StoryEditor
Wywiady
08.06.2011 00:00

Sergiusz Osmański: Piękno to zgoda i pełna akceptacja samego siebie

Sergiusz Osmański, dyrektor artystyczny Sephora Polska, zawodowo i prywatnie. O pracy, kobietach i o sobie...

Zacznijmy od bieżących spraw zawodowych. Dużo dzieje się w Sephorze w tym roku?

Bardzo dużo! Otwieramy nowe perfumerie, wprowadzamy mnóstwo nowości, organizujemy spotkania z klientkami – fankami Sephory i naszego makijażowego bloga Make-up w wielkim mieście…

To po kolei. Ile zaplanowaliście na ten rok otwarć?

Mamy 83 perfumerie, w tym roku na pewno będzie ich o kilka więcej. Dział rozwoju Sephora intensywnie pracuje nad tym by znaleźć lokalizacje odpowiadające standardom sieci i koncernu LVHM (Louis Vuitton Moet Hennessy), którego Sephora jest częścią. Nie sztuką jest otwarcie drogerii w każdej proponowanej nam lokalizacji, Sephora jest wymagającym najemcą, stąd klienci wiedzą, że centrum posiadające perfumerię Sephora to centrum prestiżowe, aspirujące.

Spotkania z fankami bloga Make-up w wielkim mieście…

Zorganizowaliśmy pierwsze z nich w ubiegłym roku, w listopadzie, w warszawskim centrum handlowym Arkadia. Ponieważ był to duży sukces, stwierdziliśmy, że z blogiem trzeba ruszyć w Polskę. Na ten rok zaplanowaliśmy 6 weekendowych spotkań. Poprowadzą je twórcy bloga – makijażyści, a klientki Sephory będą mogły umówić się z nimi na specjalne konsultacje. Sukces tego pomysłu polega na tym, że rzeczywiście blog tworzą ludzie, którzy na co dzień pracują w perfumeriach. Np. do Ani Galińskiej, która jest jedną z pomysłodawczyń, a na co dzień pracuje w Sephorze przy ul. Jubilerskiej w Warszawie, przyjeżdżają dziewczyny z całej Polski. Podobnie jest w przypadku pozostałych blogerów.

Ostatnio w Sephorze pojawia się wiele nowości, wprowadzacie jedną za drugą.

Rzeczywiście. Firmy, z którymi współpracujemy są bardzo aktywne. Dołączają do naszej oferty też zupełnie nowe, profesjonalne marki.

Kiedyś Sephora bardziej kojarzyła się z zapachami. Teraz wśród nowości dominują chyba produkty pielęgnacyjne?

Tak, bo zmienił się profil naszej klientki. Zdecydowanie więcej kobiet przywiązuje wagę do pielęgnacji – i to specjalistycznej – twarzy i ciała. Nie szukają kosmetyków, które kryją się pod znanym logo, lecz niszowych. Dlatego wszystkie specjalistyczne marki odnotowały w ostatnim okresie duże wzrosty sprzedaży.

To nie są marki, które można zobaczyć w kampaniach telewizyjnych. A bez reklamy masowej podobno nie da się już sprzedawać kosmetyków.

Jak widać można. W tym wypadku siła tkwi w profesjonalnym doradztwie naszych konsultantów, świetnie potrafiącym dobrać produkt do potrzeb skóry klienta. Priorytetem naszego działu asortymentu stało się wyszukiwanie znakomitych marek. Stąd m.in. pomysł na wdrożenie na polski rynek marki Algenist specjalizującej się w kosmetykach przeciwzmarszczkowych opartych na algach. Sephora wyszukała ją na rynku amerykańskim. W grudniu ubiegłego roku marka została wylansowana w USA, w styczniu we Francji, a w marcu na pozostałych rynkach europejskich, w tym w Polsce. To przykład na totalny hot-news, bez kilkuletniego poślizgu wynikającego z wędrowania marki pomiędzy kontynentami.

Jakie wartości muszą nieść marki i kosmetyki, żeby klientka zdecydowała się je kupić? Rynek jest naprawdę nasycony i bardzo trudno jest wygrać w tym wyścigu o przychylność kobiet i ich pieniądze.

Zdecydowanie muszą to być produkty specjalistyczne. Autorytetem są eksperci, a kluczem do sukcesu wyjątkowe składniki. Na przykład sukces marki Rexaline polegał na tym, że wszyscy dermatolodzy estetyczni zaczęli jednocześnie i jednomyślnie twierdzić, że kwas hialuronowy jest jednym z lepszych, najbardziej naturalnych wypełniaczy. W związku z tym kremy go zawierające też od razu zanotowały wzrost sprzedaży. Sukcesy odnoszą wszystkie marki „doktorskie” bo stoi za nimi lekarz, który praktykuje. Dr Brandt, SAMPAR, Strivectin to są marki, które już zdobyły uznanie i cały czas ich sprzedaż rośnie.

Sephora chce być ekspertem od marek specjalistycznych?

Już jesteśmy. Nasz pierwotny koncept otwartej przestrzeni sprzedażowej został powielony przez wiele sieci perfumeryjnych. W związku z tym nie jest już nowatorskie to, że mamy do dyspozycji 300 czy więcej metrów, można tu wejść, wypróbować perfumy, pomalować się i nie robiąc zakupów wyjść w pełni usatysfakcjonowanym. Od kilku lat skupiamy się na tym, by Sephora była centrum trendów nie tylko makijażowych, ale i kosmetologicznych. Dziedzina makijażu została totalnie okiełznana chociażby przez wprowadzenie marek typu Make Up For Ever, Fred Farrugia, Benefit. Nacisk w tym roku został też położony na specjalistyczne marki pielęgnacyjne, za którymi stoją badania i ludzie podpisujący się imieniem i nazwiskiem pod tym, co jest zamknięte w słoiczku.

Nie wątpię, że są to znakomite produkty, ale i bardzo drogie… Choć muszę przyznać, że świadomość, że wydało się kilkaset złotych na słoiczek kremu znakomicie wpływa na cerę.

(Śmiech). Staramy się, żeby tej świetnej jakości towarzyszyła wyważona cena. Klienci są bardzo wyedukowani w dziedzinie kosmetologii i wiedzą, że cena produktu to również koszt testów dermatologicznych, pozyskiwania unikatowych składników i kilkuletnich badań w laboratoriach.

Weszło na rynek młode pokolenie, które nie ma takich barier, jakie obserwowaliśmy jeszcze 3-4 lata temu. To są dziewczyny nieobarczone świadomością, że jak wchodzą do sklepu, to muszą coś kupić.

Nasze wyobrażenie o perfumerii, ale też o drogerii zupełnie zmieniło się w ciągu kilku ostatnich lat. Jeszcze niedawno to był po prostu sklep z droższymi bądź tańszymi kosmetykami. Dziś tradycyjna sprzedaż zaczyna się wydawać działalnością poboczną przy tak rozwiniętych usługach kosmetycznych, komunikacji przez własne wydawnictwa, blogi, portale społecznościowe...

Uważam, że to jest genialne. Nasz zespół w perfumeriach jest bardzo stały i wszystkie relacje, które zostały wypracowane przez lata, teraz owocują. Kobiety wpadają do konsultantów, jak do dobrych znajomych. Poza tym weszło na rynek młode pokolenie, które nie ma takich barier, jakie obserwowaliśmy jeszcze 3-4 lata temu. To są dziewczyny nieobarczone świadomością, że jak wchodzą do sklepu, to muszą coś kupić. Przychodzą, żeby „przegadać problem”, nie boją się użyć testera, wypróbowują kosmetyk, wracają do domu i uzupełniają wiedzę o nim, np. na portalu społecznościowym. Potem wracają, żeby go kupić.

Do jakiego modelu obsługi klienta dążycie?

Pierwszy system szkoleń w Sephora zakładał, że konsultantka miała od razu inicjować kontakt. Natomiast zmiany w mentalności klientów spowodowały, że czują się oni na tyle swobodnie w sklepowej przestrzeni, że dopiero na ich sygnał – można tę potrzebę kontaktu łatwo zauważyć – pojawia się z propozycją pomocy konsultantka. Jak concierge, który jest schowany w cieniu i zawsze do dyspozycji, gdy zachodzi taka potrzeba.

Świadomość klientów jest znacznie większa. Konsultantka nie jest boginią posiadającą wiedzę, a klient biernym słuchaczem. To jest dialog. Dziewczyny, które śledzą portale kosmetyczne wiedzą co to jest kwas hialuronowy, jaki składnik regenerujący zawiera dany krem, jakie transportery ułatwiają przenikanie składników kremu do skóry itd. To jest już wymiana doświadczeń.

Współczesna kobieta traktuje trendy jako inspirację, ale ma swój własny filtr – wszystko przepuszcza przez „ja” i odrzuca to, co jej nie pasuje.

Jak ty postrzegasz Polki jako kobiety i konsumentki z perspektywy lat?

Zacząłem wykonywać zawód wizażysty na początku lat 90. Oprócz tego, że pojęcie wizażu było wtedy mało znane, to jeszcze mieliśmy reminiscencje estetyki stricte socrealistycznej – błękitna powieka, różowe usta, dużo eyelinera niezależnie od pory dnia. Następnym etapem było totalne naśladownictwo. Pojawiły się czasopisma, weszły na rynek międzynarodowe tytuły i każda Polka chciała wyglądać, jak ta gwiazda na okładce. Ten etap wiele kobiet ma już dziś za sobą.

Dziś Polki nie boją się eksperymentować z kolorem, wiedzą jakie trendy obowiązują w danym sezonie, ale kompletnie nie oznacza to, że są one wyznacznikiem ich osobistej kolorystyki. Nie boją się odróżniać, stawać w kontrze do tego, co proponują firmy kosmetyczne, odzieżowe: „Nie podoba mi się, to nie noszę lub nie stosuję”. To najfajniejszy etap, jaki miałem okazję obserwować. Poza tym wzrosła świadomość dotycząca kolorystyki, typów urody: „To, że koleżanka wygląda świetnie w pomarańczowym, nie znaczy, że ja będę wyglądać równie dobrze”. Te wszystkie niuanse złożyły się na to, że mamy do czynienia z bardzo świadomą konsumentką, odporną na kampanie reklamowe. Współczesna kobieta traktuje je jako inspirację, ale ma swój własny filtr – wszystko przepuszcza przez „ja” i nie ma problemu z tym, żeby 90 procent trendów odrzucić, bo są poza jej estetyką, stylem pracy, charakterem, stylem ubierania się. Bardzo mi się to podoba.

Policzyłam szybko, że zajmujesz się wizażem od ponad 20 lat. Jakie były początki?

Pojęcie wizażu w Polsce praktycznie nie istniało. Dziennikarki nie były w stanie zapamiętać tej nazwy i w artykułach pisano: „Wypowiadał się Sergiusz Osmański, witrażysta” (śmiech).

Chciałeś być wizażystą?

Co ty?! Też nie wiedziałem, że jest takie słowo! (śmiech) To był kompletny przypadek. W trakcie studiów, w szkole teatralnej, byłem asystentem fotografa. Na jedną z sesji nie przyszła charakteryzatorka. Marek Czudowski, z którym pracowałem, mówi: Stary, bierz się, trzeba panią umalować. Stanowczo odmówiłem, ale upierał się. Teraz Marek – cały czas utrzymujemy kontakt – śmieje się, że to zdjęcie zachował i będzie mnie nim szantażował. Oczywiście ówczesny make-up w moim wykonaniu to był błękit na powiekach, czarne kreski, różowe usta i tona podkładu (śmiech). 1986 rok... wpasowałem się w klimat (śmiech).

A potem do Polski zaczęli masowo przyjeżdżać skauci szukający nowych twarzy do modelingu. Spotkałem dziewczynę pracującą w agencji Karine Models, która miała podpisany kontrakt ze szkołą makijażu. Zaproponowała mi stypendium. Wyjechałem do Londynu, spędziłem w Gresapoint Studio dwa lata. Profesorowie traktowali mnie trochę jak dziwoląga. Słyszeli o Wałęsie i Janie Pawle II, ale Polska była dla nich raczej częścią Rosji, a tu nagle przyjeżdża młody chłopak, który mówi w obcym języku, jeszcze coś tam podobno potrafi… Można powiedzieć, że otoczyli mnie specjalną troską i dzięki temu nie miałem później problemu ze znalezieniem pracy i z rozwojem.

Zaczynałeś od pracy z…

Benckiserem. Przedstawiciele tej firmy pojawili się w szkole, na dyplomie mojego rocznika – był 1992 rok. Zapytali, czy nie chciałbym wrócić do Polski, gdzie otwierali swój oddział i zająć się Margaret Astor. Dla tej marki pracowałem przez 7 lat. Zrobiłem tam głównie projekty makijażu i wszystkie rzeczy związane z kampaniami reklamowymi na całą Europę. Potem do mojego portfolio doszły jeszcze Rimmel i Miss Sporty. W 2000 roku przeszedłem do Diora, gdzie zajmowałem się głównie PR-em, a nie wizażem. Od 6 lat jestem związany z Sephorą. Minęło jak jeden dzień (śmiech). Jako wizażysta zwiedziłem wiele zakątków świata, od gorącego Meksyku po mroźne kolo podbiegunowe, gdzie przy minus 35 stopniach fotografowaliśmy letnią kolekcje Joasi Klimas, pojąc koniakiem nieletnią modelkę, bo inaczej zsiniałaby z zimna. Jest trochę tych opowieści (śmiech).

Praca wizażysty jest wspaniała, ale… 12 godzin na planie zdjęciowym, po to, żeby przypudrować komuś nos co dwie godziny, to już nie dla mnie.

Nie żałujesz, że twoje główne zajęcie to teraz PR?

Nie, dla mnie to ważny krok w przód. Podróżuję, wspieram marki, które są lansowane w danym kraju, odpowiadam za kreację, zewnętrzny image Sephory i świetnie się w tym czuję. Praca wizażysty jest wspaniała, ale… 12 godzin na planie zdjęciowym, po to, żeby przypudrować komuś nos co dwie godziny, to już nie dla mnie. Cieszę się, że jest młody narybek w Sephorze, któremu pomagam w rozwoju, organizujemy m.in. konkurs Mistrz Makijażu – to mnie w pełni satysfakcjonuje. Pasjonuje mnie nauczanie.

Myślałeś o tym, żeby otworzyć swoją szkołę? Albo szkołę makijażu Sephory?

Myślałem. Tylko, że jestem obarczony systemem nauczania mojej szkoły londyńskiej, gdzie nauka kosztowała wiele, ale w zamian za to uczniowie otrzymywali olbrzymią wiedzę, możliwość spotkania indywidualności, a przede wszystkim – na egzamin końcowy stawiali się ludzie z agencji, firm kosmetycznych, zatrudniający makijażystów. Mając perspektywę wydania set-tysięcy złotych, mieliśmy pewność, że te pieniądze zwrócą się, że będziemy mieli pracę. Tymczasem polski światek modowo-magazynowo-urodowy jest nadal bardzo mały. Od 10 lat pojawiają się ciągle te same nazwiska, makijażystów pracujących przy sesjach zdjęciowych możemy policzyć na palcach jednej ręki.

A jednak mamy mnóstwo szkół, kursów wizażu…

Owszem i ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Na Zachodzie, gdy ktoś przychodzi z certyfikatem podpisanym przez Mery Greenwell czy przez Stephana Marais to jest pewne, że ma niepodważalną wiedzę i umiejętności. W Polsce nie ma zwyczaju, by po pół roku nauczania powiedzieć uczniom: Ty i ty odpadasz, nie nadajesz się, bo gdy z grupy odejdzie jedna osoba, to zaburza proporcje finansowe całej szkoły. Na egzaminie końcowym słyszę: Tak ona rzeczywiście nie rokowała, ale puśćmy ją. I tak nie będzie pracować w tym zawodzie.

Mam nadzieję, że to się zmieni. Liczę, że marka Make Up For Ever zdecyduje się na otwarcie szkoły w Polsce. To zajęcia na najwyższym poziomie. Uczniowie nie są prowadzeni przez jednego wykładowcę i nie przesiąkają jego manierą, tylko mają styczność z wieloma osobowościami pracującymi w zawodzie i mogą czerpać z doświadczenia każdej z nich, ukształtować swój własny styl.

Jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość?

Szczerze mówiąc chciałbym rzucić to wszystko (śmiech). Moim marzeniem jest posiadanie kawałka ziemi gdzieś na południu Francji, kozy, sery, winnice. Żeby znajomi mieli gdzie przyjeżdżać.

To jest moje marzenie!

Ale ja już zacząłem się biznesowo do tego przygotowywać…

No i…?

Okazuje się, że jest wśród moich przyjaciół grupa, która myśli podobnie i przymierza się do kupna posiadłości, zatem do dzieła!

Jesteś pewien, że mogę to napisać? Pracodawca się zdenerwuje.

Napisz, to jednak jeszcze ciągle tylko marzenie (śmiech).

Znajdujesz czas na jakieś hobby?

Myślę, że jestem szczęściarzem, gdyż praca jest również moim hobby. Kolekcjonuję sztukę, pasjonuje mnie jednak wnętrzarstwo, spełniam się w nim maksymalnie. W tej chwili kończę moje docelowe mieszkanie, które będzie spełnieniem moich estetycznych oczekiwań. Czekam z utęsknieniem, aż wyjdzie z niego ostatnia ekipa. Drugie w Paryżu, czeka na odrobinę wolnego czasu, by nim się zająć.

Paryż?...

Jest moim drugim domem. Miasto, które pokochałem od pierwszego pobytu i to z wzajemnością. Inspirujące, tętniące życiem i trochę bezczelne, jak Francuzi w nim mieszkający (śmiech).

Myślałeś, żeby zająć się projektowaniem wnętrz zawodowo?

Wiesz, to jest sprzedawanie duszy. Mam na tyle silny charakter, że trudno byłoby mi spełnić cudze oczekiwania. Jeśli ktoś dałby mi zielone światło i powiedział: znam twoją estetykę, rób to jak potrafisz, to pewnie bym się podjął takiej współpracy. Natomiast wykreowanie wnętrza pod czyjeś dyktando… myślę, że nie jestem na tym etapie, sprawiałoby mi to trudność.

Być może nigdy nie będziesz, artyści tak mają…

Chodzi o to, że projektanci posługują się pewnym kluczem. Z jednej strony jest to ważne, że od razu poznaję, kto projektował dane wnętrze. Z drugiej jednak nie wydaje mi się uczciwe, że niezależnie czy to jest dom 200-metrowy, czy 50-metrowe mieszkanie w bloku, widzę na ścianie jeden, ten sam wzór tapety, którym posługuje się dany projektant.

Masz swoją definicję piękna?

Tak, zdecydowanie. Po tylu latach pracy związanej z kreowaniem wizerunku, poprawianiem urody wiem, że piękno to zgoda i pełna akceptacja samego siebie. Dla mnie jest to najbardziej trafne zdefiniowanie tego zagadnienia. Spotkałem przez lata wiele osobowości. Te najbardziej silne, które zapadły mi w pamięć, to właśnie osoby żyjące w zgodzie z samymi sobą. To nie była kreacja, chowanie się za szybą, czy wypychanie maski, tylko stuprocentowo autentyczne postaci. Nie genialny makijaż, najmodniejsza fryzura, ostatnie kolekcje haute couture noszone na sobie, tylko pokazanie własnego ja i wiara we własne przekonania.

Czy ty czujesz, że jesteś sobą?

Tak. To chyba przychodzi z wiekiem (śmiech). Zaczynamy kochać nasze niedoskonałości, akceptujemy je, bo widzimy, że wokół nas też wszyscy nie są perfekcyjni.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Wakacje, których nie miałem od pięciu lat. Mam nadzieję, że uda mi się wyrwać gdzieś chociaż na dwa tygodnie. Marzę o słońcu!

Trzymam kciuki za powodzenie planów!  

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
22.09.2026 17:28
Iwona Towalska, Unilever: Rola sieci będzie się zwiększać. Wygra nie jeden kanał, lecz najlepiej połączony ekosystem
Iwona Towlska, Head of Customer Strategy Planing Personal Care Unilevermat.prasowe

Wbrew tezie o eliminacji pośredników, rola sieci będzie się zwiększać z uwagi na konsolidację rynku oraz rosnącą dojrzałość modeli omnichannel. W Polsce już dziś mamy sieci, które świetnie łączą sklep fizyczny, aplikację, program lojalnościowy i retail media. Dla dostawców oznacza to przejście od tradycyjnych negocjacji handlowych do partnerstwa opartego na wspólnym celu i danych — mówi Iwona Towalska, Head of Customer Strategy Planning & NRM, Personal Care, Unilever Polska, panelistka tegorocznego Forum Branży Kosmetycznej 2026.

Jak wygląda obecnie i jak się zmienia istotność/waga poszczególnych kanałów dystrybucji w strategiach dostawców takich jak Unilever? Gdzie dzisiaj firmy szukają sprzedaży? 

Istotność kanałów wciąż mierzymy udziałami wartościowymi i wolumenowymi, ale środek ciężkości przesuwa się z pytania „gdzie sprzedajemy?" na „gdzie i jak konsument podejmuje decyzję?". Obserwujemy wyraźną polaryzację formatów – z jednej strony dyskonty i convenience, z drugiej wyspecjalizowane drogerie, stawiające na doświadczenie zakupowe. Jednocześnie rośnie znaczenie e-commerce i q-commerce jako kanałów uzupełniających, a retail media stają się nową warstwą komunikacji w momencie podejmowania decyzji zakupowej. To zmiana, która już się dzieje.

Jak zmienia się rynek i konsument, a także jakie czynniki najmocniej determinują tę zmianę? 

Fundamentem, który trzeba zrozumieć, zanim zaczniemy projektować kanały dotarcia, są makrosiły zmieniające sposób, w jaki żyjemy i kupujemy. To po pierwsze wellbeing, czyli rosnące znaczenie holistycznego podejścia do zdrowia i postrzegania kosmetyku jako elementu rytuału. Po drugie — zmieniający się styl życia, związany m.in. ze starzeniem się społeczeństwa, urbanizacją, presją kosztową, czy  tym, że więcej czasu spędzamy w domu. Niezwykle istotne są też cyfryzacja, podejście technology-first, napędzające hiperwygodę, wykorzystanie danych i personalizację, a także kryzys środowiskowy, który zwiększa presję na działanie, a jednocześnie wzmacnia sceptycyzm wobec claimów. To właśnie umiejętność adaptacji do tych sił będzie wyznaczać kierunki wzrostu i wskazywać, gdzie szukać punktów styku z konsumentem.

Czy już nie mówimy o kanałach, a raczej ekosystemach? 

Nie mówimy już tylko o kanałach sprzedaży, ale o całych ekosystemach, w których wspólnie z retailerami tworzymy doświadczenie konsumenta. W Personal Care lojalność buduje się nie tylko promocją. Ważne są przede wszystkim trzy rzeczy: spójność doświadczenia, komunikacja dopasowana do sytuacji i potrzeb konsumenta oraz wiarygodność marki. Marka i sieć handlowa pełnią różne, uzupełniające się role.

image

Forum Branży Kosmetycznej 2026. Spotkajmy się tam, gdzie powstaje przyszłość rynku beauty

Dla kupującego mniej istotne jest, czy dodatkowa korzyść pochodzi od producenta, czy od sieci. Liczy się to, czy całe doświadczenie odpowiada na jego potrzeby. Dlatego lojalność wobec marki i miejsca zakupu powstaje wspólnie, a nie należy wyłącznie do jednej strony.

Czy w perspektywie kilku lat rola pośredników (między marką a klientem) jakimi są sieci detaliczne, zostanie zminimalizowana/ ograniczona? Co je zastąpi? 

Wbrew tezie o eliminacji pośredników, rola sieci będzie się zwiększać z uwagi na konsolidację rynku oraz rosnącą dojrzałość modeli omnichannel. W Polsce już dziś  mamy sieci, które świetnie łączą sklep fizyczny, aplikację, program lojalnościowy i retail media. Dla dostawców oznacza to przejście od tradycyjnych negocjacji handlowych do partnerstwa opartego na wspólnym celu i danych.

Jakie formaty, koncepty, kanały będą zwycięzcami w obszarze kosmetycznym w ciągu kolejnych 5-10 lat?

Przejście „od kanałów do ekosystemów" to zmiana, która dopiero się kształtuje – jej kierunek jest wyraźny, jednak bez sztywnego punktu końcowego – dlatego wymaga działania krok po kroku. Warto nią zarządzać poprzez budowanie świadomości i zrozumienia, współtworzenie (co-design) z retailerami, rytm częstych, przyrostowych pilotaży i skalowanie success stories, a także adresowanie obaw, wynikających z krótkoterminowych celów i przywiązania do dotychczasowych modeli poprzez jasny plan i dane. Skorzysta na tym nie ten, kto ma najlepszy pomysł, lecz ten, kto skutecznie przeprowadzi przez zmianę ludzi – zarówno we własnej organizacji, jak i po stronie partnerów. 

Tradycyjne drogerie (jak Rossmann czy Hebe) stają się gigantami technologicznymi, dynamicznie rozwijając własne platformy reklamowe (Retail Media Networks). Jak pogodzić obecność i ekspansję marek w kanałach tj. własny e-commerce czy TikTok Shop, z budowaniem relacji z kluczowymi partnerami handlowymi offline? Czy te kanały ze sobą konkurują, czy udało Wam się wypracować model synergii, w którym nowości cyfrowe napędzają ruch w tradycyjnych drogeriach?

Te kanały konkurują ze sobą tylko wtedy, gdy zarządza się nimi w silosach. Punktem wyjścia zawsze jest konsument, nie kanał. Każdy kanał odpowiada na inną misję zakupową i odgrywa inną rolę w ekosystemie nabywcy, dlatego kluczowa jest synergia, a nie rywalizacja – czyli odpowiadanie na różne potrzeby poprzez odpowiednio dobrany asortyment, obsługę i doświadczenie.

Kiedy spojrzymy na to z perspektywy konsumenta, okazuje się, że kanały wcale nie konkurują o to samo. Do drogerii klient idzie po odkrywanie, testowanie i doświadczenie, do dyskontu po wygodę, z e-commerce korzysta ze względu na pełną ofertę i wiedzę opartą na danych, a w social commerce szuka inspiracji i nowości. Ta sama osoba korzysta ze wszystkich tych kanałów, tylko w różnych momentach i z różną intencją.

image

Drogeria Roku 2026. Twój gust ma głos! Wybierz najlepszą drogerię, perfumerię, koncept i strefę beauty w sieciach handlowych.

W tej układance kanały cyfrowe nie zabierają ruchu drogeriom, przeciwnie – mogą go napędzać. TikTok Shop czy własny e-commerce budują popyt, który konsument bardzo często realizuje tam, gdzie może produktu dotknąć, przetestować go i poczuć, czyli w kanale offline. Równolegle same sieci stają się coraz bardziej zaawansowane technologicznie, rozwijając własne Retail Media Networks. To otwiera nowe źródło wartości, jednak zyskuje ten, kto potrafi połączyć dane, wspólny pomiar i cele komercyjne oraz rozwijać retail media tak, by wzmacniać zaufanie.

I tu dochodzimy do sedna: doświadczenie, możliwość testowania i inspiracja to elementy, których nie da się w pełni zdigitalizować. Dlatego rola sieci nie maleje, lecz rośnie. 

Od lidera oczekuje się dziś prowadzenia organizacji przez nieustanną transformację. Jakich kompetencji będzie wymagać zarządzanie przyszłości? Która kompetencja lidera zdecyduje o tym, kto wygra w erze automatyzacji i pracy zespołów wspieranych przez AI?

Technologię można wdrożyć z dnia na dzień, jednak trwała zmiana zachowań i nawyków wymaga czasu, wsparcia i przestrzeni. Prawdziwą kompetencją przyszłości jest umiejętność prowadzenia organizacji przez nieustanną zmianę. Ze zmianą zawsze ma się do czynienia w kilku obszarach jednocześnie i są to: ludzie, procesy i automatyzacja. 

Wszystko zaczyna się od ludzi. Lider przyszłości jest przede wszystkim agentem zmiany, zaczyna od „dlaczego", buduje zaangażowanie i dba o odporność oraz dobrostan zespołu. Kompetencje, również cyfrowe i związane z AI, powinny być rozwijane w sposób ciągły, a nie jednorazowy.

Procesy są pomostem między strategią a egzekucją. Rolą lidera jest przeprojektowanie sposobu pracy tak, aby nadążał za tempem technologii – poprzez jasny podział ról, jedną wspólną wersję danych i rutyny „insight-to-action". 

Automatyzacja natomiast powinna wspierać człowieka. Technologia ma wzmacniać decyzje i kreatywność, przejmując skalę i powtarzalne zadania, a tym samym uwalniając czas na strategię i odważne decyzje. 

Zyskają liderzy, którzy potraktują transformację nie jako jednorazowy projekt a  jako stały sposób działania.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
17.09.2026 11:24
Tomasz Leśniak, Medica Group: Proces normalizacji sexual wellness jeszcze się nie zakończył.
Tomasz Leśniak (archiwum prywatne)

„Nie chcemy tylko dostarczać produktów. Chcemy wspólnie z retailerami budować kategorię, która odpowiada na realne potrzeby konsumentów i tworzy dla handlu nowy, rentowny obszar wzrostu" — mówi Tomasz Leśniak, CEO Medica-Group Sp. z o.o. O tym, jak zmienia się kategoria sexual wellness, co ją blokuje, a gdzie są niewykorzystane szanse rozwojowe, rozmawia z Wiadomościami Kosmetycznymi.

Czy wejście sexual wellness do mainstreamowych drogerii oznacza normalizację, czy „wygładzenie” produktu? Czy zmieniali Państwo produkt lub branding pod  oczekiwania sieci? 

Z perspektywy producenta widzę przede wszystkim realną normalizację tej kategorii. Sexual wellness coraz wyraźniej wychodzi z obszaru tabu i staje się częścią szerszej rozmowy o jakości życia, relacjach i zdrowiu intymnym. To naturalna ewolucja rynku: konsumenci są bardziej świadomi swoich potrzeb, a handel zaczyna za tą zmianą podążać. 

Nie oznacza to jednak, że produkt w kanale mainstreamowym może być komunikowany dokładnie tak samo, jak w kanale specjalistycznym. Drogeria ma inną przestrzeń ekspozycyjną, inną wrażliwość komunikacyjną i  znacznie szerszą grupę odbiorców. Dlatego dostosowanie języka, designu czy architektury opakowania uważam nie za „wygładzanie”, lecz za profesjonalne zarządzanie kategorią. Kluczowe jest, aby nie zgubić  funkcji i tożsamości produktu. 

W Medica-Group od lat rozwijamy portfolio tak, aby produkty intymne mogły funkcjonować również w  nowoczesnym retailu. Nasze wieloletnie doświadczenie obejmuje kosmetyki, suplementy diety, perfumy z feromonami i inne segmenty sexual wellness. Jeżeli partner handlowy wskazuje konkretne potrzeby dotyczące ekspozycji czy komunikacji, jesteśmy otwarci na dialog. Nie chodzi jednak o ukrywanie kategorii, lecz o nadanie jej formy adekwatnej do miejsca sprzedaży. Uważam, że prawdziwa normalizacja następuje właśnie wtedy, gdy produkt nie musi krzyczeć, że jest „erotyczny”, aby konsument rozumiał jego  przeznaczenie. 

Moje obserwacje dotyczące rynku są takie, że łatwiej znaleźć na półce produkt, który ma sprawić, że konsumentka będzie bardziej atrakcyjna dla kogoś, niż taki, który ma zwiększyć jej własną satysfakcję seksualną. Czy obserwują Państwo to również w praktyce biznesowej? Jak kupcy reagują na bezpośrednią komunikację o kobiecej przyjemności i własnym pożądaniu?

Przez wiele lat rynek rzeczywiście częściej komunikował kobiecą seksualność przez pryzmat atrakcyjności  dla partnera niż własnej przyjemności kobiety. To się jednak zmienia i uważam, że jest to jedna z najważniejszych zmian zachodzących obecnie w sexual wellness. Konsumentki coraz częściej poszukują produktów związanych z ich własnym komfortem, potrzebami, libido i satysfakcją. 

Dlatego Medica-Group od dawna buduje pełne linie skierowane bezpośrednio do kobiet. W naszym portfolio znajdują się m.in. Orgasm Max Cream for Women, Orgasm Power for Women oraz linia WinWoman, rozwijana w różnych formach produktowych. Nie traktujemy produktów dla kobiet jako dodatku do oferty  męskiej. To samodzielny, strategiczny segment naszego portfolio. 

A co z kupcami?

Po stronie kupców nadal widoczna jest pewna ostrożność wobec bardzo bezpośredniego języka. Naszą rolą  jako producenta jest więc dostarczenie partnerowi nie tylko produktu, ale również wiedzy: jak mówić o potrzebach kobiet w sposób nowoczesny, odpowiedzialny, zgodny z charakterem kanału i bez niepotrzebnej  sensacyjności. Chcemy przekazywać tę wiedzę partnerom B2B, szkolić ich zespoły i pomagać budować  komunikację, w której kobieca przyjemność jest naturalnym elementem zdrowia, komfortu i jakości życia, a nie tematem, który należy omijać.

Czy „sexual wellness” to realna zmiana myślenia, czy strategia marketingowa pozwalająca ominąć tabu? 

Dla mnie sexual wellness jest przede wszystkim realną zmianą sposobu myślenia. Sam język oczywiście ma  znaczenie: termin „sexual wellness” pozwala wyjść poza historyczne skojarzenie tej kategorii wyłącznie z sex-shopem i spojrzeć na nią szerzej — przez pryzmat komfortu intymnego, relacji, świadomości własnego  ciała, satysfakcji i jakości życia. Ale jeżeli za zmianą słownika nie idzie zmiana produktu, edukacji i podejścia  do konsumenta, pozostaje ona tylko zabiegiem marketingowym. 

To gdzie kończy się wellness, a zaczyna po prostu kosmetyczne „opakowanie” kategorii erotycznej w bardziej akceptowalny język?

Granica jest więc dość prosta: wellness nie może być eufemizmem służącym do ukrywania rzeczywistego  przeznaczenia produktu. Komunikacja powinna być transparentna, odpowiedzialna i adekwatna do kategorii.  Jednocześnie nie widzę powodu, aby seksualność przedstawiać językiem prowokacji, skoro może być  komunikowana tak samo profesjonalnie, jak pielęgnacja intymna, zdrowie hormonalne czy inne obszary związane ze zdrowiem i jakością życia. 

image

Rynek sexual wellness w Polsce w fazie przyspieszenia, start upy — strzyżcie uszami

Medica-Group od lat działa właśnie na styku tych światów. Naszym celem jest „odczarowywanie” kategorii:  bez infantylizacji i bez epatowania erotyką. Sexual wellness dojrzewa jako segment rynku wtedy, kiedy  zaczynamy mówić o nim rzeczowo — tak, jak o każdym innym obszarze konsumenckiego wellness. 

W badaniu, które przeprowadziłam na potrzeby artykułu w zeszłorocznym roczniku Wiadomości Kosmetycznych, spośród dużych sieci oferujących przynajmniej część kategorii sexual wellness aż 80 proc. nie odpowiedziało na pytanie o dane sprzedażowe, 8 proc. odmówiło ich udostępnienia, a tylko 2,3 proc. zadeklarowało, że takie dane w ogóle zbiera. Czy oznacza to, że rynek nadal nie traktuje tej kategorii jako pełnoprawnej kategorii FMCG/beauty? 

Nie interpretowałbym samej niechęci do udostępniania danych jako dowodu, że kategoria nie jest traktowana poważnie — sieci handlowe chronią dane sprzedażowe również w wielu innych segmentach. Natomiast fakt,  że wokół sexual wellness nadal pojawia się większa ostrożność komunikacyjna, pokazuje, że proces normalizacji jeszcze się nie zakończył. 

Z naszej perspektywy zmiana jest jednak wyraźna. Jeszcze kilka lat temu rozmowa z mainstreamowym  retailem bardzo często zaczynała się od pytania: „czy taka kategoria w ogóle pasuje do drogerii?”. Dzisiaj coraz częściej rozmawiamy o tym, jakie produkty wybrać, jak je wyeksponować, jak przeprowadzić pilotaż i jak zbudować rotację. To zasadnicza różnica. 

Misją Medica-Group jest przyspieszenie tego procesu. Chcemy, aby sexual wellness było traktowane jako pełnoprawny element nowoczesnego wellness — obok obszarów, które jeszcze niedawno również były  niszowe, a dziś są częścią głównego nurtu, takich jak longevity czy biohacking. Nie stawiałbym znaku  równości między tymi kategoriami w sensie medycznym; łączy je natomiast rosnące zainteresowanie konsumentów świadomym dbaniem o jakość życia. Właśnie w tym kontekście sexual wellness ma ogromną  przestrzeń do dalszego rozwoju. 

Z jakim oporem kupców spotykają się Państwo przy wprowadzaniu sexual wellness do tradycyjnych drogerii? Czego dotyczą największe obawy: reakcji klientów, komunikacji marketingowej, ekspozycji, wizerunku sieci czy odpowiedzialności za samą kategorię?

Największą barierą nie jest dziś, moim zdaniem, sprzeciw wobec samej kategorii. Częściej jest nią niepewność. Kupiec, który przez lata zarządzał klasycznym beauty, suplementami czy higieną osobistą, może nie mieć jeszcze wystarczających danych, aby ocenić potencjał rotacji sexual wellness. Pojawiają się  pytania o akceptację klientów, miejsce na półce, język komunikacji, szkolenie personelu i przede wszystkim  ryzyko zatowarowania. 

Proponujemy model współpracy oparty na rozwiązaniach, które istotnie ograniczają ryzyko po stronie retailera i ułatwiają podjęcie decyzji o wdrożeniu marki. Opracowaliśmy strategię wejścia obejmującą  selekcję najlepiej rokujących SKU, możliwość pilotażu w wybranych placówkach oraz pełne wsparcie  wdrożenia i sprzedaży. Nasze podejście zostało skonstruowane w taki sposób, aby partner mógł przetestować potencjał marki przy minimalnym zaangażowaniu i ograniczonym ryzyku handlowym. Dzięki temu możemy elastycznie dopasować model współpracy do skali, potrzeb i oczekiwań konkretnej sieci. 

Do tego dokładamy wiedzę produktową, materiały, wsparcie marketingowe i szkolenia personelu. Dzięki  wieloletniemu doświadczeniu wiemy, że w nowej kategorii sam produkt nie wystarcza. Trzeba pomóc partnerowi zrozumieć, komu go zaoferować, gdzie go ustawić i jak o nim mówić. Właśnie w ten sposób  chcemy budować bezpieczne wejście sexual wellness do retailu. 

Brzmi, jakby mainstream poszerzał grupę odbiorców. A może tylko przenosi zakupy z sex shopów i sklepów specjalistycznych? 

Jestem przekonany, że mainstream przede wszystkim poszerza rynek. Poszczególne kanały mają różne  grupy klientów, różny poziom zaufania i odpowiadają na inne sytuacje zakupowe. Klient specjalistycznego  sklepu internetowego często szuka bardzo szerokiego wyboru i konkretnego produktu. Klient drogerii może  natomiast odkryć kategorię przy okazji codziennych zakupów — obok kosmetyków, suplementów czy  produktów higieny intymnej. To zupełnie inna ścieżka zakupowa. 

image

Agata Ptak, Lula Pink: Estetyka sex shopowa nie sprzeda się w drogeriach [FBK 2025]

Dlatego obecność sexual wellness w drogerii nie musi oznaczać odebrania sprzedaży sex-shopom. Może oznaczać dotarcie do konsumenta, który wcześniej w ogóle nie wszedłby do sklepu specjalistycznego. Mainstream obniża psychologiczną barierę wejścia, zwiększa dostępność i pomaga normalizować kategorię.  W efekcie rośnie cały rynek. 

Z biznesowego punktu widzenia to ważna szansa dla retailerów. Wprowadzając dobrze dobraną ofertę sexual wellness, sieć może nie tylko zwiększyć wartość koszyka, ale również pozyskać nową potrzebę  zakupową wśród obecnych klientów i przyciągnąć nowych odbiorców. Właśnie dlatego patrzymy na tę  kategorię nie jako na migrację sprzedaży między kanałami, ale jako na tworzenie dodatkowego popytu. 

Gdyby miał Pan wystosować miniorędzie do kupców w sieciach drogeryjnych czy handlowych w ogóle, to co by Pan w nim zawarł?

Spójrzcie Państwo na sexual wellness nie jak na niszową kategorię, ale jak na kolejną przestrzeń do wzrostu sprzedaży, marży i pozyskania nowych klientów. 

Medica-Group ma wieloletnie doświadczenie na rynku kosmetyków i suplementów. Przez lata  zdobyliśmy szerokie kompetencje w sprzedaży detalicznej, produkcji i rozwijaniu marek oraz we współpracy  B2B z partnerami i dystrybutorami, także na rynkach zagranicznych. Nasze portfolio obejmuje m.in. markę PheroStrong oraz rozwijane od lat linie produktów intymnych. Produkty Medica-Group są obecne w  europejskich kanałach dystrybucji, a w 2026 roku linie PheroStrong Elixir i Orgasm Max Cream zostały  wyróżnione w konkursie Perły Rynku. 

Nie proponujemy Państwu po prostu kolejnych produktów na półkę. Proponujemy wspólne wejście w kategorię, która może generować dodatkowy obrót, atrakcyjną marżę i docierać do klientów, których część  tradycyjnego retailu wciąż nie zagospodarowała. 

Rozumiemy jednocześnie, że wdrożenie nowej kategorii może wiązać się z ostrożnością po stronie kupca. Dlatego opracowaliśmy model współpracy, który pozwala istotnie ograniczyć ryzyko handlowe — od selekcji  najlepiej rokujących SKU, przez możliwość rozpoczęcia od pilotażu, po elastyczne rozwiązania dopasowane  do skali i potrzeb konkretnej sieci. Zapewniamy wiedzę produktową, materiały sprzedażowe i marketingowe, próbki, szkolenia pracowników oraz bieżące wsparcie naszego zespołu. 

Chcemy być nie tylko dostawcą, ale partnerem odpowiedzialnym za rozwój kategorii razem z siecią. Model  jest prosty: minimalizujemy barierę wejścia i ryzyko po stronie retailera, a wspólnie maksymalizujemy  potencjał sprzedaży i zysku. Bazując na wieloletnim doświadczeniu w budowaniu tego rynku, wierzymy, że sexual wellness zasługuje na pełnoprawne miejsce w nowoczesnym handlu. Warto dać tej kategorii miejsce  na półce — i pozwolić klientom zdecydować o jej sukcesie.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
28. wrzesień 2026 02:50