StoryEditor
Wywiady
14.03.2025 10:47

Nasza misja: zabezpieczanie interesów przedsiębiorców sektora kosmetycznego

Na zdjęciu od lewej: Dorota Rejman, Ewa Starzyk, Aleksandra Lau-Wyzińska - Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego / fot. Marcin Kontraktewicz

O planach i celach Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego na 2025 rok oraz "regulacyjnym tsunami" z zespołem związku: Dorotą Rejman, Ewą Starzyk i Aleksandrą Lau-Wyzińską rozmawiała Marzena Szulc.

Dużo dzieje się w branży już od początku roku. Jakie duże wyzwania czekają Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego w tym roku?

Dorota Rejman: Wszystkich wyzwań nie możemy przewidzieć, ale na pewno będzie działo się w regulacjach dotyczących składników, szczególnie w związku z etanolem, z talkiem czy w grupie substancji zapachowych, jak np. heliotropina. Te składniki są aktualnie zagrożone zakazem stosowania w kosmetykach, co wynika z propozycji klasyfikacji tych składników jako składniki CMR (substancje rakotwórcze, mutagenne lub działające szkodliwie na rozrodczość).

Jeżeli chodzi o etanol, będziemy jako związek kontynuować obrany już kurs, zależy nam na pokazaniu skutków związanych z potencjalnym zakazem stosowania etanolu w kosmetykach, czyli pewnego rodzaju absurdu – taka może być kaskada zdarzeń w wyniku mechanizmu zapisanego w prawie kosmetycznym. 

Istnieje duże ryzyko, że w wyniku klasyfikacji CMR i regulacji chemicznych etanol zostanie zakazany do stosowania w kosmetykach, ale jednocześnie będzie mógł być dalej stosowany jako produkt spożywczy, bo nie będzie zakazany w produktach np. do picia. Natomiast należy podkreślić, że główne obawy zdrowotne związane z etanolem wynikają z jego spożycia w napojach alkoholowych, a nie z jego stosowania w kosmetykach.

Ale z jakich powodów wynika ten zakaz? Dlaczego dotykać ma  akurat branży kosmetycznej?

Dorota Rejman: Na przepisy dla składników wpływają nie tylko „nasze” regulacje sektorowe (kosmetyczne), czyli rozporządzenie 1223/2009/WE, ale także regulacje okołosektorowe (chemiczne i środowiskowe). Każdego roku publikowanych jest kilka rozporządzeń zmieniających załączniki do rozporządzenia 1223/2009/WE. Zmiany w przepisach prawnych dotyczących składników są skutkiem rozwoju wiedzy naukowej w dziedzinie toksykologii, oceny ryzyka i rozwoju technologicznego. Natomiast przepisy chemiczne (rozporządzenia REACH i CLP) jak wspomniałam wyżej, również wpływają na zakres stosowania niektórych substancji w produktach kosmetycznych. 

Klasyfikacja zharmonizowana CMR substancji (w ramach CLP) stanowi najczęstszy przypadek w kontekście regulacji okołosektorowych, który bezpośrednio przekłada się na konsekwencje w branży kosmetycznej, co wynika z art. 15 rozporządzenia 1223/2009/WE. Przykładem substancji dla której toczy się aktualnie proces w ramach przepisów chemicznych jest właśnie etanol. Kwestia klasyfikacji etanolu powraca co jakiś czas, to nie jest pierwszy rozdział tej historii. Oficjalna intencja, dotycząca klasyfikacji etanolu jako substancji CMR, pojawiła się w 2020 roku, czyli 5 lat temu, kiedy to Grecja zgłosiła do ECHA (Europejska Agencja Chemikaliów) propozycję zharmonizowanej klasyfikacji etanolu zgodnie z rozporządzeniem 1272/2008/WE (CLP) jako substancji szkodliwie działającej na rozrodczość. Jednocześnie etanol znajduje się obecnie w procesie ponownej oceny jako substancja czynna biobójcza.

Etanol jest bardzo szeroko stosowany w wielu kategoriach kosmetyków. Bez niego nie ma perfumerii. I nie ma dla etanolu żadnego zamiennika. To jest największy problem. Etanol jest również jednym z najbardziej bezpiecznych środków biobójczych, który nie powoduje oporności mikroorganizmów, która jest ogromnym wyzwaniem dla przemysłu i służby zdrowia.

Nadal ciężko mi zrozumieć, dlaczego alkohol etylowy ma być uznany za szkodliwy tylko w kosmetykach, a w produktach spożywczych już nie. Można to jakoś uzasadnić?

Ewa Starzyk: To są bardzo ważne pytania w całej tej sytuacji. I dlatego bijemy na alarm. W branży spożywczej nie ma automatycznego zakazu stosowania substancji klasyfikowanych jako CMR. Branża kosmetyczna jest jedyną, dla której klasyfikacja etanolu jako CMR spowoduje jego automatyczny zakaz stosowania. Wynika to z art. 15 rozporządzenia 1223/2009/WE. Teoretycznie możliwe jest odstępstwo od tego zakazu, związane jest ze spełnieniem określonych warunków. Jednak dla substancji należącej do klas 1A lub 1B CMR (istnieje duże ryzyko, że taką klasyfikację najprawdopodobniej otrzymałby etanol) jeszcze nigdy nie zostało przyznane, odkąd obowiązuje rozporządzenie kosmetyczne 1223/2009/WE.

Tymczasem etanol ma bardzo niski potencjał wchłaniania przez skórę. Badania pokazują, że mniej niż 1 proc. zastosowanego etanolu jest wchłaniane przez skórę, a większość wyparowuje w ciągu kilku sekund z jej powierzchni. Produkty kosmetyczne są bardzo restrykcyjnie oceniane pod kątem bezpieczeństwa stosowania przez konsumenta jeszcze przed wprowadzeniem ich na rynek. Zresztą jeszcze przed procesem oceny bezpieczeństwa produktu kosmetycznego receptura zawierająca alkohol etylowy jest tak projektowana, aby uwzględniała jego właściwości oraz szereg innych elementów. Główne zagrożenie wynika ze spożycia etanolu, ale w branży spożywczej żaden taki zakaz nie obowiązuje. To jeden z największych paradoksów regulacyjnych, lub wręcz absurdów...

W dodatku to są bardzo podstawowe składniki, prawda? Etanol, talk…

Ewa Starzyk: Cały czas rozmawiamy o składnikach kosmetycznych, które są bezpiecznie stosowane w określonych formułach, przebadane, a kosmetyki je zawierające są pozytywnie ocenione przez safety assessorów. Reformulacja, szczególnie takich kluczowych składników kosmetyku, jest czasochłonna i wymagająca, a wyzwaniem jest także brak odpowiednich zamienników.

Zmiany wynikające z dostosowania receptur do zmian prawa w zakresie składników konsumuje nawet 50 proc. czasu pracy – firmy muszą stale analizować, co za chwilę wypadnie z portfolio składnikowego, i jak dalej produkować ten sam krem, który powinien tak samo pachnieć czy mieć takie same właściwości aplikacyjne, ale w ramach innego składu. I muszą to robić z dużym wyprzedzeniem, bo potem byłyby zmuszone wycofywać z rynku legalnie wprowadzone produkty – terminy dostosowania do nowych wymogów obejmują produkty już obecne na półkach sklepowych (dostępne na rynku) i są one często tak krótkie, że produkty nie zdążą się wyprzedać. A przecież mówimy o składnikach stosowanych bezpiecznie od dekad.

Firmom dokłada się pracy związanej z reformulacją produktów i na to przeznaczane są zasoby finansowe, kadrowe, a mogłyby one zostać przeznaczone na prace związane z innowacjami.

Składniki to ważny, ale z pewnością nie jedyny obszar, który znajduje się na Państwa agendzie. Gdzie jeszcze, poza składnikami, związek podejmuje działania dla branży kosmetycznej?

Dorota Rejman: Przykładem naszego modelowego działania jest dyrektywa ws. oczyszczania ścieków komunalnych (UWWTD). Posiadamy rzetelne dane, które przedstawialiśmy jako branża w trakcie procesu regulacyjnego, przed publikacją dyrektywy. Ewidentnie ten projekt doregulowuje niesprawiedliwie dwie branże: farmaceutyczną i kosmetyczną, które mają płacić za oczyszczanie ścieków z wszystkich mikrozanieczyszczeń w ramach systemu ROP (Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta), ale także tych niepochodzących z sektora kosmetycznego i farmaceutycznego. Weźmy np. kofeinę, czyli kawę. Ta w ściekach pochodzi głównie z napojów. Branża kosmetyczna stosuje kofeinę jako składnik w bardzo niewielkich stężeniach, np. 0,5 proc. w balsamach do ciała czy peelingach. Ale to branża kosmetyczna będzie płaciła za emisję kofeiny, która jest wylewana do zlewu, z naszych filiżanek i która nie metabolizuje się w naszych organizmach. Dwa sektory będą pokrywały koszty usuwania mikrozanieczyszczeń generowanych przez różne produkty, a przecież branż zanieczyszczających jest więcej, nie jest to tylko sektor kosmetyczny i farmaceutyczny.

Dyrektywa UWWTD niestety została tak zaprojektowana, że nie odpowiada na podstawową zasadę, „zanieczyszczający płaci”. W tym przypadku w naszej ocenie zaszła jakaś niespotykana nieuważność w projektowaniu prawa i dość duża oporność na jego korektę jeszcze przed publikacją. W naszej ocenie istnieje konieczność niezwłocznej nowelizacji dyrektywy.

Dlaczego to branża kosmetyczna stała się takim chłopcem do bicia?

Aleksandra Lau-Wyzińska: Wydaje się, że najważniejszym powodem jest to, że przy produkcji kosmetyków łatwo zidentyfikować, co i gdzie jest dodawane. W branży kosmetycznej wszystko musi być zgodne z restrykcyjnymi regulacjami, przebadane, zrozumiale opisane i oznaczone.

Każde laboratorium, każdy z producentów co do miligrama czy cząsteczki wykaże, co i w jakiej ilości zostało w danym kosmetyku użyte…

Aleksandra Lau-Wyzińska: Tak. Mamy w Europie bardzo restrykcyjny i szczegółowy system oceny bezpieczeństwa kosmetyku: najpierw surowców, potem gotowego produktu, kombinacji różnych surowców. Tym zajmują się safety assessorzy, którzy bazując na swojej wiedzy i doświadczeniu oceniają bezpieczeństwo produktu kosmetycznego, biorąc pod uwagę każdy składnik obecny w recepturze i zanieczyszczenie tego składnika. To jest analizowane naprawdę na głębokim poziomie szczegółowości. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę – i to jest jedna z przyczyn powszechnej „chemofobii”.

Obserwujemy, że dużo niedobrego robi niewiedza konsumentów na temat chemii, która stanowi przecież część naszego życia, a także toksykologii. Staramy się tłumaczyć – sami i za pośrednictwem naszych firm członkowskich – że czytanie składów kosmetyków tylko pozornie jest proste. Kosmetyki to skomplikowane chemiczne mieszaniny.

Kosmetyki to także opakowania. 22 stycznia br. zostało opublikowane unijne rozporządzenie w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych, tj. PPWR. Jak ono wpłynie na branżę kosmetyczną? Czy wraz z obowiązywaniem PPWR pojawi się wiele nowych problemów do rozwiązania?

Ewa Starzyk: Zawsze informujemy i uprzedzamy firmy z maksymalnym wyprzedzeniem, jakie konsekwencje będą miały poszczególne regulacje. Projekt rozporządzenia – zdanie po zdaniu – analizowaliśmy z grupami roboczymi związku już wiele miesięcy temu, w trakcie procesu legislacyjnego, w którym braliśmy aktywny udział.

PPWR stawia wyzwania przed branżą kosmetyczną. Są w nim np. wymagania pełnej recyklowalności opakowań, minimalizacji opakowań, użycia recyklatu w opakowaniach czy ponownego użycia opakowań transportowych. Ale! Diabeł tkwi w szczegółach, więc w 2025 i w kolejnych latach będziemy pracować, wraz z firmami członkowskimi – nad regulacjami, które te szczegóły wskażą.

Czyli opakowanie szminki może być zrobione z przetworzonego plastiku?

Ewa Starzyk: Jeśli ten plastik będzie bezpieczny – to oczywiście może! Ale na razie jest to duże wyzwanie, bo wysokiej jakości recyklatu jest na rynku niewiele, a ponadto – jest on droższy, niż surowiec pierwotny. Pozostaje także wyzwanie, na ile konsumenci zaakceptują zrównoważone opakowania, które nie są tak piękne i efektowne, jak te konwencjonalne. Wyzwaniem dla zamknięcia obiegu opakowań kosmetyków jest też proces recyklingu takich małych opakowań, jak właśnie od szminek.

Co oprócz opakowań reguluje Unia Europejska w Zielonym Ładzie, co dotyczy branży kosmetycznej?

Ewa Starzyk: Zielony Ład zmieni praktycznie każdy aspekt funkcjonowania branży kosmetycznej. Poza opakowaniami, ściekami, są tam także regulacje dotyczące deklaracji środowiskowych, wyznaczania śladu węglowego. Jest zakaz wylesiania, który wiąże się z ogromnym obciążeniem administracyjnym, jest raportowanie niesprzedanych produktów, a docelowo także wyznaczanie śladu środowiskowego, cyfrowy paszport produktu (który będzie się wiązał z ogromną ilością informacji) i możliwe wymogi ekoprojektowania. Są też wymogi zrównoważonego rozwoju, w tym raportowania ESG, choć to ostatnie zostanie częściowo ograniczone w ramach tzw. Omnibusa.

A co z rozporządzeniem kosmetycznym 1223/2009/WE – czy dla tego podstawowego aktu regulacyjnego branży kosmetycznej także przewidziane są zmiany?

Dorota Rejman: Komisja Europejska podjęła decyzję, aby przeprowadzić analizę i ocenę (tzw. Fitness check) czy obecne przepisy funkcjonują zgodnie z ich zamierzeniem. 21 lutego br. ogłosiła tzw. Call for evidence (zaproszenie do zgłaszania uwag do 21 marca br.), które jest pierwszym etapem prac nad oceną funkcjonowania rozporządzenia 1223/2009/WE (CPR), w tym czy spełnia ono swoje cele i założenia, również w kontekście transformacji ekologicznej i cyfrowej oraz w świetle potrzeby konkurencyjności biznesu w UE. Kolejnym etapem prac będą konsultacje publiczne, które potrwają 12 tygodni.

Jakie będą tego konsekwencje i co może wyniknąć po konsultacjach?

Ewa Starzyk: Scenariusze mogą być rozmaite. Natomiast samo podejście tzn. przeprowadzenie analizy i oceny wydaje się słuszne. Komisja prawdopodobnie opublikuje końcowe sprawozdanie z oceny CPR w pierwszym kwartale 2026 r., w sprawozdaniu zostanie stwierdzone czy konieczna jest rewizja rozporządzenia 1223/2009/WE i w jakim zakresie. Związek będzie uczestniczył w pracach nad oceną CPR na każdym etapie, tak aby jak najlepiej zabezpieczyć interesy przedsiębiorców sektora kosmetycznego. Równolegle dzieje się tyle rzeczy, które na różnych poziomach dotyczą funkcjonowania firm, że naprawdę małe lub średnie przedsiębiorstwa, takie, które mają niewielkie kilkunastoosobowe zespoły, są skupione cały czas na pracy regulacyjnej. Nie mają miejsca na myślenie o nowych, innowacyjnych produktach, nie mają na to zasobów ludzkich.

Ciężko myśleć o innowacyjności, kiedy trwa walka firmy o utrzymanie się na powierzchni, żeby jakkolwiek funkcjonować…

Aleksandra Lau-Wyzińska: Byliśmy w kilku zakładach produkcyjnych w ciągu ostatnich miesięcy. W wielu rekrutacja jest cały czas otwarta, firmy szukają ludzi. To z jednej strony oznacza rozwój, zaś z drugiej dowodzi wzmożonej ilości pracy. Pracy regulacyjnej jest tyle, że często zespoły nie nadążają z jej obrabianiem.

Patrząc na liczbę tych wszystkich dyrektyw i regulacji, to branża nie ma łatwo?

Dorota Rejman: Jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji regulacyjnej, rzeczywiście. Powtarzamy od wielu miesięcy, że mamy do czynienia z tsunami regulacyjnym, ale – jak ostatnio powiedziała jedna z członkiń naszego zarządu – to tsunami nas porwało. Mikroplastiki, ścieki, składniki, CMR-y, etanol, opakowania – lista jest długa i stale się wydłuża.

Wygląda na to, że im dłużej związek istnieje, tym więcej pojawia się spraw do rozwiązania. Chciałam zapytać o taką sprawę ogólną, żeby podsumować naszą rozmowę: jak wyglądałby polski przemysł kosmetyczny, gdyby nie związek? Czy ten przemysł w ogóle by jeszcze dziś istniał, gdyby nie wasze działania?

Aleksandra Lau-Wyzińska: Jestem przekonana, że istniałby, ale być może nie w takiej skali. Tu trzeba przypomnieć początki, bo związek powstał przecież, gdy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, i jego celem była pomoc polskiej branży kosmetycznej w przejściu przez proces akcesji.

Jest nadal dużo rzeczy do załatwienia. Nigdy nie ograniczamy się do prostego przesyłania członkom surowych informacji o ważnych tematach. To nie wystarczy. Firmy, które nam zaufały i należą do organizacji, oczekują znacznie więcej – reprezentowania ich interesów przed instytucjami publicznymi, aktywnego działania, aby przepisy były wykonalne, a nie absurdalne.

Nie każda firma, szczególnie MŚP, jest w stanie sama śledzić czy zinterpretować przepisy, nie wszyscy mają do tego zasoby. Dlatego naszym członkom dostarczamy przetworzoną, przeanalizowaną i gotową informację z wnioskami, co z tego może wyniknąć dla nich, ich działalności. To jest serwis, który świadczymy każdego dnia: udzielanie rekomendacji, co firmy mogą zrobić, jak się przygotować na zmiany. Ale to działa w dwie strony – potrzebujemy członków, zaangażowania ze strony firm, aby wiedzieć, co realnie jest dla firm największym wyzwaniem. Bo organizacja jest tak silna, jak aktywni są jej członkowie.

Razem w różnych kwestiach jesteśmy dużo skuteczniejsi, możemy więcej wypracować, lub przekonać do większej liczby sensownych rzeczy na przykład nasze władze, które reprezentują potem przedsiębiorców w Europie. Pomagamy przedsiębiorcom funkcjonować poprzez to, że zanosimy postulaty branżowe i pokazujemy argumenty merytoryczne naszym władzom w Polsce i UE.

Spotykamy się z europarlamentarzystami, z przedstawicielami różnych departamentów Komisji Europejskiej. Policy makerzy muszą rozumieć, że Europa to nie tylko Niemcy, Włochy czy Francja. Nasz rynek kosmetyczny, i to mówią wszyscy, jest po prostu wyjątkowy. Nasza praca jest więc dość złożona, czasem spektakularna, a czasem zupełnie nie – ale myślę, że jednak skuteczna.

To ostatnie pytanie na zakończenie naszej długiej rozmowy: czego życzyć Kosmetycznym na nadchodzące miesiące?

Aleksandra Lau-Wyzińska: Siły przebicia i możliwości działania zgodnego z założonym planem. Chciałybyśmy, żeby biznes szerzej otworzył oczy, zorientował się, że jesteśmy już w Unii Europejskiej 20 lat i prawo przychodzi do nas i z Brukseli, i z Wiejskiej. Jesteśmy w obu tych sferach aktywni – we wszystkich procesach – bo inaczej rzeczy będą się działy o nas bez nas.

Jako związek chcemy być rzecznikiem wszystkich firm – małych i średnich, bo to nimi stoi przemysł kosmetyczny w Polsce, jak i tych dużych czy globalnych, dla których Polska jest ważnym hubem. Można powiedzieć, że to jest nasza misja, żeby cały przemysł był słyszany i wysłuchiwany.

Czytaj też:

Wystawa w PE: kosmetyki z Polski w sercu Europy

Dr inż. Justyna Żerańska, PZKP: Prezydencja Polski w UE nie może przesłonić nam bieżącej pracy regulacyjnej

Marzena Szulc
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
17.09.2026 11:24
Tomasz Leśniak, Medica Group: Proces normalizacji sexual wellness jeszcze się nie zakończył.
Tomasz Leśniak (archiwum prywatne)

„Nie chcemy tylko dostarczać produktów. Chcemy wspólnie z retailerami budować kategorię, która odpowiada na realne potrzeby konsumentów i tworzy dla handlu nowy, rentowny obszar wzrostu" — mówi Tomasz Leśniak, CEO Medica-Group Sp. z o.o. O tym, jak zmienia się kategoria sexual wellness, co ją blokuje, a gdzie są niewykorzystane szanse rozwojowe, rozmawia z Wiadomościami Kosmetycznymi.

Czy wejście sexual wellness do mainstreamowych drogerii oznacza normalizację, czy „wygładzenie” produktu? Czy zmieniali Państwo produkt lub branding pod  oczekiwania sieci? 

Z perspektywy producenta widzę przede wszystkim realną normalizację tej kategorii. Sexual wellness coraz wyraźniej wychodzi z obszaru tabu i staje się częścią szerszej rozmowy o jakości życia, relacjach i zdrowiu intymnym. To naturalna ewolucja rynku: konsumenci są bardziej świadomi swoich potrzeb, a handel zaczyna za tą zmianą podążać. 

Nie oznacza to jednak, że produkt w kanale mainstreamowym może być komunikowany dokładnie tak samo, jak w kanale specjalistycznym. Drogeria ma inną przestrzeń ekspozycyjną, inną wrażliwość komunikacyjną i  znacznie szerszą grupę odbiorców. Dlatego dostosowanie języka, designu czy architektury opakowania uważam nie za „wygładzanie”, lecz za profesjonalne zarządzanie kategorią. Kluczowe jest, aby nie zgubić  funkcji i tożsamości produktu. 

W Medica-Group od lat rozwijamy portfolio tak, aby produkty intymne mogły funkcjonować również w  nowoczesnym retailu. Nasze wieloletnie doświadczenie obejmuje kosmetyki, suplementy diety, perfumy z feromonami i inne segmenty sexual wellness. Jeżeli partner handlowy wskazuje konkretne potrzeby dotyczące ekspozycji czy komunikacji, jesteśmy otwarci na dialog. Nie chodzi jednak o ukrywanie kategorii, lecz o nadanie jej formy adekwatnej do miejsca sprzedaży. Uważam, że prawdziwa normalizacja następuje właśnie wtedy, gdy produkt nie musi krzyczeć, że jest „erotyczny”, aby konsument rozumiał jego  przeznaczenie. 

Moje obserwacje dotyczące rynku są takie, że łatwiej znaleźć na półce produkt, który ma sprawić, że konsumentka będzie bardziej atrakcyjna dla kogoś, niż taki, który ma zwiększyć jej własną satysfakcję seksualną. Czy obserwują Państwo to również w praktyce biznesowej? Jak kupcy reagują na bezpośrednią komunikację o kobiecej przyjemności i własnym pożądaniu?

Przez wiele lat rynek rzeczywiście częściej komunikował kobiecą seksualność przez pryzmat atrakcyjności  dla partnera niż własnej przyjemności kobiety. To się jednak zmienia i uważam, że jest to jedna z najważniejszych zmian zachodzących obecnie w sexual wellness. Konsumentki coraz częściej poszukują produktów związanych z ich własnym komfortem, potrzebami, libido i satysfakcją. 

Dlatego Medica-Group od dawna buduje pełne linie skierowane bezpośrednio do kobiet. W naszym portfolio znajdują się m.in. Orgasm Max Cream for Women, Orgasm Power for Women oraz linia WinWoman, rozwijana w różnych formach produktowych. Nie traktujemy produktów dla kobiet jako dodatku do oferty  męskiej. To samodzielny, strategiczny segment naszego portfolio. 

A co z kupcami?

Po stronie kupców nadal widoczna jest pewna ostrożność wobec bardzo bezpośredniego języka. Naszą rolą  jako producenta jest więc dostarczenie partnerowi nie tylko produktu, ale również wiedzy: jak mówić o potrzebach kobiet w sposób nowoczesny, odpowiedzialny, zgodny z charakterem kanału i bez niepotrzebnej  sensacyjności. Chcemy przekazywać tę wiedzę partnerom B2B, szkolić ich zespoły i pomagać budować  komunikację, w której kobieca przyjemność jest naturalnym elementem zdrowia, komfortu i jakości życia, a nie tematem, który należy omijać.

Czy „sexual wellness” to realna zmiana myślenia, czy strategia marketingowa pozwalająca ominąć tabu? 

Dla mnie sexual wellness jest przede wszystkim realną zmianą sposobu myślenia. Sam język oczywiście ma  znaczenie: termin „sexual wellness” pozwala wyjść poza historyczne skojarzenie tej kategorii wyłącznie z sex-shopem i spojrzeć na nią szerzej — przez pryzmat komfortu intymnego, relacji, świadomości własnego  ciała, satysfakcji i jakości życia. Ale jeżeli za zmianą słownika nie idzie zmiana produktu, edukacji i podejścia  do konsumenta, pozostaje ona tylko zabiegiem marketingowym. 

To gdzie kończy się wellness, a zaczyna po prostu kosmetyczne „opakowanie” kategorii erotycznej w bardziej akceptowalny język?

Granica jest więc dość prosta: wellness nie może być eufemizmem służącym do ukrywania rzeczywistego  przeznaczenia produktu. Komunikacja powinna być transparentna, odpowiedzialna i adekwatna do kategorii.  Jednocześnie nie widzę powodu, aby seksualność przedstawiać językiem prowokacji, skoro może być  komunikowana tak samo profesjonalnie, jak pielęgnacja intymna, zdrowie hormonalne czy inne obszary związane ze zdrowiem i jakością życia. 

image

Rynek sexual wellness w Polsce w fazie przyspieszenia, start upy — strzyżcie uszami

Medica-Group od lat działa właśnie na styku tych światów. Naszym celem jest „odczarowywanie” kategorii:  bez infantylizacji i bez epatowania erotyką. Sexual wellness dojrzewa jako segment rynku wtedy, kiedy  zaczynamy mówić o nim rzeczowo — tak, jak o każdym innym obszarze konsumenckiego wellness. 

W badaniu, które przeprowadziłam na potrzeby artykułu w zeszłorocznym roczniku Wiadomości Kosmetycznych, spośród dużych sieci oferujących przynajmniej część kategorii sexual wellness aż 80 proc. nie odpowiedziało na pytanie o dane sprzedażowe, 8 proc. odmówiło ich udostępnienia, a tylko 2,3 proc. zadeklarowało, że takie dane w ogóle zbiera. Czy oznacza to, że rynek nadal nie traktuje tej kategorii jako pełnoprawnej kategorii FMCG/beauty? 

Nie interpretowałbym samej niechęci do udostępniania danych jako dowodu, że kategoria nie jest traktowana poważnie — sieci handlowe chronią dane sprzedażowe również w wielu innych segmentach. Natomiast fakt,  że wokół sexual wellness nadal pojawia się większa ostrożność komunikacyjna, pokazuje, że proces normalizacji jeszcze się nie zakończył. 

Z naszej perspektywy zmiana jest jednak wyraźna. Jeszcze kilka lat temu rozmowa z mainstreamowym  retailem bardzo często zaczynała się od pytania: „czy taka kategoria w ogóle pasuje do drogerii?”. Dzisiaj coraz częściej rozmawiamy o tym, jakie produkty wybrać, jak je wyeksponować, jak przeprowadzić pilotaż i jak zbudować rotację. To zasadnicza różnica. 

Misją Medica-Group jest przyspieszenie tego procesu. Chcemy, aby sexual wellness było traktowane jako pełnoprawny element nowoczesnego wellness — obok obszarów, które jeszcze niedawno również były  niszowe, a dziś są częścią głównego nurtu, takich jak longevity czy biohacking. Nie stawiałbym znaku  równości między tymi kategoriami w sensie medycznym; łączy je natomiast rosnące zainteresowanie konsumentów świadomym dbaniem o jakość życia. Właśnie w tym kontekście sexual wellness ma ogromną  przestrzeń do dalszego rozwoju. 

Z jakim oporem kupców spotykają się Państwo przy wprowadzaniu sexual wellness do tradycyjnych drogerii? Czego dotyczą największe obawy: reakcji klientów, komunikacji marketingowej, ekspozycji, wizerunku sieci czy odpowiedzialności za samą kategorię?

Największą barierą nie jest dziś, moim zdaniem, sprzeciw wobec samej kategorii. Częściej jest nią niepewność. Kupiec, który przez lata zarządzał klasycznym beauty, suplementami czy higieną osobistą, może nie mieć jeszcze wystarczających danych, aby ocenić potencjał rotacji sexual wellness. Pojawiają się  pytania o akceptację klientów, miejsce na półce, język komunikacji, szkolenie personelu i przede wszystkim  ryzyko zatowarowania. 

Proponujemy model współpracy oparty na rozwiązaniach, które istotnie ograniczają ryzyko po stronie retailera i ułatwiają podjęcie decyzji o wdrożeniu marki. Opracowaliśmy strategię wejścia obejmującą  selekcję najlepiej rokujących SKU, możliwość pilotażu w wybranych placówkach oraz pełne wsparcie  wdrożenia i sprzedaży. Nasze podejście zostało skonstruowane w taki sposób, aby partner mógł przetestować potencjał marki przy minimalnym zaangażowaniu i ograniczonym ryzyku handlowym. Dzięki temu możemy elastycznie dopasować model współpracy do skali, potrzeb i oczekiwań konkretnej sieci. 

Do tego dokładamy wiedzę produktową, materiały, wsparcie marketingowe i szkolenia personelu. Dzięki  wieloletniemu doświadczeniu wiemy, że w nowej kategorii sam produkt nie wystarcza. Trzeba pomóc partnerowi zrozumieć, komu go zaoferować, gdzie go ustawić i jak o nim mówić. Właśnie w ten sposób  chcemy budować bezpieczne wejście sexual wellness do retailu. 

Brzmi, jakby mainstream poszerzał grupę odbiorców. A może tylko przenosi zakupy z sex shopów i sklepów specjalistycznych? 

Jestem przekonany, że mainstream przede wszystkim poszerza rynek. Poszczególne kanały mają różne  grupy klientów, różny poziom zaufania i odpowiadają na inne sytuacje zakupowe. Klient specjalistycznego  sklepu internetowego często szuka bardzo szerokiego wyboru i konkretnego produktu. Klient drogerii może  natomiast odkryć kategorię przy okazji codziennych zakupów — obok kosmetyków, suplementów czy  produktów higieny intymnej. To zupełnie inna ścieżka zakupowa. 

image

Agata Ptak, Lula Pink: Estetyka sex shopowa nie sprzeda się w drogeriach [FBK 2025]

Dlatego obecność sexual wellness w drogerii nie musi oznaczać odebrania sprzedaży sex-shopom. Może oznaczać dotarcie do konsumenta, który wcześniej w ogóle nie wszedłby do sklepu specjalistycznego. Mainstream obniża psychologiczną barierę wejścia, zwiększa dostępność i pomaga normalizować kategorię.  W efekcie rośnie cały rynek. 

Z biznesowego punktu widzenia to ważna szansa dla retailerów. Wprowadzając dobrze dobraną ofertę sexual wellness, sieć może nie tylko zwiększyć wartość koszyka, ale również pozyskać nową potrzebę  zakupową wśród obecnych klientów i przyciągnąć nowych odbiorców. Właśnie dlatego patrzymy na tę  kategorię nie jako na migrację sprzedaży między kanałami, ale jako na tworzenie dodatkowego popytu. 

Gdyby miał Pan wystosować miniorędzie do kupców w sieciach drogeryjnych czy handlowych w ogóle, to co by Pan w nim zawarł?

Spójrzcie Państwo na sexual wellness nie jak na niszową kategorię, ale jak na kolejną przestrzeń do wzrostu sprzedaży, marży i pozyskania nowych klientów. 

Medica-Group ma wieloletnie doświadczenie na rynku kosmetyków i suplementów. Przez lata  zdobyliśmy szerokie kompetencje w sprzedaży detalicznej, produkcji i rozwijaniu marek oraz we współpracy  B2B z partnerami i dystrybutorami, także na rynkach zagranicznych. Nasze portfolio obejmuje m.in. markę PheroStrong oraz rozwijane od lat linie produktów intymnych. Produkty Medica-Group są obecne w  europejskich kanałach dystrybucji, a w 2026 roku linie PheroStrong Elixir i Orgasm Max Cream zostały  wyróżnione w konkursie Perły Rynku. 

Nie proponujemy Państwu po prostu kolejnych produktów na półkę. Proponujemy wspólne wejście w kategorię, która może generować dodatkowy obrót, atrakcyjną marżę i docierać do klientów, których część  tradycyjnego retailu wciąż nie zagospodarowała. 

Rozumiemy jednocześnie, że wdrożenie nowej kategorii może wiązać się z ostrożnością po stronie kupca. Dlatego opracowaliśmy model współpracy, który pozwala istotnie ograniczyć ryzyko handlowe — od selekcji  najlepiej rokujących SKU, przez możliwość rozpoczęcia od pilotażu, po elastyczne rozwiązania dopasowane  do skali i potrzeb konkretnej sieci. Zapewniamy wiedzę produktową, materiały sprzedażowe i marketingowe, próbki, szkolenia pracowników oraz bieżące wsparcie naszego zespołu. 

Chcemy być nie tylko dostawcą, ale partnerem odpowiedzialnym za rozwój kategorii razem z siecią. Model  jest prosty: minimalizujemy barierę wejścia i ryzyko po stronie retailera, a wspólnie maksymalizujemy  potencjał sprzedaży i zysku. Bazując na wieloletnim doświadczeniu w budowaniu tego rynku, wierzymy, że sexual wellness zasługuje na pełnoprawne miejsce w nowoczesnym handlu. Warto dać tej kategorii miejsce  na półce — i pozwolić klientom zdecydować o jej sukcesie.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
15.09.2026 11:19
Zuzanna Dziewiela, Herbapol: Słowo „naturalny” przestało być dla świadomego konsumenta wystarczającym argumentem zakupowym
Justyna Dziewiela (archiwum prywatne)

Herbapol, marka od dekad związana z ziołami i surowcami roślinnymi, od 2020 roku rozwija także ofertę kosmetyczną. Wejście do beauty oznaczało nie tylko wykorzystanie dotychczasowych kompetencji, ale również konieczność zdobycia nowego know-how. Dziś firma stawia na połączenie składników pochodzenia naturalnego z nowoczesną kosmetologią, udokumentowaną skutecznością i sensoryką, a jednocześnie wzmacnia świadomość, że znana przede wszystkim ze świata produktów spożywczych marka jest obecna także na półce kosmetycznej. Z Zuzanną Dziewielą, Global Marketing Managerką, rozmawiają o tym i innych tematach Wiadomości Kosmetyczne.

Herbapol od dekad kojarzony jest z tradycją wykorzystywania ziół w codziennym wspieraniu zdrowia i produktami spożywczymi opartymi na surowcach roślinnych. W jaki sposób to wieloletnie doświadczenie wpłynęło na decyzję o wejściu na rynek kosmetyczny i na filozofię tworzenia kosmetyków?

Wejście na rynek kosmetyczny było dla Herbapolu naturalnym kierunkiem rozwoju. Marka od lat jest silnie kojarzona z naturą i produktami opartymi na surowcach roślinnych, dlatego mogliśmy przenieść ten kapitał oraz związane z nim kompetencje do zupełnie nowej dla nas kategorii. Od początku zależało nam przy tym, żeby kosmetyki Herbapol nie opierały się wyłącznie na wizerunkowym skojarzeniu z ziołami czy owocami. Naturalne ekstrakty i fitoskładniki mają być integralnym elementem przemyślanej receptury i pełnić w niej określoną funkcję.

Kosmetyki tworzymy z taką samą dbałością o jakość i dobór składników, jaka od lat towarzyszy nam przy tworzeniu produktów Herbapol w kategorii spożywczej. Jednocześnie pielęgnacja daje nam możliwość pokazania natury w trochę innym wymiarze. Kosmetyk ma oczywiście dobrze spełniać swoją podstawową funkcję, ale jego używanie jest też doświadczeniem — liczą się konsystencja, zapach, przyjemność aplikacji. Coraz częściej pielęgnacja jest częścią szerzej rozumianego wellbeingu, chwilą dla siebie w ciągu dnia (tzw. „me time”). Dlatego w naszych produktach funkcjonalność łączymy z warstwą sensoryczną: zapach może relaksować, pobudzać czy po prostu sprawić, że codzienna czynność staje się przyjemnym rytuałem. Ten kierunek jest dobrze widoczny w obecnym portfolio Herbapolu.

Jakie elementy wiedzy i kompetencji rozwijanych przez lata w obszarze znajomości ziół udało się bezpośrednio wykorzystać przy opracowywaniu receptur kosmetycznych, a czego firma musiała nauczyć się od podstaw?

To, co mogliśmy bezpośrednio przenieść do kategorii kosmetycznej, to przede wszystkim bardzo dobra znajomość surowców roślinnych — ziół, owoców, ekstraktów i ich właściwości — oraz wiedza botaniczna rozwijana przez Herbapol przez wiele lat. To był nasz naturalny punkt wyjścia do pracy nad recepturami i do dziś pozostaje jednym z fundamentów tej kategorii. Wykorzystujemy szerokie spektrum ekstraktów i olejów roślinnych, a także inne składniki aktywne, takie jak pantenol, alantoina, biotyna czy mocznik.

image

Czy kosmetyki mogą pomóc mleczarniom? Serwatka zyskuje na znaczeniu w czasie zmian na rynku nabiału

Nowością było natomiast nauczenie się, jak tę wiedzę skutecznie przełożyć na formulację kosmetyczną. Sama obecność wartościowego ekstraktu nie tworzy jeszcze dobrego kosmetyku. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób połączyć składniki pochodzenia roślinnego ze składnikami aktywnymi stosowanymi we współczesnej kosmetologii, aby otrzymać produkt skuteczny, stabilny, bezpieczny, a jednocześnie przyjemny w użyciu. To wymaga zupełnie innego know-how niż rozwój produktu spożywczego — od samej technologii receptury po sensorykę i oczekiwania związane z konkretną kategorią pielęgnacyjną.

Rozwój kosmetyków wiąże się z innymi wymaganiami niż produkcja żywności czy suplementów. Jakie były największe wyzwania podczas tworzenia pierwszych linii kosmetycznych Herbapolu – zarówno technologiczne, regulacyjne, jak i związane z oczekiwaniami konsumentów?

Wejście do nowej kategorii oznaczało dla nas konieczność zbudowania kompetencji w kilku obszarach jednocześnie. Pierwszym była legislacja. Kosmetyki funkcjonują w innym otoczeniu regulacyjnym niż żywność czy suplementy diety: inne są wymagania dotyczące bezpieczeństwa produktu, dokumentacji czy sposobu formułowania deklaracji marketingowych. Musieliśmy więc bardzo dobrze poznać specyfikę tego rynku i włączyć ją w cały proces rozwoju produktu.

Drugim obszarem była technologia. Tutaj kluczowe było połączenie naszych kompetencji dotyczących składników roślinnych z doświadczeniem ekspertów i partnerów technologicznych z branży kosmetycznej. Bardzo starannie podchodziliśmy do ich doboru, ponieważ zależało nam, aby finalne receptury odpowiadały naszym wymaganiom dotyczącym jakości, składu i bezpieczeństwa, a jednocześnie spełniały oczekiwania konsumentów wobec współczesnego kosmetyku, również pod względem konsystencji, zapachu czy komfortu stosowania.

Trzecim i być może najbardziej interesującym wyzwaniem był sam konsument. Herbapol jest marką bardzo dobrze znaną Polakom, ale wejście do nowej kategorii nie oznacza automatycznie przeniesienia tej pozycji lidera na półkę kosmetyczną. Polska jest niezwykle konkurencyjnym rynkiem beauty, na którym konsument ma ogromny wybór zarówno polskich, jak i międzynarodowych marek. Dlatego wiedza o tym, kto zna i ceni Herbapol, była dla nas ważnym punktem wyjścia, ale musieliśmy równocześnie nauczyć się potrzeb konsumenta w kategorii kosmetycznej i od podstaw zbudować wiarygodność marki właśnie w tym kontekście.

Jak dziś wygląda obecność kosmetyków Herbapolu na rynkach zagranicznych? Które kraje lub regiony najlepiej przyjęły ofertę marki i czym, Państwa zdaniem, wynika zainteresowanie właśnie tam?

Kosmetyki to nadal stosunkowo młoda część biznesu Herbapolu i na obecnym etapie priorytetem pozostaje dla nas rynek polski. Kategoria zadebiutowała w 2020 roku pod submarką Polana. W 2024 roku, po pogłębionych badaniach konsumenckich, podjęliśmy decyzję o rezygnacji z tej nazwy i znacznie mocniejszym wyeksponowaniu marki Herbapol. Badania potwierdziły, że to właśnie Herbapol jest kluczowym argumentem budującym wiarygodność produktów kosmetycznych. 

image

Zioła, suplementy i kosmetyki naturalne. Gemini widzi potencjał w nowym segmencie rynku

Ta decyzja dobrze pokazuje, gdzie obecnie jesteśmy. Mamy bardzo silny kapitał marki — według danych, którymi dysponujemy, Herbapol zna 89 proc. konsumentów w Polsce — natomiast świadomość, że pod tą marką dostępne są również kosmetyki, nadal budujemy. Chcemy wykorzystać potencjał rynku krajowego, rozwijać dystrybucję i konsekwentnie wzmacniać pozycję Herbapolu na półce kosmetycznej. Jesteśmy liderem w kilku ważnych segmentach spożywczych i widzimy przestrzeń, by znacząco rosnąć także w beauty. Dopiero kolejnym krokiem będzie mocniejsze rozwijanie kategorii kosmetycznej na rynkach zagranicznych.

Czy zauważają Państwo różnice w oczekiwaniach konsumentów na poszczególnych rynkach eksportowych? Czy zagraniczni klienci zwracają uwagę na inne aspekty produktów niż konsumenci w Polsce?

Na obecnym etapie rozwoju kategorii kosmetycznej koncentrujemy się przede wszystkim na rynku polskim, dlatego nie mamy jeszcze wystarczającej skali, aby odpowiedzialnie formułować wnioski dotyczące trwałych różnic między konsumentami na poszczególnych rynkach eksportowych. Nie chcielibyśmy budować takich ocen na pojedynczych obserwacjach.

Oczywiście wraz z rozwojem eksportu będzie to dla nas istotny obszar analizy. Kosmetyki są kategorią, w której lokalne preferencje dotyczą nie tylko oczekiwanych benefitów, ale również zapachu, konsystencji, formatów czy sposobu komunikowania składników. Dlatego przyszłą ekspansję chcemy prowadzić z uwzględnieniem specyfiki danego rynku.

W ostatnich latach konsumenci coraz częściej podchodzą krytycznie do określenia „naturalny”, oczekując przede wszystkim potwierdzonej skuteczności i bezpieczeństwa, a nie claimów, także z obawy przed padnięciem ofiarą greenwashingu. Jak Herbapol odpowiada na tę zmianę i jak buduje zaufanie do swoich kosmetyków?

To bardzo ważna zmiana. Samo słowo „naturalny” przestało być dla świadomego konsumenta wystarczającym argumentem. Dlatego nie chcemy budować wiarygodności kosmetyków Herbapol wyłącznie na deklaracji naturalności. Nasza marka od wielu lat jest silnie kojarzona z naturą, ziołami i innymi składnikami roślinnymi, więc nie musimy od podstaw tworzyć takiej percepcji marki. Naszym zadaniem jest natomiast udowodnić, że potrafimy przełożyć ten kapitał na dobry, bezpieczny i dopracowany produkt kosmetyczny.

image

Anna Zawistowska, Słomiana Pracownia: Aromaterapia to nie magia, ale czysta nauka

Każdy z naszych kosmetyków przechodzi wymagane oceny bezpieczeństwa oraz odpowiednie badania, w tym badania dermatologiczne. Bardzo uważnie pracujemy również nad samą recepturą. Dążymy do wysokiego udziału składników pochodzenia naturalnego, ale nie traktujemy procentu naturalności jako celu samego w sobie. Liczy się dla nas przede wszystkim to, czy dany składnik ma w formulacji określone zadanie i czy cała receptura odpowiada założonej funkcji produktu. 

Kluczowa jest również transparentność. Konsument powinien móc zrozumieć, dlaczego określony składnik znalazł się w produkcie, i jaką pełni w nim rolę. Ten kierunek jest już dziś wyraźnie widoczny na rynku i będzie się jeszcze umacniał. Precyzyjna komunikacja receptury, składników, ich funkcji oraz korzyści produktu przestanie być dodatkowym atutem, a stanie się podstawowym standardem i jednym z warunków wiarygodności marki. Wraz ze wzrostem świadomości konsumentów coraz mniej miejsca będzie na ogólne hasła, takie jak „naturalne” czy „clean”, jeśli nie stoją za nimi konkretne informacje i odpowiednie uzasadnienie. Rosnąca ostrożność wobec nieudokumentowanych „zielonych” claimów już dziś wyraźnie wpływa na sposób, w jaki konsumenci oceniają marki i produkty.

Jak Pani zdaniem będzie rozwijał się segment kosmetyków naturalnych w najbliższych latach? Czy przyszłość rynku będzie opierała się przede wszystkim na naturalnym pochodzeniu składników, czy raczej na połączeniu surowców roślinnych z osiągnięciami współczesnej nauki i udokumentowaną skutecznością?

Zdecydowanie widzę przyszłość w połączeniu tych dwóch światów. Naturalne pochodzenie składników nadal będzie miało znaczenie, ale przestało już być wystarczającą obietnicą produktu. Konsumenci są coraz bardziej świadomi składów i chcą wiedzieć nie tylko, co znajduje się w kosmetyku, ale również jakiego efektu mogą się spodziewać. Dlatego przyszłością są receptury, które wykorzystują wartościowe surowce roślinne, ale łączą je z osiągnięciami współczesnej kosmetologii.

Bardzo dobrze widać to w trendzie skinification. Rozwiązania, składniki i sposób myślenia wcześniej charakterystyczne głównie dla pielęgnacji twarzy są coraz szerzej przenoszone do pielęgnacji ciała i włosów. Konsument zaczyna oczekiwać od balsamu, szamponu czy produktu do skóry głowy bardziej precyzyjnej odpowiedzi na konkretną potrzebę, a nie tylko podstawowej pielęgnacji. To jeden z wyraźnych kierunków rozwoju rynku, zarówno w body care, jak i hair care. 

Jednocześnie nie można patrzeć na rynek wyłącznie przez perspektywę coraz bardziej zaawansowanych składników i „twardych” benefitów. Nadal istnieje duża grupa konsumentów, dla których kosmetyk ma przede wszystkim dobrze spełniać swoją podstawową funkcję, być przyjemny w użyciu, pięknie pachnieć i mieć przystępną cenę. W pielęgnacji szukają tego „miękkiego” benefitu: relaksu, sensorycznej przyjemności i prostego rytuału, który poprawia jakość codziennego doświadczania. Co ciekawe, wraz z koncentracją rynku na zaawansowanych recepturach i technologicznym rozwoju, ten konsument bywa dziś trochę mniej zaopiekowany przez marki.

To przede wszystkim z myślą o nim rozwijamy obecnie kosmetyki Herbapol. Chcemy oferować dobrą jakość, wysoki udział składników pochodzenia naturalnego, przyjemną sensorykę i przystępny poziom cenowy. Nie oznacza to jednak, że pozostaniemy wyłącznie w tym obszarze. Bardzo uważnie obserwujemy rozwój kategorii i nie wykluczamy wprowadzenia w przyszłości zarówno bardziej funkcjonalnych linii, jak i wejścia w nowe dla marki Herbapol podkategorie.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
17. wrzesień 2026 16:42