżki z tym związanych.

Koszty związane z wdrażaniem PPWR (badania, certyfikaty itp.) mogą także mieć wpływ na ceny opakowań, które z kolei przełożą się na ostateczne ceny proponowane naszym klientom. 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
15. wrzesień 2026 09:55