StoryEditor
Marketing i media
21.02.2025 12:36

Katarzyna Skoczek-Colombo, Omnisense: Spraw, by to klient stał się Twoim copywriterem

Katarzyna Skoczek-Colombo, practice-centric design & insights manager, Omnisense / Marlena Faerber

Komunikacja w branży beauty to fundament sprzedaży, budowania wizerunku oraz tworzenia lojalnej bazy klientów. To tutaj słowa budzą motywacje, nazwy produktów stają się obietnicami, a kilka haseł na froncie opakowania może przesądzić o sukcesie lub porażce produktu - pisze Katarzyna Skoczek-Colombo, practice-centric design & insights manager z Omnisense.

Opisy mają moc przekonywania lub zniechęcania, instrukcje użytkowania mogą rozwiewać lub potęgować obawy, a cały copywriting może albo ułatwiać, albo utrudniać zakupy. Mimo tak ogromnej roli, jaką odgrywa treść, zbyt często jest ona tworzona przez firmy, agencje i ludzi, którzy nie mają głębokiej wiedzy o konsumencie, docelowym użytkowniku produktu i jego rzeczywistych praktykach. 

Mów tak, żeby Cię rozumiano

W efekcie powstają komunikaty, które niewiele wspólnego mają z prawdziwym językiem, jakim posługują się klienci. To właśnie dlatego na półkach sklepowych, zarówno tych fizycznych, jak i wirtualnych, spotykamy zbyt skomplikowane nazwy produktów czy niejasne opisy, które, choć mogą budzić entuzjazm w kuluarach agencji, często nie przekładają się na sprzedaż. Zamiast osiągać trwały sukces, te produkty generują jedynie chwilowe zainteresowanie. Wyróżniają się na półce tylko na krótki moment. 

Idea oryginalności lub bezrefleksyjnej powtarzalności oparta jest często na powierzchownym podejściu do marketingu. Takie podejście prowadzi do wydłużenia procesu zakupowego. Klienci zmuszeni są inwestować dodatkowy czas, by szukać informacji o produkcie, jego składzie, zastosowaniu lub kompatybilności z innymi produktami tej samej serii. Oczywiście jeśli w ogóle zdecydują się na taki wysiłek.

Niestety, coraz częściej rezygnują. Ich oczekiwania względem komunikacji coraz bardziej rozmijają się z rzeczywistością agencji i korporacji producentów, dystrybutorów oraz sieci sprzedaży. I nie chodzi tu o to, by było nudno i powtarzalnie, ale o zrozumienie, że skuteczna komunikacja, która sprzedaje, nie może być zaprojektowana bez dogłębnej znajomości praktyk, rutyn i rytuałów docelowego użytkownika produktu. 

Jak więc odkryć, co naprawdę myśli klient? Jak dowiedzieć się, jakim językiem się posługuje, a co więcej – jakim językiem kupuje? I jak skutecznie wykorzystać tą wiedzę do projektowania opakowań, treści oraz marketingowych komunikatów? 

Praktyki mówią same za siebie

Podejmowane przez konsumentów aktywności, sposoby i narzędzia realizacji potrzeb, źródła motywacji i inspiracji, ale także kulturowy i trendowy filtr nałożony na nie, to zbiór danych, które powiedzą nam wszystko to, co powinniśmy usłyszeć by stworzyć skuteczną komunikację, jak również naming produktowy, czy opisy dotyczące użytkowania.

To właśnie te praktyki są kluczem do zrozumienia języka, którym konsumenci mówią, opisują i poszukują, a co za tym idzie – także kupują. Oczywiście, ten język, tak jak same praktyki, różni się w zależności od wielu czynników, choć paradoksalnie demografia nie zawsze odgrywa tu główną rolę. Zarówno 25-latka, jak i 55-latka mogą mieć podobny poziom eksperckości w pielęgnacji czy makijażu, jak i podobne trudności w zrozumieniu, czym właściwie jest „peeling AHA & PHA” widoczny na drogeryjnej półce lub w sklepie internetowym.

W e-commerce produkty mogą być wzbogacone o obszerne opisy, zdjęcia, filmy – wszystko, co ułatwia zrozumienie ich istoty. Jednak w sklepie stacjonarnym ten sam produkt, postawiony na półce, staje się o wiele trudniejszy do przyswojenia, a co za tym idzie – do sprzedaży. Dlatego tak istotne jest to, jakie informacje zawiera komunikat na froncie opakowania. Aby zaprojektować go celnie, adekwatnie i skutecznie, musi on być zgodny z praktykami docelowej grupy klientów. (...)

Słowa nic nie znaczą…

Podobne bariery poznawcze zaobserwowałam podczas badań jakościowych dla wiodącej polskiej marki i producenta kosmetyków kolorowych oraz pielęgnacyjnych. Badania te były częścią procesu strategicznego, mającego na celu odmłodzenie grupy docelowej używającej produktów marki oraz zaprojektowanie nowego konceptu fizycznych przestrzeni sprzedaży.

Niezależnie od wieku czy danych demograficznych, kobiety oczekiwały od branży kosmetycznej jasnych komunikatów, wspartych wiedzą ekspercką. Serum powinno być „jakieś”, do użytku „tak często”, dla skóry „takiego typu”. Podkład powinien mieć jasno określony stopień ciężkości, ale również wskazania dotyczące użytkowania w ciągu różnych pór roku, czy przy konkretnych problemach skórnych. Przykład? 

Codzienne serum rozświetlające dla cery z przebarwieniami, czy kojący lekki podkład dla cery naczynkowej. Oczywiście, ekspercka część nazwy może zawierać składniki aktywne, których bazowe właściwości powinny być jasno przedstawione na opakowaniu. Do tego instrukcja stosowania, częstotliwość użytkowania, wskazówki przechowywania – te także muszą być pisane językiem odpowiednim dla odbiorcy, a nie tylko wydawać się właściwe z perspektywy producenta, dystrybutora czy sieci sprzedaży. Czasami wystarczy zmiana jednego słowa, dodanie kolejnego określenia, uzupełnienie oryginalnej nazwy o doprecyzowujący dopisek, by totalnie zmienił się cykl życia produktu na półce, czy na platformach e-commerce.

Ta pułapka założeń i deklaracji, często oparta na branżowym doświadczeniu i powtarzalności projektowej przy tworzeniu nowych produktów jest najczęściej spotykanym przez nas problemem podczas pracy nad tworzeniem nowych marek, czy wprowadzaniem nowych linii produktowych na rynek. 

Nie bez znaczenia jest również ogromna złożoność wyboru, z jakim mierzą się obecnie konsumenci, czyli swoisty nadmiar i przesyt, a także ciągle kurczące się zasoby czasu na podjęcie tej jednej, właściwej decyzji zakupowej. Żyjemy szybko i tak też powinny trafiać do konsumenckiej głowy sprzedażowe czy wspierające użytkowanie komunikaty. Nie utarte ścieżki, a ścieżki projektowane na miarę są odpowiedzią na rosnącą rynkową konkurencję.

Nie tylko pierwsze wrażenie

Ale nie tylko o nazwę i pierwsze wrażenie chodzi. Za każdym razem, gdy prezentujemy wyniki badań jakościowych i bierzemy na warsztat konsumenckie praktyki i doświadczenia dotyczące danej marki i jej odbiorców, klienci otwierają oczy ze zdumienia. Okazuje się, że tył opakowania, uzupełniające front i nazwę informacje, czy dołączana do produktów instrukcja użytkowania potrafią sprawić, że konsumenci zostaną wiernymi fanami naszego brandu, lub już nigdy do niego nie wrócą. 

Niedawno realizowany przez nas projekt dla wiodącej polskiej marki urządzeń kosmetycznych do domowego użytku pokazał, jak na lojalizację klientów, ich przywiązanie do jednej marki, wpływa to, jak komunikowane jest prawidłowe użytkowanie produktów. Jeden z najmocniejszych zdobytych insightów brzmiał „mam to urządzenie już rok, używam go systematycznie, ale tak naprawdę nadal nie wiem, czy robię to prawidłowo.”. Ta wątpliwość była tym bardziej kontrowersyjna, że dotyczyła rozmówczyni z ogromnymi zdolnościami do researchu i doświadczeniem w wykonywaniu domowych zabiegów. Inna respondentka wprost powiedziała: ‘kupiłam trzy urządzenia u tej marki, bo miała wszystko idealnie wyjaśnione na stronie, a instrukcjom towarzyszyły filmiki oraz obrazki ułatwiające zrozumienie tego, jak ich używać, by robić to dobrze”. 

Zrobienie sobie krzywdy i zaszkodzenie swojemu wyglądowi to największe obawy związane z zakupem domowych urządzeń kosmetycznych, ale również tych bardziej profesjonalnych pielęgnacyjnych kosmetyków. By zaufać marce i zostać z nią na dłużej, potrzebują być przez nią traktowane w sposób, który ubezpiecza te emocje. To marka powinna prowadzić je nieco za rękę przez cały pielęgnacyjny proces, towarzyszyć im w codziennych rutynach i rytuałach, wspierać je w systematyczności użytkowania, czy pomagać im mierzyć efekty, jakie osiągnęły. Wszystkie te obszary wiążą się z odpowiednią komunikacją, odzwierciedlającą zrozumienie dla konsumenckich potrzeb. To trochę tak, jak udanie się do ulubionej i zaufanej kosmetolog, czy fryzjerki – gdy raz znajdziemy takie miejsce, w którym obawy ustępują relaksowi, a niepewność dotyczącą efektów zastępuje ekscytacja, nasze poszukiwania się kończą, a my zostajemy wieloletnimi stałymi klientkami danego salonu. 

Co więcej, nierzadko klientki, które bały się tego, czy będą zadowolone z efektów, po odpowiednim zaopiekowaniu przez markę, usługę, czy produkt, stają się jej ambasadorkami, uruchamiając tym samym najbardziej wartościową marketingową maszynę jaka istnieje – system rzeczywistych rekomendacji. 

Łatwo jest się wyróżnić

Jest jeszcze jeden aspekt, który należy wziąć pod uwagę projektując komunikację, prowadząc marketing, czy tworząc nazwy i opakowania nowych produktów – to szeroki ocean konkurencji, oraz powtarzalność ‘mód’ szybko odzwierciedlana przez sklepowe półki. 

Branża beauty rządzi się swoimi prawami, którym rytm dyktuje to, jak szybko odpowiada się produktem na nowe trendy w pielęgnacji. Gdy pojawia się moda na witaminę C – jak na hejnał wszystkie marki zasypują sieci żółtymi opakowaniami produktów, które na piedestale stawiają ten jeden główny składnik. Gdy media społecznościowe podbija olejowanie włosów – mnogość olejków, spośród których konsumentki muszą dokonać wyboru potrafi przyprawić o ból głowy. Gdy na salony wkroczyły pospolite i od lat znane hydrolaty, marki na wyścigi próbowały przekształcić je w na pozór wyjątkowe, jakże naturalne produkty. Takie podejście do zarządzania produktem, liniami marki, a jednocześnie uwagą klienta może prowadzić wyłącznie do jednego – przesytu, większej cenowej konkurencji i potrzeby zwiększenia nakładów na marketing, by jakoś wybić się z tego ślepo podążającego za trendami tłumu. 

Tymczasem to, co naprawdę wyróżnia marki, to klientocentryczne podejście do strategii rozwoju. Wszystkie prowadzone przez nas w ciągu ostatnich 5 lat projekty branży beauty udowadniają nam, że klienci wcale nie są tak podatni na modę, jak mogłoby się to wydawać. To, co determinuje częstotliwość i poziom ich zakupów to konkretne problemy do rozwiązania, realne potrzeby do wypełnienia, oraz obietnica prawdziwych efektów. 

Branża musi mieć świadomość tego, że klienci zazwyczaj nie mają specjalistycznej wiedzy na temat składników aktywnych w kosmetykach i ich wpływu na skórę, czy technologii stosowanych w kosmetycznych urządzeniach. I to właśnie z tej niewiedzy lub konkretnego problemu, z którym mierzą się konsumenci, a w obszarze którego nie są ekspertami, wynikają trudności z rozszyfrowywaniem nazw produktów, czy tego co mogą dla nich i ich skóry „zrobić”. To również pewnego rodzaju „zatrudnianie” kosmetyków do wykonania konkretnej pracy, które znaczeniowo nazywamy zupełnie „po swojemu” i liczymy na to, że znajdziemy na półce taki produkt, który odpowie naszym potrzebom. 

Sam fakt, czy efekty te osiągnięte zostaną witaminą C, hydrolatem różanym, czy śluzem ślimaka to dla nich najczęściej aspekt drugorzędny. Wystarczy, że komunikacja poprowadzi konsumenta wprost do celu, zdejmie z jego głowy ciężar odpowiedzialności za podjęte zakupowe decyzje, a przy okazji w prosty sposób pokaże, jak bezstresowe i efektowne może być obcowanie z kosmetykami i urządzeniami kosmetycznymi. 

Copywriting musi być nie tyle oryginalny, co czytelny. I choć na rodzimym rynku istnieje kilka firm, które robią to dobrze, to nadal dominuje przekonanie, że im bardziej skomplikowanie nazwiemy i opiszemy nasz produkt, tym bardziej ekspercko postrzegać będą nas klienci. Nic bardziej mylnego! Prostota przekazu broni się sama, szczególnie gdy bazuje na dogłębnym zrozumieniu konsumenckich praktyk, rutyn i rytuałów. 

Autorka: 

Katarzyna Skoczek-Colombo, practice-centric design & insights manager, Omnisense

Powyższy materiał jest fragmentem szerszej analizy, która została opublikowana w drukowanym roczniku Wiadomości Kosmetycznych "Przyszłość rynku beauty 2025".  

Egzemplarze rocznika można zamawiać tutaj 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Biznes
04.11.2026 12:00
Czy warto inwestować budżety reklamowe w Biankę Chajzer? Ekspertki: Niekoniecznie.
Bianka Chajzer i jej mąż to nowe power couple współprac influencerskich — ale czy na pewno?Instagram @bianka_chajzer

Wokół Filipa i Bianki Chajzer rozwijają się reklamy, płatne życzenia i oferta obecności na wydarzeniach, a prezenter potwierdza rozmowy z dwiema platformami streamingowymi o reality show. Dla rynku beauty to nowa rozpoznawalna para z rosnącym zasięgiem — i dobry moment, by ocenić, czy zainteresowanie przełoży się na trwałą wartość reklamową, zwłaszcza w kategorii kosmetyków.

Popularność małżeństwa Chajzerów wyrosła z zainteresowania ich związkiem, a potem z kolejnych wspólnych nagrań. Pierwszy podcast przekroczył 1,3 mln wyświetleń, drugi osiągnął niecałe 800 tys., a trzeci prawie 450 tys. Łącznie daje to ponad 2,56 mln odtworzeń. Konto Bianki Chajzer w chwili pisania poniższego tekstu zbliża się do 85 tys. obserwujących. W podcaście wspominała, że jej prywatny profil śledziło wcześniej około 400 osób.

Dla reklamodawców skok zasięgu jest czytelnym sygnałem, że nowa postać przyciąga uwagę. Sam zasięg nie odpowiada jednak na pytanie, czy zainteresowanie utrzyma się wystarczająco długo, by zbudować pozycję twórczyni, a nie jedynie bohaterki bieżącego medialnego wydarzenia. Właśnie na tym polega biznesowe ryzyko nowego celebryckiego małżeństwa: popularność można szybko zamienić na współprace, ale równie szybko może minąć efekt nowości.

Pierwsze sygnały dla beauty

Bianka Chajzer promowała także usługi z pogranicza beauty i wellness zanim jeszcze została żoną Filipa. W nagraniu opublikowanym na Instagramie salonu masażu — gdy posługiwała się jeszcze nazwiskiem Gąsińska — prezentowała wnętrza lokalu, w tym przestrzeń do przygotowania się do zabiegu i miejsce, gdzie klienci mogli napić się herbaty. Materiał kończy zaproszenie do skorzystania z oferty salonu.

W dotychczasowych publikacjach Bianki — już Chajzer — pojawiły się już produkty z kilku kategorii. Reklamowała kosmetyki do pielęgnacji twarzy, a także perfumy marki PheroStrong, którym towarzyszyły oznaczenie reklamy i kod zapewniający spory rabat. W podcaście Filip Chajzer zachęcał ją także do przygotowania tutorialu makijażowego, wskazując na jej umiejętności w tej dziedzinie. Na razie są to pojedyncze sygnały zainteresowania kategorią, a nie rozwinięta, powtarzalna oferta beauty. Dużym zainteresowaniem cieszy się także manicure Bianki Chajzer, który równie mocno frapuje co irytuje odbiorczynie. To może wskazywać na jej potencjał promocyjny również w kategorii stylizacji paznokci.

Na profilu Bianki można także znaleźć posty z otagowanymi dwiema różnymi makijażystkami, a w komentarzach szereg refleksji widzek i widzów:

“Myślę że fajnie by było gdybyś przebierała oferty, bo reklamując wszystko jest to dość mało wiarygodne:)”

“Pełną parą już w te współprace”

“Wszystkie chcą mieć paznokcie jak Bianka Chajzer XD Nie wiem co sobie uroiłaś, ale my takie robiłyśmy jak Ty szłaś do komunii”

“Tutaj „drażni” mnie ta dziwna aura sztuczności. Mam wrażenie - podkreślam: wrażenie - jakbym nie oglądał dwojga ludzi, którzy właśnie wzięli ślub, tylko narodziny wspólnego projektu internetowego. Dwa konta, zasięgi, podcast, kolejne publikacje, wszystko od razu wystawione na witrynę.”

Dla marek kosmetycznych różnica ma znaczenie. Jednorazowa publikacja może zapewnić widoczność, ale regularny format — na przykład seria porad lub prezentacji produktów — daje więcej okazji do naturalnego pokazania kosmetyku i obserwowania reakcji odbiorców. Z dostarczonych przykładów wynika, że Bianka testuje różne kierunki komercyjne: od mody i perfum po pielęgnację. Nie widać jeszcze spójnej specjalizacji ani konsekwentnie rozwijanej narracji beauty.

Jak mówi Monika Czaplicka, CEO agencji Wobuzz,

Największe zagrożenie to efekt wampira (w sam raz na Halloween): influencer wypija całą uwagę, a marka zostaje tłem. Przypominanie sobie marki ze znanej twarzy jest w badaniach niższe niż z anonimowym modelem, i to najsilniej wtedy, gdy ambasador nie jest z nią poznawczo „sklejony”. A kto reklamuje w poniedziałek krem, we wtorek bank, a w czwartek przekąski, nie jest sklejony z niczym – każda kolejna współpraca rozwadnia poprzednią, więc widzowie „wysysają” zapamiętanie twarzy, a pamięć produktu wycieka. Paradoks jest w tym, że skoro głowa nie przypisze komunikatu konkretnej marce, przypisze go całej kategorii – i skorzystać może konkurent. Inwestując w kogoś, kto poleca wszystko, nie kupujesz rekomendacji, tylko wynajmujesz wampira: finansujesz cudzą markę osobistą własnym budżetem.

Angelika Sobolewska w materiale dla portalu Wirtualne Media szacuje, że profil z około 84 tys. obserwujących może osiągać stawki rynkowe na poziomie 3–8 tys. zł netto za rolkę i 1,5–4 tys. zł za pakiet stories. Są to orientacyjne widełki, a nie ujawnione wynagrodzenia Bianki. Pokazują jednak, że już przy obecnym zasięgu jej profil może być dla marek źródłem płatnego dotarcia. Dla kosmetyków, gdzie wśród przedstawionych przykładów są pielęgnacja i perfumy, oznacza to możliwość szybkiego uruchomienia kampanii, jeśli marki uznają, że zainteresowanie odbiorców jest wystarczające.

Zasięg jest, format dopiero powstaje

W związku z kontrowersjami wokół działalności Chajzera pojawiło się określenie „chajzerować”. Oznacza ono popełnić coś niewłaściwego, żenującego lub upokarzającego, a następnie próbować poprawić swój wizerunek dobrym uczynkiem.

Rozpoznawalność Bianki budowana jest równolegle w kilku kanałach. Filip udostępnił jej miejsce we własnym podcaście i przedstawia ją jako producentkę. Para wystąpiła razem w telewizji, a także zapowiada nowy wspólny program łączący rozmowę, vlog i elementy formatu wieczornego. Chajzer potwierdził również rozmowy z dwiema platformami streamingowymi o możliwym reality show. Nie ujawniono jednak, czy ani kiedy taki program powstanie.

Taki układ może być atrakcyjny dla reklamodawców: rozpoznawalność z podcastów może przechodzić do innych formatów i podtrzymywać zainteresowanie parą. Na razie nie wiadomo jednak, jak stabilna będzie oglądalność kolejnych odcinków. Pierwszy podcast zgromadził znacznie więcej wyświetleń niż trzeci, choć wszystkie trzy razem przekroczyły 2,5 mln. Dane potwierdzają mocny start, ale nie pozwalają jeszcze określić, czy widownia będzie wracać regularnie.

Olivia Drost, właścicielka agencji komunikacyjnej Olive Media, komentuje:

Współprace z influencerami podejmuje się głównie z dwóch powodów — wizerunkowego i zasięgowego. Wizerunkowy oznacza, że przenosimy zaufanie, wiarygodność influencera na markę. To w przypadku celebrytki, która reklamuje wszystko, co popadnie, od kiełbasy po szminkę, może wpłynąć na brak autentyczności i rozmycie wizerunku. Marka nie osiągnie celu, który jest jednym z filarem działań z zakresu influencer marketingu. Drugi powód — zasięgowy — oznacza, że grupa docelowa twórcy i jego szerokie dotarcie są dla marki istotnym kanałem dotarcia.

image
Profil Instagram @bianka_chajzer

W przypadku Bianki Chajzer, która stała się "zjawiskiem medialnym", bardzo dużo osób podgląda ją z czystej ciekawości i memiczności. Podejrzewam, że jej stories w momencie, w którym wychodzą słynne podcasty, odtwarza każdego dnia kilkadziesiąt tysięcy osób. Statystyki wyglądają kusząco, ale wyłącznie dla kogoś, kto nie zajmuje się analityką influencerów. Gdy przeanalizuje się to głębiej, są to często "podglądacze" zainteresowani kontynuacją memów, celebryckimi plotkami, ale niekoniecznie ufające wyborom kosmetycznym czy spożywczym żony prezentera. Wiarygodność i zaufanie odbiorców buduje się latami, tworząc regularny content, rozwijając społeczność i relację z nią. Nie da się tego osiągnąć w dwa tygodnie po ślubie ze znanym partnerem.

Do obiegu treści trafiają zarówno wspólne rozmowy, jak i ich fragmenty, memy oraz komentarze. Część publiczności może oglądać je z sympatii, część z ciekawości, a część po to, by śledzić dyskusję lub jej żartobliwe przeróbki. Wysoka liczba wyświetleń nie jest więc automatycznie dowodem trwałego przywiązania do twórców ani zainteresowania produktami, które pokazują. Dla marek beauty kluczowe będzie to, czy odbiorcy zapamiętają kosmetyk i zareagują na rekomendację, czy tylko obejrzą publikację jako kolejny odcinek historii małżeństwa. Bianka Chajzer może zatem produkt wypromować — ale może go też "utopić" w oczach części odbiorców przez memiczność swojego małżonka.

Popularność już ma cennik

Poza reklamami para oferuje spersonalizowane nagrania z życzeniami. Cena standardowego wideo wzrosła ze 150 do 300 zł, a ekspresowego — z 300 do 600 zł. Dostępne są również zaproszenia na uroczystości i wydarzenia firmowe, wyceniane indywidualnie. Chajzer informował o ponad 300 zamówieniach w ciągu jednego dnia, z których większość dotyczyła wersji ekspresowej. Są to już konkretne sposoby monetyzacji zainteresowania, obok reklam publikowanych przez Biankę.

image

Kosmetyki największym reklamodawcą w influencer marketingu. Branża wydała 215 mln zł w pół roku

Chajzer wskazuje też, że przychody z YouTube’a przewyższają jego wynagrodzenia telewizyjne, ale nie podaje zarobków kanału ani przychodów z podcastów z żoną. Nie da się więc na podstawie samych wyświetleń obliczyć ekonomicznej wartości tych trzech nagrań. Dla potencjalnych partnerów z branży kosmetycznej pozostają widoczne przede wszystkim zasięg, orientacyjne stawki rynkowe oraz pierwsze przykłady reklam.

Historia Chajzerów pokazuje, jak szybko medialne zainteresowanie może przejść w ofertę handlową. Jednocześnie w beauty sama dostępność zasięgu nie przesądza o długoterminowej przydatności twórcy dla marki. Nowe celebryckie małżeństwo może więc w krótkim czasie stać się partnerem kampanii — szczególnie dla marek gotowych wykorzystać aktualny rozgłos. Pytanie dla rynku brzmi, ile tej popularności uda się utrzymać po wygaśnięciu efektu nowości. Jeśli odpowiedzią będą przede wszystkim kolejne szybkie współprace, zasięg może zostać skomercjalizowany, zanim powsta​​nie trwała relacja z odbiorcami. Dla beauty będzie to test, czy Bianka Chajzer potrafi zamienić uwagę widzów w wiarygodną, konsekwentną obecność w kategorii.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Marketing i media
30.10.2026 11:10
Prada kontra AI? Za kampanią stoi legenda Disneya
Prada stawia na rzemiosło w epoce AIPrada

W czasach, gdy sztuczna inteligencja coraz śmielej wkracza do świata reklamy, Prada wybiera zupełnie inną drogę. W świątecznej kampanii na 2026 rok włoski dom mody łączy fotografie z ręcznie rysowaną animacją. Jej przygotowanie powierzył Johnowi Pomeroyowi, legendarnemu animatorowi, który współtworzył „Pocahontas”. „Drawing Prada” to nie tylko opowieść o zimowej magii, ale również przypomnienie o wartości ludzkiego warsztatu i pracy, której nie da się sprowadzić do jednego kliknięcia.

W tym artykule przeczytasz:

  • Prada rezygnuje z cyfrowych skrótów. Każdy ruch powstał ręcznie
  • „AI nigdy tego nie zastąpi”. Powrót do rzemiosła w reklamie
  • Zmęczenie technologią staje się nowym trendem?
  • Konsumenci nie ufają reklamie wygenerowanej przez AI

Prada rezygnuje z cyfrowych skrótów. Każdy ruch powstał ręcznie

Kampania „Drawing Prada: Animated by Hand” przenosi odbiorców do świata przypominającego klasyczne animacje Disneya. Zimowe pejzaże, fantazyjne zwierzęta i bohaterowie narysowani odręcznie tworzą baśniową oprawę dla kolekcji świątecznej marki. W filmie pojawiają się zarówno ilustracje, jak i prawdziwi aktorzy. Wśród nich znaleźli się Sadie Sink, Maya Hawke, Chen Haoyu, Luther Ford oraz Kelvin Harrison Jr.

Za ilustracje odpowiada John Pomeroy, animator związany w przeszłości z Walt Disney Animation Studios i Don Bluth Productions. To twórca, który współpracował przy tak ikonicznych produkcjach jak „Pocahontas” z 1995 roku. W filmie odpowiadał za koncepcję i animację postaci Johna Smitha. Jego doświadczenie nie jest w kampanii jedynie nazwiskiem w napisach końcowych. To właśnie charakterystyczny język ręcznie rysowanej animacji nadaje całości nostalgiczny, baśniowy charakter.

Za fotografię i reżyserię odpowiada Glen Luchford. Połączenie jego zdjęć z ilustracjami Pomeroya pozwoliło zestawić rzeczywistych aktorów z fantastycznymi postaciami i zimowymi krajobrazami. Wśród bohaterów animacji pojawiają się m.in. ryś śnieżny, myszy, lisy i nietoperze. Zwierzęta wchodzą w interakcje z aktorami, a przy okazji zwracają uwagę na wybrane elementy kolekcji – od torebki Avoir po skórzane loafersy.

Prada podkreśla, że kampania jest celebracją rzemiosła i procesu twórczego. W jej komunikacji szczególne miejsce zajmuje ludzki dotyk, rozumiany jako istotny element tworzenia. Wybór tradycyjnej animacji nabiera znaczenia w momencie, gdy coraz więcej reklam powstaje z wykorzystaniem narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji.

 

 

image

Zendaya reklamuje nowy zapach Prada Paradoxe. Kampanię wyreżyserował laureat Oscara

„AI nigdy tego nie zastąpi”. Powrót do rzemiosła w reklamie

Świąteczny projekt Prady można odczytywać jako kontrapunkt dla rosnącej popularności obrazów generowanych przez AI. Nie chodzi wyłącznie o estetykę inspirowaną dawnymi animacjami. Kampania eksponuje również sam proces powstawania obrazu: pracę ilustratora, jego doświadczenie i czas poświęcony na stworzenie kolejnych scen.

W rozmowie z Elle Pomeroy zwraca uwagę na wyjątkowość animacji rysowanej ręcznie. Jak podkreśla, jej siła tkwi w ludzkim geście i świadomym wyborze techniki. To sposób opowiadania historii, który wnosi do niej coś innego niż obraz tworzony wyłącznie cyfrowo. Animator zaznacza również, że tradycyjna animacja wciąż ma swoje miejsce we współczesnym świecie.

Reakcje odbiorców pokazują, że taki kierunek trafia w istotny punkt dyskusji o przyszłości reklamy. Pod publikacjami kampanii w mediach społecznościowych pojawiają się komentarze podkreślające, że sztuczna inteligencja nie zastąpi pracy animatorów. Jeden z powracających głosów można sprowadzić do krótkiego stwierdzenia: „AI nigdy tego nie zastąpi”.

Nie oznacza to, że Prada ogłasza całkowite odrzucenie nowych technologii. Marka nie przedstawia kampanii jako manifestu przeciwko każdemu zastosowaniu AI. Jej przekaz jest bardziej subtelny. W świecie, w którym obrazy można generować niemal natychmiast, ręczna praca i autorski styl stają się wartościami, które warto wyeksponować.

 

 

Zmęczenie technologią staje się nowym trendem?

Decyzja Prady wpisuje się w szerszą dyskusję o miejscu technologii w komunikacji marek. Wśród odbiorców, szczególnie młodszych, widoczne są różne postawy wobec cyfrowego świata. Z jednej strony technologia pozostaje naturalnym elementem codzienności, z drugiej pojawia się potrzeba ograniczenia nadmiaru bodźców, większej autentyczności i kontaktu z tym, co powstało w tradycyjny sposób.

Cassandra Napoli, szefowa prognoz konsumenckich w WGSN i prowadząca podcast „Create Tomorrow”, opisuje to zjawisko jako „digital divergence”. W jej ocenie młodzi konsumenci nie tworzą jednolitej grupy pod względem stosunku do technologii. Część z nich buduje swoją pozycję na biegłości w kulturze internetowej i stałej obecności online. Inni przyjmują bardziej buntowniczą postawę – szukają wytchnienia od cyfrowego przesytu i świadomie dystansują się od technologii.

image

Świąteczna kampania Sephory z Johnem Legendem. Promocje startują w Polsce od listopada

Konsumenci nie ufają reklamie wygenerowanej przez AI

Na znaczenie tego kierunku wskazują również wyniki badania „Slopizacja marketingu”, przeprowadzonego we wrześniu 2026 roku dla agencji Tears of Joy. Według badania 53 proc. ankietowanych deklaruje spadek zaufania do marki, której reklama jest oznaczona jako wygenerowana przez sztuczną inteligencję. Wśród osób w wieku 18–24 lata odsetek ten wzrasta do 73 proc.

Równie interesujące są deklaracje dotyczące decyzji zakupowych. W grupie 18–24 lata 38 proc. respondentów twierdzi, że zrezygnowałoby z zakupu, gdyby dowiedziało się, że reklama powstała w całości przy użyciu AI. W całej badanej próbie taką odpowiedź wskazało 18 proc. 

Prada nie potrzebowała więc futurystycznych efektów ani cyfrowych sztuczek, by przyciągnąć uwagę. Zamiast tego sięgnęła po technikę, która wymaga czasu, doświadczenia i precyzji. 

W mediach społecznościowych pojawiają się również spekulacje, że nowa kampania może być reakcją Miuccii Prady na tegoroczny pokaz Vogue World podczas Milan Fashion Week. W wielowątkowym widowisku ważną rolę odegrały roboty i nowoczesne technologie. Na nagraniach z wydarzenia uchwycono reakcje projektantki, której mina miała zdradzać zaskoczenie, a nawet dezaprobatę. W tym kontekście „Drawing Prada: Animated by Hand” można odczytywać jako symboliczny kontrapunkt dla tamtego widowiska.

 

Źródło: Elle.com, Sigma Druk

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
07. listopad 2026 01:07