StoryEditor
E-commerce
27.04.2020 00:00

Handel po wybuchu pandemii: wzrost e-commerce i załamanie handlu tradycyjnego [RAPORT]

W I kwartale br. nastąpił 20-procentowy wzrost sprzedaży internetowej. E-sklepy odwiedziło w tym czasie o 40 proc. unikalnych klientów więcej, niż miało to miejsce rok temu - wynika z Salesforce Shopping Index. Rozwojowi e-commerce towarzyszy załamanie handlu tradycyjnego. W tym obszarze analitycy identyfikują 6 poważnych problemów, które pojawiły się w wyniku pandemii.

Jak COVID-19 wpłynął na handel na świecie? W związku z pandemią rządy wielu państw podjęły decyzje o wprowadzeniu ograniczeń w handlu towarami niebędącymi produktami pierwszej potrzeby. Wiele sklepów stacjonarnych pozostaje zamkniętych od ponad miesiąca lub działa w ograniczonym stopniu. Przymusowa kwarantanna i zaordynowany „dystans społeczny” spowodowały, że sklepy, które pozostały otwarte, odwiedza mniej klientów, bo albo przenieśli oni zakupy do Internetu, albo ograniczyli do niezbędnego minimum częstotliwość wizyt w sklepach. Jakie są skutki gospodarcze tych zjawisk?

Są już dane pozyskane bezpośrednio od podmiotów zajmujących się sprzedażą detaliczną i e-commerce. Część z informacji pochodzi od członków National Retail Federation (NRF), największego na świecie stowarzyszenia zrzeszającego podmioty handlu detalicznego, a część wprost z systemów Salesforce obsługujących procesy sprzedaży, marketingu i obsługi klientów ponad 150 tys. firm. Co mówią dane?

87 proc. firm zajmujących się sprzedażą detaliczną potwierdza, że pandemia w znacznym stopniu wpłynęła na ich działalność, co przejawia się tym, że:

- 94 proc. sprzedawców detalicznych już doświadcza lub spodziewa się gwałtownego spadku ruchu w swoich sklepach,
- 88 proc. obawia się, że ich dostawcy będą mieli ograniczone możliwości zarówno produkcyjne, jak i w zakresie terminowych dostaw,
- 81 proc. albo zmuszonych było zredukować liczbę etatów, albo też już dziś spodziewa się braków kadrowych, gdy kwarantanna społeczna się skończy,
- 77 proc. twierdzi, że w handlu nadejdą opóźnienia w logistyce,
- Ponad połowa (53 proc.) działających sklepów tradycyjnych redukuje czas pracy,
- 49 proc. spodziewa się niedoboru towarów w magazynach,
- 35 proc. sprzedawców detalicznych nadal płaci pracownikom wynagrodzenia za pełne godziny pracy, pomimo przymusowego zamknięcia sklepów.

Rozwój bądź uruchomienie kanałów e-commerce jest dla detalistów szansą na wyjście obronną ręką z kryzysu lub przynajmniej zminimalizowanie jego skutków. Według Salesforce Shopping Index – wskaźnika aktualizowanego na bieżąco w oparciu o dane z systemu Salesforce Commerce Cloud i zachowania milionów konsumentów z całego świata, w pierwszym kwartale 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 r. nastąpiły bezprecedensowe zmiany w handlu internetowym, a przecież pandemia w Ameryce i Europie rozwinęła się dopiero w marcu. Oto, co zarejestrowały systemy transakcyjne:

- 20 proc. wzrost obrotów w sektorze e-commerce (w porównaniu do 12 proc. wzrostu w I kwartale 2019 r.) – taki skok jest wyższy od tych, jakie notuje się w najlepszych dla handlu okresach świątecznych,
- średnio 15 proc. większy ruch na stronach internetowych e-sklepów,
- 40 proc. wzrost liczby nowych klientów, tzn. tych osób, które po raz pierwszy odwiedziły stronę internetową sklepu i zrobiły zakupy,
- średnio 5 proc. wzrost wydatków na jednego kupującego – to także znacznie powyżej wzrostów w okresach świątecznych.

COVID-19 wywołał 6 zasadniczych problemów

Analitycy NRF i Salesforce zwracają uwagę na kluczowe problemy, jakie dotknęły handel detaliczny w związku z pandemią COVID. Zamknięcie granic państw oraz ograniczenie działalności producentów (zwłaszcza z Chin) zaburzyło lub przerwało łańcuchy dostaw. Znaczna część sklepów stacjonarnych przestała działać, a konsumenci istotnie zmniejszyli wydatki, co z kolei spowodowało tąpnięcie w popycie wewnętrznym w wielu krajach. W rezultacie handel detaliczny mierzy się dziś z 6 ogromnymi problemami:

Dostawy

Początkowa panika konsumentów wywołała masowe zakupy podstawowych artykułów, co wyczerpało krótkoterminowe zapasy i przyspieszyło konieczność ich uzupełnienia. W tym samym czasie chińska produkcja przemysłowa wyraźnie spowolniła, co wpłynie niekorzystnie na realizację zwiększonych zamówień przez cały światowy handel w okresie, gdy pandemia się skończy. 88 proc. sprzedawców detalicznych już dziś uważa, że ich dotychczasowi dostawcy będą mieli ograniczoną wydajność.

Popyt

Nastąpił nagły i drastyczny spadek popytu na towary niebędące produktami pierwszej potrzeby w czasie pandemii. Wiele kategorii produktów zalega w magazynach nieczynnych sklepów, a obawy związane z pandemią niekoniecznie będą skłaniać konsumentów do wzmożonych zakupów po jej zakończeniu. Odbudowanie popytu do poziomów sprzed pandemii prawdopodobnie wymagało będzie długiego okresu.

Finanse

Długoterminowe ograniczenie popytu dla handlu będzie fatalne w skutkach, ponieważ większość sprzedawców detalicznych działa przy względnie niskich marżach i przy tym posiada niewielkie rezerwy kapitałowe. Większości ustalonych celów finansowych na obecny rok nie zostanie zrealizowana, a sklepy będą zmuszone poszukiwać alternatywnych źródeł finansowania, których koszt może je dodatkowo dociążyć.

Płynność finansowa

Zapewnienie dostępu do nowych źródeł finansowania będzie kluczowym problemem, ponieważ dochody z zakupów dokonywanych przez klientów istotnie się zmniejszyły, najpewniej nie wzrosną szybko, a do tego łańcuch dostaw został zaburzony. Z tego powodu wiele firm może mieć trudności ze spłatą zadłużenia, co zwiększa ryzyko potencjalnej upadłości.

Przepływy pieniężne

Wszelkie koszty zmienne, takie jak wynagrodzenia, wydatki na marketing, nowe technologie, utrzymanie procesów oraz inne wydatki, które nie mają kluczowego znaczenia dla działalności gospodarczej, będą pod silną presją w związku z potrzebą redukcji kosztów.

Pracownicy

W czasie pandemii pracownicy są na pierwszej linii frontu, co naraża ich na ryzyko zachorowania. Dostępność nowych kadr jest mocno ograniczona. Z kolei dla pracowników centrali, praca z domu jest zupełnie nowym doświadczeniem. Zazwyczaj tak nagłe przestawienie się z pracy biurowej na telepracę, połączone z koniecznością opieki nad potomstwem, które uczy się w domu, powoduje duży spadek efektywności i produktywności pracowników.

O ile pandemia wywołała wstrząs w całej branży, handel detaliczny już od kilku lat zmaga się z wyzwaniami związanymi ze spowolnieniem ruchu w sklepach stacjonarnych, zmianą wzorców zakupowych i rosnącą konkurencją ze strony Internetu.

E-commerce sukcesywnie z roku na rok nabierał znaczenia i nie raz wskazywany był w publikacjach Salesforce jako kanał sprzedaży o dużym potencjale. Już dwa lata temu (raport „2018 Holiday Shopping Report" w okresie przedświątecznym handel przenosił się do Internetu, w tym m.in. do mediów społecznościowych. Raport „Connected Shoppers Report" z 2019 r. informował, że klienci pierwszych zakupów dokonują najczęściej w sklepach stacjonarnych, ale aż 75 proc. powtarzających się zakupów już realizują przez Internet, co powoduje, że sklepy masowo dokonują digitalizacji swojej oferty i umożliwiają dokonanie zakupów przez sieć. Kryzys wywołany pandemią znacząco przyspieszył rozwój kanałów e-commerce zastępując zakupy w zwykłych sklepach. Cóż z tego, skoro np. w Warszawie nie sposób już zamówić dostawy podstawowych zakupów do domu, gdyż wszystkie możliwości transportu są przez klientów zarezerwowane na trzy najbliższe tygodnie? Jak widać, logistyka nie nadąża za wzrostem potrzeb.

Shopping Index Salesforce za I kwartał 2020 r. potwierdza ten trend. Handel elektroniczny w I kwartale tego roku urósł o 20 proc. w porównaniu do I kwartału 2019 r. Najwyższe zyski z e-commerce odnotowała branża artykułów gospodarstwa domowego (51 proc.), gier i zabawek (34 proc.) i odzieży sportowej (31 proc.). Ruch w sieci zwiększył się średnio o 15 proc., a wydatki kupujących o 5 proc. (średnia kwota wydana na jedną wizytę w e-sklepie). Oczywiście nie wszystkie sklepy internetowe generują obecnie większe zyski.

Pandemia spowodowało również, że w I kwartale 2020 zwiększyła się o 27 proc. ilość sklepów oferujących zakupy przez Internet z odbiorem w fizycznej lokalizacji (BOPIS - buy online, pick up in store). Trend ten był widoczny już w 2019 r. W trzeciej edycja raportu Salesforce „Connected Shoppers Report" aż dwie trzecie młodych konsumentów z pokolenia Y składało zamówienia online z opcją odbioru w sklepie. Dziś model ten upowszechnia się bez względu na przynależność do grupy wiekowej. Między 10 marca a 20 marca (w czasie największej paniki zakupowej) przychody rejestrowane w modelu BOPIS wzrosły o 92 proc.

W polskim e-commerce także duże wzrosty

Podobnie jak w innych krajach, w Polsce w czasie pandemii handel detaliczny został w dużej mierze sparaliżowany i wielu klientów poszukuje możliwości zaopatrywania się przez Internet. Od początku ogłoszenia stanu epidemicznego nie tylko znacznie wzrosła ilość zamówień realizowanych w kanałach e-commerce, ale też pojawiło się w sieci wiele nowych sklepów. Według raportu agencji badawczej Mobile Institute „e-Commerce w czasie kryzysu 2020”, który powstał na zlecenie Izby Gospodarki Elektronicznej, w czasie kwarantanny 38 proc. badanych zrobiło zakupy w sieci; 55 proc. klientów kupowało środki czystości, a 48 proc. żywność. Kupowano również odzież i obuwie oraz produkty z kategorii zdrowie, a także artykuły dla zwierząt. Wg danych Polskiego Systemu Płatności, który jest operatorem BLIK, w marcu aż o 270 proc. wzrosła sprzedaż w sklepach ze sprzętem elektronicznym, duże zyski odnotowały też usługi streamingowe.

Wzrost sprzedaży online potwierdzają komunikaty prasowe opublikowane przez firmy, według których udział e-commerce w sprzedaży w pierwszym kwartale 2020 roku jest tak wysoki, jak nigdy dotąd. Vistula Retail Group przyznaje, że jej przychody ze sprzedaży w kanale internetowym w I kwartale 2019 r. stanowiły 15,5 proc. ogółu przychodów, natomiast w I kwartale 2020 r. będzie to już 24 proc. Komputronik odnotowuje kilkudziesięcioprocentowy wzrost odwiedzin w swoim sklepie internetowym, a w Grupie CCC sprzedaż online, która w marcu 2019 r. stanowiła 25 proc. ogółu sprzedaży, w marcu 2020 r. wzrosła do 45 proc.

Na fali popularności e-commerce rośnie też liczba nowych sklepów. Raport przygotowany przez serwis Wiadomości Handlowe, który przeanalizował dane z platformy Shoper pokazuje, że zainteresowanie otwarciem sklepu online, zwiększyło się prawie o połowę, w odniesieniu do roku poprzedniego. Dane za okres od 1 stycznia do 15 marca 2020 r. w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego pokazują, że liczba sklepów oferujących książki i multimedia zwiększyła się o 23 proc., artykuły spożywcze – o 18 proc., upominki i akcesoria – o 17 proc. Na kolejnych miejscach plasują się kategorie: zdrowie i uroda oraz dom i ogród (po 16 proc.). Natomiast sklepów jubilerskich i z odzieżą otwarto o 15 proc. mniej.

Czy wzrosty w e-commerce utrzymają swoją dynamikę? Trudno przewidzieć, ponieważ obecnie sytuacja na rynku jest dynamiczna i nieprzewidywalna. 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
E-commerce
11.08.2026 13:02
Quo vadis, Amazon: 15 mln fałszywych produktów zablokowanych, klienci reagują
shutterstock

Amazon w ciągu ostatniego roku zablokował wejście do swojego marketplace’u ponad 15 mln podrabianych produktów i podjął działania wobec ponad 32 tys. podmiotów zaangażowanych w handel falsyfikatami. Jednocześnie firma deklaruje, że 99 proc. naruszających prawo ofert jest wykrywanych, zanim zobaczy je klient. Dane pokazują jednak, że skala problemu pozostaje znacząca, a wraz z rozwojem sztucznej inteligencji zmieniają się także metody wykrywania oraz prezentowania nieuczciwych ofert.

Marketplace pod presją podróbek

Problem podróbek w handlu internetowym nie jest nowy, jednak skala działalności największych marketplace’ów sprawia, że jego znaczenie systematycznie rośnie. Amazon pozostaje jednym z najważniejszych kanałów sprzedaży internetowej na świecie, a jego model biznesowy w dużej mierze opiera się na zewnętrznych sprzedawcach.

Około 60 proc. sprzedaży towarów na Amazonie pochodzi obecnie od sprzedawców zewnętrznych, a nie bezpośrednio od platformy. Wśród nich znajdują się zarówno duże, legalnie działające przedsiębiorstwa, jak i podmioty wykorzystujące marketplace do sprzedaży podróbek, produktów o niejasnym pochodzeniu czy towarów wprowadzających konsumentów w błąd.

image

Dropshipperzy podrabianych kosmetyków na Amazonie obchodzą obostrzenia za pomocą... losowych ciągów liter

Skala rynku sprawia, że Amazon jest jednocześnie atrakcyjnym miejscem dla legalnego handlu i celem dla podmiotów próbujących wykorzystać jego zasięg. W lutym Amazon wyprzedził Walmart pod względem sprzedaży, stając się największą pod tym względem firmą na świecie.

Do walki z podróbkami Amazon powołał Counterfeit Crimes Unit (CCU), jednostkę skupiającą m.in. byłych prokuratorów, funkcjonariuszy policji, śledczych i analityków danych. W ciągu ostatniego roku CCU miała doprowadzić do przejęcia lub zablokowania ponad 15 mln podrabianych produktów na całym świecie. To ponad dwukrotnie więcej niż w 2023 r.

Według Rohana Oommena, wiceprezesa Amazon odpowiedzialnego za Customer & Partner Trust, działania przeciwko podróbkom nie ograniczają się do usuwania pojedynczych ofert. Firma stara się identyfikować całe sieci stojące za nielegalnym obrotem i współpracować z organami ścigania.

CCU działa obecnie w ponad 12 krajach. W ciągu ostatniego roku Amazon podjął działania przeciwko ponad 32 tys. podmiotów zaangażowanych w działalność związaną z podróbkami. W ramach współpracy z organami ścigania dochodziło m.in. do zabezpieczania środków finansowych, przeprowadzania nalotów na miejsca produkcji oraz postępowań cywilnych i karnych.

99 proc. ofert ma być wykrywanych zanim zrobi to klient

Amazon podkreśla, że większość podróbek jest zatrzymywana jeszcze zanim trafią one przed oczy konsumenta. Według danych przedstawionych przez Oommena CNBC News firma wykrywa 99 proc. ofert naruszających prawa przed ich wyświetleniem klientom.

Jednocześnie Amazon podaje, że 99,9 proc. klientów kupujących za pośrednictwem platformy nigdy nie zgłasza problemu z autentycznością produktu. Reklamacje dotyczące autentyczności mają stanowić mniej niż 0,01 proc. wszystkich sprzedawanych produktów.

Dane te pokazują jednak dwie strony problemu. Z jednej strony ogromna większość transakcji odbywa się bez zgłoszeń dotyczących podróbek. Z drugiej – nawet niewielki odsetek przy skali Amazona oznacza potencjalnie znaczną liczbę problematycznych ofert i produktów.

Dodatkowym wyzwaniem jest sposób funkcjonowania części sprzedawców zewnętrznych. Niektóre podmioty wykorzystują marki o nazwach pozornie pozbawionych znaczenia, często składających się z 5–9 liter, z przewagą spółgłosek, zapisywanych wielkimi literami. Nazwy takie jak SUNHZMCKP, MLKXCVB czy EHEYCIGA stały się przykładem zjawiska określanego jako pseudo-marki.

image

EUIPO: połowa Polaków i Polek ma problem z odróżnieniem podrobionego produktu od oryginału

Nie jest to przypadkowa cecha. Sprzedawca chcący skorzystać z Amazon Brand Registry musi posiadać znak towarowy. Rejestracja wyjątkowo nietypowej nazwy może być łatwiejsza, ponieważ istnieje mniejsze ryzyko konfliktu z już zarejestrowanymi oznaczeniami.

W efekcie powstaje mechanizm, w którym marka może być tworzona przede wszystkim po to, aby uzyskać dostęp do infrastruktury marketplace’u. Jeżeli konto zostanie usunięte, podmiot może próbować rozpocząć działalność pod kolejną nazwą.

Fałszywe recenzje zwiększają problem

Podróbki nie są jedynym problemem związanym z wiarygodnością zakupów internetowych. Kolejnym są opinie o produktach, które mają pomóc konsumentowi ocenić jakość oferty.

Według danych brytyjskiej firmy badawczej TruthEngine około 50 proc. internetowych recenzji może być fałszywych. Część opinii jest opłacana przez firmy, inne mogą być generowane automatycznie przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.

Dla marketplace’ów oznacza to konieczność weryfikowania nie tylko samego produktu i sprzedawcy, ale również informacji wykorzystywanych do budowania reputacji oferty. Pięciogwiazdkowa ocena nie musi już oznaczać niezależnego doświadczenia klienta.

Problem dotyczy więc całego łańcucha informacji: od nazwy marki i deklarowanego pochodzenia, przez opis produktu, aż po recenzje.

Konsumenci tworzą własne filtry

Skala problemu doprowadziła również do powstania zewnętrznych narzędzi mających ułatwiać konsumentom filtrowanie ofert. Jednym z nich jest Knockoff – rozszerzenie przeglądarkowe stworzone przez amerykańskiego programistę Josha Pigforda.

Narzędzie analizuje m.in. stosunek spółgłosek do samogłosek w nazwie marki i sposób ich zestawienia. W uproszczeniu sprawdza, czy nazwa przypomina rzeczywistą markę, czy raczej losowo wygenerowane hasło.

image

Estée Lauder pozywa Walmart. Spór o podróbki kosmetyków ujawnia ryzyka e-commerce wartego biliony dolarów

Knockoff działa na Amazonie i pozwala użytkownikowi określić poziom filtrowania. Podejrzane oferty mogą być oznaczane, wyszarzane albo całkowicie ukrywane. Rozszerzenie może również blokować produkty sponsorowane, czyli oferty, których sprzedawcy zapłacili platformie za lepszą widoczność.

Popularność narzędzia pokazuje skalę zapotrzebowania na dodatkowe mechanizmy weryfikacyjne. W ciągu pierwszych 48 godzin post informujący o uruchomieniu Knockoffa osiągnął na platformie X 25 mln wyświetleń. Rozszerzenie miało następnie około 100 tys. aktywnych użytkowników dziennie.

Jednocześnie rozwiązanie nie jest wolne od błędów. Twórca otrzymuje zgłoszenia dotyczące legalnych marek, które zostały błędnie zakwalifikowane jako podejrzane. Konieczna jest więc ręczna weryfikacja i ciągłe dostosowywanie algorytmu.

AI po obu stronach konfliktu

Sztuczna inteligencja staje się kolejnym polem walki między platformami a podmiotami próbującymi je obchodzić. Amazon wskazuje AI jako jedno z kluczowych narzędzi wykorzystywanych do wykrywania nadużyć. Jednocześnie technologia jest coraz częściej wykorzystywana przez samych sprzedawców, m.in. do generowania opisów, recenzji i innych elementów komunikacji.

Według Oommena jest to swoista „gra w kotka i myszkę”. Metody wykorzystywane przez nieuczciwych sprzedawców zmieniają się, dlatego systemy wykrywania również muszą być stale rozwijane.

image

Brytyjska organizacja Which?: ponad 65 proc. kosmetyków sprzedawanych online to „prawdopodobne podróbki”

Amazon rozszerzył ostatnio działalność Counterfeit Crimes Unit także w Indiach, współpracując z lokalnymi organami ścigania. Firma podkreśla, że samo usunięcie sprzedawcy z jednej platformy nie rozwiązuje problemu, ponieważ może on przenieść działalność do innego marketplace’u.

Z tego względu Amazon opowiada się raczej za wymianą informacji pomiędzy platformami i organami państwowymi niż za stworzeniem jednego krajowego rejestru podmiotów zablokowanych za handel podróbkami. Oszuści mogą bowiem zmieniać tożsamość, konta i modele działania.

AI wykrywa również fałszywe deklaracje pochodzenia

Najnowsze badania wskazują, że sztuczna inteligencja może wykrywać także inne rodzaje wprowadzających w błąd informacji. Badacze z Center for Law and the Economy przy Columbia Law School przetestowali narzędzia zakupowe Amazona i Walmartu, w tym Alexę oraz chatbota Sparky.

Testy dotyczyły deklaracji „Made in USA”. Badacze sprawdzali, czy systemy AI potrafią rozpoznać sytuację, w której widoczna na stronie produktu informacja o amerykańskim pochodzeniu jest sprzeczna z innymi danymi dotyczącymi kraju produkcji.

Oba narzędzia miały być zdolne do wykrywania takich rozbieżności. Jednocześnie badanie wykazało, że sama zdolność technologiczna nie musi oznaczać automatycznej interwencji platformy.

To istotna kwestia w kontekście regulacji dotyczących oznaczenia „Made in USA”. Federal Trade Commission wymaga, aby produkty opisywane w ten sposób były w całości lub niemal w całości wytwarzane w Stanach Zjednoczonych. Komisja zwracała już uwagę Amazona i Walmartu na problem fałszywych deklaracji składanych przez sprzedawców zewnętrznych.

Badacze zwracają tym samym uwagę na rosnącą różnicę pomiędzy możliwością wykrycia nieprawidłowości a decyzją o podjęciu działania. AI może rozpoznać sprzeczność w informacji, ale ostateczna reakcja pozostaje kwestią polityki platformy, odpowiedzialności prawnej i interesów biznesowych.

Wiarygodność jako nowy koszt marketplace’ów

Problem podróbek, fałszywych recenzji i nieprawdziwych deklaracji pochodzenia wskazuje na szersze wyzwanie dla handlu internetowego. Przy modelu, w którym około 60 proc. sprzedaży towarów Amazona pochodzi od zewnętrznych sprzedawców, platforma musi jednocześnie zapewnić szeroki wybór produktów i kontrolować jakość informacji prezentowanych klientom.

Skala działań antyfraudowych jest przy tym znacząca: ponad 15 mln zablokowanych podróbek, ponad 32 tys. podmiotów objętych działaniami i ponad 12 krajów, w których działa Counterfeit Crimes Unit. Jednocześnie 99 proc. wykrywanych ofert naruszających prawo ma być blokowanych przed kontaktem z klientem, a skargi dotyczące autentyczności obejmują mniej niż 0,01 proc. sprzedawanych produktów.

image

Fałszywe kosmetyki K-beauty wygenerowały straty ponad 15 mln dolarów w dziewięć miesięcy

Dane te pokazują, że problem nie został rozwiązany, mimo inwestycji w automatyzację, analizę danych i AI. Dla marketplace’ów oznacza to konieczność nie tylko wykrywania podróbek, ale również budowania systemów, które pozwolą konsumentom ocenić wiarygodność sprzedawcy, produktu, opinii i deklaracji marketingowych.

Wraz z rozwojem narzędzi generatywnej AI granica między prawdziwą a zmanipulowaną informacją może być coraz trudniejsza do rozpoznania bez wsparcia technologicznego. W konsekwencji walka z podróbkami przestaje być wyłącznie kwestią ochrony znaków towarowych. Staje się elementem szerszej strategii zarządzania zaufaniem do całego kanału e-commerce.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
E-commerce
27.07.2026 16:43
Od TikToka do Sephory. Marki najpierw zdobywają miliony klientów w sieci, później trafiają na półki
Wejście do Sephory jest pierwszą dużą współpracą stacjonarną FlutterHabitadobe stock

Jeszcze niedawno obecność w Sephorze, Douglasie, Rossmannie czy Boots była dla młodej marki przepustką do rozpoznawalności. Dziś ta kolejność coraz częściej się odwraca. Najpierw marka zdobywa popularność na TikToku, buduje własną społeczność, testuje produkty i rozwija sprzedaż bezpośrednią w social commerce (direct-to-consumer). Dopiero później wchodzi do tradycyjnego retailu – już nie jako nieznany start-up, ale biznes z potwierdzonym popytem, gotową bazą klientek i milionowymi wynikami finansowymi.

Najnowszym przykładem jest FlutterHabit. Marka rzęs DIY, która rozwijała się przez własny e-sklep, Amazon i TikTok Shop. Właśnie kilka dni temu po sprzedaży ponad 18 mln par produktów w ciągu ostatniego roku zadebiutowała w ponad 500 perfumeriach Sephora w USA.

Nie jest to jednak odosobniony przypadek, ale część większej zmiany w strategii sieci kosmetycznych. Handel coraz uważniej śledzi to, co sprzedaje się i angażuje użytkowników na TikToku, a następnie przenosi "internetowe fenomeny" do sklepów stacjonarnych.

Trend ten widać także w Polsce, chociaż nie zawsze jest to klasyczna droga od DTC (direct-to-consument) do retailu. Np. w segmencie rzęs dyi (czyli do samodzielnego założenia) marka Stars from the Stars została stworzona przy udziale twórców TikToka i od początku rozwijana we współpracy z Rossmannem. Everybody London, dostępne w Rossmannie, oraz debiutująca szerzej w Hebe Poppy Head posługują się sferą wizualną, częstotliwością premier i modelem komunikacji charakterystycznym dla marek projektowanych pod social media.

image

Marki beauty inwestują miliony w influencerów. Kampanie kosztują fortunę

- Coraz częściej to właśnie zdolność produktu do wywołania reakcji na TikToku decyduje, czy otrzyma on miejsce w ofercie dużej sieci. Sephora, Ulta czy Boots nadal potrzebują marek o ugruntowanej pozycji, ale coraz częściej szukają również brandów, które przyciągną do sklepów młodszych konsumentów wychowanych w mediach społecznościowych.​- wskazują eksperci. 

Droga od virala na TikToku, przez sprzedaż we własnym e-sklepie i social commerce, aż po debiut w Sephorze, Ulcie, Boots czy Rossmannie stała się dziś Świętym Graalem młodych firm kosmetycznych.

Nie jest już pojedynczym fenomenem, lecz dojrzałym mechanizmem rynkowym, którego przykłady widać również w Polsce.

TikTok staje się laboratorium sprzedażowym marek

Dla sieci handlowej popularność na TikToku jest czymś więcej niż zasięgiem. Platforma pozwala obserwować, które produkty przyciągają uwagę, jak konsumenci ich używają, jakie pytania zadają i czy zainteresowanie przekłada się na sprzedaż. TikTok Shop dokłada do tego twarde informacje o konwersji, wartości koszyka i częstotliwości ponownych zakupów.

Marka wchodząca do retailu po kilku latach sprzedaży DTC ma już przetestowaną ofertę, rozpoznawalne bestsellery i własną sieć twórców. Retailer nie musi od początku budować zainteresowania. Przejmuje produkt, którego klientki już szukają, a następnie zwiększa jego dostępność i skalę sprzedaży.

image

Niezależne marki podbijają TikTok Shop. W rok sprzedały kosmetyki za 500 mln dolarów

Ten model dobrze pokazuje brytyjska marka P.Louise, która zbudowała silną pozycję dzięki mediom społecznościowym i transmisjom sprzedażowym na TikTok Shop. W 2025 r. osiągnęła 2,71 mln dolarów GMV w ciągu jednego dnia sprzedaży na platformie. W maju 2026 r. zadebiutowała w 36 sklepach Boots oraz na boots.com. - Było to jej pierwsze duże wejście na brytyjskie ulice handlowe. Marka podkreślała, że po latach budowania społeczności online klientki mogą wreszcie dotknąć, przetestować i zobaczyć produkty na żywo - tak opisał to portal BeautyMatter.

Podobną drogę przeszła Rhode Hailey Bieber. Marka rozpoczęła działalność w 2022 r. jako biznes DTC, oparty na limitowanych dropach, społeczności i produktach błyskawicznie zdobywających popularność w social mediach. Przed wejściem do Sephory generowała już ponad 200 mln dolarów rocznej sprzedaży. Jej przejęcie przez e.l.f. Beauty za kwotę mogącą sięgnąć 1 mld dolarów pokazało, jaką wartość mogą osiągnąć marki zbudowane bez tradycyjnej dystrybucji. 

W kategorii rzęs podobnym przykładem jest Glamnetic. Marka powstała w 2019 r. i zdobyła rozpoznawalność dzięki magnetycznym rzęsom oraz komunikacji prowadzonej w mediach społecznościowych. Dziś jej produkty są dostępne m.in. w Sephorze, Ulcie, Target i na Amazonie. FlutterHabit wchodzi więc na drogę, którą przeszły już inne cyfrowe marki beauty: od internetowego rozwiązania konkretnego problemu do szerokiej, wielokanałowej dystrybucji.

Po sprzedaży 18 mln par rzęs DYI marka FlutterHabit trafia do Sephory

Markę FlutterHabit założyli Kasey i Tim Jacksonowie w 2019 r., inwestując około 12 tys. dolarów w pierwszą partię produktów. Chcieli zaproponować klientkom tańszą i mniej czasochłonną alternatywę dla profesjonalnego przedłużania rzęs w salonach kosmetycznych. W ciągu niespełna roku sprzedaż przekroczyła 1 mln dolarów.

FlutterHabit rozwijał się przede wszystkim w modelu direct-to-consumer, a następnie za pośrednictwem Amazona i TikTok Shop. W 2023 r. marka została przejęta przez Performance Beauty Group, do której należą również m.in. Grande Cosmetics, Lilly Lashes, Velour Lashes, Babe Original i Bondi Boost.

image

Paryski Haute Couture Fashion Week 2026 wyznacza nowe trendy beauty. Co z wybiegów trafi do kosmetyczek konsumentów?

Wejście do Sephory jest pierwszą dużą współpracą stacjonarną FlutterHabit. Marka zadebiutowała w ponad 500 perfumeriach w USA oraz na sephora.com. To pierwszy brand z segmentu domowych przedłużeń rzęs DIY w ofercie sieci. Produkty są aplikowane od spodu naturalnych rzęs, a efekt może utrzymywać się przez kilka dni.

Do sprzedaży trafiły najpopularniejsze zestawy rzęs STICKtionary i PrepTECH, pianka do mycia rzęs Foam a Friend wraz ze szczoteczką oraz nowy preparat do usuwania rzęs Lash Off. Ceny wynoszą od 16 do 28 dolarów.

Marka przetestowana przez własną społeczność

Za decyzją Sephory stoją nie tylko zasięgi FlutterHabit, ale także wyniki potwierdzające powtarzalność biznesu:

  • wzrost przychodów w 2026 r. o 50 proc. rok do roku;
  • jedna trzecia sprzedaży bezpośredniej pochodząca z subskrypcji;
  • ponad 30 modeli i premiery wprowadzane co trzy–sześć miesięcy;
  • społeczność ponad 30 tys. osób na Facebooku, wykorzystywana jako panel konsumencki;
  • ceny produktów od 16 do 28 dolarów.

Szczególnie istotny jest udział subskrypcji. Pokazuje, że FlutterHabit nie opiera się wyłącznie na jednorazowych, viralowych zakupach. Jedna trzecia sprzedaży we własnym kanale pochodzi od klientek regularnie uzupełniających zapasy. Marka chciałaby w przyszłości dołączyć także do programu automatycznego odnawiania zamówień Sephory.

FlutterHabit ma ponad 30 modeli rzęs i wprowadza kolejne co trzy–sześć miesięcy. Ważnym źródłem informacji o potrzebach klientek jest grupa na Facebooku skupiająca ponad 30 tys. osób. Marka pyta jej członkinie o oczekiwane nowości, ulubione produkty oraz elementy wymagające poprawy. Pod wpływem opinii społeczności część limitowanych modeli została włączona do stałej oferty.

Social media pełnią więc jednocześnie funkcję kanału komunikacji, sprzedaży, obsługi klienta, badania konsumenckiego oraz laboratorium rozwoju produktów. To właśnie ten pakiet – a nie sam viral – staje się dla sieci handlowych najcenniejszy.

Polskie marki: kilka różnych dróg z internetu do dużej sieci

W Polsce zmiana również jest widoczna, ale warto rozdzielić kilka modeli. Nie każda młoda marka obecna dziś w Rossmannie czy Hebe zaczynała na TikToku i nie każda najpierw zbudowała duży biznes DTC. Wspólne jest to, że cyfrowa społeczność i zdolność tworzenia angażujących treści coraz częściej wspierają negocjacje z retailem.

image

Drogeria przyszłości nie musi rywalizować z AI i TikTokiem. Jak kupuje pokolenie Alfa? Oto nowe drogi wzrostu beauty

Your KAYA: od subskrypcji i edukacji do Rossmanna

Your KAYA jest jednym z najczytelniejszych polskich przykładów. Zaczynała jako start-up e-commerce z produktami higienicznymi oferowanymi m.in. w modelu subskrypcyjnym. Marka budowała społeczność wokół edukacji, ciałopozytywności i przełamywania tabu. Następnie weszła do Rossmanna, najpierw z artykułami higienicznymi, a później z coraz szerszą ofertą pielęgnacji i makijażu. Retail dał jej zasięg poza grupą odbiorców możliwych do efektywnego pozyskania we własnym e-commerce.

Resibo, Miya Cosmetics i Veoli Botanica: różne drogi do szerokiej dystrybucji

Resibo wyrosło z jednego produktu stworzonego z osobistej potrzeby założycielki, a we wczesnym etapie rozwijało sprzedaż i rozpoznawalność bez wsparcia masowej dystrybucji. Dziś marka jest obecna stacjonarnie i online w Hebe.

Miya Cosmetics także należy do pokolenia młodych polskich marek rozwijanych przy silnym wsparciu internetu, ale nie jest czystym przykładem przejścia DTC–retail: od początku budowała model omnichannel, łącząc własny sklep z obecnością w sieciach drogeryjnych.

Veoli Botanica przez lata budowała pozycję w internecie i specjalistycznym kanale beauty, a w 2025 r. rozszerzyła dystrybucję na wszystkie sklepy stacjonarne Hebe. W tych przypadkach szeroki retail jest etapem skalowania marek, które wcześniej miały już rozpoznawalność i wyrazistą tożsamość.

BasicLab: edukacja składnikowa i social commerce

BasicLab reprezentuje model marki zbudowanej na eksperckiej edukacji o składnikach aktywnych i świadomej pielęgnacji. Firma rozwinęła własny e-commerce i obecność m.in. w Super-Pharm oraz DOZ. W 2026 r. znalazła się wśród pierwszych marek kosmetycznych korzystających z polskiej wersji TikTok Shop, gdzie postawiła na transmisje LIVE, edukację i bezpośredni kontakt ze społecznością. Nie ma natomiast podstaw, by przypisywać jej obecność jednocześnie w Rossmannie, Hebe i Sephorze.

Nanolash: polski punkt odniesienia w rzęsach DIY

W samej kategorii rzęs najbliższym polskim punktem odniesienia jest Nanolash, marka związana ze spółką Trendmarkt. Oferuje pełny system DIY: kępki, bonder, sealer, aplikator i remover. Produkty można znaleźć m.in. w ofercie internetowej Douglasa i DOZ oraz u partnerów marketplace Hebe. Nie należy jednak automatycznie utożsamiać obecności w serwisie Hebe z szeroką dystrybucją na półkach wszystkich drogerii stacjonarnych.

Drogeria sama wchodzi na TikToka

Zmieniają się nie tylko marki. Sieci coraz mocniej organizują ofertę wokół produktów popularnych w social mediach. Hebe prowadzi internetowe sekcje Instashop i Viral Shop, w których łączy asortyment z trendami z Instagrama i TikToka. Rossmann wykorzystuje viralowe produkty w komunikacji, materiałach inspiracyjnych i premierach skierowanych do młodszych klientów.

W 2026 r. TikTok Shop wystartował w Polsce, a wśród pierwszych partnerów i marek znalazły się podmioty z branży beauty. BasicLab rozpoczął transmisje LIVE, a Rossmann i Hebe zostały wskazane jako sieci przygotowujące sprzedaż na platformie. Granica pomiędzy oglądaniem krótkiego filmu, zakupem w social commerce i wizytą w drogerii zaczyna się zacierać.

Retail nie jest już końcowym, odseparowanym etapem ścieżki zakupowej. Może pojawić się jednocześnie jako konto na TikToku, sklep na platformie, aplikacja lojalnościowa, marketplace i fizyczna półka. Wygrywa ten podmiot, który najszybciej zamienia cyfrowy sygnał zainteresowania w dostępny produkt, nie tracąc przy tym jakości selekcji.

 

Komentarz redakcji: Odwrócony model ryzyka

Wejście FlutterHabit do Sephory pokazuje, że TikTok i tradycyjny handel nie muszą ze sobą konkurować. Pełnią inne funkcje na ścieżce zakupowej. TikTok pozwala marce szybko dotrzeć do odbiorców, pokazać działanie produktu i wygenerować zainteresowanie. Użytkownicy SM oraz TikTok Shop sprawdzają, czy zainteresowanie przekłada się na zakup. Sklep stacjonarny zwiększa dostępność, pozwala przetestować produkt i dociera do klientek, które nie kupują bezpośrednio w social mediach.

Kiedyś wprowadzenie nieznanej marki było przede wszystkim ryzykiem detalisty.

Dziś młody brand może przyjść do sieci z historią sprzedaży, retencją, danymi o bestsellerach, społecznością i gotowym ekosystemem treści.

Dla handlowców stacjonarnych i online współpraca z marką wykreowaną w sieci oznacza więc mniejsze ryzyko. Zmienia to również sposób, w jaki sieci wybierają marki. O sukcesie na półce nie decydują już wyłącznie historia producenta, budżet marketingowy i tradycyjne badania rynku. Coraz większe znaczenie mają dynamika wzrostu w social mediach, sprzedaż na platformach społecznościowych, siła społeczności i zdolność marki do regularnego dostarczania nowych treści oraz premier.

Nie oznacza to, że każdy viral zasługuje na półkę. Popularność może zniknąć równie szybko, jak się pojawiła, a gwałtowny wzrost ujawnia problemy z dostawami, jakością i obsługą klienta. Dlatego dla sieci najcenniejsze nie są same wyświetlenia, lecz połączenie kilku sygnałów: sprzedaży, powtarzalności zakupów, jakości produktu, zdolności operacyjnej i lojalności społeczności.

FlutterHabit spełnia te warunki: ma 18 mln sprzedanych par, rosnące przychody, znaczący udział subskrypcji i aktywną grupę klientek wykorzystywaną do rozwoju produktów. Dlatego jego wejście do Sephory jest czymś więcej niż historią o rzęsach. To ilustracja nowego porządku w beauty, w którym TikTok może stworzyć popyt, DTC udowodnić jego wartość, a retail zamienić cyfrowy fenomen w markę masową.

Polskie przykłady pokazują, że lokalny rynek podąża w podobnym kierunku. Różnica polega na tym, że w Polsce duże sieci często uczestniczą w budowaniu marek już na etapie premiery. Model FlutterHabit pokazuje kolejny etap: marka może najpierw samodzielnie udowodnić swoją siłę w social commerce, a dopiero później negocjować wejście do retailu z dużo mocniejszej pozycji.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
12. sierpień 2026 02:37