StoryEditor
Rynek i trendy
11.04.2017 00:00

Biedronka zostawia konkurencję daleko z tyłu

Instytut badawczy ABR Sesta porównał strategie promocyjno-asortymentowe dyskontów z lat 2015-2016. Z analizy wynika, że w ostatnim roku Biedronka zwiększyła liczbę publikacji tematycznych aż o 75%. Tego rodzaju gazetki stanowią 65% wszystkich jej wydawnictw. Tymczasem, u konkurencji ich udział nie przekracza nawet 10 proc.

W 2016 roku 4 monitorowane sieci dyskontowe opublikowały 495 gazetek do benchmarku vs 426 gazetek w 2015. Dwa lata temu, jeszcze przed zamknięciem Czerwonej Torebki, poddano analizie 5 sieci. Wówczas udostępniały one przeszło 7 gazetek miesięcznie, a rok później już ponad 10. W 2016 roku 32% to były już publikacje tematyczne. Należy podkreślić, że Biedronka wydała zdecydowanie więcej gazetek promocyjnych, niż pozostałe dyskonty. Sieć zwiększyła liczbę gazetek tematycznych aż o 75%, w porównaniu z 2015 rokiem.

– Z analizy, którą prezentuje instytut badawczy ABR SESTA, można wyczytać, że 140 z 260 gazetek Biedronki do benchmarku to publikacje tematyczne. Warto też podkreślić, że w przypadku pozostałych graczy tego formatu, udział tego typu wydawnictw nie stanowi więcej, niż 10%. W mojej ocenie, strategia lidera polskiego rynku dyskontowego jest jak najbardziej dostosowana do oczekiwań konsumentów, ponieważ nie chcą oni już tak często oglądać gazetek o wszystkim – ocenia Norbert Kowalski, Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail. 

Analizując wydawnictwa tematyczne Biedronki, warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób sieć zmieniła ich strukturę. Po pierwsze, gazetek tych jest znacznie więcej (80 – 2015 vs 140 – 2016), ale w tym miejscu należy też zwrócić uwagę na fakt, że mają one zdecydowanie mniejszą objętość (średnio 26 stron – 2015 vs 17,6 – 2016). Po drugie, czas ich obowiązywania skrócił się nieznacznie, bo średnio o 1,5 dnia.

– Trzeba zauważyć, że Polacy coraz częściej przeglądają gazetki nie w formie papierowej, lecz elektronicznej. Konsumenci poszukują w nich ciekawych inspiracji i nowych produktów. W związku z tym, istotniejsza jest dla nich przejrzystość publikacji, niż sama objętość. Widać, że Biedronka mocno podąża za potrzebami klientów, wprowadzając zmiany w promocjach i asortymencie – stwierdza Marcin Dobek, ekspert z instytutu badawczego ABR Sesta.

Dyskonty poważnie ograniczyły ilość najbardziej obszernych publikacji. I tak spadła liczba gazetek  32-stronnicowych (40 – 2015, 27 – 2016), mających 36 (33 – 2015, 20 – 2016) i nawet 52 strony (10 – 2015, 5 – 2016). Biedronka zmniejszyła średnią liczbę stron w gazetkach z ponad 26 w 2015 do przeszło 21 w 2016 roku. Jednak nie zmieniła w sposób znaczący objętości wydawnictw regularnych (średnio 26,1 w 2015 roku do 28,5 strony w 2016 roku). Natomiast, zdecydowanie przekształciła podział powierzchni tych gazetek na rynki, +15 p.p. na FMCG, -13 p.p. na Non-Food.

– Można zauważyć, że liderzy rynku dyskontowego wydają gazetki o podobnej objętości, tj. średnio 21 stron. Różnica jednak polega na tym, że publikacje Biedronki są dłużej aktualne, bo blisko 12 dni. Natomiast Lidla mają ponad 7 dni. Należy jednak wyjaśnić, że gazetki regularne obu sieci obowiązują przez około tydzień. Wyniki Biedronki zdecydowanie zawyżają bowiem gazetki tematyczne „Modnie i wygodnie”, które są ważne przez 14 dni – podkreśla Marcin Dobek.

Z kolei, Norbert Kowalski zwraca uwagę na zdecydowany wzrost średniej liczby stron w gazetkach Lidla, z prawie 17 w 2015 roku do 21,5 w 2016 roku. Wynika on z ograniczenia publikacji kilkustronicowych ulotek i zwiększenia liczby gazetek regularnych. Trzeba pamiętać o tym, że niemiecki dyskonter wydaje w tygodniu zazwyczaj 3 odmienne rodzaje publikacji. Gazetka niebieska, głównie z ofertą Non-Food, obowiązuje od poniedziałku do środy. Żółta prezentuje przede wszystkim produkty spożywcze, od czwartku do niedzieli. Trzecia gazetka też rozpoczyna się w poniedziałek i przedstawia markowe produkty w niskich cenach. Pełni rolę wizerunkową, bo pokazuje, że w Lidlu jest tanio.

– Rozwijająca się coraz bardziej dynamicznie, sieć Aldi zmniejszyła liczbę dni obowiązywania swoich publikacji, z 10,5 w 2015 roku do prawie 7 w 2016 roku. Dwa lata temu wydała 2 długo obowiązujące gazetki tematyczne. Były to 68-stronicowe „Nowości” i „Oferta specjalna”, licząca aż 83 strony. Ponadto, ukazały się 3 gazetki tematyczne, mające po 7 stron. Sieć chciała pokazać, jak wiele nowości wprowadziła, aby odpowiedzieć na zmiany asortymentowe w Lidlu i Biedronce. Jednak w 2016 roku nie udostępniła już publikacji tematycznych. Same zaś gazetki regularne miały podobną średnią liczbę dni w badanych latach, czyli ponad 8,3 w 2015 roku vs prawie 7 w 2016 roku – wyjaśnia Marcin Dobek.

Zwiększenie udziału FMCG

Warto podkreślić, że sieć Aldi jako jedyna nie zmieniła struktury wydawanych gazetek, w porównaniu z 2015 rokiem. Tymczasem, we wszystkich innych dyskontach znacząco wzrósł udział FMCG. Dwa lata temu wynosił on 47%, a w 2016 roku już – 54%. Zwiększenie ilości artykułów tej kategorii nastąpiło kosztem Non-Food. Ponadto, w segmencie dyskontowym dokonano dużych zmian asortymentowych w kategoriach spożywczych.

– Nasze badania wykazały już, że w przeciągu kilku miesięcy sieci mogą wymienić nawet 30% oferty w obrębie FMCG. Nowe produkty potrzebują miejsca na zaprezentowanie ich w gazetce. Dlatego, dyskonty przeznaczyły więcej miejsca w swoich publikacjach na tę kategorię, zarówno Biedronka, jak i Lidl po 7 p.p. Ale sieć, należąca do spółki Jerónimo Martins, zdecydowanie bardziej stawia na FMCG. Poświęca jej 68% powierzchni gazetki, podczas gdy LIDL – 43%. Choć Biedronka jest liderem na polskim rynku, to nie ma tak szerokiej oferty Non-Food, jak dużo większy Lidl. Niemiecki dyskonter mocno rozbudowuje marki własne, m.in. w kategoriach tekstylnych – tłumaczy Marcin Dobek.

Jak podsumowuje Norbert Kowalski, analiza instytutu badawczego ABR Sesta idealnie wykazuje, że dyskonty szybko i sprawnie podążają za konsumentami. Spełniają bowiem oczekiwania klientów, którzy chcą poznawać nowe produkty. Ponadto, sieci znacznie częściej promują artykuły FMCG. Oferta przemysłowa wciąż stanowi dużą część ich gazetek, czyli 47% w Lidlu i 23% w Biedronce, jednak widoczny jest jej spadek o 6 p.p. w stosunku do 2015 roku. Ekspert z Grupy AdRetail przewiduje, że w kolejnych latach dyskonty będą kontynuowały tę strategię, co może przynieść im dodatkowe korzyści. 

wiadomoscihandlowe.pl
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
E-commerce
04.09.2026 15:56
Sinsay będzie marketplacem. Będzie sprzedawał kosmetyki
Sinsay Plus ma przyciągać klientów częściej niż tylko na zakupy (fot. Shutterstock)Shutterstock

Sinsay otwiera swój e-commerce na zewnętrznych sprzedawców. Jedną z pierwszych rozwijanych kategorii mają być kosmetyki. W 2027 roku oferta platformy ma przekroczyć 100 tys. produktów. Dane Fulfilio pokazują, że decyzja LPP wpisuje się w szerszy trend: chociaż w całym e-commerce znaczenie marketplace’ów lekko słabnie, w segmencie urody i kosmetyków nadal wyraźnie rośnie.

Należący do Grupy LPP Sinsay uruchamia marketplace i po raz pierwszy otwiera swoją platformę sprzedażową na zewnętrznych partnerów. Nowy model ma pozwolić marce poszerzyć asortyment bez ograniczania się do własnych produktów. Wśród kategorii, które mają być rozwijane w pierwszej kolejności, znalazły się kosmetyki, a także zabawki, obuwie, artykuły do domu i akcesoria.

Marketplace Sinsay ma działać w modelu zamkniętym

Oznacza to, że Sinsay będzie wybierać partnerów i kontrolować jakość wprowadzanej oferty. Do platformy mają dołączać zarówno duże marki i producenci, jak i wyspecjalizowani dystrybutorzy oraz sklepy internetowe. Według zapowiedzi spółki liczba dostępnych produktów ma przekroczyć 100 tys. w 2027 roku. Część zamówień ma być wówczas realizowana również z magazynów LPP przez LPP Logistics.

image

Inglot x Allegro? Nadchodzi nowa era współprac beauty: z marketplace‘ami.

Kosmetyki rosną na marketplace’ach szybciej niż cały e-commerce

Wejście Sinsay w model marketplace jest szczególnie interesujące z perspektywy branży kosmetycznej. Z raportu Fulfilio „Marketplace czy własny sklep?” wynika, że beauty zachowuje się inaczej niż cały polski e-commerce.

W ujęciu ogólnorynkowym 21 proc. e-sklepów odnotowało w ostatnich 12 miesiącach spadek udziału marketplace’ów w sprzedaży online. Wzrost wskazało 17 proc. badanych, a 62 proc. nie zauważyło istotnych zmian.

W kategorii uroda i kosmetyki proporcje są odwrotne: 27 proc. firm deklaruje wzrost udziału platform sprzedażowych, a tylko 9 proc. jego spadek.

– Branża beauty jest dobrym przykładem kategorii, w której marketplace i własny sklep mogą pełnić różne role. Z naszego raportu „Marketplace czy własny sklep?” wynika, że w segmencie uroda i kosmetyki tak samo silną pozycję mają Allegro i własne sklepy internetowe – z obu kanałów korzysta po 43% firm z tej kategorii. Beauty wyróżnia się też na tle całego rynku, jeśli spojrzymy na zmianę udziału marketplace’ów w łącznej sprzedaży online - mówi Arkadiusz Filipowski, prezes zarządu Fulfilio.

image

Sinsay uruchamia marketplace. Oferta ma przekroczyć 100 tys. produktów

Ogółem 21% e-commerce’ów wskazało, że w ostatnich 12 miesiącach udział platform sprzedażowych w ich sprzedaży online spadł, a 17% mówi o wzroście. - W kategorii uroda i kosmetyki proporcje wyglądają inaczej – 27% firm deklaruje wzrost udziału marketplace’ów w łącznej sprzedaży online, a 9% wskazuje spadek. To pokazuje, że w beauty platformy nadal mają przestrzeń do wzrostu dodaje Filipowski. 

Sinsay chce zbudować ekosystem zakupowy

Marketplace ma pomóc przekształcić Sinsay z sieci kojarzonej przede wszystkim z modą w wielokategorialne miejsce zakupów dla całej rodziny. Kosmetyki mogą mieć w tym modelu szczególne znaczenie: są kupowane regularnie, dobrze uzupełniają ofertę modową i lifestylową oraz pozwalają zwiększać częstotliwość kontaktu klienta z platformą.

– Uruchomienie marketplace’u przez Sinsay dobrze wpisuje się w ten trend. Duże marki handlowe coraz częściej chcą budować nie tylko sklep, ale cały ekosystem zakupowy, w którym klient może kupić modę, kosmetyki, akcesoria czy produkty do domu w jednym miejscu. Widać to także szerzej na rynku. Rośnie znaczenie marketplace’ów branżowych i specjalistycznych, np. budowlanych, motoryzacyjnych czy lifestyle’owych – komentuje Arkadiusz Filipowski.

Przykładami takiego kierunku są m.in. platformy marketplace rozwijane przez sieci handlowe, takie jak Castorama czy Kaufland, a wcześniej także projekt VeloMarket, który był pozycjonowany jako marketplace z ofertą zielonych produktów i zdrowego stylu życia.

image

Google się zmienia. Kto wygrywa SEO w e-commerce w 2026 roku?

Dla producentów i dystrybutorów kosmetyków pojawia się zatem kolejny kanał dotarcia do konsumentów – i to do klientów, którzy niekoniecznie rozpoczynają zakupy od poszukiwania kosmetyków. Produkt beauty może zostać dodany do koszyka przy okazji zakupu odzieży, wyposażenia domu, akcesoriów lub produktów dla dzieci.

To jednocześnie kolejny sygnał, że marki modowe, sieci spożywcze i platformy wielokategorialne coraz mocniej konkurują z tradycyjnymi drogeriami oraz perfumeriami o część kosmetycznego koszyka.

Marketplace daje zasięg, własny sklep – dane i lojalność

Rozwój marketplace’ów nie oznacza, że marki kosmetyczne powinny rezygnować z własnego e-commerce. Dane Fulfilio pokazują, że w beauty Allegro i własne sklepy mają dokładnie taki sam zasięg wśród sprzedawców – z obu rozwiązań korzysta po 43 proc. firm z tej kategorii.

Marketplace zapewnia szybki dostęp do dużej grupy klientów i pozwala przetestować popyt bez budowania całej infrastruktury sprzedażowej. Własny sklep daje natomiast większą kontrolę nad marżą, prezentacją produktu, danymi konsumentów oraz komunikacją po zakupie.

image

TOP 10 września 2025: Sinsay buduje marketplace, Perły Rynku 2025 rozdane, Rossmann kłania się młodym

– Dla marek kosmetycznych obecność na takim marketplace może być szansą na dodatkowy zasięg i dotarcie do klienta, który nie szuka wyłącznie kosmetyków, ale kupuje przy okazji inne kategorie. Jednocześnie nie powinno to zastępować własnego sklepu. W beauty bardzo ważne są zaufanie, prezentacja produktu, skład, opinie, obsługa posprzedażowa i powtarzalność zakupów. Dlatego marketplace może wspierać sprzedaż, ale przewagę długoterminową nadal buduje się poprzez własną markę, relację z klientem i dobrze prowadzony kanał własny – podkreśla prezes Fulfilio.

Hybrydowa sprzedaż zamiast uzależnienia od jednej platformy

Z całego badania wynika, że ryzyko uzależnienia sprzedaży od marketplace’ów jest dobrze rozpoznawane przez polskie firmy. Jako średnie ocenia je 77 proc. badanych, jako wysokie – 16 proc., a jako niskie jedynie 7 proc. Tymczasem wśród sprzedawców obecnych na platformach najważniejszym graczem pozostaje Allegro, wskazywane przez 54 proc. firm.

Równolegle rośnie znaczenie własnych sklepów.

image

Paradoks polskiego e-commerce: Allegro daje skalę, ale to własny sklep przynosi największe zyski [RAPORT]

Wzrost ich udziału w sprzedaży internetowej deklaruje 28 proc. firm prowadzących taki kanał, a spadek – 11 proc. Najczęściej wykorzystywanym źródłem ruchu jest e-mail marketing, wskazywany przez 53 proc. respondentów. Ponad połowa sklepów korzysta również z programów lojalnościowych.

W praktyce najbardziej dojrzałym rozwiązaniem staje się model hybrydowy, w którym marketplace odpowiada przede wszystkim za pozyskiwanie nowych klientów i skalowanie sprzedaży, natomiast własny sklep służy budowaniu lojalności, wartości klienta oraz powtarzalności zakupów. Taki model wymaga jednak sprawnego zarządzania cenami, zapasami, dostawami i zwrotami we wszystkich kanałach.

 

Metodyka badania:Badanie „Własny sklep czy marketplace. Strategie sprzedaży e-commerce w Polsce” zostało zlecone przez Fulfilio i przeprowadzone na panelu Ariadna. Wzięło w nim udział 249 przedstawicieli polskich sklepów internetowych odpowiedzialnych za sprzedaż online, rozwój e-commerce, marketplace, marketing lub operacje. Badanie przeprowadzono metodą CAWI w dniach 4–16 marca 2026 roku.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Marketing i media
03.09.2026 14:35
Vaseline zostało "Baseline”. Marka podchwyciła viralowy błąd influencerki
Vaseline zmienia nazwę na ”Baseline”. Viralowy żart podbija social mediaShutterstock, Instagram

Koreańska twórczyni internetowa Min Day Lee wymówiła nazwę Vaseline jako "Baseline”. Jej nagranie obejrzały dziesiątki milionów osób. Marka zamiast poprawiać influencerkę, postanowiła wykorzystać żart i sama na chwilę została "Baseline”.

W tym artykule przeczytasz:

  • Vaseline nie poprawiło twórczyni. Dołączyło do żartu
  • Twórczyni została „CEO” Baseline
  • Kiedy marka zamiast walczyć z memem, staje się jego częścią

Media społecznościowe potrafią w kilka godzin zamienić drobny językowy błąd w viral. Tym razem bohaterem takiej historii została Vaseline. Wszystko zaczęło się od koreańskiej twórczyni beauty Min Day Lee, która w jednym ze swoich nagrań pokazywała produkty marki i konsekwentnie wymawiała jej nazwę jako "Baseline”.

Nagranie szybko zaczęło żyć własnym życiem. Według informacji przywoływanych przez Brut, publikacja na Instagramie przekroczyła 38 mln wyświetleń. Internauci zaczęli powtarzać "Baseline”, a marka dostrzegła w tym nie problem, lecz gotowy materiał na własną komunikację.

image

Beauty dla chłopców? Gen Alpha kupuje skincare, perfumy i kosmetyki premium

Vaseline nie poprawiło twórczyni. Dołączyło do żartu

Lee nie próbowała celowo zmieniać nazwy marki. Jej wymowa wynikała z różnic językowych. W języku koreańskim nie występuje natywnie angielska głoska /v/, dlatego w zapożyczeniach z angielskiego może być ona odwzorowywana dźwiękiem bliższym "b”. W efekcie "Vaseline” w jej wymowie zabrzmiało jak "Baseline”.

Internet zrobił z tego jednak żart. Użytkownicy zaczęli komentować nagranie, powtarzać nową wersję nazwy i tworzyć kolejne treści.

 

 

Vaseline postanowiło nie walczyć z tym trendem. Oficjalne konto marki zaczęło angażować się w rozmowę, a następnie marka tymczasowo zmieniła swoją nazwę w mediach społecznościowych na "Baseline”.

To był oczywiście fikcyjny rebranding. Produkty nadal pozostały produktami Vaseline, a nazwa firmy nie została zmieniona. Marka wykorzystała jednak viralową sytuację, aby stworzyć własny żart i pokazać dystans do siebie.

Twórczyni została „CEO” Baseline

Na tym marka nie poprzestała. Min Day Lee została przez Vaseline żartobliwie mianowana "CEO of Baseline” – bez rozmowy rekrutacyjnej i bez konieczności przechodzenia przez korporacyjny proces wyboru nowego szefa.

Cała akcja była oczywiście elementem komunikacji w mediach społecznościowych. Jej siłą było jednak to, że marka nie próbowała przejąć kontroli nad viralem poprzez jego wygaszenie. Zamiast tego weszła w rozmowę prowadzoną przez użytkowników i wykorzystała dokładnie ten element, który wcześniej należał do społeczności.

image

Od TikToka do Sephory. Marki najpierw zdobywają miliony klientów w sieci, później trafiają na półki

Kiedy marka zamiast walczyć z memem, staje się jego częścią

Historia "Baseline” jest ciekawym przykładem tego, jak zmieniła się komunikacja marek beauty w social mediach. Tradycyjny model zakładał, że marka powinna kontrolować sposób, w jaki jest przedstawiana, a nietypową wymowę czy błąd należy możliwie szybko skorygować.

W mediach społecznościowych takie podejście nie zawsze jest jednak najlepszym rozwiązaniem. Viral żyje własnym życiem, a próba jego zatrzymania może sprawić, że marka stanie się jego niechcianym bohaterem.

Vaseline zrobiło coś przeciwnego: zaakceptowało żart, podchwyciło język internetu i pozwoliło odbiorcom dalej się nim bawić. Tym samym sytuacja, która mogła pozostać jedynie viralem z udziałem twórczyni, stała się również elementem komunikacji samej marki.

To zresztą nie pierwszy przypadek, kiedy spontaniczny internetowy żart może okazać się dla brandu cenniejszy niż perfekcyjnie zaplanowana kampania. Kluczowe jest jednak wyczucie momentu. W przypadku Vaseline marka nie próbowała stworzyć mema od zera – najpierw pojawił się organiczny viral, a dopiero później marka zdecydowała się do niego dołączyć.

I właśnie ta kolejność może być najciekawszą lekcją z historii "Baseline”.

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
04. wrzesień 2026 16:13