StoryEditor
Beauty
20.06.2016 00:00

Ewa Gil: Kocham ten zawód do granic możliwości

Do 23 roku życia była pewna, że będzie występować na scenie jako piosenkarka. Przypadek sprawił, że zaczęła malować. Dziś Ewa Gil jest najsłynniejszą polską wizażystką gwiazd i ulubienicą kobiet, które ufają jej bez reszty.

Sophia Loren często podkreśla, że „nic nie czyni kobiety piękniejszą niż jej wiara w to, że jest piękna”...

Ewa Gil: Aktorka ma rację. Jeśli kobieta akceptuje i kocha siebie, to od razu zaczyna się prostować, ma uniesioną do góry brodę i taki charakterystyczny błysk w oku. Makijaż staje się dla niej dodatkiem, kropką nad i, a nie czymś, za czym można się schować. Poza tym według mnie kobieta jest najpiękniejsza, gdy jest zakochana. Wtedy cały czas się uśmiecha, promienieje i żeby była piękna, wystarczy jej róż, tusz i już (śmiech).

W branży kosmetycznej początki bywają dosyć trudne. Wyrobienie sobie renomy, zdobycie klientów, nieraz graniczy z cudem. Jak wspominasz swoje początki?

To, że zaczęłam malować, to był przypadek. Wszystkiemu winien jest Grzegorz Bloch (śmiech). To on zobaczył we mnie tę umiejętność i zachęcił, żebym poszła właśnie w tym kierunku. Wcześniej zawsze chciałam być piosenkarką. Skończyłam wokalistykę pod kierunkiem Eli Zapendowskiej, wygrałam „Szansę na sukces” z Czerwonymi Gitarami, śpiewałam w chórkach. Natomiast Grześ namówił mnie na pracę przy sesjach początkowo dla „Tiny” czy „Programu TV”. Później asystowałam u Goni Wielochy przy pokazach mody. Jako że byłam samoukiem, to cały czas podpatrywałam to, co robią inni, i dużo eksperymentowałam. Wraz z pojawieniem się stacji Atomic TV zaczęłam pracować z kamerą. To była dobra szkoła, a umiejętności tam zdobyte bardzo przydały mi się kilka lat później, przy programie „Idol”. I to był moment przełomowy. Wtedy pierwszy raz zaczęto przykładać tak niesamowitą wagę do makijażu, fryzury, wyglądu. Operatorzy stosowali ciasne zbliżenia, więc musiałam być precyzyjna do bólu. Fantastyczną rzeczą było to, że w „Idolu” nie mieliśmy żadnych ograniczeń, mogliśmy w pełni realizować swoje wizje. Pozwoliło mi to rozwinąć skrzydła i zostać dostrzeżoną w show-biznesie.

Ale z muzyki nigdy nie zrezygnowałaś.

Skąd. Moja przygoda z muzyką trwa do dziś. Głównie za sprawą tego, że najwięcej pracuję właśnie z gwiazdami muzykującymi czy przy programach muzycznych. Poza tym często w garderobie, gdy moje artystki się rozśpiewują przed koncertem, zaczynamy śpiewać na głosy. Czasem też Justyna Steczkowska, jej siostra Magda czy Ania Dąbrowska, znając moją miłość do muzyki, proponowały mi, żebym na ich płytach czy koncertach robiła chórki. Mogę więc śmiało powiedzieć, że jestem muzykującą wizażystką.

Jakie cechy powinna mieć wizażystka, żeby osiągnąć sukces?

Musi być charakterystyczna, nie może ginąć w tłumie. Dobrze, żeby zdawała sobie sprawę z własnej wartości i swoich umiejętności, ale nie była dominująca. Niesamowicie ważne są: pokora, cierpliwość, witalność, dyskrecja, wrodzony optymizm, otwartość, skupienie na osobie, która siedzi przed nami, bez względu na jej status społeczny. Trzeba umieć dopasować się do klienta. Ja wszystkie kobiety, które maluję, traktuję tak samo. Dla mnie wszystkie są księżniczkami, którym dogadzam jak mogę (śmiech).

A propos dogadzania. Wizażysta odgrywa też rolę psychologa, terapeuty, który wysłucha i dowartościuje kobietę. Jak otwierasz serca swoich klientek?

Rzeczywiście w tym zawodzie połowa sukcesu to talent, a druga połowa to właśnie aspekt psychologiczny. Bardzo ważny jest nasz charakter, to, w jaki sposób traktujemy innych ludzi. Przepis na to, by klientka się otworzyła, jest dość prosty. Trzeba mieć cechy, które wymieniłam wcześniej, i kierować się dobrym sercem. To naprawdę działa. Nawet jeśli czasami zdarza się trudna klientka, która stwarza duży dystans, to zauważyłam, że jeśli cały czas obdarzam ją dobrym słowem i uśmiechem, to prędzej czy później zyskam jej zaufanie. Nigdy się nie puszę ani nie peszę przed klientką. Nie wytykam jej błędów. Staram się delikatnie zasugerować, że może powinna spróbować z innym kolorem cienia lub szminki. Stwarzam jej przez to poczucie bezpieczeństwa. I robię co w mojej mocy, żeby czuła się piękna i wartościowa.

Malujesz zarówno gwiazdy, jak i zwykłe kobiety. Naprawdę każdą z nich traktujesz tak samo?

Tak, bo wydaje mi się, że w każdym człowieku można znaleźć coś fantastycznego i mu o tym powiedzieć, np. że ma piękny kolor tęczówki, wspaniałe rzęsy, cudowną linię brwi… Gwiazdy są przyzwyczajone do tego, że wyglądają dobrze w każdym makijażu, ale czasami maluję kobiety, które są po przejściach i które nigdy w życiu nie sięgały po kosmetyki kolorowe. Jeśli zaczynam im mówić, jakie mają atuty, to z początku są w szoku, bo nikt im tego wcześniej nie powiedział. To bardzo zbliża mnie jako osobę z pięknego świata telewizji do nich.

Jak dobierasz makijaż do klientki?

Zawsze, kiedy pytam klientkę, jak chciałaby wyglądać, robię wywiad, na jaką okazję się przygotowuje, jaką ma kreację, jaka będzie fryzura, jakie dodatki itd. To są pewne puzzle, które układają mi się w głowie w całość. Zanim sięgnę po pędzel, muszę też poznać temperament tej kobiety. Jeśli wykonuję makijaż artystce, staram się być na próbie, żeby zobaczyć, jaką śpiewa piosenkę, jak ją interpretuje, jakie robi przy tym miny, np. Kasia Nosowska stoi nieruchomo, ale śpiewając, dokonuje niesamowitych rzeczy z twarzą, bo ma nieprawdopodobną mimikę. To wszystko jest dla mnie ważne, bo makijaż to też swego rodzaju interpretacja. W końcu mogę zrobić z mojej klientki delikatną, eteryczną rusałkę albo femme fatale. Najważniejsze, żeby wszystko ze sobą współgrało, a ona czuła się dobrze.

Dziewczyna spojrzała w lustro i się rozpłakała. Powiedziała, że całe życie myślała, że jest brzydka, a okazało się, że może być piękna. Płakaliśmy razem z nią. W takich momentach wiesz, że nie ma pieniędzy, które byłyby cenniejsze niż satysfakcja z tego, że się kogoś uszczęśliwiło.

Pamiętasz wyjątkowo wzruszającą metamorfozę, której byłaś sprawczynią?

Było wiele takich sytuacji. Nigdy nie zapomnę, gdy w „Idolu” musieliśmy zająć się dziewczyną, która miała włosy na 2 cm, prawie nie miała brwi i była niesamowicie zahukana. Trudno było nam do niej dotrzeć i bardzo nam zależało, żeby ta charakteryzacja była wyjątkowo dobra. Leszek Czajka ufarbował jej włosy na biało, ja zrobiłam makijaż. Gdy skończyliśmy, dziewczyna spojrzała w lustro i się rozpłakała. Powiedziała, że całe życie myślała, że jest brzydka, a okazało się, że może być piękna. Płakaliśmy razem z nią. W takich momentach wiesz, że nie ma pieniędzy, które byłyby cenniejsze niż satysfakcja z tego, że się kogoś uszczęśliwiło.

Twoi przyjaciele mówią o Tobie „żaba załagodź”.

(śmiech) To jest określenie, które wymyślił Jarek Szado, patrząc, jak opiekuję się gwiazdami w sytuacjach stresujących, szczególnie przed występami na żywo. Zawsze staram się je uspokoić. Zwracam się do nich spokojnym głosem, opowiadam zabawne historyjki, odciągając je tematycznie od tego, co będzie się działo za chwilę. Używam też zdrobnień: laleczko, niuniu, aniołku, promyczku, groszku słodki. Roztaczam nad nimi matczyną opiekę. Edyta Bartosiewicz często mi mówi, że lubi ze mną pracować właśnie dlatego, że kompleksowo się nią zaopiekuję: pomaluję, coś poprawię, pocieszę. Staram się być też bardzo delikatna. Jak dotykam twarzy kobiety, chcę, żeby się zrelaksowała. Po nałożeniu podkładu zawsze go wklepuję, co jest bardzo przyjemne i odprężające. Edyta Górniak często prosiła mnie „Ewciu, poklep jeszcze” (śmiech).

Prowadzisz warsztaty w trzech szkołach w Warszawie, jeździsz po Polsce. Co, poza informacjami technicznymi, chcesz przekazać swoim kursantkom?

Przede wszystkim to, że makijaż to forma sztuki. Zawsze podkreślam to, że jestem samoukiem i dzięki temu moja radość z malowania i improwizowania nie została ograniczona. Tłumaczę im, żeby wiedzy, którą wyniosą ze szkoły wizażu, nie traktowały jako wyznacznika, lecz jako wachlarz możliwości. W tym zawodzie najważniejsze jest wyrobienie sobie indywidualnego stylu. Dlatego nie można zakładać, że coś wolno, a czegoś nie. Makijaż ma na celu dodanie urody, odjęcie lat, ukrycie jakichś mankamentów, ale jest też umiejętnością wykorzystania krzywizny. W odróżnieniu od malarza, który z płaskiej formy ma wydobyć trójwymiar, wizażysta z trójwymiaru musi uzyskać obrazek. A uda mu się to, jeśli nie ograniczy swojej wyobraźni.

Dużo podróżujesz, jak według Ciebie Polki wypadają na tle innych narodowości, jeśli chodzi o dbanie o siebie?

Bardzo podoba mi się, jak dbają o siebie Włoszki, Niemki i Hiszpanki. Są wyjątkowo zadbane. U nas też z roku na rok jest coraz lepiej. Od pewnego czasu jest duży boom na makijaż. Dziewczyny podpatrują zachodnie gwiazdy, chętnie zapisują się do szkół wizażu, oglądają filmiki instruktażowe zamieszczane w internecie. Natomiast jest też odsetek kobiet w dojrzałym wieku, które używają np. zbyt dużo cieni z połyskiem, co odradzam, bo połysk podkreśla zmarszczki. A mat je optycznie wygładza. Staram się to pokazać moim klientkom.

Mówią, że szewc bez butów chodzi. A jak jest w Twoim przypadku?

Wiesz, ile ja błędów popełniam, malując siebie? (śmiech) Po pierwsze maluję się w 7 minut. I to końcówkami kosmetyków. Czasem proszę jedną z dziewczyn z mojego zespołu, żeby mnie pomalowała. Mam bardzo wrażliwe oczy –, łzawią, gdy za długo mają kontakt z pędzlami. Dlatego uczę każdą z moich podopiecznych, jakimi narzędziami i w jaki sposób ma pracować.

Narzędzia to jedno, a na jakie cechy kosmetyków zwracasz uwagę w swojej pracy?

Dawno zauważyłam, że skóra nie wybiera ceny kosmetyków, tylko ich skład. Osobiście uwielbiam, jak kosmetyk pachnie, zwłaszcza jeśli chodzi o podkłady. To dla mnie prawdziwa aromaterapia. Muszę też go dotknąć, zobaczyć, jaką ma strukturę, biorę pod uwagę, czy będzie się dobrze łączyć z innymi kosmetykami. Dodatkowo lubię ładne opakowania. To jest coś, co działa podprogowo na klientki. Dobre marki, estetyczne opakowania powodują, że klientka myśli: „ma dobre kosmetyki – dobra jest” (śmiech). Dlatego warto takie produkty mieć w kufrze.

Jak dbasz o siebie?

Palę, opycham się wieczorami, nie ćwiczę (śmiech). A tak na poważnie to podczas kąpieli robię sobie peeling całego ciała. Lubię być opalona. W pracy cały czas stoję, więc czasem pojawiają mi się na nogach pajączki. Jak się opalę, to są mniej widoczne. Chronię przed słońcem tylko twarz. Co jakiś czas korzystam z usług kosmetyczki, żeby zrobić sobie peeling lub przypompować usta (śmiech).

Co jest najtrudniejsze w tym zawodzie?

Niestabilność finansowa, bo to wolny zawód. Dziś jest pełno zleceń, a za miesiąc może nie być. A ze względu na nienormowany czas pracy jestem rzadko w domu z moją córką. Trudne jest też dźwiganie kufrów. Poza tym niczego trudnego w tym nie widzę. Jest to cudowna przygoda, którą przeżywam codziennie i kocham ten zawód do granic możliwości. Dzięki temu, że spotkałam odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie i miejscu, jestem spełniona zawodowo. Obcuję z cudownymi osobami, moje gwiazdy zabierają mnie ze sobą na sesje zdjęciowe i koncerty po całym świecie, a ja pławię się w tym luksusie i jeszcze mi za to płacą (śmiech). Czy to nie pełnia szczęścia? 

Rozmawiała: Agnieszka Saracyn-Rozbicka

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Rynek i trendy
10.09.2026 14:54
Unboxingi, TikTok i 24 okienka. Skąd fenomen kalendarzy adwentowych?
Święta we wrześniu? Kalendarze adwentowe 2026 już podbijają beautyCharlotte Tilburry

Do Bożego Narodzenia zostały jeszcze ponad trzy miesiące, a kalendarze adwentowe z kosmetykami już pojawiły się w ofercie marek i sieci beauty. Od luksusowych zestawów Rituals, przez propozycje Douglasa, po kalendarze dostępne w Rossmannie – rynek zaczyna świąteczną sprzedaż coraz wcześniej. Popularność produktów dodatkowo napędzają media społecznościowe, gdzie unboxingi kalendarzy i codzienne otwieranie kolejnych okienek stały się osobnym formatem contentu.

W tym artykule przeczytasz:

  • Kalendarz adwentowy jako beauty experience
  • Dlaczego marki zaczynają sprzedaż już we wrześniu?
  • TikTok dodatkowo nakręca kalendarzową gorączkę
  • 24 dni contentu zamiast jednej reklamy
  • Kalendarze coraz bardziej premium

Kalendarze adwentowe dawno przestały być wyłącznie dziecięcym odliczaniem do świąt. W branży beauty stały się pełnoprawnym produktem sezonowym, który łączy sprzedaż, odkrywanie nowości, kolekcjonowanie i doświadczenie konsumenckie. Choć wrzesień dopiero się rozpoczął, tegoroczne propozycje są już dostępne w polskim e-commerce.

To z jednej strony odpowiedź marek na rosnące zainteresowanie kosmetycznymi kalendarzami, a z drugiej – sposób na rozpoczęcie komunikacji świątecznej na długo przed grudniem.

Kalendarz adwentowy jako beauty experience

Mechanizm jest prosty: 24 okienka, 24 niespodzianki i codzienny rytuał otwierania kolejnego produktu (choć istnieją też warianty z 12 okienkami). W praktyce współczesne kalendarze beauty coraz częściej przypominają jednak miniaturowe zestawy zakupowe lub kolekcjonerskie boxy.

W ofercie Douglasa na 2026 rok znalazły się m.in. kalendarze zawierające produkty do makijażu, pielęgnacji skóry i włosów oraz akcesoria. Douglas Collection oferuje w tym sezonie m.in. Make-Up Advent Calendar, Accessoires Beauty Advent Calendar i Exclusive Beauty Highlights. Ceny wachają się między 165 a 349 złotych. 

Rituals idzie w stronę bardziej premium. Tegoroczny Premium Advent Calendar kosztuje 705 złotych, a wartość produktów producent wycenia na 1020 złotych. Kalendarz ma formę dekoracyjnego pociągu i łączy produkty do ciała, kąpieli oraz domu. Marka oferuje także tańszą wersję Classic za 419 złotych. 

Z kolei Rossmann pokazuje, jak szeroko rozrosła się sama kategoria. W ofercie na 2026 rok znalazły się kalendarze związane z pielęgnacją twarzy i ciała, włosami, makijażem, a także propozycje dla różnych grup wiekowych. Wśród przykładów są m.in. Neboa x Kimoco czy Fluff 24 Days of Delicious Skin.

Swoje kalendarze wydają też marki takie jak Dior, Charlotte Tilburry, Joe Malone czy Yves Saint Laurent.

 

 

Dlaczego marki zaczynają sprzedaż już we wrześniu?

Wczesna premiera nie jest przypadkowa. Kalendarz adwentowy jest produktem limitowanym i często występuje w ograniczonych nakładach. Dla marek oznacza to możliwość rozpoczęcia sprzedaży jeszcze przed jesiennym szczytem zakupowym, a dla konsumentów – wcześniejszy dostęp do najbardziej wyczekiwanych edycji.

Rituals wprost informuje, że jego kalendarze pojawiają się we wrześniu i zachęca klientów do wcześniejszego zainteresowania się ofertą. Marka podkreśla również, że jej kalendarze co roku szybko się wyprzedają. 

To także produkt, który dobrze wpisuje się w strategię budowania napięcia wokół premiery. Sama zawartość może być częściowo ujawniana, ale jednocześnie marki mogą zostawić przestrzeń na element niespodzianki. W efekcie kalendarz zaczyna żyć w komunikacji jeszcze przed 1 grudnia.

image

60 proc. młodych woli kosmetyki z dyskontów. „Dupe culture” zmienia układ sił na rynku

TikTok dodatkowo nakręca kalendarzową gorączkę

Na popularność kalendarzy adwentowych mocno wpływają media społecznościowe. Szczególnie dobrze działa format unboxingu – twórca pokazuje zawartość kalendarza, otwiera kolejne przegródki i komentuje produkty.

Co ciekawe, w przypadku kalendarzy beauty unboxing może być rozłożony na cały miesiąc. Zamiast jednego filmu prezentującego zawartość całego pudełka twórcy publikują codzienne nagrania z otwierania kolejnego okienka.

Mechanizm został już dobrze wykorzystany przez twórców internetowych. TechCrunch opisywał fenomen filmów z drogimi kalendarzami beauty na TikToku i YouTubie, wskazując, że ich oglądanie działa podobnie jak wirtualne „window shopping”. Widz może śledzić kolejne odkrycia, porównywać produkty i emocjonować się zawartością, nawet jeśli sam nie kupił kalendarza. 

 

@naomimiz Replying to @?????? ? @Cult Beauty 2026 beauty advent calendar unboxing!!!! Who’s shopping this calendar this year? ##beautyadventcalendar##unboxing##beautyreview##makeup##skincare ♬ original sound - Naomi Mizrahi

 

Format nadal jest obecny na platformach społecznościowych. W TikTok Shop funkcjonują dziś nawet dedykowane wyniki dotyczące „Advent Calendar Unboxing” oraz beauty advent calendars.

24 dni contentu zamiast jednej reklamy

Z perspektywy marek kalendarz ma jeszcze jedną istotną przewagę: generuje treści przez cały grudzień.

Jeden produkt może być bohaterem 24 krótkich filmów, serii stories, recenzji czy reakcji twórców. Do tego dochodzi element napięcia – odbiorca nie zawsze wie, co znajdzie się za kolejnym okienkiem. To sprawia, że produkt sam w sobie staje się scenariuszem contentowym.

 

 

W przypadku beauty ma to szczególne znaczenie, ponieważ każda kolejna niespodzianka może być jednocześnie mini-recenzją, rekomendacją i inspiracją zakupową. Kalendarz przestaje więc być tylko opakowaniem na 24 produkty. Staje się formatem komunikacyjnym, który może generować zainteresowanie marką przez cały okres przedświąteczny.

image

Szef Amazona i Charlotte Tilbury wyróżnieni przez króla Karola III

Kalendarze coraz bardziej premium

Tegoroczne propozycje pokazują też, że rynek kalendarzy mocno się rozwarstwia. Obok stosunkowo niedrogich zestawów pojawiają się produkty kosztujące kilkaset, a nwet tysiące złotych, w których liczy się nie tylko liczba kosmetyków, ale również ich wartość, marka i sposób prezentacji.

Widać więc, że kalendarz adwentowy stał się dla branży kosmetycznej czymś więcej niż sezonowym gadżetem. To produkt, który pozwala połączyć sprzedaż limitowanej edycji z doświadczeniem, prezentem, odkrywaniem nowych produktów i co szczególnie ważne – potencjałem do generowania treści w social mediach.

A skoro konsumenci mogą zobaczyć pierwsze kalendarze już we wrześniu, trudno się dziwić, że marki również nie chcą czekać z ich premierą do grudnia.

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Ogłoszenia
10.09.2026 11:24
Boom na salony kosmetyczne. W pół roku przybyło sześć tysięcy firm
W Polsce działa już 138,8 tys. salonów kosmetycznych (fot. Yakobchuk Viacheslav)Yakobchuk Viacheslav

Tylko w pierwszej połowie 2026 roku na rynku pojawiło się 6 tys. nowych firm, a liczba salonów wzrosła o 4,5%. Najszybciej przybywa punktów oferujących manicure i pedicure. Jednocześnie ponad połowa firm z sektora jest w słabej lub bardzo złej kondycji finansowej.

Ile jest w Polsce salonów piękności?

Jak podaje rp.pl, na polskim rynku działa już blisko 138,8 tys. salonów kosmetycznych oferujących usługi takie jak fryzjerstwo i stylizacja włosów, manicure i pedicure, przedłużanie rzęs, kosmetyka biała i zabiegi. Tylko w ostatnim półroczu na rynku pojawiło się 6 tys. nowych firm.

Rosnące zainteresowanie usługami beauty wpisuje się w szerszy trend związany z coraz większą dbałością o wygląd i pielęgnację. Popularność zyskała m.in. estetyka „clean girl”, promująca naturalny wygląd, zadbaną skórę i regularną pielęgnację. Jednocześnie świat beauty coraz wcześniej przyciąga młodsze konsumentki, które już jako nastolatki interesują się kosmetykami, makijażem i pielęgnacją.

Za wzrostem liczby firm stoją przede wszystkim nowe jednoosobowe działalności gospodarcze. Największy przyrost odnotowano w branży manicure i pedicure – w ciągu pół roku przybyło 3,7 tys. takich firm, a także wśród salonów fryzjerskich, których liczba zwiększyła się o 1,8 tys. – czytamy w rp.pl.

image

Beauty wysyła sprzeczne sygnały. Co mówią o kondycji branży wyniki gigantów i jakie są wnioski dla polskiej półki? [ANALIZA WK]

Manicure napędza boom

Na polskim rynku liczba salonów piękności wzrosła o 4,5% w porównaniu z końcem 2025 roku.

– Liczba salonów systematycznie rośnie, począwszy od 2012 r., co też jest oznaką coraz większej inwestycji Polaków w siebie, w swój wygląd i rosnącego zapotrzebowania na tego typu usługi – mówi Tomasz Starzyk, rzecznik Dun & Bradstreet w artykule rp.pl.

Wśród nowych firm sporą część stanowią przedsiębiorstwa prowadzone przez cudzoziemców. Punkty kosmetyczne są otwierane często przez osoby z Ukrainy, Wietnamu czy innych krajów Azji. Po inwazji Rosji na Ukrainę do Polski wyemigrowało wiele kobiet wykonujących zawody związane z usługami beauty, co przyczyniło się do wzrostu liczby Ukrainek działających w tej branży.

image

Branża beauty wychodzi na miasto. Gdzie reklamować kosmetyki? [Analiza case study dla WK]

Popularność rezerwacji w Booksy

Nowe otwarcia salonów kosmetycznych idą w parze z rozwiązaniami technologicznymi. Jak czytamy w rp.pl widoczny jest wzrost popularności Booksy Pay, w której klient może opłacić wizytę oraz dać napiwek. 

Przypomnijmy, że platforma Booksy służy do umawiania wizyt, jest miejscem, które łączy terminarz fryzjera/kosmetyczki oraz płatności. Rozwijana od jesieni 2025 roku usługa Booksy Pay wygenerowała w Polsce ok. 30 mld złotych wartości transakcji.

image

Koniec solariów? Wielka Brytania rozważa radykalne zmiany

Jaką formę płatności preferują salony kosmetyczne?

Każda odwołana wizyta to dla salonu nie tylko utracony przychód, ale także pusty termin, którego często nie można już sprzedać innemu klientowi. Problem staje się szczególnie istotny, gdy takie sytuacje powtarzają się regularnie – mniejsza liczba zrealizowanych zabiegów oznacza niższe wpływy, co przy stałych kosztach prowadzenia działalności może negatywnie wpływać na płynność finansową salonu.

Aby ograniczyć skalę odwołań i nieobecności, wiele firm wprowadza płatności online oraz przedpłaty. Według rp.pl ceny usług fryzjerskich i kosmetycznych w Polsce wzrosły w ubiegłym roku średnio o około 6,8%.

Salony urody podkreślają, że jest duży popyt na takie usługi i wolne terminy szybko znikają na Booksy. Najpopularniejszą formą jest BLIK – korzysta z niego 70% Polaków. Z kolei przedpłata przed wizytą może ograniczyć liczbę odwołań i nieobecności klientów nawet o 90%.

Źródło: rp.pl

Weronika Pisarska
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
13. wrzesień 2026 18:25