StoryEditor
Beauty
17.02.2013 00:00

Magda Steczkowska: Postanowiłam być szczęśliwa. I jestem!

Magda Steczkowska – piosenkarka  i niepoprawna optymistka. Prywatnie żona gitarzysty Piotra Królika, z którym w 2001 roku założyła zespół Indigo, i mama trzech córek. Dzielnie łączy życie osobiste z zawodowym, podkreślając że niczego nie żałuje  i z radością patrzy w przyszłość.

Agnieszka Saracyn-Rozbicka: Paul Samuel Leon Johnson napisał, że „Muzyka jest jedyną zmysłową przyjemnością pozbawioną znamion grzechu”. A jak Ty ją postrzegasz?
Magda Steczkowska:
Jako czysto grzeszną przyjemność (śmiech).

Wróćmy do początków. Kiedy pojawiła się u Ciebie pasja śpiewania?

Śpiewałam od zawsze, ale moment, w którym poczułam, że śpiewanie dodaje mi skrzydeł i sprawia, że czuję się spełniona i szczęśliwa nadszedł kilka lat temu. Widocznie coś musiało we mnie dojrzeć...

Jesteś na rynku muzycznym od prawie 20 lat. Jak przez ten czas zmieniał się Twój światopogląd i podejście do muzyki?

Oj, znacznie! Na początku świetnie się bawiłam i do tego mi za to płacili (śmiech). Uwielbiałam śpiewać w chórkach, byłam bardzo młoda i każda propozycja współpracy cieszyła mnie ogromnie! Praca z cudownymi ludźmi, nie tylko gwiazdami, była szalenie interesująca i rozwijająca! Prawdziwa szkoła życia! Śpiewałam i nagrywałam wtedy bardzo dużo z różnymi artystami. Czasami mi się podobało, czasami nie. Ale to również było kształcące, bo coraz wyraźniej widziałam, w którą stronę muzycznie mnie ciągnie.
Największe wyzwanie artystyczne, z jakim przyszło Ci się w tym czasie zmierzyć?
Wiele takich było. Nie potrafię powiedzieć, które było największe, najważniejsze... Na pewno wiem, które było najtrudniejsze! Festiwale w Opolu i w Sopocie, gdzie w ciągu kilku dni wraz z moimi przyjaciółmi – Izą Ziółek i Andrzejem Krukiem, z którymi tworzyliśmy zespół wokalny, musieliśmy nauczyć się kilkudziesięciu utworów, w różnych językach i często jeszcze je opracować. Do tego najlepiej na pamięć, bo to nie ładnie wygląda w kamerze jak mamy pulpity. Oczywiście jeszcze musimy wyglądać i pięknie się poruszać! Ogromne wyzwanie i wielka przyjemność. Uwielbiałam to!
Z łezką w oku wspominam nasze próby i wspólne występy, jednak jak śpiewa moja ulubiona artystka, Maryla Rodowicz „ale to już było i nie wróci więcej...”.
W zeszłym roku ukazała się nagrana z zespołem Indigo Twoja trzecia studyjna płyta pt. „Pełnia”. Mam wrażenie, że jest ona kontynuacją krążka „Cuda”, z tą różnicą, że pojawiło się więcej rockowych brzmień. Za produkcję niezmiennie odpowiada Piotr Siejka i już tradycyjnie tekst do jednej z piosenek napisała Paulina Przybysz. Jakie miejsce ten album zajmuje w Twoim dorobku?
Takie jak poprzednie moje płyty. Nie dzielę ich na lepsze, gorsze, bardziej moje itp. Każda z  płyt to pewien okres w moim życiu, a każdy z nich jest, był i będzie bardzo ważny. Z różnych powodów. „Pełnia” to był czas niezwykle intensywnej pracy, która przynosiła mi mnóstwo pozytywnej energii, radości, spełnienia, ale i ciężkich chwil... Stąd też tytuł.

Większość piosenek jest o miłości, takiej bardzo rzeczywistej, życiowej, a nawet tej trudnej…

Inaczej nie potrafię (śmiech). W tekstach są moje przeżycia lub zaobserwowane sytuacje, relacje międzyludzkie. Piotr Siejka (producent) kiedy nagrywaliśmy utwór „Niczego więcej” powiedział: „No tak, to wiadomo, że o Twoim mężu to na początek damy samą perkusję” (śmiech, mąż wokalistki jest perkusistą – przyp. red.). Innym razem, przy utworze „Ja-Ty-Ona” pytał, czy wszystko u nas porządku (śmiech, tajemnicza „ona” to po prostu piłka nożna – przyp. red.) Pisanie tekstów nie przychodzi mi łatwo. Czasami męczę się jak potępieniec. Ciężko jest wtedy ze mną wytrzymać (śmiech), ale lubię to robić. Utwór „Droga”, który jest mi szczególnie bliski, kosztował mnie wiele emocji i podczas powstawania tekstu, i podczas nagrania. Nie wiem już, ile razy do niego podchodziłam... Do dziś, mimo że śpiewam go, nie wiem który raz, ciężko mi opanować emocje na scenie. Tak to już jest, kiedy pisze się teksty z życia wzięte.
Może nie wypada pytać piosenkarkę, czy słucha innych wokalistów, jednak chciałam wiedzieć, po czyją muzykę najchętniej sięgasz w zaciszu swojego domu?
Dlaczego nie wypada? Z przyjemnością odpowiem. Kayah i Anna Maria Jopek! Kocham je miłością wielką! Ogromnie przeżywam ich muzykę, więc najczęściej słucham jej w samochodzie podczas długiej, samotnej podróży i często wzruszam się ogromnie, jak pięknie to wszystko ze sobą gra: ich głosy, muzyka, teksty. Z zagranicznych artystów zawsze i wszędzie Sting, Prince, Sade, nieodżałowana Whitney Houston i wielu, wielu innych. Ostatnio mąż podsunął mi super grupę HMB z Portugalii. Uwielbiam ich!
A jak oceniasz polski rynek muzyczny i swoją pozycję na nim?
Brakuje mi różnorodności. Nie bardzo pojmuję, dlaczego w każdej stacji radiowej na okrągło usłyszeć można te same utwory. Ja bym chciała coś innego, najchętniej polskiego, żeby zobaczyć, co u nas mają do pokazania, a wiem, że mają dużo! Tylko – niestety – trzeba się naszukać, żeby znaleźć, a ja nie bardzo mam na to czas. A moja pozycja? Cały czas dużo pracuję, żeby ją umacniać (śmiech)!
Patrzę na Ciebie, czytam bloga o cudownym tytule „Kocham Cię życie” i widzę szczęśliwą kobietę…
Bo tak jest! Jestem szczęśliwa, co nie znaczy, że uśmiech nie schodzi mi z twarzy (śmiech).

Aż trudno w to uwierzyć.
Mam cudowną rodzinkę i robię to, co kocham. Mój mąż bardzo mnie wspiera, co dodaje mi skrzydeł! Niczego nie żałuję i wiem, że przede mną jeszcze dużo fantastycznych rzeczy! Mocno w to wierzę! Ja po prostu postanowiłam być szczęśliwa i konsekwentnie to realizuję! Bardzo dużo zależy od nas samych i co do  tego nie mam żadnych wątpliwości!
Twój blog jest wyjątkowo ciepły, ze względu na historie dnia codziennego, w których główną rolę odgrywają Twoje trzy córki. Co macierzyństwo dało Tobie jako kobiecie, a co jako wokalistce, i czy łatwo pogodzić te dwie role?
Trudno. Bardzo trudno. Mój zawód to moja pasja i całe szczęście, bo w przeciwnym razie natychmiast bym go zmieniła. Bycie mamą to najpiękniejsza, a zarazem najtrudniejsza rzecz, jaka mi się w życiu przydarzyła. Gdyby nie wsparcie Piotra, nie bardzo wiem, czy dałabym sobie radę. Nie chodzi tu tylko o  wsparcie psychiczne, które jest oczywiście ogromnie ważne, ale o pomoc w codziennych obowiązkach. Jako kobieta czuję się spełniona. Trzy cudowne istotki, z charakterkiem jakich mało, to prawdziwy skarb! Jako wokalistka wiem, że macierzyństwo bardzo mnie uwrażliwiło, co daje mi zupełnie nową paletę emocji, którą słychać w moim głosie i tekstach.
Czy chcielibyście z mężem, żeby dziewczynki poszły w Wasze ślady i też poświęciły się muzyce?
Chcemy tylko, żeby były szczęśliwe! Niech robią, co chcą, byleby kochały to, co będą robić w życiu. Wtedy wszystko jest łatwiejsze.
Do tej pory to Tobie dziennikarze zadawali pytania, teraz role się odwróciły. Jak się czujesz po drugiej stronie mikrofonu, gdy nie śpiewasz, a relacjonujesz wydarzenia i przeprowadzasz wywiady?
Czuję się jak ryba w wodzie i choć najbardziej kocham śpiewać to jestem otwarta na inne wyzwania. Stąd też wideoblog Orange i prowadzenie imprez. Ostatnio miałam przyjemność poprowadzić event dla Dior & Douglas – 4 godziny intensywnej pracy na najwyższych obrotach, gdyż cały scenariusz opierał się na mojej inwencji twórczej. Było to dla mnie duże wyzwanie! Ale udało się! Na koniec dostałam brawa na stojąco od  dyrekcji (śmiech)!

Pokusiłabyś się o swoją definicję piękna?

Piękno to  szczery uśmiech na twarzy drugiego człowieka...
Niejednokrotnie Twoje stroje były bardzo pochlebnie komentowane przez modowych krytyków. Lubisz wypady na miasto ze swoim stylistą Konradem Fado?
Oboje ich nie znosimy (śmiech)! Tyle że, o ile Konrad musi, bo to jego praca, to ja robię to tylko w wyjątkowych sytuacjach, takich jak zaopatrzenie szafy męża, córek lub prezenty. Zresztą Konrad najczęściej zagląda do showroomów, gdzie wszyscy go uwielbiają, bo gwiazdy, które ubiera, mają zawsze ogrom publikacji w mediach i pozytywnych recenzji, a to dla właścicieli tegoż przybytku ogromnie ważne. Ale prawdą jest, że jak już muszę iść, to tylko z Konradem, bo wtedy są to zakupy błyskawiczne! Ja coś wybieram i mu pokazuję, a on mówi: „nigdy w życiu”, „po moim trupie” lub kategoryczne „nie” i mamy zabawę (śmiech). Specjalnie czasami wybieram takie rzeczy, żeby mu się ciśnienie podniosło. Konrad mnie dobrze zna. Wie co założę na siebie, a czego nie, nawet gdyby był to najnowszy krzyk mody. Świetnie nam się razem pracuje! I zawsze mi towarzyszy na wszelkiego rodzaju galach i imprezach, na których być muszę, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. I mój mąż również, bo Piotr nie przepada za takimi „wyjściami”, śmiejemy się, że Konrad go zastępuje  (śmiech).
Jak dbasz o urodę?
Przede wszystkim zgodnie z wiedzą powszechną nigdy nie kładę się spać w makijażu i zawsze starannie oczyszczam twarz. To podstawa. Osobiście uważam, że najlepszym kosmetykiem jest sen, ale od kiedy na świecie pojawiły się moje córeńki, to jest to towar bardzo deficytowy (śmiech). Nie mam tony kosmetyków i lubię zmiany, ale oczywiście mam swoje ulubione. Jestem fanką polskich kosmetyków, a w szczególności Bielendy. Z aptecznych lubię Vichy. Jeżeli mam tylko chwilę, chętnie korzystam z przeróżnych zabiegów, które ma w swojej niezwykle bogatej ofercie Medicor w Krakowie. Dobrze się tam czuję i mam pełne zaufanie do cudownych pań, które tam pracują. Ostatnio dałam się skusić na serię zabiegów Exilis  i jestem pod dużym wrażeniem tego, co to cudo potrafi.

Jesteś mamą trzech wspaniałych dziewczynek, a sama w dalszym ciągu wyglądasz jak ich starsza siostra. Jaki jest Twój przepis na świetną formę?

Oj, dziękuję! Jak miło (śmiech). Prawda jest taka, że to głównie geny i ponieważ bardzo doceniam to, co dała mi natura, staram się utrzymać w dobrej formie. A co robię? Wszystko, czyli sprzątam, gotuję, piorę i takie tam. Biegam, jak mam siłę i czas, jeżdżę na nartach, czasami pływam. Ogólnie, mało siedzę, bo nie mam czasu! No i oczywiście staram się dobrze odżywiać, ale bez przesady.
A jak się relaksujesz?
A co to jest relaks (śmiech)? A tak poważnie, najchętniej odpoczywam nic nie robiąc. Kino jest dla mnie zbawieniem! Lepsze niż SPA, choć tam również lubię bywać. Nie mam zbyt wielu okazji do relaksowania się, ale kiedy istnieje taka szansa, to najbardziej lubię wspólne wypady z mężem. Przy trójce łobuzów, jakimi niewątpliwie są nasze córki, takie wyjazdy  ładują nasze akumulatory na długi czas.
Jakie masz marzenia i plany na przyszłość?
Grać, grać, nagrywać, nagrywać... A jeśli chodzi o marzenia, to podróżować, podróżować, podróżować. Chociaż z tym to muszę poczekać, aż dziewczynki podrosną. Liczę, że jak już nadejdzie ten moment, będę miała jeszcze siły na dalekie podróże. Póki co, zadowalam się krótkimi wypadami.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała:
Agnieszka Saracyn-Rozbicka

NIE MOGĘ SIĘ OBEJŚĆ BEZ:

Tusz do rzęs: Revitalash Mascara – uwielbiam!
Fluid: Dior Skin Forever  Compact, ale świetny jest również Giordani Gold Oriflame
Pomadka: raczej błyszczyk marki Dior i kredka marki Inglot
Kremy: Bielenda Bawełna – to mój absolutny must have wśród kosmetyków. Rewelacyjnie nawilża, ale także wzmacnia i regeneruje skórę. A wśród aptecznych kosmetyków Vichy Idealia
Mleczko do ciała: Jato Well Vitalizing Cream z Bioline  i masło do ciała Bielenda Avocado. Oba pięknie pachną i świetnie nawilżają skórę
Perfumy: J’adore Dior


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
24.08.2026 01:33
Perfumy Mykonos. Czy można zastrzec nazwę wyspy jako znak towarowy?
 Unieważnienie unijnego znaku towarowego słownego „MYKONOS” Karolina Grabowska Kaboompics

Czy nazwa popularnej wyspy może zostać zastrzeżona jako unijny znak towarowy dla perfum i kosmetyków? Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) uznał, że w przypadku oznaczenia „MYKONOS” odpowiedź brzmi: nie.

 

W decyzji z 11 czerwca 2026 r. (R 153/2025-1) Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) unieważnił unijny słowny znak towarowy „MYKONOS”, przeznaczony dla perfum, produktów perfumeryjnych, kosmetyków oraz preparatów do pielęgnacji ciała w klasie 3.

EUIPO wskazało, że już w dniu zgłoszenia znaku znaczna część odbiorców w UE rozpoznawała Mykonos jako nazwę greckiej wyspy – popularnej destynacji turystycznej, kojarzonej ze śródziemnomorskim klimatem, przyrodą, kulturą i luksusowym stylem życia.

Ciekawostką jest, że Urząd, na podstawie zebranych dowodów, zwrócił uwagę na historyczne związki wyspy Mykonos z perfumami: „roślinność śródziemnomorska jest znana z występowania naturalnych składników, które mogą być wykorzystywane do produkcji zapachów i kosmetyków, takich jak oliwki, rozmaryn, tymianek i lawenda. Obszar geograficzny Mykonos jest historycznie i tradycyjnie związany z perfumami. Na sąsiedniej wyspie Delos, należącej do gminy Mykonos, znajduje się stanowisko archeologiczne o światowej renomie turystycznej, na którym odkryto starożytną wytwórnię perfum pochodzącą z I wieku p.n.e.”

Co więcej „wyspa Mykonos jest postrzegana jako symbol pozytywnego wizerunku, piękna, wolności, kontaktu z naturą oraz szczególnego stylu życia i luksusu. Są to skojarzenia, które doskonale odpowiadają potrzebie używania perfum i pielęgnacji ciała”.

Powód unieważnienia unijnego znaku towarowego słownego „MYKONOS” 

EUIPO uznało więc, że oznaczenie geograficzne „MYKONOS” może wpływać na wybory konsumentów w odniesieniu do perfum i produktów kosmetycznych. Konsumenci mogą bowiem kojarzyć produkty opatrzone tym oznaczeniem z wymienionymi wyżej cechami i pozytywnymi skojarzeniami.

Podkreślić należy, że zdaniem Urzędu, Mykonos nie musiało być znane jako miejsce produkcji perfum. Tego rodzaju produkty mogą być wytwarzane lokalnie, również na niewielką skalę, a ich marketing często odwołuje się do naturalnych składników, lokalnego pochodzenia oraz zrównoważonej produkcji. 

Konsumenci mogą zatem postrzegać oznaczenie „MYKONOS” jako informację o pochodzeniu produktów albo ich cechach związanych z tym miejscem. Brak fabryk perfum na wyspie czy dowodów na aktualną produkcję nie przesądza więc o możliwości rejestracji. Wystarczyło, że nazwa geograficzna może służyć obecnie lub w przyszłości do oznaczania pochodzenia danych towarów.

W decyzji zwrócono uwagę, że na unijnym rynku istnieje już znaczna liczba perfum i kosmetyków, których nazwy pośrednio nawiązują do wyspy Mykonos.

W swoich kampaniach reklamowych przedsiębiorstwa te wprost odwołują się do wyspy Mykonos (m.in. „Sculpture Mykonos” czy „Sunset in Mykonos”), podkreślając przykładowo następujące okoliczności:

„Zapach wodny oddaje atmosferę wieczoru spędzonego nad morzem na Mykonos”;

„Zapach unisex, który zabiera w zmysłową podróż na piękne plaże i nad lazurowe wody greckiej wyspy Mykonos”;

„Zainspirowany zachwycającymi zachodami słońca na greckiej wyspie Mykonos”;

„Kwiatowo-drzewno-piżmowy zapach celebrujący zmysłowość i urok greckich wysp”.

Urząd przypomniał też o interesie publicznym stojącym za ograniczeniem możliwości rejestracji nazw geograficznych jako znaków towarowych. Oznaczenia, które mogą informować o pochodzeniu, jakości lub innych właściwościach produktów, powinny pozostać dostępne dla wszystkich uczestników rynku.

Co to oznacza dla branży kosmetycznej?

Przed wyborem nazwy takiej jak Ibiza, Capri, Sycylia czy Mykonos warto ocenić, czy w odniesieniu do konkretnych towarów lub usług z branży beauty nie będzie ona postrzegana jako wskazanie ich pochodzenia, właściwości lub innych cech związanych z danym miejscem. Należy również zadbać o to, aby sposób wykorzystania takiej nazwy nie wprowadzał konsumentów w błąd co do pochodzenia lub cech produktu. To, co dobrze działa w marketingu, nie zawsze może być zastrzeżone na wyłączność jako znak towarowy.

Autor: radca prawny Natalia Basałaj, Kancelaria TOMKIEL

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Dziecko
21.08.2026 11:48
Gen Beta nadchodzi. To oni mogą być kolejną wielką grupą konsumentów beauty
Gen Beta to przyszłość rynku beauty?Shutterstock

Pokolenie Beta dopiero przychodzi na świat, ale już zaczyna wpływać na rynek kosmetyczny. Nie za sprawą własnych zakupów, lecz decyzji rodziców – coraz bardziej świadomych składów, bezpieczeństwa i pochodzenia produktów. Marki beauty dostrzegają potencjał najmłodszych konsumentów i budują ofertę, która ma być czymś więcej niż pomniejszoną wersją kosmetyków dla dorosłych.

W tym artykule przeczytasz:

  • Rodzice Gen Beta zmieniają zasady gry
  • Koniec z kopiowaniem kosmetyków dla dorosłych
  • "Clean" przestaje być dodatkiem
  • Rodzic jest klientem, ale dziecko też ma coś do powiedzenia
  • TikTok nadal ważny, ale nie wszystko wydarzy się w internecie
  • Beauty dla Gen Beta będzie bardziej "wellness” niż "beauty”

Gen Beta to jeszcze nie konsumenci w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Dzieci urodzone od 2025 do 2039 roku przez najbliższe lata będą zależne od decyzji rodziców. A jednak branża beauty już zaczyna się nimi interesować.

Generation Beta może do 2035 roku liczyć około 2 mld osób i stanowić 16 proc. światowej populacji. W samych Stanach Zjednoczonych 11,7 mln gospodarstw domowych ma już dziecko należące do tego pokolenia. To wystarczający powód, aby marki zaczęły zastanawiać się, jak będzie wyglądać beauty dla najmłodszych.

I choć Gen Beta nie sięgnie jeszcze samodzielnie po krem czy żel pod prysznic, jej rodzice już dziś tworzą popyt na nową generację produktów.

Rodzice Gen Beta zmieniają zasady gry

Za decyzjami zakupowymi stoją przede wszystkim Millenialsi i przedstawiciele starszej części Gen Z. To rodzice, którzy wychowali się w świecie mediów społecznościowych, recenzji, influencerów i łatwego dostępu do informacji o składnikach.

Według danych NIQ, rodzice dzieci z pokolenia Beta odpowiadają już za 10,5 mld dolarów wydatków w kategorii beauty i personal care. Ich zainteresowanie koncentruje się przede wszystkim na podstawowych produktach do pielęgnacji, ale jednocześnie oczekiwania wobec marek są wyższe niż w przypadku poprzednich generacji.

Nie chcą już automatycznie sięgać po marki, które sami znali z dzieciństwa. Zamiast tego szukają produktów opartych na prostych składach, przejrzystej komunikacji i potwierdzonej skuteczności.

To ważna zmiana dla rynku dziecięcej pielęgnacji. "Baby care” przestaje być kategorią, w której wystarczy obecność znanej marki i pastelowe opakowanie.

image

Beauty dla chłopców? Gen Alpha kupuje skincare, perfumy i kosmetyki premium

Koniec z kopiowaniem kosmetyków dla dorosłych

Wnioski płynące z rynku Gen Alpha mogą mieć tutaj duże znaczenie. Ostatnie lata przyniosły gwałtowny wzrost zainteresowania kosmetykami wśród dzieci i nastolatków. Zjawisko określane jako "Sephora kids” pokazało, że młodzi konsumenci mogą bardzo wcześnie wejść w świat beauty. Również korzystając z produktów, które nie są przeznaczone dla ich wieku.

Gen Beta może być w pewnym sensie reakcją na tę sytuację.

Mark McCrindle, badacz społeczny, który spopularyzował określenia Gen Alpha i Gen Beta, przewiduje korektę tego trendu. W rozmowie z WWD krytycznie odniósł się do sytuacji, w której dzieci zaczęły używać produktów anti-aging.

W efekcie coraz większą przestrzeń zyskują marki, które nie próbują stworzyć dziecięcej wersji dorosłego beauty. Ich założenie jest odwrotne. Produkt ma być zaprojektowany od początku z myślą o dziecku, jego skórze, wieku i potrzebach.

Tak działa m.in. Fipl, marka stworzona przez Victorię i Grega Gioia. Jej oferta opiera się na produktach dopasowanych do wieku, zatwierdzonych przez dermatologów i pediatrów, z naciskiem na delikatne oczyszczanie, a nie modne składniki aktywne.

Podobną filozofię przyjął Dr. Squatch, tworząc linię Lil’ Squatch. Produkty mają być atrakcyjne dla dzieci, ale jednocześnie odpowiadać na oczekiwania rodziców dotyczące bezpieczeństwa i składników.

"Clean" przestaje być dodatkiem

W przypadku nowych marek dziecięcych bezpieczeństwo i transparentność nie są już wyłącznie elementem komunikacji marketingowej. Stają się podstawą całego modelu biznesowego.

Rodzice coraz dokładniej czytają etykiety, sprawdzają składniki i poszukują produktów pozbawionych zapachu czy zbędnych dodatków. Jak wynika z rozmów przeprowadzonych przez WWD z rodzicami Gen Beta, powtarzają się oczekiwania dotyczące prostych, rozpoznawalnych składników, formuł bezzapachowych i transparentności marek.

To może być istotny impuls dla całej kategorii baby care. Zamiast komunikacji opartej wyłącznie na "delikatności” marki zaczynają mówić o pochodzeniu surowców, badaniach, formulacji i konkretnych potrzebach skóry.

Widać to także w ofercie takich marek jak Evereden, Tubby Todd czy Pipette. Ich pozycjonowanie opiera się na połączeniu prostoty, bezpieczeństwa i składników, które mają odpowiadać na potrzeby najmłodszych.

Rodzic jest klientem, ale dziecko też ma coś do powiedzenia

Nowa generacja marek musi rozwiązać jeszcze jeden problem: kosmetyk dla dziecka ma być zaakceptowany przez dwie grupy odbiorców jednocześnie.

Rodzic podejmuje decyzję zakupową, ale dziecko jest użytkownikiem produktu. Dlatego opakowanie, zapach, kolor, sposób aplikacji czy forma kosmetyku mają znaczenie.

To szczególnie widoczne w produktach kąpielowych. Dabble & Dollop próbuje zamienić kąpiel w zabawę, a jednocześnie utrzymać formuły zgodne z oczekiwaniami rodziców. Podobną strategię przyjął Lil’ Squatch – produkt ma być ‘osobisty” i atrakcyjny dla dziecka, ale dawać rodzicowi poczucie bezpieczeństwa.

image

Od „Sephora Kids” do smart beauty. Gen Alpha już kupuje. Marki i drogerie muszą mówić „tego produktu nie potrzebujesz”

TikTok nadal ważny, ale nie wszystko wydarzy się w internecie

Gen Beta będzie pierwszym pokoleniem dorastającym w świecie, w którym AI, social commerce i algorytmiczna rekomendacja są czymś zupełnie naturalnym. Marki tworzone z myślą o ich rodzicach już teraz wykorzystują TikToka, rekomendacje influencerów i sprzedaż online.

Ale paradoksalnie rozwój cyfrowego świata może zwiększyć znaczenie sklepów stacjonarnych.

McCrindle przewiduje, że wraz z dorastaniem Gen Beta może pojawić się kontrtrend w postaci powrotu do fizycznego retailu i bezpośredniego kontaktu z produktem. Skoro ekrany staną się całkowicie powszechne, doświadczenie zakupowe oparte na dotyku, zapachu i kontakcie z drugim człowiekiem może zyskać na wartości.

Zmienia się również sposób budowania wiarygodności.

W świecie Gen Beta rekomendacja celebryty może mieć mniejsze znaczenie niż opinia innego rodzica. Kristen Wiley, cytowana przez WWD, zwraca uwagę, że influencerem może stać się dziś właściwie każdy, kto wpływa na decyzję zakupową. W przypadku produktów dla dzieci szczególnie istotne są małe, zaufane społeczności – grupy rodziców, lokalne społeczności czy twórcy mający niewielkie, ale bardzo zaangażowane audytoria.

To kolejna konsekwencja doświadczeń z ery "Sephora kids”. Rodzice są dziś bardziej świadomi tego, że rekomendacja w social mediach jest częścią sprzedaży. Dlatego marka musi najpierw zdobyć zaufanie, a dopiero później może liczyć na zakup.

Beauty dla Gen Beta będzie bardziej "wellness” niż "beauty”

Najważniejsza zmiana może dotyczyć jednak samej definicji kategorii.

Jeff Lindquist z Boston Consulting Group, cytowany przez WWD, zwraca uwagę, że Gen Beta będzie dorastać w świecie, w którym pielęgnacja skóry, włosów i ogólne dbanie o siebie są naturalną częścią wellness. Beauty nie musi więc zaczynać się od makijażu czy wyglądu. Może zaczynać się od zdrowej skóry, higieny, ochrony i dobrych nawyków.

Gen Beta jeszcze długo nie będzie samodzielnie wybierać kremu czy szamponu. Ale jej rodzice już dziś pokazują, jakich marek będą szukać, gdy ich dzieci zaczną dorastać. A to oznacza, że rynek beauty dla najmłodszych właśnie zaczyna pisać kolejny rozdział.

 

Źródło: WWD

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
24. sierpień 2026 08:36