StoryEditor
Wywiady
19.05.2020 00:00

ANETA KRĘGLICKA: Dojrzałość daje mi siłę, dystans i niezależność

Aneta Kręglicka. Pierwsza kobieta z Europy Wschodniej, która w 1989 r. zdobyła tytuł Miss World. Pierwsza i jedyna Polka z tym tytułem.Modelka, fotomodelka, ale przede wszystkim business woman. Występuje w kampaniach reklamowych, które często tworzy i produkuje wraz ze swoim zespołem. Nie inaczej było w przypadku marki Yoskine, której jest ambasadorką.

Aneta Kręglicka. Pierwsza kobieta z Europy Wschodniej, która w 1989 r. zdobyła tytuł Miss World. Pierwsza i jedyna Polka z tym tytułem. Ukończyła studia ekonomiczne na Uniwersytecie Gdańskim oraz doktoranckie w Szkole Głównej Handlowej. Przez rok pracowała w Stanach Zjednoczonych dla nowojorskiej agencji Wilhelmina. Po powrocie do Polski założyła jedną z pierwszych agencji reklamowych ABK Kręglicka. Obecnie jest współwłaścicielką studia filmowego St. Lazare oraz prowadzi agencję reklamową Hannah Hooper. Modelka, fotomodelka, ale przede wszystkim business woman. Występuje w kampaniach reklamowych, które często tworzy i produkuje wraz ze swoim zespołem. Nie inaczej było w przypadku marki Yoskine, której jest ambasadorką.

Czy często wraca Pani wspomnieniami do wyborów Miss Świata? Czy to wydarzenie zajmuje szczególne miejsce w Pani życiu i w pamięci?

Do konkursu zawsze miałam stosunek ambiwalentny. Natomiast po latach – w tym roku minęło 30 lat – patrzę na to wydarzenie sentymentalnie. Startowanie w konkursie nigdy nie było w moich planach, to się zdarzyło przypadkowo, spontanicznie. Na fali namów koleżanek, przyjaciół i rodziny, zainspirowana przez nich, a nie do końca sama przekonana, wzięłam w nim udział „z marszu”. Potem z eliminacji na eliminację zdobyłam tytuł Miss Polonii, później tytuł I wicemiss Miss International w Tokio, aż wreszcie Miss World w Hongkongu.

Kiedy otrzymuje się tytuł Miss Świata łatwo można się poczuć oszołomionym…

To prawda, ale w moim przypadku nie było to oszołomienie, które prowadzi do chęci bycia gwiazdą. Popularność sprawiła, że się jej trochę przestraszyłam. Nigdy o nią nie zabiegałam, nigdy to nie był mój cel, nigdy nie chciałam w ten sposób na siebie zwracać uwagi. Nagle stałam się osobą rozpoznawalną. W pewnym momencie to mnie przerosło, popularność przeszkadzała mi w normalnym życiu. Mimo całego sukcesu, tego, że ludzie byli dla mnie bardzo życzliwi, że tak spontanicznie i cudownie przeżywali fakt mojego zwycięstwa w konkursie, były momenty, że żałowałam, że wzięłam w nim udział.

Chyba nie ma Pani natury celebrytki?

Nie jestem charakterologicznie osobą nadającą się do show-businessu. Oczywiście się w nim pojawiam, głównie z racji tego, że jestem zapraszana do różnych projektów jako ambasadorka. Tak, jak do 40. roku życia nie brałam udziału w żadnych reklamach, tak od tego momentu postanowiłam dać sobie zielone światło na takie działania. Udział w tego rodzaju projektach wiąże się z jakością mojego wizerunku, który przez lata wypracowałam, zbudowałam i który jest przez marki ceniony. To jest moja ekspozycja publiczna, dlatego też bardzo poważnie do tego podchodzę. Moi partnerzy bardzo szybko przekonują się, że jestem osobą bardzo wymagającą. Zależy mi na tym, żeby wszystkie projekty, w których biorę udział, były na wysokim poziomie i żebyśmy, wspólnie budując markę, nie deprecjonowali tego, co do tej pory sama wypracowałam.

Z racji obowiązków wynikających z bycia ambasadorką danej marki uczestniczę w różnych wydarzeniach. Natomiast z natury celebrytką nie jestem, kompletnie nie zależy mi na takiej popularności – być żeby być, żeby brać udział w licznych reality show, na fali popularności poprowadzić spotkanie, konferencję, wziąć udział w reklamie – nie jest to moje być albo nie być. Tego rodzaju popularność byłaby dla mnie krępująca.

Wiem, że jest Pani bardzo aktywna w zawodowym życiu. Prowadzi Pani agencję reklamową, jest Pani współwłaścicielką studia filmowego, projektuje Pani swoje kolekcje modowe, a ostatnio swoją energię i uwagę oddała Pani także marce Yoskine. Proszę opowiedzieć, co w życiu zawodowym jest dzisiaj dla Pani priorytetem?

Od 28 lat jestem dla siebie pracodawcą, prowadzę własną firmę. Na co dzień zajmuję się budowaniem strategii komunikacji marek. Wspieram je merytorycznym consultingiem, a czasem jestem zapraszana do współtworzenia samych marek czy produktów – to jest moje główne zajęcie, które daje mi satysfakcję i ogromne poczucie niezależności. Nie mówię o tym dużo, bo zwykle show-businessu ani dziennikarzy nie interesuje to, czym się zajmuje. Mam też klientów, którym zupełnie nie zależy na promocji i na byciu w kolorowych pismach, w związku z tym o wielu projektach, które realizuję w Polsce czy za granicą, nie rozmawiam publicznie.

Jakich projektów najchętniej się Pani podejmuje?

Jestem dzisiaj w takim momencie życia, że mam więcej odwagi do tego, żeby wchodzić na nieznany grunt, podejmować się projektów z pozoru nie dla mnie. Prowadząc agencję komunikacji, współpracuję z firmami z różnych branż, od modowych przez kosmetyczne po rurociągi. Dzięki temu bardzo dużo się uczę, bo podstawą każdej kampanii jest dogłębne poznanie branży, firmy, konkretnego produktu, wtedy można zaproponować nieschematyczne rozwiązania.

W nawiązaniu do nauki – nie tak dawno skończyła Pani kolejne studia.

Rzeczywiście cały czas się uczę. W wieku czterdziestu paru lat skończyłam studia doktoranckie, na które poszłam z chęci uporządkowania wiedzy ekonomicznej, bo przecież na studiach magisterskich uczyłam się jeszcze ekonomii socjalizmu. Potrzebowałam więc świeżej wiedzy i kontaktu z młodymi ludźmi oraz chciałam powrotu do nauczania akademickiego. Założyłam sobie, że jeśli poznam na studiach mentora, który mnie zafascynuje jakimś tematem, to doktorat zrobię, ale tak się nie stało. Jeśli podejmuję się jakiś zadań, zawsze robię to po coś. Uznałam więc, że ten etap skończyłam. Mam dyplom ukończenia studiów, tytułu doktora nie potrzebowałam tylko po to, żeby się dowartościować.

To brzmi dość stanowczo.

Chyba jestem stanowcza. Wydawało mi się, że z wiekiem będę bardziej kompromisowa, ale tak się nie stało. Dzisiaj właściwie w ogóle nie robię rzeczy, do których nie jestem przekonana. Jeśli chodzi o życie zawodowe, praktycznie nie idę na kompromisy. Może z racji tego, że mam większe doświadczenie, wiem, co chcę robić, wiem, że chcę pracować z ludźmi, którzy dają mi pozytywną energię. Otaczać się ludźmi, którzy mnie doceniają, a nie tylko chcą wykorzystać w taki komercyjny sposób jako element swojej kampanii. Jestem typem mrówki robotnicy, wszystko to, co mam, poza tytułem Miss Świata, który mi trochę spadł z nieba, wypracowałam sama. Chociaż nie, kiedy przystąpiłam do konkursu – kończyłam studia, znałam dwa języki, czułam się swobodnie. Byłam młodą, ale już ukształtowaną kobietą.

Czy jest Pani wymagająca?

Bardzo dużo wymagam od siebie i tak samo od moich partnerów w biznesie. Bardzo pilnuję tego, żeby obie strony realizowały to, na co się umówiliśmy, i żeby obie strony miały z tego korzyść. To ma być wspólny sukces, mój i firmy, z którą współpracuję. Stawiam twarde warunki. Dlatego już na samym początku ostrzegam, że jestem wymagającym partnerem. Ale nie sfochowaną gwiazdą, bo taka w ogóle nie jestem.

Czego Pani nie toleruje?

Dwulicowości, nierzetelności, bylejakości – szczególną uwagę zwracam na to, czy firmę, z którą podejmuję współpracę, stać na pewien poziom produkcji oraz doprowadzenie projektu do końca. Jeśli nie, wolę z niego zrezygnować.

A ja myślałam, że jest Pani nieśmiała, spokojna.

Nie jestem taka spokojna!

Już teraz wiem, bardzo dużo Pani mówi. I szybko.

To prawda (śmiech). Często spotykam się z opinią, że jestem wycofana, chłodna. Ktoś, kto mnie nie zna, faktycznie może odnieść takie wrażenie, ponieważ oszczędnie podchodzę do tego, w jaki sposób pokazuję się publicznie. I znowu – nie dlatego, że jakoś sztucznie się kontroluję, tylko dlatego że nie mam potrzeby odsłaniania wszystkim siebie prywatnej. Natomiast ci, którzy ze mną pracują na co dzień, wiedzą, że jestem osobą temperamentną. Mam spore poczucie humoru, o którym też wiele osób nie wie.

Zawsze kojarzyła mi się Pani z wyrafinowaniem, elegancją.

To fakt, bardzo dbam o pewien rodzaj szlachetności, taką siebie pokazuję w reklamach i taka też jestem.

Nie lubi Pani być jednak postrzegana przez pryzmat swojej urody.

Moja popularność wyrosła na fali urody. A ja miałam do tego ogromny dystans. Nigdy nie myślałam o sobie w tych kategoriach, że jestem osobą piękną, atrakcyjną, nie myślałam o pracy w filmie, w modelingu. To zdarzyło się przez przypadek. W domu nie wychowywano mnie w ten sposób, nie mówiono „jaka jesteś piękna”. W związku z tym w ogóle nie widziałam siebie w tym kontekście. A potem, przez te 30 lat, praktycznie każdy, kto przychodził do mnie w sprawie wywiadu, najczęściej chciał rozmawiać o urodzie, o konkursie Miss Świata i o modzie. O tym, co w sposób automatyczny kojarzy się ze mną. Ludzie postrzegają mnie w inny sposób, niż ja sama siebie widzę.

Może dzieje się tak dlatego, że najbardziej jest Pani kojarzona z kampaniami dla marek modowych i bywa Pani na pokazach mody. Jeśli można Panią zobaczyć w plotkarskich rubrykach, to są to głównie zdjęcia z pokazów polskich projektantów, chociaż ostatnio też sensację wzbudziło to, że na Instagramie pokazała Pani zdjęcia ze swojego domu.

Zawsze interesowałam się modą. Projektuję też meble na własny użytek i stawiam je w swoim domu. Lubię to i zajmuję się tym hobbystycznie. Nigdy wcześniej nie projektowałam ubrań ani butów, ale czuję w sobie pewien potencjał. Okazało się, że we współpracy z konstruktorami, którzy są profesjonalistami w tej branży, udawało się przenieść moją ideę, kreację na produkt. Powiem szczerze, że są to są właśnie projekty moich marzeń, udział w tworzeniu produktu mnie fascynuje. Przy okazji pomagam w budowaniu pomysłu na komunikację, współuczestniczę w tworzeniu kampanii. Tak właśnie było w przypadku marki Yoskine.

Jak duży miała Pani wpływ na tę kampanię?

Pomysł wyszedł z mojej firmy i moja firma wyprodukowała całą kampanię, zarówno film reklamowy, jak i sesję fotograficzną. Zaprosiłam do współpracy realizatorów, którym ufam. Mieliśmy bardzo mało czasu na realizację, zależało mi na tym, aby w zespole znaleźli się ludzie, którzy mogą na sobie polegać. Stworzyliśmy dla Yoskine propozycję filmu, scenografię, inscenizację. Podobnie było z kampanią fotograficzną. Zaproponowałam różne jej odsłony, pojawił się m.in. pomysł na czarno-białe zdjęcia. Kiedy patrzy się na kampanie firm kosmetycznych, to sporo dzieje się w reklamach zapachów, mniej w segmencie produktów pielęgnacyjnych – kampanie są dość zachowawcze. W przypadku Yoskine szukaliśmy złotego środka, żeby nie stracić aspektu komercyjnego – na pierwszym planie jest produkt – a zarazem dać marce walor szlachetności i klasy, żebym była w tej kampanii ja, taka, jaką jestem, ja prawdziwa.

Co Panią przekonało do współpracy z marką Yoskine i przyjęcia roli ambasadorki?

Zaskoczę Panią. Otóż firmę Dax Cosmetics znam od ponad 20 lat. W 1992 r., zaraz po powrocie do Polski, po wygraniu konkursu Miss Świata, założyłam jedną z pierwszych agencji reklamowych ABK Kręglicka. Organizowałam wtedy konkurs ABK Lady, w którym brały udział polskie firmy z różnych branż, m.in. z kosmetycznej i odzieżowej. Jury wyłaniało marki, które w danym roku wyprodukowały, stworzyły coś wyjątkowego. I właśnie firma Dax Cosmetics też wzięła udział w tym konkursie. Wtedy poznałam założycieli firmy i pierwszych właścicieli. Teraz, kiedy firma zwróciła się do mnie z propozycją współpracy, to pierwsza reakcja była emocjonalna, pomyślałam, że jest to sygnał, takie zatoczenie koła. Drugi argument – obserwowałam, co marka robi, jakie prowadzi kampanie i z kim do tej pory współpracowała. To było dla mnie bardzo ważne. Następny, a może najistotniejszy punkt to produkt – jaki jest, jak firma do niego podchodzi, jak o niego dba. Marka Yoskine jest związana z firmą japońską, składniki pochodzą z Japonii, a wiemy, że ten rynek, jeśli chodzi o kosmetologię, jest bardzo rozwinięty, mają znakomite formuły i komponenty do kosmetyków. Bardzo istotne było też dla mnie to, że firma nadal produkuje w Polsce. Do tej pory byłam zawsze związana z markami polskimi, wyjątkiem była kampania BMW. Głównie promowałam polskie marki i produkty. Poznałam też wcześniej osoby z firmy Dax Cosmetics, z którymi mam przyjemność pracować, i było pomiędzy nami zrozumienie.

Czy miała Pani okazję wypróbować produkty przed kampanią?

Tak, testowałam linie Imperial i Okinawa. Teraz testuję Yoskine Glass Look – chociaż są to produkty dla młodszych dziewczyn oraz najnowszą serię Yoskine Geisha Gold Secret. Najbardziej przypadły mi do gustu kawiorowa Okinawa i bogata w japońskie składniki Geisha Secret, ale co ciekawe Yoskine Glass Look też jest dla mnie świetna. Odpowiada mi konsystencja kremów Yoskine, lubię nieco cięższe, kremowe, a nie lejące się produkty. Podoba mi się też, że zostawiają one na skórze przyjemny, wilgotny film. Tak jak lubię matowy makijaż, ewentualnie z lekkim błyskiem na policzkach, tak muszę mieć poczucie nawilżonej skóry. Nie każdy krem to daje. A przetestowałam mnóstwo różnych produktów, różnych marek, polskich i zagranicznych, drogich, tanich. Mam delikatną, cienką, pergaminową skórę i nie jest mi łatwo znaleźć odpowiedni krem.

Jakie kosmetyki stosuje Pani na co dzień i uważa za niezbędne?

Szczególną uwagę zwracam na oczyszczanie i na nawilżanie skóry. Moje niezbędniki to odpowiedni płyn micelarny, serum, krem pod oczy i krem do twarzy. Bardzo często nakładam też maseczki. Uwielbiam takie maseczki, których nie trzeba ściągać, tylko wchłaniają się w skórę. Na co dzień chodzę bez makijażu. Robię go tylko wtedy, kiedy muszę, na oficjalne wyjścia, biznesowe spotkania. Najważniejsza jest dla mnie regularna pielęgnacja skóry. Dbam o to od wielu lat. A dziś jestem kobietą dojrzałą, więc szczególnie przywiązuję uwagę do tego, żeby moja skóra była nawilżona.

Myślę, że wiele kobiet zazdrości Pani nie tylko młodzieńczego wyglądu, ale też świetnej sylwetki. 

Figurę mam rzeczywiście wypracowaną jeszcze przez gimnastykę artystyczną, którą kiedyś trenowałam. Mam ogromną potrzebę ruchu. Bez sportu nie funkcjonuję. Lubię ćwiczenia wysiłkowe. Głowa odpoczywa mi wtedy, kiedy się zmęczę fizycznie. Niedawno poszukałam też dla siebie nowego wyzwania sportowego i zaczęłam treningi, które są rodzajem tai chi – dokładnie ta metoda nazywa się calligraphy. Polega na równoważeniu w sobie energii, a w konsekwencji regeneracji narządów wewnętrznych. Ma ona pomóc mi zrelaksować się, wyciszyć, trochę zwolnić, okiełznać energię, która mnie rozpiera. Szukam balansu. Wykonuję więc zarówno ćwiczenia siłowe, jak i relaksacyjne, ćwiczę cztery razy w tygodniu. Chcę się czuć jak najdłużej sprawna, chcę być zdrowa, mieć lekki chód, być zadbana – to jest dla mnie priorytet i motywacja.

Co daje Pani dojrzałość?

Siłę, dystans, niezależność. Lata młodości minęły, ale mam przekonanie, że pełnią życia żyję teraz. Że pewną swobodę osiągnęłam właśnie wraz z dojrzałością. Kiedyś musiałam wiele rzeczy robić, bo byłam w pędzie, miałam duży zespół pracowników pod sobą, byłam za nich odpowiedzialna, pragnęłam zawodowego sukcesu.  Dzisiaj muszę nadal pracować, starać się o kontrakty, dbać o klientów, ale podchodzę do tego już z większym dystansem, spokojnie i bez wcześniejszego obciążenia. Wiem, że wszystkie decyzje, które podejmuję zawsze należą do mnie i ta świadomość daje mi ogromną siłę. Dzisiaj jestem też pewniejsza siebie, wiem, jakim jestem człowiekiem.

Co chciałaby Pani przekazać kobietom, które muszą sobie dziś radzić z wieloma rolami w społeczeństwie i wyzwaniami?

Przede wszystkim chciałabym powiedzieć młodym dziewczynom, że zawsze trzeba mieć plan na swoje życie. On się może wiele razy kompletnie zmienić, ale trzeba mieć plan na start – co chcę robić, jak chcę się rozwijać, w czym chcę być dobra, dokąd chcę dojść. Mieć pomysł na siebie – to bardzo ważne dla współczesnej kobiety. Dla mnie podstawą jest też niezależność, zarówno w relacjach zawodowych, jak i prywatnych – cokolwiek by się działo, muszę mieć poczucie, że stoję na własnych nogach, że sobie poradzę. To mi daje poczucie bezpieczeństwa.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
04.09.2026 09:09
Bogdan Wójcik, PerfumeCraft: Regulacje? Nie hamują z definicji kreatywności.
Bogdan Wójcik, archiwum prywatne

Czy Polska ma szansę wypracować własny, rozpoznawalny język zapachowy i dołączyć do krajów kojarzonych nie tylko z produkcją kosmetyków, ale również z autorską sztuką perfumiarstwa? Wraz z pojawieniem się pierwszych absolwentów kierunku „Perfumiarstwo” na rynku mogą zacząć powstawać nowe niezależne projekty i marki. O tym, dlaczego kluczem nie powinno być kopiowanie francuskich czy włoskich wzorców, lecz poszukiwanie własnych historii, krajobrazów i olfaktorycznych skojarzeń, a także jak regulacje i ograniczenia surowcowe wpływają na kreatywność perfumiarzy, rozmawiamy z Bogdanem Wójcikiem, perfumiarzem, kreatorem marki PerfumeCraft.

Jakiego typu perfum i marek możemy spodziewać się na polskim rynku za 3–5 lat, kiedy pierwsi absolwenci kierunku „Perfumiarstwo”, na którym Pan sprawuje pieczę, zaczną wprowadzać własne projekty? Czy będzie to przede wszystkim rozwój segmentu niszowego i kraftowego, czy może powstaną zupełnie nowe modele biznesowe?

Już teraz widać bardzo dużą różnorodność pomysłów i sposobów ich realizacji, nawet jeśli początkowo tematyka jest podobna. I chyba właśnie to jest najciekawsze: osoby kreatywne potrafią przepuścić ten sam temat przez własne doświadczenia, wrażliwość i sposób patrzenia na świat, a potem opowiedzieć go zupełnie inaczej.

Myślę, że to jedna z najważniejszych rzeczy, które mogą wynikać z tych studiów. Nie chodzi tylko o warsztat, poznanie surowców czy nauczenie się budowania kompozycji. Chodzi też o to, żeby z czasem znaleźć własny zapachowy język. Można przecież dać kilku osobom dokładnie ten sam temat zapachowy, a każda z nich stworzy coś innego.

image

Akademia Górnośląska będzie kształcić perfumiarzy. Powstał pierwszy taki kierunek studiów w Polsce

Dlatego bardziej niż konkretnego modelu biznesowego spodziewałbym się pojawienia się twórców o bardzo różnych osobowościach i sposobach myślenia o perfumach. To może być najciekawszą zmianą na polskim rynku.

Czy uważa Pan, że polscy początkujący perfumiarze będą szukać własnego języka olfaktorycznego, czy raczej będą podążać za trendami wyznaczanymi przez zagraniczne marki niszowe? Jakie motywy, surowce lub historie mogą stać się charakterystyczne dla polskiego perfumiarstwa?

Zawsze jest tak, że początkujący perfumiarze, nawet jeśli mają własne pomysły, nie od razu potrafią je w pełni zrealizować. Na początku dużo łatwiej jest poruszać się w temacie, który już znamy, dlatego większość młodych twórców w jakimś stopniu podąża za aktualnymi trendami — czy to mainstreamowymi, czy niszowymi. To naturalny etap nauki.

Najciekawsze zaczyna się później, kiedy odkrywają swoje predyspozycje i zamiłowania. Myślę, że w przypadku polskich perfumiarzy ogromny potencjał leży właśnie w polskich wątkach zapachowych. Bliski Wschód ma niezwykle silną tradycję perfum orientalnych, Francja – podejście klasyczne, Włochy dobrze pracują z cytrusami, ziołami i tematyką śródziemnomorską. My również musimy znaleźć własną drogę. Nie chodzi o stworzenie katalogu obowiązkowych „polskich nut”, ale o opowiadanie tego, co jest nam rzeczywiście bliskie — naszych miejsc, roślin, krajobrazów, wspomnień i doświadczeń. Właśnie tam widzę największą szansę na powstanie czegoś charakterystycznego dla polskiego perfumiarstwa.

Dziś stworzenie zapachu jest coraz łatwiej dostępne technologicznie, ale zbudowanie wokół niego marki i znalezienie klienta to zupełnie inne wyzwanie. Jakie kompetencje, poza samą sztuką komponowania, będą decydowały o sukcesie absolwentów na rynku?

Na studiach poświęcamy temu sporo uwagi. Jest nawet osobny przedmiot dotyczący budowania własnej marki, bo od początku zakładamy, że samo komponowanie dobrych zapachów to jeszcze za mało, jeśli ktoś chce później samodzielnie funkcjonować na rynku.

Tak naprawdę działa to podobnie, jak w każdym innym biznesie. Trzeba znaleźć własną drogę, właściwą tylko dla siebie, a potem mieć bardzo dużo zaangażowania, konsekwencji i cierpliwości, żeby ją rozwijać. Można stworzyć świetny zapach, ale jeśli nie potrafimy go pokazać, opowiedzieć o nim i dotrzeć do odpowiednich ludzi, bardzo łatwo może pozostać niezauważony.

image

Bogdan Wójcik, PerfumeCraft: Polska nie istnieje w świadomości klienta światowego, bo nie wykreowała ani rozpoznawalnej marki, ani typowo polskiej nuty

Poza warsztatem ważne będą więc umiejętności budowania marki i podstawy biznesu. Perfumy są produktem bardzo emocjonalnym, dlatego znaczenie ma również stworzenie wokół nich świata, który jest spójny z samym zapachem i osobowością twórcy.

Uważam, że najważniejsze będzie jednak połączenie własnego pomysłu z konsekwencją i gotowością do naprawdę dużej pracy.

Czy pojawienie się większej liczby osób wykształconych w zakresie perfumiarstwa może realnie zmienić relację między polskimi markami a dużymi koncernami i zagranicznymi domami perfumeryjnymi? Czy widzi Pan szansę, że Polska zacznie być postrzegana nie tylko jako producent kosmetyków, ale również jako kraj tworzący własne, rozpoznawalne kompozycje?

Myślę, że w dłuższej perspektywie jest to właściwie nieuniknione. W latach dziewięćdziesiątych Polska straciła ciągłość swojego dziedzictwa perfumowego. Trochę zapomnieliśmy, że kiedyś mieliśmy własne marki i tworzyliśmy kompozycje rozpoznawalne również poza Polską. Dzisiaj zaczynamy to wszystko właściwie budować na nowo.

Przez wiele lat perfumy kojarzyły się przede wszystkim z krajami tradycyjnie perfumeryjnymi, takimi jak Francja czy Włochy. Później pojawiło się bardzo dużo ciekawych marek ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Dzisiaj natomiast coraz wyraźniej widać zainteresowanie zapachami z miejsc, które wcześniej nie były kojarzone z perfumiarstwem.

Dobrym przykładem są Korea Południowa, Japonia czy Tajlandia – kraje młode w perfumeryjnym biznesie, a mimo to coraz bardziej zauważalne na świecie. Przed nami jest więc jeszcze wiele krajów do odkrycia. Nie widzę powodu, dla którego Polska miałaby się wśród nich zgubić. 

Jak studenci reagują na konfrontację własnych pomysłów z ograniczeniami, które narzuca współczesny rynek – kosztami surowców, regulacjami bezpieczeństwa, wymogami IFRA czy ograniczeniami dotyczącymi określonych składników? Czy te regulacje będą, Pana zdaniem, hamować kreatywność, czy przeciwnie – wymuszą większą innowacyjność?

Dla niektórych osób na pewno te ograniczenia mogą być frustrujące, ale dużo zależy od tego, jak ktoś w ogóle podchodzi do perfumiarstwa. Ja lubię dzielić to podejście na dwa typy: rzemieślnicze i artystyczne.

Rzemieślnik jest zwykle mocniej przywiązany do konkretnych materiałów, swoich ulubionych składników i sposobu, w jaki nauczył się z nimi pracować. Jeśli nagle któregoś z nich nie może użyć albo może użyć go znacznie mniej, rzeczywiście może odczuwać to jako ograniczenie.

Artysta patrzy na to zupełnie inaczej. Jemu zazwyczaj mniej zależy na konkretnym materiale, a bardziej na tym, jaki efekt chce osiągnąć, co chce przekazać i jaką emocję wywołać. Jeśli jeden składnik odpada — szuka innej drogi.

Tym bardziej że dzisiaj mamy ogromne możliwości. Paleta współczesnego perfumiarza jest bardzo szeroka, cały czas pojawiają się nowe materiały i rozwiązania. Utrata jednego narzędzia nie musi więc oznaczać utraty możliwości stworzenia określonego efektu.

Dlatego nie traktowałbym regulacji jako czegoś, co z definicji hamuje kreatywność. Wszystko zależy od tego, czy ktoś jest bardziej przywiązany do konkretnego narzędzia, czy do tego, co chce za jego pomocą opowiedzieć.

Czy obserwuje Pan wśród studentów pomysły, które już dziś mogłyby stać się podstawą realnych marek perfumeryjnych? Co najbardziej Pana zaskoczyło w ich podejściu do zapachu i tworzenia własnych kompozycji?

Na razie zakończyliśmy dopiero pierwszą edycję studiów, więc jest jeszcze za wcześnie, żeby wyciągać daleko idące wnioski. Ale już teraz można powiedzieć, że największym zaskoczeniem jest wspomniana wcześniej różnorodność pomysłów i sposobów interpretowania nawet bardzo dobrze znanych tematów.

To ciekawe, jak kilka osób może dostać podobny punkt wyjścia, a każda z nich opowie go zupełnie inaczej. W tych różnicach zaczynają się już pojawiać zalążki indywidualnego stylu, który z czasem może stać się podstawą realnych projektów czy marek.

Jeśli miałby Pan wskazać jeden kierunek, który najmocniej zmieni polski rynek perfum w perspektywie najbliższych 5–10 lat, co by to było: personalizacja, perfumy niszowe, lokalne surowce i historie, nowe technologie, rozwój marek niezależnych czy może zupełnie inny trend?

Gdybym miał wskazać jeden najważniejszy kierunek, powiedziałbym, że naszym zadaniem nie jest stworzenie jak największej liczby nowych marek, tylko znalezienie własnej, polskiej drogi. Każdy z już obecnych na perfumowym rynku krajów ma swoją własną tradycję, własny język i ogromne doświadczenie. Jeśli będziemy ich wyłącznie naśladować, pozostaniemy w cieniu tych, których naśladujemy.

Dlatego dużo ważniejsze jest znalezienie własnych pomysłów, własnej wrażliwości i własnych historii, które rzeczywiście warto opowiedzieć zapachem. Mamy własną przyrodę, krajobrazy, wspomnienia, kulturę i cały zestaw skojarzeń, których nikt za nas nie opowie.

Jeżeli uda się z tego stworzyć coś charakterystycznego i autentycznego, coś, co zainteresuje również ludzi za granicą, wtedy polskie perfumiarstwo naprawdę może zostać zauważone. I chyba właśnie to byłoby dla mnie najważniejszą zmianą w perspektywie najbliższych 5–10 lat: nie więcej marek dla samej liczby, ale pojawienie się własnego, rozpoznawalnego polskiego stylu.

image

Zapachowy luksus czy trik z TikToka? Marki niszowe i arabskie zmieniają zasady gry na rynku perfum [RAPORT WK]

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
28.08.2026 11:20
Jerzy Szyda, Pol-Hun/General Fresh: Okres przejściowy rozwiązałby wiele problemów z PPWR
PPWR wchodzi w życie. Nowe obowiązki dla branży kosmetycznejShutterstock

PPWR w praktyce oznacza dziś dla firm nie tylko nowe obowiązki, ale przede wszystkim dodatkową pracę, koszty i problemy z przepływem danych w całym łańcuchu dostaw. O tym, jak nowe przepisy wyglądają z perspektywy producenta i dostawcy marek własnych, jakie problemy pojawiają się na styku producent–dostawca opakowań–sieć handlowa oraz dlaczego dodatkowy okres przejściowy mógłby ograniczyć koszty i ryzyko marnowania pełnowartościowych produktów, rozmawiamy z Jerzym Szydą, dyrektorem ds. kluczowych klientów i marki własnej w Pol-Hun.

 

image
Jerzy Szyda
archiwum prywatne
Które wymagania PPWR są obecnie największym problemem dla producentów opakowań i dlaczego właśnie te przepisy są najtrudniejsze do wdrożenia?

Z punktu widzenia podmiotu, który musi przygotować dokumentację opakowaniową dla swoich klientów, największym problemem są niekompletne dane, jakie otrzymujemy od swoich dostawców. Brakuje szczegółowego oznaczenia elementów składowych opakowań, specyfikacji materiałowych, projektów i przede wszystkim wyników z badań, zleconych prób opakowań. To powoduje, że wydłuża się czas na przygotowanie dokumentacji technicznej wymaganych przez Rozporządzenie PPWR rodzajów opakowań: jednostkowego, zbiorczego i transportowego.

Jak w praktyce wygląda dziś przygotowanie dokumentacji wymaganej przez PPWR? Czy dostawcy opakowań dysponują już badaniami, ocenami zgodności i deklaracjami zgodności, których oczekują od nich klienci?

Część dostawców opakowań do wdrożenia Rozporządzenia przygotowywała się na długo dniem wejścia w życie przepisów. Część rozpoczęła prace dopiero ponaglona przez zapytania, jakie były wysyłane do nich. Niestety obłożenia certyfikowanych laboratoriów dużą ilością zleceń spowodowały wydłużenie czasu na otrzymanie wyników badań. Producenci opakowań mieli i mają problem z przygotowaniem ocen i deklaracji zgodności. To z kolei przełożyło się na to, że moi klienci otrzymują dokumentację ratami, w miarę spływu materiałów od dostawców.

Wspomina Pan o setkach formularzy otrzymywanych od sieci handlowych i innych klientów. Jak duża jest skala tego obciążenia administracyjnego i ile dodatkowej pracy wymaga obecnie zebranie oraz weryfikacja tych danych?

Obsługując kluczowe sieci handlowe działające w Polsce, nie spotkałem się z dwoma takimi samymi kompletami dokumentów, jakie były przesłane do uzupełnienia. 

Przygotowanie danych wymagało dużego i dodatkowego zaangażowania działów w firmie oraz wielu dodatkowych godzin pracy poświęconych na ich rzetelne opracowanie i uzupełnienie w szablonach klientów.

Specyfikacje techniczne zawierające dane z naszego systemu najłatwiej jest opracować, ale jest to proces najbardziej czasochłonny.

W przypadku opakowania jednostkowego zapasu do odświeżacza w sprayu okazało się, że jest użytych 10 komponentów, które trzeba szczegółowo opisać, z jakiego tworzywa się składają, ile ważą, jakie mają wymiary itp.

Czy problemem jest również brak jednolitych standardów dotyczących danych, których oczekują poszczególni klienci? Jak bardzo różnią się między sobą wymagania sieci handlowych i innych odbiorców?

Myślę, że brak jednoznacznych zapisów w Rozporządzeniu spowodował różne oczekiwania klientów. Początkowo teoretycznie prosta definicja wytwórcy była interpretowana niejednoznacznie. Dziś sporadycznie właściciel marki własnej nie czuje się wytwórcą w świetle PPWR.

Długotrwałym procesem było uzgodnienie sposobu identyfikacji wszystkich elementów opakowań i przekonanie odbiorców, że przyjęta nomenklatura musi mieć źródło w naszych systemach informatycznych, a nie ich przyjętej wizji znakowania.

Obecnie skupiamy się na opracowaniu jednolitych danych klientów na opakowaniu jednostkowym, zbiorczym i transportowym i uzupełnianiu brakujących elementów np. kanału komunikacji elektronicznej, który został wskazany w Rozporządzeniu. 

Klienci — podobnie jak my — nie mieli i nie mają dodatkowych osób, które by się tematem zajęły. Robią to osoby, które najczęściej pracują w działach zakupów, sprzedaży i kontroli jakości. To powoduje, że bieżące zadania, czasami nowe wdrożenia produktów przekładane są na późniejsze terminy.

Sieci handlowe, podobnie jak inni odbiorcy marek własnych oczekują wielokrotnie danych, które są niezbędne do podania, ale np. w roku 2030, a dziś nie ma nawet jeszcze przyjętych kryteriów ich oceny. Nie skupiają się na minimalnym zakresie, jaki wskazały przepisy na bieżący rok: opracowanie dokumentacji opakowaniowych, ustalenie ról w łańcuchu dostaw, identyfikowalności opakowań, spełnienia limitów substancji np. stężenie metali ciężkich. Na szczęście pracuję w branży chemicznej i temat PFAS, istotny od tego roku w opakowaniach mających kontakt z żywnością mojej firmy nie dotyczy.

Jakie koszty generuje dostosowanie już istniejących zapasów opakowań i wyrobów gotowych do nowych wymogów? Czy można dziś oszacować, o ile może wzrosnąć koszt jednostkowy produktu?

Stany opakowań czy wyrobów gotowych z brakami wynikającymi z PPWR — np. brak właściwego oznaczenia wytwórcy lub części jego danych, brak numerów partii na wszystkich jednostkach opakowań — powinny być uzupełnianie o te dane. Trzeba takie materiały stickerować (ręcznie lub maszynowo naklejać etykiety, nalepki lub kody na towary, opakowania albo produkty) lub stemplować. To generuje dodatkowe koszty materiałów i robocizny, które nie były wliczone do kalkulacji cenowych i obniżają nasze marże. 

Co w praktyce stanie się z opakowaniami i wyrobami gotowymi wyprodukowanymi przed 12 sierpnia, ale wprowadzanymi do sprzedaży już po tej dacie? Czy przedsiębiorcy mają realną możliwość dostosowania takich zapasów bez ich utylizacji?

Dwa sposoby na uniknięcie utylizacji podałem wcześniej, tj. stickerowanie lub stemplowanie brakujących danych. Rozwiązaniem jest także dokument towarzyszący, w którym można zawrzeć brakujące dane.

Niestety tam, gdzie nie jest to możliwe, np. na małych opakowaniach w rodzaju torebek foliowych z bardzo cienkiego tworzywa, jedynym wyjściem będzie, niestety, utylizacja.

Czy brak okresu przejściowego i derogacji dla zapasów magazynowych może doprowadzić do realnego marnowania pełnowartościowych opakowań i produktów? Jak duża może być skala tego zjawiska?

O ocenę końcową skali tego zjawiska będę mógł się pokusić w końcu roku, gdy będziemy zamykać inwenturami magazyny.

Aktualnie dominujące jest przekonanie, że okres przejściowy wiele problemów by rozwiązał. Wyprzedane zostałyby bieżące stany opakowań i wyrobów gotowych, a następnie wdrożone zmiany w oznaczeniach i nadrukach.

Porównać można tę sytuację do tego, co działo się w przypadku przepisów o rozszerzonej liście alergenów w produktach kosmetycznych. Rozporządzenie Komisji (UE) z 2023 dotyczące alergenów zapachowych rozszerzyło listę publikowanych substancji z 26 do 80. Mieliśmy 3 letni okres przejściowy na wdrożenie tych przepisów. Zaczęły obowiązywać od 31 lipca 2026.

Był czas na zmiany dostosowania etykiet do przepisów i wyprzedaż gotowych produktów z magazynów. Poza tym produkty wprowadzone na rynek do końca lipca tego roku mogą zostać z niego wyprzedane do lipca 2028. W przypadku PPWR podobne rozwiązania byłyby bardzo przydatne.

PPWR ma ograniczać ilość odpadów opakowaniowych, tymczasem wskazuje Pan sytuacje, w których dostosowanie opakowania do nowych wymogów może oznaczać jego wyrzucenie. Czy w tym przypadku cele regulacji nie stoją w sprzeczności z praktyką jej wdrażania?

Cele PPWR rozłożone są w czasie i większość branży się z nimi zgadza. Zakładam, że kolejne etapy wdrażania nie będą budzić tak dużych emocji, jak start regulacji.

Największe obawy wynikają z sankcji, jakie proponowane są polskim projekcie ustawy o opakowaniach i odpadach opakowaniowych (UC100) wprowadzającym przepisy karne za recykling odpadów. 

Rozporządzenie PPWR mówi o tym, że kary mają być skuteczne, proporcjonalne i odstraszające (art. 68), a jedna z propozycji za brak dokumentacji technicznej opakowania lub wprowadzenia do obrotu produktu niezgodnego z PPWR przewiduje kary od 10 000 do 2 000 000. Jaka będzie decyzja, zależeć będzie od decyzji urzędnika. Nakładać je mają Wojewódzcy Inspektorzy Ochrony Środowiska oraz Inspekcja Handlowa. 

Jak ocenia Pan poziom przygotowania polskich firm do PPWR? Które ogniwa łańcucha dostaw są obecnie najlepiej przygotowane, a gdzie występują największe braki kompetencyjne?

Jestem pozytywnie zaskoczony „powszechną mobilizacją” polskich i zagranicznych firm, jeśli chodzi o PPWR. Może nieco spóźnioną, ale nadrabiamy stracony czas. Podobnie jak KE, która w sierpniu wydała kolejne wyjaśnienia do Rozporządzenia. Pomocą w tematyce służy wiele podmiotów doradczych, z których usług firmy z każdego łańcucha dostaw korzystają.

Dzięki temu stan wiedzy ciągle się poprawia i trudno dziś wskazać sektory, w których braki kompetencyjne byłyby największe.

Problemem stają się zatory w agencjach opracowujących zmiany na opakowaniach, co skutkuje łańcuchem opóźnień na każdym etapie produkcji.  Na końcu mogą pojawiać się braki w dostępności produktów na półkach sklepowych.

Jakich zmian w interpretacji lub wdrażaniu PPWR oczekiwaliby Państwo od regulatorów i klientów, aby ograniczyć chaos, koszty oraz ryzyko milionowych sankcji? Czy Pana/Pani zdaniem potrzebne jest przesunięcie terminów lub wprowadzenie dodatkowych okresów przejściowych?

Brakuje ciągle jednoznacznych określeń niektórych elementów składowych, czy są produktem czy opakowaniem, a co za tym idzie czy będą podlegać opłatom opakowaniowym, czy też nie.

Wprowadzenie dodatkowego okresu przejściowego dałoby czas – poza rotacją opakowań bez obaw o sankcje - na przygotowanie systemów informatycznych do automatyzacji wielu procesów, wdrożenie zmian w dokumentacjach wewnętrznych i uporządkowania łańcucha dostaw.

Obawy budzą projektowane przepisy o rozszerzonej odpowiedzialności producentów (UC100) związane z centralizacją gospodarki odpadami i rządem wielkości podwyżki z tym związanych.

Koszty związane z wdrażaniem PPWR (badania, certyfikaty itp.) mogą także mieć wpływ na ceny opakowań, które z kolei przełożą się na ostateczne ceny proponowane naszym klientom. 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
14. wrzesień 2026 23:55