StoryEditor
Beauty
24.11.2013 00:00

Aleksandra Szwed: Nie lubię monotonii!

Piękna, młoda, zdolna, otwarta na ludzi, chętnie pomaga innym i cieszy się każdym dniem. Aleksandra Szwed opowiada nam o swojej największej miłości, pięknie i życiu na pełnych obrotach.

Agnieszka Saracyn-Rozbicka: Według francuskiego filozofa Pierre’a Charrona „są dwa rodzaje piękna. Jedno jest zatrzymane, nie porusza się wcale, pochodzi z właściwej proporcji i barwy. Drugie jest ruchome, nazywa się wdziękiem i leży w ruchu ciała, zwłaszcza oczu. Tamto jest martwe, to zaś czynne i żywe”. A jaka jest Twoja definicja piękna?
Aleksandra Szwed: Jako że studiuję kulturoznawstwo, historia idei piękna nie jest mi obca. Wybrałaś istny „temat rzekę” (śmiech). Moja definicja? Tak w kilku słowach? Piękno sprawia, że się uśmiecham i robi mi się ciepło na duszy. To chyba w moim przypadku najtrafniejsza, choć bardzo ogólna i może niezbyt „fachowa” definicja, ale przecież nie o to chodzi.

„Świat staje się piękny w wymiarach serca” napisał Odisseas Elitis. Czy to dlatego często udzielasz się charytatywnie?

A.Sz.: Miałam w życiu naprawdę wiele szczęścia – jestem zdrowa, mam pracę i dach nad głową, kochającą rodzinę i przyjaciół, na których w każdej sytuacji mogę liczyć. Wielu ludzi nie ma nawet tego. Jeśli fakt, że poświęcę swój czas i gdzieś się pojawię, choć w drobnym stopniu może to zmienić lub jeśli przekonam choć jedną osobę, żeby dała coś od siebie innym, żeby pomogła, to uważam że warto – tak mnie wychowano. Z przyjemnością angażuję się w tego typu akcje. To uczy empatii, ale również pokory. Człowiek zaczyna doceniać to, co ma.
Jesteś aktorką, piosenkarką, prezenterką telewizyjną, konferansjerką, projektantką mody, modelką. Prawdziwa z Ciebie kobieta orkiestra. Która z tych zawodowych pasji jest Ci najbliższa?
A.Sz.: Pierwszą, największą miłością zawsze będzie dla mnie aktorstwo, ale właśnie kombinacja tego wszystkiego, co robię powoduje, że czuję się spełniona. Fakt, że mogę się realizować na tak wielu polach sprawia mi ogromną przyjemność. Nie jestem w stanie określić, które z tych zajęć lubię bardziej, a które mniej. Każde jest zupełnie inne, i czego innego ode mnie wymaga. Cóż… Nie lubię monotonii (śmiech).
Znajdujesz czas na sen?
A.Sz.:
Sen to niestety luksus, na który nie mogę pozwalać siebie tak często, a zwłaszcza tak długo, jak bym chciała (śmiech). Z natury jestem strasznym śpiochem, a moja praca często wymaga pobudek o nieludzkich dla mnie godzinach, typu 4 rano, i funkcjonowania na pełnych obrotach do późnych godzin nocnych. Brak snu odbijam sobie, kiedy mam wolne – po prostu przesypiam, jak dziecko, pełne 12 godzin. 
Ludzie kojarzą Cię z telewizji, ale zaczynałaś w teatrze...
A.Sz.:
Tak, to prawda. Od najmłodszych lat występowałam w teatrzykach dziecięcych, potem młodzieżowych. Między innymi w Teatrze Rampa z grupą Tintillo. Potem był Młodzieżowy Teatrzyk „Lusterko” w MDK Ochota. Zawsze ciągnęło mnie do teatru, a występy na scenie sprawiały mi niewiarygodną radochę – czułam, że żyję. Nadal tak jest.
Obecnie możemy Cię zobaczyć m.in. w Teatrze Capitol w lubianym przez widzów spektaklu, pt. „Dwie połówki pomarańczy”, w którym nic nie jest takim jakim się wydaje...
A.Sz.:
Oj tak (śmiech). „Dwie połówki pomarańczy” to spektakl, który można określić jako czarną komedię romantyczną. Gdy tylko przeczytałam scenariusz, byłam zachwycona. Pełno w nim przezabawnych zwrotów akcji, ale nie tylko. To historia, z którą utożsamić może się praktycznie każdy. Mówi o problemach, które dotykają wszystkich, ale robi to w sposób niesamowicie wdzięczny
i z humorem. Do obsady trafiłam, gdy projekt był już w toku. Gramy na zmianę z Julką Kamińską. Kiedy dowiedziałam się, że w jedną z głównych ról wciela się mój serialowy kolega i idol – Jarosław Boberek… cóż, sprawa była przesądzona. Nie było opcji, żeby powiedzieć „nie” (śmiech).
Od kilku miesięcy w mediach możemy usłyszeć Twój debiutancki singiel, pt. „Ach ten pan”. Możemy liczyć na więcej?
A.Sz.:
Przez cały czas nad tym pracujemy, ale bez ciśnienia czy zbędnego pośpiechu. Nie chcę robić niczego na siłę. Śpiewam przede wszystkim dla przyjemności. Moja przygoda ze śpiewem zaczęła się w programie „Jak oni śpiewają” – tam też poznałam ludzi, którzy nakłonili mnie do jej kontynuowania.
Od 3 lat przez cały czas gramy koncerty, na które serdecznie zapraszam – najbliższe odbędą się 5 grudnia w Warszawie i 6 grudnia w Poznaniu.
A jak dbasz o swoją kondycję fizyczną i urodę?
A.Sz.:
Kiedy mam na to czas staram się ćwiczyć w domu. Żyję w ciągłym biegu, więc wygospodarowanie na to czasu nie jest łatwe, ale staram się.
Masz ulubione kosmetyki, którym jesteś wierna, czy chętnie sięgasz po nowości?
A.Sz.:
Nie przywiązuję się jakoś specjalnie do etykietek. Są kosmetyki, którym jestem wierna – np. podkłady, ale to raczej przez wzgląd na moją ciemną karnację, a nie z niechęci do nowości. Chętnie sprawdzam kosmetyczne nowinki, zwłaszcza jeśli poleca mi je ktoś, kto zna moje potrzeby i ma wiedzę w tej dziedzinie. Wizażystki i charakteryzatorki, z którymi współpracuję, są w tej kwestii nieocenioną skarbnicą wiedzy! (śmiech)
Jesteś zwolenniczką domowego spa?
A.Sz.:
Jak najbardziej! Kiedy tylko mam wolną chwilę urządzam sobie domowe spa. To fenomenalna sprawa. Niezbędne rzeczy można znaleźć w kuchni albo kupić w sklepie spożywczym. To spora oszczędność nie tylko czasu, ale i pieniędzy, a efekty przy w miarę regularnym stosowaniu, są naprawdę bardzo dobre.
Absolutne must have w Twojej kosmetyczce?
A.Sz.:
Dobry krem nawilżający, oliwka dla dzieci i na zimę – maść z witaminą A. Z kosmetyków kolorowych na tak zwany „wszelki wypadek” czarna kredka do oczu, eyeliner, tusz do rzęs i balsam do ust – raczej nie maluję się na co dzień.
A kiedy już się malujesz, to lubisz eksperymentować z makijażem?
A.Sz.:
Lubię kiedy jest ku temu okazja – na przykład jakaś nietypowa sesja zdjęciowa. Wtedy można się naprawdę pobawić! Moim guru w tej kwestii jest moja przyjaciółka i wybitna wizażystka Wiola Wypijewska. Kiedy z nią pracuję w makijażu nie ma żadnych granic. Wioli wolno robić ze mną absolutnie wszystko (śmiech).
Twój przepis na idealnie gładką skórę?
A.Sz.:
Przepis jest banalny – sen – ile się da, trochę słońca, witamina A w kremie i raz na jakiś czas peeling domowej roboty.
Jakie są Twoje plany i marzenia do zrealizowania w najbliższej przyszłości?
A.Sz.:
Plany i marzenia są od lat takie same – po prostu być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. Jak na razie, odpukać, idzie mi nieźle (śmiech).
W takim razie razem z Tobą odpukuję w niemalowane i dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Agnieszka Saracyn-Rozbicka


NIE MOGĘ SIĘ OBEJŚĆ BEZ
Tusz do rzęs: Na szczęście moje rzęsy są naturalnie dość gęste i długie, więc nie używam tuszy pogrubiających, bo efekt jest wtedy dość groteskowy.
Fluid: Lekki, pozwalający skórze oddychać, najlepiej w płynie lub w formie musu.
Pomadka: Koniecznie mocno nawilżająca, najlepiej bez mentolu, który na dłuższą metę wysusza usta.
Baza pod makijaż: Nawilżająco-rozświetlająca, o konsystencji zbliżonej do kremu.
Kremy: Nadal poszukuje tego jedynego – na razie bezskutecznie. Ostatnio popularne stały się kremy o konsystencji żelu, których nie lubię.
Mleczko do ciała: Zamiast mleczka do ciała używam oliwki dla dzieci. Nakładam ją zaraz po kąpieli na wilgotną skórę. Niestety mam bardzo suchą skórę, a mleczka (nawet te nawilżające) często wysuszają ją jeszcze bardziej. Jeśli już sięgam po mleczka do ciała, to po te dostępne tylko w aptekach lub ewentualnie po masła do ciała.
Perfumy: Mam pokaźną kolekcję flakoników z perfumami – kocham perfumy i używam ich w zależności od nastroju, pogody, pory roku… określenie ulubionych jest w moim przypadku chyba niemożliwe.


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Zapachy
07.10.2026 14:39
„Twilight” wraca w zapachu. Dlaczego beauty tak chętnie sięga po popkulturę?
Dlaczego beauty kocha popkulturę? ”Twilight” to przykładScentbird

Filmy, seriale, muzyka i beauty coraz częściej spotykają się przy jednym produkcie. Nie chodzi już tylko o kosmetyki z nadrukiem popularnego bohatera. Marki próbują przełożyć całe światy popkultury na zapachy, makijaż czy pielęgnację. Najnowszym przykładem jest kolejna współpraca Scentbird i Lionsgate wokół kultowej sagi „Twilight”.

W tym artykule przeczytasz:

  • Fandom jest gotową społecznością konsumentów
  • "Kupuję, bo pamiętam”
  • Kolekcjonowanie zamiast jednego produktu
  • Dlaczego właśnie zapach?
  • Od gadżetu do doświadczenia

Po sukcesie pierwszych perfum inspirowanych „Zmierzchem” Scentbird wprowadza drugi zapach związany z serią – „The Twilight Saga: New Moon Eau de Parfum”. Limitowana kompozycja ma być zapachową interpretacją drugiej części historii. To kwiatowo-ambrowa kompozycja z nutami kwiatu imbiru, wanilii tahitańskiej, karmelu, ambry i drzewa sandałowego. Perfumy są dostępne wyłącznie za pośrednictwem Scentbird.

Dla marki jest to kolejny etap współpracy z Lionsgate i próba stworzenia wokół „Twilight” całego świata zapachowego, a nie jednorazowego produktu. Jak podkreśla Scentbird, reakcja na pierwszą kompozycję pokazała, że fani chcą nie tylko wracać do historii, ale także "wchodzić” w nią za pomocą nowych doświadczeń.

Kosmetyk przestaje być tylko kosmetykiem

To właśnie ten mechanizm jest dziś znacznie ciekawszy niż sam zapach „New Moon”. Beauty od dawna wykorzystuje popkulturę, ale skala i sposób prowadzenia takich współprac wyraźnie się zmieniają.

Jeszcze kilka lat temu licencjonowana kolekcja często oznaczała przede wszystkim zmianę opakowania. Na palecie pojawiała się postać z filmu, na szmince logo zespołu, a na butelce perfum nazwisko gwiazdy. Dziś coraz częściej marka próbuje przełożyć na produkt estetykę, narrację i emocje związane z konkretnym uniwersum.

To ważna różnica. Konsument nie kupuje wyłącznie kosmetyku. Kupuje możliwość posiadania czegoś, co jest częścią historii, którą zna i z którą ma własne skojarzenia.

Dobrym przykładem jest choćby współpraca Lancôme z „Emily in Paris”. Marka nie ograniczyła się do umieszczenia tytułu serialu na opakowaniu. Kolekcja obejmowała makijaż, pielęgnację i zapach, a jej estetyka została podporządkowana paryskiemu światu przedstawionemu w produkcji.

Podobny mechanizm widać w makijażu. MAC przez lata budował swoją pozycję dzięki współpracom z artystami i postaciami ze świata kultury. Kolekcja z Aaliyah powstała między innymi w odpowiedzi na silne zainteresowanie fanów, a jej estetyka odwoływała się do charakterystycznego stylu piosenkarki z lat 90. i początku lat 2000.

Z kolei kolekcje inspirowane takimi zjawiskami jak „Pac-Man” pokazały, że beauty może czerpać nie tylko z aktualnych premier, ale również z nostalgii za popkulturą sprzed dekad.

image

Zapachowy luksus czy trik z TikToka? Marki niszowe i arabskie zmieniają zasady gry na rynku perfum [RAPORT WK]

Fandom jest gotową społecznością konsumentów

Z punktu widzenia marki największą wartością takiej współpracy jest to, że nie musi ona budować zainteresowania od zera.

Film, serial czy gra mają już własną społeczność. Fani znają bohaterów, estetykę, symbole i historię. Wiedzą, dlaczego określony kolor, zapach albo detal opakowania ma znaczenie. W przypadku dużych franczyz marka otrzymuje więc coś, o co w tradycyjnym marketingu jest coraz trudniej – gotową grupę ludzi emocjonalnie zaangażowanych w dany świat.

Analizy rynku beauty wskazują właśnie na tę przewagę współprac z popkulturą: rozpoznawalne uniwersum zapewnia natychmiastowy kontekst, a limitowany charakter produktów dodatkowo wzmacnia poczucie pilności zakupu.

To szczególnie istotne w czasach, gdy konkurencja o uwagę konsumenta jest ogromna. Nowy krem czy paleta muszą przebić się przez setki innych premier. Produkt związany z popularnym serialem nie startuje jednak od zera. Wraz z nim marka dostaje gotową historię, bohaterów i język wizualny.

"Kupuję, bo pamiętam”

W przypadku współprac beauty z popkulturą bardzo mocno działa również nostalgia. I nie jest to przypadek.

Rynek coraz częściej wraca do estetyki lat 90. i 2000., dawnych seriali, muzyki czy produktów, które konsumenci pamiętają z dzieciństwa. W perfumach nostalgia jest szczególnie silnym narzędziem, ponieważ zapach sam w sobie jest mocno związany z pamięcią i emocjami. Trend ten jest widoczny także w 2026 roku. Eksperci rynku zapachowego wskazują na rosnące zainteresowanie kompozycjami, które przywołują konkretne okresy i wspomnienia.

„Twilight” jest pod tym względem wyjątkowo dobrym materiałem. Pierwszy film pojawił się w 2008 roku, a więc osoby, które jako nastolatki śledziły historię Belli i Edwarda, są dziś dorosłymi konsumentami z własną siłą nabywczą. Powrót marki do Forks nie jest więc wyłącznie próbą zainteresowania obecnych nastolatków.

To również gra na wspomnieniach osób, dla których „Twilight” był częścią dorastania.

Pierwszy zapach Scentbird powstał właśnie wokół tej emocjonalnej warstwy historii. Marka opisywała go jako zapach inspirowany romansem Belli i Edwarda, a kampania wykorzystywała także aktorów znanych z filmowej sagi.

image

Interparfums przedłuża licencję Roberto Cavalli na perfumy do końca 2046 roku

Kolekcjonowanie zamiast jednego produktu

Współprace z popkulturą mają jeszcze jedną przewagę... mogą zachęcać do kolekcjonowania.

Limitowana paleta, specjalna butelka perfum czy produkt związany z konkretnym sezonem serialu przestają funkcjonować wyłącznie jako kosmetyki. Stają się przedmiotami związanymi z określonym momentem kulturowym.

Vogue zwracał uwagę na rosnącą rolę kolekcjonerskiego charakteru beauty. Limitowane produkty mogą być kupowane nie tylko po to, by ich używać, ale również po to, by je posiadać, eksponować i gromadzić. W przypadku jednej z limitowanych kolekcji MAC z Mariah Carey część produktów po wyprzedaniu pojawiła się nawet na rynku wtórnym po znacznie wyższych cenach.

Dlaczego właśnie zapach?

Perfumy mają w tym wyścigu szczególną pozycję. Kosmetyk kolorowy może nawiązywać do wyglądu bohatera, a krem – do jego stylu życia. Zapach pozwala natomiast stworzyć abstrakcyjną interpretację całego świata. Nie trzeba przecież stworzyć perfum, które dosłownie „pachną jak Bella Swan”. Można zbudować kompozycję wokół lasu, deszczu, nocy, romantycznego napięcia, wanilii czy drewna. Zapach staje się więc narzędziem worldbuildingu.

To podejście widać również poza „Twilight”. W 2025 roku Xyrena rozpoczęła współpracę z Universal Products & Experiences przy serii zapachów inspirowanych filmowymi klasykami, zaczynając od „Jaws”. W tym przypadku marka również postawiła na kolekcjonerski charakter i próbę odtworzenia atmosfery filmu za pomocą zapachu.

W 2026 roku sam Scentbird rozszerza zresztą podobny model na kolejne franczyzy. Firma współpracowała z Lionsgate także przy zapachu inspirowanym „John Wick”, a „Twilight” stał się kolejnym światem, który można przełożyć na doświadczenie zapachowe.

image

„Lalka” miała wszystko, by stworzyć beauty collab. Netflix nie wykorzystał tej szansy

Od gadżetu do doświadczenia

Współpraca z filmem czy serialem daje marce dostęp do fandomu, a fandomowi – możliwość przeniesienia czegoś z ekranu do codzienności. Perfumy można nosić, makijaż można wykorzystać, a opakowanie można zachować. Granica między merchandisingiem, kosmetykiem i kolekcjonerskim obiektem zaczyna się zacierać.

Nie każda współpraca działa jednak automatycznie. Sam nadruk z logo popularnego filmu nie wystarczy, jeśli produkt nie ma związku z jego estetyką albo odbiorcą. Eksperci rynku podkreślają, że najlepsze projekty powstają tam, gdzie obie strony mają coś do zaoferowania. Marka beauty daje produkt i dostępność, a popkulturowa franczyza – świat, historię i społeczność.

W przypadku „Twilight” Scentbird próbuje pójść właśnie w tę stronę. Drugi zapach nie jest pojedynczym gadżetem, lecz kolejnym elementem większego świata zapachowego budowanego wokół sagi. A skoro pierwsza odsłona spotkała się z mocną reakcją fanów, pojawia się przestrzeń na kolejne.

 

Źródło: Happi.com

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Twarz
06.10.2026 13:38
PDRN w serum zamiast w gabinecie. Czy kosmetyki mogą wykorzystać jego potencjał?
PDRN robi karierę w kosmetykach. Czy naprawdę działa?mat. prasowe

PDRN, do niedawna kojarzony przede wszystkim z zabiegami regeneracyjnymi i koreańską medycyną estetyczną, coraz mocniej wchodzi do codziennej pielęgnacji. Po składnik sięgają kolejne marki kosmetyczne, a jedną z najnowszych propozycji jest serum Revitalift Filler L’Oréal Paris z wegańską cząsteczką PDRN+. Pojawia się jednak pytanie: na ile składnik znany z zastosowań iniekcyjnych może działać również wtedy, gdy nakładamy go na skórę?

W tym artykule przeczytasz:

  • PDRN wychodzi z gabinetów
  • Wegański PDRN. Co właściwie oznacza?
  • Czy PDRN rzeczywiście działa nakładany na skórę?
  • PDRN w kosmetykach dopiero buduje bazę dowodową
  • L’Oréal Paris chce przenieść PDRN do codziennej pielęgnacji
  • Od koreańskich klinik do drogeryjnej półki

PDRN wychodzi z gabinetów

PDRN to skrót od polydeoxyribonucleotide – polideoksyrybonukleotydów, czyli fragmentów DNA. Składnik zyskał popularność w medycynie regeneracyjnej i estetycznej dzięki właściwościom związanym m.in. z procesami naprawczymi, regeneracją tkanek i działaniem przeciwzapalnym. Mechanizm działania PDRN wiązany jest m.in. z aktywacją receptorów adenozynowych A2A oraz tzw. szlaku odzyskiwania nukleotydów.

W klasycznej postaci PDRN wykorzystywany w zastosowaniach medycznych jest zazwyczaj pozyskiwany z oczyszczonego DNA łososia lub pstrąga. To właśnie pochodzenie zwierzęce stało się jednym z powodów poszukiwania alternatywnych źródeł składnika.

Dziś PDRN jest jednym z aktywnych składników, które najlepiej wpisują się w popularny w beauty trend przenoszenia języka i technologii medycyny estetycznej do kosmetyków. Na opakowaniach pojawiają się określenia sugerujące regenerację, biostymulację czy poprawę jakości skóry, a PDRN zaczyna funkcjonować obok takich składników jak kwas hialuronowy, peptydy czy retinoidy.

Wegański PDRN. Co właściwie oznacza?

Rosnąca popularność PDRN wymusiła rozwój technologii pozwalających pozyskiwać podobne cząsteczki bez wykorzystania materiału pochodzenia zwierzęcego. W badaniach pojawiają się m.in. PDRN pozyskiwane z materiału roślinnego – z kultur komórkowych, korzeni czy kalusa roślinnego.

Nie oznacza to jednak automatycznie, że każdy "wegański PDRN” jest dokładnie tym samym materiałem co PDRN stosowany w medycynie. Pochodzenie, długość fragmentów DNA, masa cząsteczkowa, sposób oczyszczania i formulacja mogą się między produktami znacząco różnić.

To istotne, ponieważ w przypadku PDRN określenie "wegański” mówi przede wszystkim o źródle materiału, a nie samo w sobie o jego skuteczności.

L’Oréal Paris deklaruje, że jego PDRN+ jest opatentowaną cząsteczką pozyskiwaną w procesie biofermentacji. Według producenta została ona opracowana z myślą o zastosowaniu w kosmetyku i ma być odpowiednio mała, aby przenikać do naskórka.

image

Koniec pustych obietnic. Nowe kosmetyki z DNA łososia i mikroigłami, czyli medycyna estetyczna w domu

Czy PDRN rzeczywiście działa nakładany na skórę?

To właśnie tutaj pojawia się najciekawsza część historii. PDRN ma już pewne zaplecze naukowe w zastosowaniach medycznych i estetycznych, ale nie można automatycznie przenosić wyników dotyczących preparatów podawanych w formie iniekcji na serum czy krem.

Przegląd badań dotyczących polinukleotydów stosowanych w medycynie estetycznej wskazuje na obiecujące rezultaty w zakresie poprawy zmarszczek, tekstury i elastyczności skóry. Jednocześnie podkreśla niewielką liczbę badań wysokiej jakości i brak pełnego konsensusu dotyczącego optymalnego zastosowania.

W przypadku kosmetyków stosowanych miejscowo barierą jest przede wszystkim dostarczenie odpowiedniej ilości składnika w odpowiednie miejsce. PDRN jest cząsteczką DNA, a więc nie wystarczy samo umieszczenie jej w formule. Liczy się m.in. jej wielkość, stabilność i sposób dostarczania.

Co ciekawe, pojawiają się już badania próbujące odpowiedzieć właśnie na to pytanie. Opublikowane w 2026 roku badanie dotyczące miejscowo stosowanego PDRN wykazało jego obecność w żywych warstwach naskórka oraz wskazało na poprawę parametrów skóry poddanej fotouszkodzeniom. W badaniu klinicznym oceniano krem pod oczy z 0,1 proc. PDRN przez 28 dni i porównywano go z retinolem. Wyniki były obiecujące, ale dotyczą konkretnej długości fragmentów PDRN i konkretnej formulacji – nie każdego kosmetyku określanego jako produkt z PDRN.

To ważne rozróżnienie. Nie ma jednej, uniwersalnej "mocy PDRN”. Składnik może występować w różnych formach i o różnych parametrach, a wyniki jednego preparatu nie mogą być automatycznie przypisywane całej kategorii.

PDRN w kosmetykach dopiero buduje bazę dowodową

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku roślinnych i wegańskich odpowiedników. Badania laboratoryjne nad PDRN pozyskiwanym z roślin, m.in. żeń-szenia czy Gynostemma pentaphyllum, wskazują na potencjalne działanie wspierające barierę skóry, proliferację komórek czy procesy naprawcze.

Jednocześnie najnowszy przegląd dotyczący roślinnych polinukleotydów i PDRN wyraźnie zaznacza, że większość dostępnych danych ma charakter przedkliniczny. Na tym etapie nie można więc uznać, że roślinny PDRN jest klinicznie równoważny tradycyjnemu PDRN pochodzenia zwierzęcego.

image

TikTok Shop napędza sprzedaż beauty. Te marki zarobiły miliony na livestreamach

L’Oréal Paris chce przenieść PDRN do codziennej pielęgnacji

Na tym tle interesująca jest premiera nowego Revitalift Filler L’Oréal Paris. Marka połączyła w nim opatentowaną, wegańską cząsteczkę PDRN+ z trzema rodzajami kwasu hialuronowego. Producent przedstawia produkt jako przykład trendu "zabiegu w buteleczce”, czyli przenoszenia składników kojarzonych dotychczas z gabinetami do codziennej pielęgnacji.

Według danych przedstawionych przez L’Oréal Paris sześciotygodniowa ocena kliniczna z udziałem 53 kobiet wykazała redukcję drobnych zmarszczek do 60 proc.

Od koreańskich klinik do drogeryjnej półki

Popularność PDRN dobrze wpisuje się w szerszą zmianę na rynku beauty. Konsumentki coraz częściej interesują się składnikami wcześniej zarezerwowanymi dla gabinetów, a marki odpowiadają na to kosmetykami inspirowanymi procedurami medycyny estetycznej.

PDRN ma w tym trendzie szczególne miejsce, bo łączy kilka obecnie mocnych kierunków: zainteresowanie koreańską pielęgnacją, regeneracją skóry, „skin quality”, biotechnologią i składnikami pochodzenia alternatywnego. Sam termin przestał być już wyłącznie specjalistycznym określeniem stosowanym przez lekarzy i kosmetologów.

Do mainstreamu wprowadza go także marketing największych koncernów. W kampanii nowego serum L’Oréal Paris występuje Kendall Jenner, która od 2026 roku jest globalną ambasadorką marki.

 

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
07. październik 2026 15:37