StoryEditor
Rynek i trendy
24.11.2010 00:00

Perfumeria Passa: krem za 1000 zł? To nie problem

Kryzys niestraszny działającej na warszawskim Żoliborzu perfumerii Passa z luksusowymi kosmetykami. Zniknęła za to jej sąsiadka – drogeria z najtańszym sortymentem. Zadecydowały poziom obsługi, podejście do handlu i czynsz za lokal.

Elegancka Passa to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów handlowych na placu Wilsona – ważnego węzła przesiadkowego w północnej części Warszawy. Perfumeria działa tuż przy wyjściu ze stacji metra. – Lokalizacja wymarzona – westchnąłby niejeden. Tymczasem właścicielki Passy – siostry Ewa Kosewska i Paulina Skalimowska, które od 15 lat prowadzą perfumerię – przekonują, że lokalizacja tuż przy stacji podziemnej kolejki wcale nie jest taka istotna dla ich biznesu.
– Klientka, która kupuje drogi krem, nie przyjeżdża na zakupy metrem, a samochodem – przekonują. Tymczasem miejsc parkingowych wokół placu Wilsona jest bardzo niewiele. Przy Passie są tylko dwa – okupowane od rana do wieczora przez mieszkańców. – Przez brak parkingu straciliśmy wielu klientów – wzdychają właścicielki.
Kilka miesięcy temu za rogiem zakończyła działalność mała drogeria z taniutkimi kosmetykami. Jak to możliwe, że w kryzysie nie przetrwał sklep oferujący towary po kilka złotych, za to radzi sobie perfumeria z dobrami luksusowymi?
–  Trzeba mieć właściwe podejście do klienta. Poza tym, ile tanich kosmetyków trzeba sprzedać, aby zarobić na czynsz? – mówią dyplomatycznie właścicielki Passy. Same na swój sukces pracują od kilkunastu lat.
Miss Dior dla śpiewaka
Passa powstała na początku lat 90. W Warszawie działało wówczas zaledwie kilka perfumerii, większość przekształconych z dawnych Peweksów. W czasach, gdy na półkach królował krem Nivea, a hitem było przywożone z Niemiec mydełko Fa, klienci dopiero uczyli się luksusu. Na początku wrażenie robiły marki Bourjois, Max Factor czy Astor. O kosmetykach selektywnych mało kto słyszał. Wchodzący  do Polski dystrybutorzy drogich kosmetyków inwestowali w rynek, organizowali szkolenia dla sprzedawców. Właścicielki Passy korzystały ze wszystkich możliwości poszerzania wiedzy, na własną rękę kończyły rozmaite kursy.
– Nie wyobrażałyśmy sobie, że będziemy sprzedawać towar, nie mając o nim pojęcia. Zdobywałyśmy wiedzę z zakresu kosmetologii, uczyłyśmy się na czym polega piramida zapachowa, czym jest analiza kolorystyczna, jak pielęgnować skórę. Wraz z nami tę wiedzę zdobywały pracownice – opowiada Ewa Kosewska. Te pracownice to panie Małgosia i Iwona, obie pracują w Passie do dziś. – Rzetelne, uczciwe, z poczuciem humoru. Profesjonalistki – chwalą je właścicielki Passy. Gdy rozmawiamy, pani Iwona obsługuje klienta, który przyszedł wybrać perfumy dla żony. W pewnym momencie mężczyzna zaczyna śpiewać. Okazuje się, że za zachętą sprzedawczyni, która skomplementowała jego gromki głos. Rozśpiewany klient wychodzi z perfumerii zadowolony, z elegancko zapakowanymi perfumami Miss Dior. – To wspaniały zapach, skomponowany w 1947 r. Prawdziwa klasyka – podkreśla pani Iwona. Kilka słów potrafi powiedzieć o każdym z produktów, które stoją na półkach.
Tutejsza obsługa za punkt honoru stawia sobie to, by zadowolić klienta o różnej zasobności portfela.
– Nie jestem typem damusi w futrze, która przechadza się w perfumerii wypatrując bogatych klientów. To nie jest styl ani mój, ani mojej siostry – podkreśla Ewa Kosewska.
Właścicielki dbają o to, by placówka nie onieśmielała mniej zamożnych klientów. Nie ma złotych klamek i ociekającego przepychem wystroju. Kosmetyki są wyeksponowane na prostych, funkcjonalnych regałach. Za to na ladzie zawsze stoi wazon ze świeżymi kwiatami, jest czysta podłoga, schludnie i starannie ubrane panie sprzedawczynie. W oddzielnej gablotce znajduje się kilka również renomowanych, ale tańszych marek perfum, jest też nieco tańsza kolorówka. Te produkty to jednak tło, pierwsze skrzypce grają standy z produktami z najwyższej półki cenowej oraz ekskluzywne perfumy.
Nie ma miejsca na tandetę
Startowali skromnie, tylko z marką Dior, powoli włączając do oferty kolejne selektywne marki. Dziś mają w ofercie m.in. produkty Chanel, Guerlain, Clinique, H.Rubinstein, Lancome. Oferta została dobrana na zasadzie eliminacji.
– Z niektórych produktów zrezygnowaliśmy, gdyż się nie sprzedawały. Wycofujemy marki, których właściciele nie dbają o ich wizerunek, rezygnują z reklamy, podnoszą nadmiernie ceny. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że np. zapach Chanel Nr 5 wciąż jest silnie reklamowany, choć ma 90 lat. Bez promocji nawet taki produkt zginąłby w gąszczu setek marek – przekonują szefowe Passy i dodają, że obecność selektywnych brandów zobowiązuje właścicieli perfumerii do zrezygnowania z produktów tańszych. Tzw. masówka psułaby ich wizerunek. Dlatego dystrybutorzy marek luksusowych zastrzegają w kontraktach z perfumeriami, jaka klasa produktów może znajdować się na półkach. Przedstawiciele handlowi kontrolują, czy umowy te są przestrzegane; w skrajnych wypadkach zrywają umowę. Nie wolno ujawniać wysokości marży, którą objęte są kosmetyki. Zabronione jest także obniżanie cen wyrobów lub organizowanie wyprzedaży. Takie działania obniżałyby prestiż marek. Oferta w autoryzowanych sklepach musi być ponadto aktualna, nie ma mowy o tym, by sprzedawać towar, który został już wycofany z rynku przez dystrybutora.
– Zdarza się, że klientka pyta o produkt, który kupiła za granicą, a którego nie można już znaleźć w Polsce, albo którego nigdy na naszym rynku nie było. Mimo szczerych chęci, nie możemy sprowadzić go na zamówienie, gdyż obowiązuje nas umowa z przedstawicielem danej marki i jej oficjalna oferta – zastrzega Ewa Kosewska.
Większość dystrybutorów daje perfumeriom wytyczne dotyczące tego, jaka część sprzedaży powinna składać się na poszczególne kategorie produktów. Np. w  przypadku Chanel około 50 proc. sprzedaży powinno przypadać na zapachy; w Lancome podstawą jest pielęgnacja; Dior stawia głównie na makijaż i zapachy; marka Helena Rubinstein to przede wszystkim makijaż.
– Każdy brand ma swoją specjalizację. Hitami są podkłady do twarzy Heleny Rubinstein, tusze do rzęs Lancome, pomadki i podkłady Chanel – wymienia Paulina Skalimowska. – Ale w dzisiejszych czasach każdy produkt ma swoje „3 sekundy”. Rocznie do sprzedaży wchodzi około 100 nowych zapachów. Zaistnieć jest bardzo trudno – dodaje.
Do hitów w perfumerii Passa należą np. produkty pielęgnacyjne Lierac, uchodzące za równie skuteczne jak produkty marek selektywnych, choć tańsze. Z polskich marek można tu kupić kremy z linii prestige marek Dr Eris i AA. Właścicielki bardzo wybiórczo wprowadzają na półki kosmetyki, o których chwilowo jest głośno, np. sygnowane nazwiskami celebrytów, bo to nie zawsze oznacza wyjątkową jakość. Na półkach ma być to, co cieszy się renomą i jest najlepsze.
W Passie regularnie odbywają się pokazy makijażu organizowane przez marki Dior,  Guerlain i Chanel. Makijaż wykonywany przez wizażystkę jest bezpłatny, przy takich akcjach sprzedaż kosmetyków rośnie zwykle o kilkadziesiąt procent, szczególnie gdy jest ładna, słoneczna pogoda.
Dyskrecja równie ważna jak poziom obsługi
Oferta perfumerii liczy ponad 4500 indeksów, powierzchnia sprzedaży to około 50 mkw. System komputerowy pozwala analizować sprzedaż produktów, służy też do śledzenia oferty. – Gdy klient pyta o konkretny produkt, jesteśmy w stanie sprawdzić, kiedy pojawił się on w ofercie, czy jeszcze jest dostępny w Polsce, jakim cieszy się powodzeniem – opowiada sprzedawczyni.
Aby uniknąć strat spowodowanych kradzieżami, produkty oddzielone są od klienta ladą, ale obsługa zawsze szybciej pokaże i poda szukany produkt, niż klient sam mógłby go znaleźć. Na ewentualną kradzież narażone są jedynie testery. Na półkach znajdują się po 2-3 sztuki każdego produktu, resztę chowa się w szufladach, co jest wymogiem firmy ubezpieczeniowej. Na sali sprzedaży są też kamery, zaś w witrynach kraty.
Mimo kryzysu, Passa nie zanotowała znacznego spadku liczby paragonów, choć zmniejszyła się wartość poszczególnych zakupów – mimo iż ceny produktów wzrosły. – Kryzys miał wpływ na zmianę priorytetów. Klienci kupują dziś flakony perfum o mniejszych pojemnościach, szukają tańszej alternatywy, bo kryzys na Żoliborzu jest również widoczny, wszak mieszka tu inteligencja, wielu artystów – a wiadomo, w trudniejszych czasach show-business i kultura pierwsze padają ofiarą cięć budżetowych – uważają właścicielki perfumerii. W Passie nadal zaopatrują się osoby z pierwszych stron gazet, które nie pójdą na zakupy do drogerii w marketach. O żadnym nazwiskach nie ma mowy, obowiązuje dyskrecja – równie ważna w tej branży jak właściwie skomponowana oferta i profesjonalna obsługa.


Ekspozytorami marek selektywnych opiekują się przedstawiciele handlowi, którzy regularnie wizytują placówkę by uzupełnić testery. Zamówienia właścicielki Passy robią same

Anna Krężlewicz
Wiadomości Kosmetyczne, Listopad 2010 Nr 11 (47)

 


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Rynek i trendy
06.09.2026 23:21
Plastikowe cyrkonie wracają. Viralowy trend na whimsy napędza sprzedaż, ale rodzi pytania o odpady
Influencerki prześcigają się w okryształkowywaniu... wszystkiego.@meredithduxbury

Różowe opakowania, kryształki, plastikowe cyrkonie i maksymalizm zamiast estetyki „clean girl” – w 2026 roku branża beauty obserwuje kolejną odsłonę nostalgii za estetyką Y2K. Trend bedazzlingu, czyli ozdabiania przedmiotów błyszczącymi aplikacjami, wychodzi poza manicure i trafia na opakowania kosmetyków, lusterka, balsamy do ust i akcesoria. Dane ze sprzedaży pokazują gwałtowny wzrost popytu na rhinestones, choć popularność jednorazowych dekoracji może oznaczać również nowe wyzwania środowiskowe.

Jeszcze kilka lat temu dominującym kodem wizualnym branży beauty był minimalizm. Neutralne kolory, proste opakowania, estetyka „clean girl” i pielęgnacja przedstawiana jako element codziennej optymalizacji stopniowo wypierają jednak bardziej ekspresyjne formy. W 2026 roku coraz wyraźniej widoczny jest zwrot w kierunku maksymalizmu, nostalgii i świadomego dekorowania przedmiotów, które nie musi pełnić żadnej praktycznej funkcji.

Jednym z najbardziej widocznych przejawów tego zjawiska jest bedazzling – ozdabianie przedmiotów plastikowymi kryształkami i cyrkoniami. Błyszczące aplikacje pojawiają się już nie tylko na paznokciach czy ubraniach, ale także na opakowaniach kosmetyków, balsamach do ust, kompaktach, lusterkach, flakonach perfum, etui telefonów i innych przedmiotach codziennego użytku.

Trend wpisuje się w szersze zjawisko określane w internecie mianem „whimsymaxxing”, czyli celowego wprowadzania do codzienności elementów nadmiaru, zabawy i estetycznej bezużyteczności. Dla branży kosmetycznej oznacza to kolejny sygnał, że konsumenci coraz częściej oczekują od produktów nie tylko skuteczności, ale również możliwości wizualnej ekspresji i personalizacji.

Co to jest whimsy?

Młode pokolenia coraz wyraźniej zwracają się ku estetyce określanej jako „whimsy” i idei „whimsical life”, rozumianej jako świadome wprowadzanie do codzienności fantazji, spontaniczności, humoru i drobnych, pozornie niepotrzebnych przyjemności - „cieszmy się z małych rzeczy”. Nie chodzi przy tym o odcięcie się od rzeczywistości, lecz raczej o odpowiedź na funkcjonowanie w świecie naznaczonym presją, niepewnością i kolejnymi kryzysami.

Po okresie dominacji minimalizmu, kultu produktywności i estetyki powagi generacje Z i Alpha coraz chętniej wybierają kolor, ekspresję i zabawę. Trend jest widoczny zarówno w modzie – w postaci pastelowych ubrań, haftowanych aplikacji, nostalgicznych spinek w kształcie motyli czy stylizacji inspirowanych bajkami i vintage – jak i we wnętrzach, gdzie klasyczną funkcjonalność zastępują fantazyjne formy, nietypowe lampy oraz odważne zestawienia wzorów i faktur.

Podobne zjawisko obserwować można w internecie, gdzie popularność zdobywają absurdalne memy oraz estetyki takie jak fairycore czy clowncore, napędzane przede wszystkim przez viralowe treści w mediach społecznościowych.

Kylie Jenner i przyspieszenie trendu

Choć Kylie Jenner nie stworzyła trendu ozdabiania przedmiotów cyrkoniami, jej aktywność w mediach społecznościowych znacząco przyczyniła się do jego popularyzacji. Estetyka „kamyczkowa” była już obecna na TikToku i Instagramie wraz z powrotem stylu Y2K, kryształowych zdobień paznokci oraz trendu DIY. Wiosną 2026 roku media beauty wskazywały manicure z cyrkoniami jako jeden z rosnących trendów, a sama Jenner prezentowała podobne stylizacje m.in. podczas Coachelli.

Momentem szczególnego przyspieszenia była jednak jej 29. impreza urodzinowa. Utrzymana w różowej, księżniczkowej estetyce oprawa wydarzenia obejmowała tiary, pióra i torty pokryte kolorowymi cyrkoniami. Kluczowe z punktu widzenia mechaniki trendu okazało się to, że estetykę można było stosunkowo łatwo i tanio skopiować.

Kylie Jenner pozostaje jedną z najbardziej wpływowych postaci na styku celebrity, mediów społecznościowych i biznesu kosmetycznego. Jej konto na Instagramie obserwuje ponad 380 mln użytkowników, a równolegle prowadzi własny biznes beauty. W przypadku trendu bedazzlingu istotna jest jednak przede wszystkim niska bariera wejścia – konsument nie musi kupować luksusowego produktu, aby uczestniczyć w estetyce promowanej przez celebrytkę. Wystarczy niedroga paczka samoprzylepnych kryształków.

Prawie 300 tys. sztuk miesięcznie

Skalę rosnącego zainteresowania pokazują dane sprzedażowe. ASINSIGHT, firma monitorująca sprzedaż na amerykańskim Amazonie, szacuje, że 50 najpopularniejszych ofert związanych z hasłem „rhinestones” sprzedało w lipcu 2026 roku łącznie około 296,3 tys. sztuk. Dla porównania, w sierpniu 2025 roku było to 87,5 tys. sztuk.

Oznacza to wzrost o około 239 proc. w porównaniu z poziomem odnotowanym rok wcześniej.

Podobną dynamikę widać w kategorii „bedazzling”. W lipcu 2026 roku sprzedaż 50 najpopularniejszych ofert związanych z tym hasłem wyniosła około 294,3 tys. sztuk, podczas gdy w sierpniu 2025 roku było to 64,4 tys. sztuk. To wzrost rzędu 357 proc.

Dane te pokazują, że trend przestał być wyłącznie niszową estetyką funkcjonującą w mediach społecznościowych. Cyrkonie i zestawy do samodzielnego dekorowania stają się produktem masowym, a ich zastosowanie coraz częściej przenika do kategorii związanych z kosmetykami i akcesoriami beauty.

Dla producentów oznacza to potencjał rozwoju produktów bazujących na personalizacji. Konsument może kupić identyczny kosmetyk jak tysiące innych osób, ale poprzez samodzielne ozdobienie opakowania nadać mu indywidualny charakter. To odpowiada jednemu z istotnych napięć współczesnej konsumpcji – potrzebie jednoczesnego przynależenia do trendu i wyróżnienia się w jego ramach.

Od „clean girl” do estetyki nadmiaru

Popularność bedazzlingu można również interpretować jako reakcję na wieloletnią dominację minimalizmu. W ostatnich latach branża beauty intensywnie promowała uproszczone rutyny, naturalność, neutralną kolorystykę oraz wizerunek konsumenta, który świadomie optymalizuje każdy element swojej pielęgnacji.

Obecny zwrot idzie w przeciwnym kierunku. Maksymalizm nie musi być funkcjonalny, a dekoracja nie wymaga uzasadnienia. W tym sensie „whimsymaxxing” jest kontynuacją wcześniejszych cykli kulturowych – od kolorowego maksymalizmu lat 90., przez estetykę Y2K, po kryształowe zdobienia charakterystyczne dla popkultury początku XXI wieku.

Dla sektora kosmetycznego jest to kolejny dowód na skracanie cykli trendowych przez media społecznościowe. Estetyka nie musi już przechodzić tradycyjnej drogi od projektantów i magazynów modowych do masowego odbiorcy. Wystarczy kilka wiralowych publikacji, aktywność dużego influencera oraz produkt dostępny w niskiej cenie, aby trend w krótkim czasie przełożył się na realny popyt.

Plastikowy koszt błyszczącego trendu

Wzrost popularności cyrkonii rodzi jednak pytania o środowiskowy koszt tej formy konsumpcji. Plastikowe cyrkonie i dekoracyjne kryształki są zwykle niewielkie, trudne do odzyskania i recyklingu. W przeciwieństwie do płaskich naklejek trójwymiarowe elementy mogą odklejać się w wyniku tarcia, kontaktu z wodą lub codziennego użytkowania.

image
Twitter

Pojedyncze elementy łatwo trafiają do odpadów lub kanalizacji, a ich niewielki rozmiar praktycznie uniemożliwia skuteczne odzyskanie. Problem wpisuje się w szerszą debatę dotyczącą drobnych elementów plastikowych przedostających się do środowiska. Amerykańska National Oceanic and Atmospheric Administration wskazuje, że ponad 700 gatunków zwierząt udokumentowano jako organizmy, które połknęły plastik, co może prowadzić m.in. do blokad i obrażeń wewnętrznych.

W przypadku branży beauty pytanie dotyczy również trwałości trendu. Estetyka oparta na ciągłym dekorowaniu nowych przedmiotów może napędzać dodatkową konsumpcję: nowe kryształki do nowego kubka, opakowania kosmetyku czy akcesorium. Szczególnie problematyczne są dekoracje tworzone wyłącznie na potrzeby pojedynczego zdjęcia lub filmu publikowanego w mediach społecznościowych.

Dla marek kosmetycznych bedazzling jest więc jednocześnie sygnałem rosnącego znaczenia personalizacji i ostrzeżeniem przed kolejną falą jednorazowej konsumpcji. Dane sprzedażowe pokazują wyraźnie, że konsumenci są gotowi kupować produkty umożliwiające szybkie uczestnictwo w trendzie. Długofalowym wyzwaniem pozostaje jednak znalezienie form personalizacji, które pozwolą połączyć efekt wizualny z trwałością i ograniczeniem ilości odpadów.

Błyszcząca estetyka może być jednym z symboli beauty w 2026 roku, ale dla branży istotniejsze od samego trendu pozostaje pytanie, jak długo konsumenci będą chcieli kupować dekoracje, które równie szybko jak pojawiają się w ich mediach społecznościowych, znikają później w koszu.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
E-commerce
04.09.2026 15:56
Sinsay stanie się marketplace. Będzie sprzedawał kosmetyki
Sinsay Plus ma przyciągać klientów częściej niż tylko na zakupy (fot. Shutterstock)Shutterstock

Sinsay otwiera swój e-commerce na zewnętrznych sprzedawców. Jedną z pierwszych rozwijanych kategorii mają być kosmetyki. W 2027 roku oferta platformy ma przekroczyć 100 tys. produktów. Dane Fulfilio pokazują, że decyzja LPP wpisuje się w szerszy trend: chociaż w całym e-commerce znaczenie marketplace’ów lekko słabnie, w segmencie urody i kosmetyków nadal wyraźnie rośnie.

Należący do Grupy LPP Sinsay uruchamia marketplace i po raz pierwszy otwiera swoją platformę sprzedażową na zewnętrznych partnerów. Nowy model ma pozwolić marce poszerzyć asortyment bez ograniczania się do własnych produktów. Wśród kategorii, które mają być rozwijane w pierwszej kolejności, znalazły się kosmetyki, a także zabawki, obuwie, artykuły do domu i akcesoria.

Marketplace Sinsay ma działać w modelu zamkniętym

Oznacza to, że Sinsay będzie wybierać partnerów i kontrolować jakość wprowadzanej oferty. Do platformy mają dołączać zarówno duże marki i producenci, jak i wyspecjalizowani dystrybutorzy oraz sklepy internetowe. Według zapowiedzi spółki liczba dostępnych produktów ma przekroczyć 100 tys. w 2027 roku. Część zamówień ma być wówczas realizowana również z magazynów LPP przez LPP Logistics.

image

Inglot x Allegro? Nadchodzi nowa era współprac beauty: z marketplace‘ami.

Kosmetyki rosną na marketplace’ach szybciej niż cały e-commerce

Wejście Sinsay w model marketplace jest szczególnie interesujące z perspektywy branży kosmetycznej. Z raportu Fulfilio „Marketplace czy własny sklep?” wynika, że beauty zachowuje się inaczej niż cały polski e-commerce.

W ujęciu ogólnorynkowym 21 proc. e-sklepów odnotowało w ostatnich 12 miesiącach spadek udziału marketplace’ów w sprzedaży online. Wzrost wskazało 17 proc. badanych, a 62 proc. nie zauważyło istotnych zmian.

W kategorii uroda i kosmetyki proporcje są odwrotne: 27 proc. firm deklaruje wzrost udziału platform sprzedażowych, a tylko 9 proc. jego spadek.

– Branża beauty jest dobrym przykładem kategorii, w której marketplace i własny sklep mogą pełnić różne role. Z naszego raportu „Marketplace czy własny sklep?” wynika, że w segmencie uroda i kosmetyki tak samo silną pozycję mają Allegro i własne sklepy internetowe – z obu kanałów korzysta po 43% firm z tej kategorii. Beauty wyróżnia się też na tle całego rynku, jeśli spojrzymy na zmianę udziału marketplace’ów w łącznej sprzedaży online - mówi Arkadiusz Filipowski, prezes zarządu Fulfilio.

image

Sinsay uruchamia marketplace. Oferta ma przekroczyć 100 tys. produktów

Ogółem 21% e-commerce’ów wskazało, że w ostatnich 12 miesiącach udział platform sprzedażowych w ich sprzedaży online spadł, a 17% mówi o wzroście. - W kategorii uroda i kosmetyki proporcje wyglądają inaczej – 27% firm deklaruje wzrost udziału marketplace’ów w łącznej sprzedaży online, a 9% wskazuje spadek. To pokazuje, że w beauty platformy nadal mają przestrzeń do wzrostu dodaje Filipowski. 

Sinsay chce zbudować ekosystem zakupowy

Marketplace ma pomóc przekształcić Sinsay z sieci kojarzonej przede wszystkim z modą w wielokategorialne miejsce zakupów dla całej rodziny. Kosmetyki mogą mieć w tym modelu szczególne znaczenie: są kupowane regularnie, dobrze uzupełniają ofertę modową i lifestylową oraz pozwalają zwiększać częstotliwość kontaktu klienta z platformą.

– Uruchomienie marketplace’u przez Sinsay dobrze wpisuje się w ten trend. Duże marki handlowe coraz częściej chcą budować nie tylko sklep, ale cały ekosystem zakupowy, w którym klient może kupić modę, kosmetyki, akcesoria czy produkty do domu w jednym miejscu. Widać to także szerzej na rynku. Rośnie znaczenie marketplace’ów branżowych i specjalistycznych, np. budowlanych, motoryzacyjnych czy lifestyle’owych – komentuje Arkadiusz Filipowski.

Przykładami takiego kierunku są m.in. platformy marketplace rozwijane przez sieci handlowe, takie jak Castorama czy Kaufland, a wcześniej także projekt VeloMarket, który był pozycjonowany jako marketplace z ofertą zielonych produktów i zdrowego stylu życia.

image

Google się zmienia. Kto wygrywa SEO w e-commerce w 2026 roku?

Dla producentów i dystrybutorów kosmetyków pojawia się zatem kolejny kanał dotarcia do konsumentów – i to do klientów, którzy niekoniecznie rozpoczynają zakupy od poszukiwania kosmetyków. Produkt beauty może zostać dodany do koszyka przy okazji zakupu odzieży, wyposażenia domu, akcesoriów lub produktów dla dzieci.

To jednocześnie kolejny sygnał, że marki modowe, sieci spożywcze i platformy wielokategorialne coraz mocniej konkurują z tradycyjnymi drogeriami oraz perfumeriami o część kosmetycznego koszyka.

Marketplace daje zasięg, własny sklep – dane i lojalność

Rozwój marketplace’ów nie oznacza, że marki kosmetyczne powinny rezygnować z własnego e-commerce. Dane Fulfilio pokazują, że w beauty Allegro i własne sklepy mają dokładnie taki sam zasięg wśród sprzedawców – z obu rozwiązań korzysta po 43 proc. firm z tej kategorii.

Marketplace zapewnia szybki dostęp do dużej grupy klientów i pozwala przetestować popyt bez budowania całej infrastruktury sprzedażowej. Własny sklep daje natomiast większą kontrolę nad marżą, prezentacją produktu, danymi konsumentów oraz komunikacją po zakupie.

image

TOP 10 września 2025: Sinsay buduje marketplace, Perły Rynku 2025 rozdane, Rossmann kłania się młodym

– Dla marek kosmetycznych obecność na takim marketplace może być szansą na dodatkowy zasięg i dotarcie do klienta, który nie szuka wyłącznie kosmetyków, ale kupuje przy okazji inne kategorie. Jednocześnie nie powinno to zastępować własnego sklepu. W beauty bardzo ważne są zaufanie, prezentacja produktu, skład, opinie, obsługa posprzedażowa i powtarzalność zakupów. Dlatego marketplace może wspierać sprzedaż, ale przewagę długoterminową nadal buduje się poprzez własną markę, relację z klientem i dobrze prowadzony kanał własny – podkreśla prezes Fulfilio.

Hybrydowa sprzedaż zamiast uzależnienia od jednej platformy

Z całego badania wynika, że ryzyko uzależnienia sprzedaży od marketplace’ów jest dobrze rozpoznawane przez polskie firmy. Jako średnie ocenia je 77 proc. badanych, jako wysokie – 16 proc., a jako niskie jedynie 7 proc. Tymczasem wśród sprzedawców obecnych na platformach najważniejszym graczem pozostaje Allegro, wskazywane przez 54 proc. firm.

Równolegle rośnie znaczenie własnych sklepów.

image

Paradoks polskiego e-commerce: Allegro daje skalę, ale to własny sklep przynosi największe zyski [RAPORT]

Wzrost ich udziału w sprzedaży internetowej deklaruje 28 proc. firm prowadzących taki kanał, a spadek – 11 proc. Najczęściej wykorzystywanym źródłem ruchu jest e-mail marketing, wskazywany przez 53 proc. respondentów. Ponad połowa sklepów korzysta również z programów lojalnościowych.

W praktyce najbardziej dojrzałym rozwiązaniem staje się model hybrydowy, w którym marketplace odpowiada przede wszystkim za pozyskiwanie nowych klientów i skalowanie sprzedaży, natomiast własny sklep służy budowaniu lojalności, wartości klienta oraz powtarzalności zakupów. Taki model wymaga jednak sprawnego zarządzania cenami, zapasami, dostawami i zwrotami we wszystkich kanałach.

 

Metodyka badania:Badanie „Własny sklep czy marketplace. Strategie sprzedaży e-commerce w Polsce” zostało zlecone przez Fulfilio i przeprowadzone na panelu Ariadna. Wzięło w nim udział 249 przedstawicieli polskich sklepów internetowych odpowiedzialnych za sprzedaż online, rozwój e-commerce, marketplace, marketing lub operacje. Badanie przeprowadzono metodą CAWI w dniach 4–16 marca 2026 roku.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
07. wrzesień 2026 03:28