StoryEditor
Beauty
18.12.2016 00:00

RED LIPSTICK MONSTER

Wizażystka, która sztuki malowania uczyła się od angielskojęzycznych vlogerek. Wykształcona kosmetolog i pedagog, która nie mogąc znaleźć wymarzonej pracy, uczy sztuki makijażu w internecie. Ewa Grzelakowska-Kostoglu, twórczyni Red Lipstick Monster – najpopularniejszego kanału urodowego na polskim YouTubie.

Spotykamy się na IV Forum Branży Kosmetycznej, podczas którego Pani obecność wzbudziła ogromne zainteresowanie przedstawicieli firm kosmetycznych oraz sieci drogeryjnych. Nic dziwnego – spotkali osobę, od której zależy to, czego dziewczyny i młode kobiety poszukują w drogeriach. Na jak dużą grupę konsumentek realnie ma Pani wpływ?

Kanał Red Lipstic Monster na YouTubie subskrybuje ponad 800 tys. osób, a rekordowe filmy miały 3 mln wyświetleń]. Ponad 0,5 mln obserwuje moje treści na Facebooku i tyle samo na Instagramie. Każdego snapa ogląda ponad 100 tys. użytkowników Snapchata. To efekt mojej 4,5-letniej działalności w internecie. I chciałabym zaznaczyć, że popularność kanału i profili rosła samoistnie i stopniowo, bez jakichkolwiek zdumiewających czy tym bardziej skandalicznych wydarzeń, które mogłyby mieć wpływ na nagły przyrost tzw. followersów.                                                          

Kto ogląda te filmy i czyta wpisy, a zatem na jakich użytkowników internetu ma Pani wpływ?

Najliczniejszą grupę stanowią kobiety w wieku 18-24 lat. Następnie – 25-30. Sporo jest też dziewczyn młodszych niż 18-latki. Kobiet po trzydziestce jest mniej niż 10 proc. Wśród subskrybentów mam też 14-15-proc. grupę mężczyzn.

Co zdecydowało, że zaczęła Pani pokazywać makijaże i opowiadać o kosmetykach w internecie?

Makijażem zainteresowałam się dość późno, bo dopiero w trakcie studiów. Moimi pierwszymi kosmetykami były tusz do rzęs i przeterminowane cienie do powiek. Miałam natomiast dobre nauczycielki – vlogerki z angielskojęzycznego YouTube'a, więc szybko zaraziłam się ich pasją. Od tego momentu zgłębianiu tajników makijażu poświęcałam każdą chwilę. Dla mnie nie było to zajęcie okazjonalne, tylko codzienne próby, eksperymenty, które wykonywałam na sobie lub koleżankach.

Z czasem zaczęłam też malować modelki do sesji zdjęciowych. Gdy skończyłam studia – najpierw kosmetologię, a potem pedagogikę – czułam się już dość pewnie w zawodzie makijażystki. Miałam swoje klientki, czasem poprowadziłam jakieś szkolenie. I wtedy zamarzyłam sobie, by uczeniem makijażu zająć się zawodowo. Mieszkałam wtedy we Wrocławiu, więc szukałam pracy na tamtejszych uczelniach z kierunkami makijażowymi, w kosmetycznych szkołach policealnych, a także jako szkoleniowiec marek kosmetycznych. Nikt jednak nie był zainteresowany współpracą ze mną. Wtedy pomyślałam o YouTubie i o tym, że w jego polskojęzycznej części brakuje kogoś, kto oferowałby praktyczne porady makjiażowe. Postanowiłam, że spróbuję wypełnić tę lukę. Internet dawał mi to, czego potrzebowałam – możliwość uczenia innych, mówienia do ludzi, dzielenia się swoją pasją. Uznałam, że nic nie tracę, a zyskać mogę nowe umiejętności – tworzenia filmów, samoprezentacji, jasnego wysławiania się, mówienia o konkretach. Postanowiłam, że spróbuję, a potem zobaczę, co będzie.

Jakie były początki?

Do tej pory pamiętam stres związany z kręceniem pierwszego filmu, a potem z jego udostępnieniem. Równocześnie było to ogromnie emocjonujące – czekanie na to, jaki będzie odzew, ile osób obejrzy film, kto go skomentuje i jakie to będą komentarze. Te emocje, a także potrzeba dzielenia się swoimi umiejętnościami spowodowały, że na jednym filmie się nie skończyło. Chciałam robić to nadal, choć miałam świadomość, że sposób przekazu nie jest doskonały. Teraz wiem, że na początku popełniłam tyle błędów, ile tylko się dało. Na szczęście zarząd YouTube'a dostrzegł w tych moich staraniach jakiś potencjał, bo zaprosił mnie na szkolenie z realizacji filmów do swojej centrali w Londynie. Moje materiały miały to, co na YouTubie najcenniejsze, czyli osobę z pasją. Umiejętności dzielenia się nią czyli realizacji filmów postanowili mnie nauczyć. Nadal, z każdym kolejnym odcinkiem, udoskonalam swoje umiejętności w tej dziedzinie. Ostatnio bardzo pomaga mi mój mąż.

A tematy filmów? Czy po tylu latach konwencja porad makijażowych się nie wyczerpała?

O nie! Na każdy temat wykorzystany do zrealizowania filmu przypada 10 innych, które pozostały w fazie pomysłu lub musiały czekać na swój moment. Makijaż to moja prawdziwa pasja, uwielbiam się nim zajmować, testować nowe produkty, dlatego wciąż pojawiają się jakieś koncepcje kolejnych odcinków. Niezwykle inspirujący są też moi widzowie. To dla nich kręcę te filmy, dlatego wiele z nich jest odpowiedzią na ich potrzeby, zapytania czy wątpliwości.

Czy pokazując makijaż, zawsze mówi Pani o tym, jakimi produktami został wykonany?

Tak, a jeśli któryś bym przez przeoczenie pominęła, bardzo szybko zostałabym o niego zapytana. Moi subskrybenci to bardzo wnikliwi obserwatorzy. Chcą wiedzieć wszystko. Podaję więc marki produktów oraz ich dokładne nazwy, a także informuję, gdzie je można kupić. Robię to nie dlatego, że to mi się finansowo opłaca. Wymuszają to moi widzowie, którzy nie tylko chcą poznać daną technikę makijażową, chcą też dowiedzieć się, dzięki jakim konkretnym produktom można dany efekt osiągnąć.

Jakie kosmetyki Pani lubi i poleca?

Produkt musi mnie czymś zainteresować, musi być wyjątkowy z jakiegoś powodu. Uwielbiam wyszukiwać takie kosmetyki, które są w dobrej cenie, ale przy tym świetne jakościowo. Nie unikam tych z wyższej półki, za których jakość trzeba zapłacić konkretną kwotę. Robię filmy dla różnych widzów, o różnych potrzebach i portfelach. Sama, gdy wybieram kosmetyki dla siebie, lubię czasem zainwestować w coś bardziej luksusowego. Innym razem chcę mieć ogromny wybór kolorów i nie wydać za dużo pieniędzy. Tak samo postępują Polki. Pozostaje cieszyć się, że to, co lubię i wybieram, pokrywa się z zapotrzebowaniem moich widzów.

Czy kreuje Pani trendy czy podąża za nimi? I jaki jest ten najmocniejszy trend sezonu, a co będzie nim w przyszłości?

Czasem mówię o świeżym, ale już znaczącym trendzie, a czasami pokazuję coś, co szerszym trendem ma szansę stać się dopiero niebawem. A co do najmocniejszych trendów sezonu – z pewnością mat na ustach. To już trwa od jakiegoś czasu, ale obecnie mamy do czynienia z wersją zmaksymalizowaną – w ruch idą płynne matowe pomadki i wszystkie inne matowe formuły do stosowania na ustach. A przy tym – dla odmiany, jako kontrast z matem na ustach – skóra ma pozostać naturalna i rozświetlona. A więc mat ust w połączeniu z blaskiem cery! Mocnym trendem są też brwi – mocne, wyraźnie zaznaczone. Myślę, że w przyszłości będziemy iść w stronę delikatniejszego ich podkreślenia, ale z większą paletą rozmaitych rozwiązań makijażowych. Kobiety dopiero zaczynają zdawać sobie sprawę z licznych możliwości stylizacji brwi. A dają je produkty, których coraz więcej pojawia się na rynku. Już niedługo będziemy chciały mieć ich kilka, nie tylko ten jeden, którym można zrobić brew podstawową. W końcu będzie można zaszaleć (śmiech). Tymczasem na razie kobiety myślą, że bawić się można jedynie makijażem na powiekach – zagrać kolorem, kreską – czy ewentualnie poszaleć z makijażem ust. Niebawem przyjdzie pora na brwi.

Publikując vlogi, trzeba być gotowym na to, że komunikacja odbywa się w obie strony i że ma Pani być może wpływ nie tylko na czyjś makijaż, ale i życie. To duża odpowiedzialność?

Owszem, ale dla mnie to nic kłopotliwego. Tego właśnie pragnęłam, marząc o uczeniu innych. Odpowiedzialność za to, co mówię, czuję cały czas – od pierwszego followersa i nie zmieniło się to ani trochę, gdy jest ich teraz tak wielu. Jestem w stałym kontakcie z widzami moich filmów, zawsze odpowiadam na pytania, które pojawiają się w komentarzach. Tego wymaga bycie rzetelnym i prawdziwym, dla mnie to naturalne. Cieszę się, że ludzie mi ufają, ale wynika to z tego, że nigdy nikogo nie okłamałam, nie namawiałam do czegoś, co nie spełniało oczekiwań, standardów. Czuję odpowiedzialność za każde słowo i myślę, że to dzięki temu zapewniłam sobie taką pozycję.

O co pytają widzowie kanału Red Lipstick Monster?

Z reguły odnoszą się do tematu filmu, ale dużo jest także pytań niezwiązanych z opublikowanym materiałem. Często są one inspiracją do moich kolejnych filmów. Są też takie, które pojawiają się wciąż na nowo – o to, jaki korektor wybrać, by zatuszować cienie pod oczami, jaki krem stosować, by skóra się nie świeciła, jak dobrać podkład do odcienia skóry. Bywa, że pytania są bardzo konkretne, o to, co sądzę o produkcie i czy będzie on odpowiedni w danym przypadku.

A czy zdarzają się pytania osobiste? Jest Pani popularną postacią vlogosfery, a do tego bardzo wyrazistą, za czym z pewnością idzie zainteresowanie Pani prywatnością.

Jest grupa osób, którym chętnie opowiadam o tym, co u mnie słychać, gdyż jesteśmy sobie bliscy. Jednak dla ogromnej rzeszy moich obserwatorów pewne sprawy muszą pozostać tajemnicą. Ale nie, nie denerwuje mnie to, że kogoś interesuje moja prywatność. Tak to już jest i tyle.

Cena popularności? Czuje się Pani celebrytką?

Być może jestem przez niektórych tak postrzegana, ale dla mnie to nie ma znaczenia. Nie wpływa to na to, co robię i jak podchodzę do rozmaitych rzeczy. Nadal robię to, co kocham, i w taki sposób, jaki wydaje mi się słuszny.

Rozmawiamy tuż przed premierą Pani drugiej książki. Pierwsza dotyczyła makijażu i była najlepiej sprzedającym się poradnikiem 2015 roku. Jaka jest tematyka nowego dzieła?

„Tajniki DIY” to 50 przepisów na samodzielne wykonanie różnych rzeczy. W większości są to proste do zrobienia, ale przydatne kosmetyki. Bardzo ważne jest to, że do ich przygotowania wystarczą łatwo dostępne składniki. Większość z nich mamy zwyczajnie w domach, a jeśli nie, to wystarczy wizyta w pobliskim sklepie lub w dowolnej aptece. Z doświadczenia wiem, że nie ma nic gorszego niż przepis na coś, co bardzo chcesz zrobić, bo wygląda pięknie i zachęcająco, a lista składników, których połowy nie znasz nawet z nazwy, sprawia, że musisz zrezygnować.

Jest Pani pozytywną i energetyczną osobą, więc to pewnie nie koniec pomysłów na realizację różnorodnych zainteresowań?

Rzeczywiście mam pewne plany, nawet dość odważne. Ale na razie nie mogę nic zdradzić, gdyż są na bardzo początkowym etapie koncepcyjnym.

Zainteresowanych musimy więc odesłać na YouTube, Facebook, Instagram i Snapchat, aby na bieżąco śledzili Pani poczynania.

Będziemy w kontakcie – to mogę obiecać (śmiech).

Zatem do zobaczenia.

Rozmawiała Anna Zawadzka-Szewczyk

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
24.08.2026 01:33
Perfumy Mykonos. Czy można zastrzec nazwę wyspy jako znak towarowy?
 Unieważnienie unijnego znaku towarowego słownego „MYKONOS” Karolina Grabowska Kaboompics

Czy nazwa popularnej wyspy może zostać zastrzeżona jako unijny znak towarowy dla perfum i kosmetyków? Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) uznał, że w przypadku oznaczenia „MYKONOS” odpowiedź brzmi: nie.

 

W decyzji z 11 czerwca 2026 r. (R 153/2025-1) Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) unieważnił unijny słowny znak towarowy „MYKONOS”, przeznaczony dla perfum, produktów perfumeryjnych, kosmetyków oraz preparatów do pielęgnacji ciała w klasie 3.

EUIPO wskazało, że już w dniu zgłoszenia znaku znaczna część odbiorców w UE rozpoznawała Mykonos jako nazwę greckiej wyspy – popularnej destynacji turystycznej, kojarzonej ze śródziemnomorskim klimatem, przyrodą, kulturą i luksusowym stylem życia.

Ciekawostką jest, że Urząd, na podstawie zebranych dowodów, zwrócił uwagę na historyczne związki wyspy Mykonos z perfumami: „roślinność śródziemnomorska jest znana z występowania naturalnych składników, które mogą być wykorzystywane do produkcji zapachów i kosmetyków, takich jak oliwki, rozmaryn, tymianek i lawenda. Obszar geograficzny Mykonos jest historycznie i tradycyjnie związany z perfumami. Na sąsiedniej wyspie Delos, należącej do gminy Mykonos, znajduje się stanowisko archeologiczne o światowej renomie turystycznej, na którym odkryto starożytną wytwórnię perfum pochodzącą z I wieku p.n.e.”

Co więcej „wyspa Mykonos jest postrzegana jako symbol pozytywnego wizerunku, piękna, wolności, kontaktu z naturą oraz szczególnego stylu życia i luksusu. Są to skojarzenia, które doskonale odpowiadają potrzebie używania perfum i pielęgnacji ciała”.

Powód unieważnienia unijnego znaku towarowego słownego „MYKONOS” 

EUIPO uznało więc, że oznaczenie geograficzne „MYKONOS” może wpływać na wybory konsumentów w odniesieniu do perfum i produktów kosmetycznych. Konsumenci mogą bowiem kojarzyć produkty opatrzone tym oznaczeniem z wymienionymi wyżej cechami i pozytywnymi skojarzeniami.

Podkreślić należy, że zdaniem Urzędu, Mykonos nie musiało być znane jako miejsce produkcji perfum. Tego rodzaju produkty mogą być wytwarzane lokalnie, również na niewielką skalę, a ich marketing często odwołuje się do naturalnych składników, lokalnego pochodzenia oraz zrównoważonej produkcji. 

Konsumenci mogą zatem postrzegać oznaczenie „MYKONOS” jako informację o pochodzeniu produktów albo ich cechach związanych z tym miejscem. Brak fabryk perfum na wyspie czy dowodów na aktualną produkcję nie przesądza więc o możliwości rejestracji. Wystarczyło, że nazwa geograficzna może służyć obecnie lub w przyszłości do oznaczania pochodzenia danych towarów.

W decyzji zwrócono uwagę, że na unijnym rynku istnieje już znaczna liczba perfum i kosmetyków, których nazwy pośrednio nawiązują do wyspy Mykonos.

W swoich kampaniach reklamowych przedsiębiorstwa te wprost odwołują się do wyspy Mykonos (m.in. „Sculpture Mykonos” czy „Sunset in Mykonos”), podkreślając przykładowo następujące okoliczności:

„Zapach wodny oddaje atmosferę wieczoru spędzonego nad morzem na Mykonos”;

„Zapach unisex, który zabiera w zmysłową podróż na piękne plaże i nad lazurowe wody greckiej wyspy Mykonos”;

„Zainspirowany zachwycającymi zachodami słońca na greckiej wyspie Mykonos”;

„Kwiatowo-drzewno-piżmowy zapach celebrujący zmysłowość i urok greckich wysp”.

Urząd przypomniał też o interesie publicznym stojącym za ograniczeniem możliwości rejestracji nazw geograficznych jako znaków towarowych. Oznaczenia, które mogą informować o pochodzeniu, jakości lub innych właściwościach produktów, powinny pozostać dostępne dla wszystkich uczestników rynku.

Co to oznacza dla branży kosmetycznej?

Przed wyborem nazwy takiej jak Ibiza, Capri, Sycylia czy Mykonos warto ocenić, czy w odniesieniu do konkretnych towarów lub usług z branży beauty nie będzie ona postrzegana jako wskazanie ich pochodzenia, właściwości lub innych cech związanych z danym miejscem. Należy również zadbać o to, aby sposób wykorzystania takiej nazwy nie wprowadzał konsumentów w błąd co do pochodzenia lub cech produktu. To, co dobrze działa w marketingu, nie zawsze może być zastrzeżone na wyłączność jako znak towarowy.

Autor: radca prawny Natalia Basałaj, Kancelaria TOMKIEL

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Dziecko
21.08.2026 11:48
Gen Beta nadchodzi. To oni mogą być kolejną wielką grupą konsumentów beauty
Gen Beta to przyszłość rynku beauty?Shutterstock

Pokolenie Beta dopiero przychodzi na świat, ale już zaczyna wpływać na rynek kosmetyczny. Nie za sprawą własnych zakupów, lecz decyzji rodziców – coraz bardziej świadomych składów, bezpieczeństwa i pochodzenia produktów. Marki beauty dostrzegają potencjał najmłodszych konsumentów i budują ofertę, która ma być czymś więcej niż pomniejszoną wersją kosmetyków dla dorosłych.

W tym artykule przeczytasz:

  • Rodzice Gen Beta zmieniają zasady gry
  • Koniec z kopiowaniem kosmetyków dla dorosłych
  • "Clean" przestaje być dodatkiem
  • Rodzic jest klientem, ale dziecko też ma coś do powiedzenia
  • TikTok nadal ważny, ale nie wszystko wydarzy się w internecie
  • Beauty dla Gen Beta będzie bardziej "wellness” niż "beauty”

Gen Beta to jeszcze nie konsumenci w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Dzieci urodzone od 2025 do 2039 roku przez najbliższe lata będą zależne od decyzji rodziców. A jednak branża beauty już zaczyna się nimi interesować.

Generation Beta może do 2035 roku liczyć około 2 mld osób i stanowić 16 proc. światowej populacji. W samych Stanach Zjednoczonych 11,7 mln gospodarstw domowych ma już dziecko należące do tego pokolenia. To wystarczający powód, aby marki zaczęły zastanawiać się, jak będzie wyglądać beauty dla najmłodszych.

I choć Gen Beta nie sięgnie jeszcze samodzielnie po krem czy żel pod prysznic, jej rodzice już dziś tworzą popyt na nową generację produktów.

Rodzice Gen Beta zmieniają zasady gry

Za decyzjami zakupowymi stoją przede wszystkim Millenialsi i przedstawiciele starszej części Gen Z. To rodzice, którzy wychowali się w świecie mediów społecznościowych, recenzji, influencerów i łatwego dostępu do informacji o składnikach.

Według danych NIQ, rodzice dzieci z pokolenia Beta odpowiadają już za 10,5 mld dolarów wydatków w kategorii beauty i personal care. Ich zainteresowanie koncentruje się przede wszystkim na podstawowych produktach do pielęgnacji, ale jednocześnie oczekiwania wobec marek są wyższe niż w przypadku poprzednich generacji.

Nie chcą już automatycznie sięgać po marki, które sami znali z dzieciństwa. Zamiast tego szukają produktów opartych na prostych składach, przejrzystej komunikacji i potwierdzonej skuteczności.

To ważna zmiana dla rynku dziecięcej pielęgnacji. "Baby care” przestaje być kategorią, w której wystarczy obecność znanej marki i pastelowe opakowanie.

image

Beauty dla chłopców? Gen Alpha kupuje skincare, perfumy i kosmetyki premium

Koniec z kopiowaniem kosmetyków dla dorosłych

Wnioski płynące z rynku Gen Alpha mogą mieć tutaj duże znaczenie. Ostatnie lata przyniosły gwałtowny wzrost zainteresowania kosmetykami wśród dzieci i nastolatków. Zjawisko określane jako "Sephora kids” pokazało, że młodzi konsumenci mogą bardzo wcześnie wejść w świat beauty. Również korzystając z produktów, które nie są przeznaczone dla ich wieku.

Gen Beta może być w pewnym sensie reakcją na tę sytuację.

Mark McCrindle, badacz społeczny, który spopularyzował określenia Gen Alpha i Gen Beta, przewiduje korektę tego trendu. W rozmowie z WWD krytycznie odniósł się do sytuacji, w której dzieci zaczęły używać produktów anti-aging.

W efekcie coraz większą przestrzeń zyskują marki, które nie próbują stworzyć dziecięcej wersji dorosłego beauty. Ich założenie jest odwrotne. Produkt ma być zaprojektowany od początku z myślą o dziecku, jego skórze, wieku i potrzebach.

Tak działa m.in. Fipl, marka stworzona przez Victorię i Grega Gioia. Jej oferta opiera się na produktach dopasowanych do wieku, zatwierdzonych przez dermatologów i pediatrów, z naciskiem na delikatne oczyszczanie, a nie modne składniki aktywne.

Podobną filozofię przyjął Dr. Squatch, tworząc linię Lil’ Squatch. Produkty mają być atrakcyjne dla dzieci, ale jednocześnie odpowiadać na oczekiwania rodziców dotyczące bezpieczeństwa i składników.

"Clean" przestaje być dodatkiem

W przypadku nowych marek dziecięcych bezpieczeństwo i transparentność nie są już wyłącznie elementem komunikacji marketingowej. Stają się podstawą całego modelu biznesowego.

Rodzice coraz dokładniej czytają etykiety, sprawdzają składniki i poszukują produktów pozbawionych zapachu czy zbędnych dodatków. Jak wynika z rozmów przeprowadzonych przez WWD z rodzicami Gen Beta, powtarzają się oczekiwania dotyczące prostych, rozpoznawalnych składników, formuł bezzapachowych i transparentności marek.

To może być istotny impuls dla całej kategorii baby care. Zamiast komunikacji opartej wyłącznie na "delikatności” marki zaczynają mówić o pochodzeniu surowców, badaniach, formulacji i konkretnych potrzebach skóry.

Widać to także w ofercie takich marek jak Evereden, Tubby Todd czy Pipette. Ich pozycjonowanie opiera się na połączeniu prostoty, bezpieczeństwa i składników, które mają odpowiadać na potrzeby najmłodszych.

Rodzic jest klientem, ale dziecko też ma coś do powiedzenia

Nowa generacja marek musi rozwiązać jeszcze jeden problem: kosmetyk dla dziecka ma być zaakceptowany przez dwie grupy odbiorców jednocześnie.

Rodzic podejmuje decyzję zakupową, ale dziecko jest użytkownikiem produktu. Dlatego opakowanie, zapach, kolor, sposób aplikacji czy forma kosmetyku mają znaczenie.

To szczególnie widoczne w produktach kąpielowych. Dabble & Dollop próbuje zamienić kąpiel w zabawę, a jednocześnie utrzymać formuły zgodne z oczekiwaniami rodziców. Podobną strategię przyjął Lil’ Squatch – produkt ma być ‘osobisty” i atrakcyjny dla dziecka, ale dawać rodzicowi poczucie bezpieczeństwa.

image

Od „Sephora Kids” do smart beauty. Gen Alpha już kupuje. Marki i drogerie muszą mówić „tego produktu nie potrzebujesz”

TikTok nadal ważny, ale nie wszystko wydarzy się w internecie

Gen Beta będzie pierwszym pokoleniem dorastającym w świecie, w którym AI, social commerce i algorytmiczna rekomendacja są czymś zupełnie naturalnym. Marki tworzone z myślą o ich rodzicach już teraz wykorzystują TikToka, rekomendacje influencerów i sprzedaż online.

Ale paradoksalnie rozwój cyfrowego świata może zwiększyć znaczenie sklepów stacjonarnych.

McCrindle przewiduje, że wraz z dorastaniem Gen Beta może pojawić się kontrtrend w postaci powrotu do fizycznego retailu i bezpośredniego kontaktu z produktem. Skoro ekrany staną się całkowicie powszechne, doświadczenie zakupowe oparte na dotyku, zapachu i kontakcie z drugim człowiekiem może zyskać na wartości.

Zmienia się również sposób budowania wiarygodności.

W świecie Gen Beta rekomendacja celebryty może mieć mniejsze znaczenie niż opinia innego rodzica. Kristen Wiley, cytowana przez WWD, zwraca uwagę, że influencerem może stać się dziś właściwie każdy, kto wpływa na decyzję zakupową. W przypadku produktów dla dzieci szczególnie istotne są małe, zaufane społeczności – grupy rodziców, lokalne społeczności czy twórcy mający niewielkie, ale bardzo zaangażowane audytoria.

To kolejna konsekwencja doświadczeń z ery "Sephora kids”. Rodzice są dziś bardziej świadomi tego, że rekomendacja w social mediach jest częścią sprzedaży. Dlatego marka musi najpierw zdobyć zaufanie, a dopiero później może liczyć na zakup.

Beauty dla Gen Beta będzie bardziej "wellness” niż "beauty”

Najważniejsza zmiana może dotyczyć jednak samej definicji kategorii.

Jeff Lindquist z Boston Consulting Group, cytowany przez WWD, zwraca uwagę, że Gen Beta będzie dorastać w świecie, w którym pielęgnacja skóry, włosów i ogólne dbanie o siebie są naturalną częścią wellness. Beauty nie musi więc zaczynać się od makijażu czy wyglądu. Może zaczynać się od zdrowej skóry, higieny, ochrony i dobrych nawyków.

Gen Beta jeszcze długo nie będzie samodzielnie wybierać kremu czy szamponu. Ale jej rodzice już dziś pokazują, jakich marek będą szukać, gdy ich dzieci zaczną dorastać. A to oznacza, że rynek beauty dla najmłodszych właśnie zaczyna pisać kolejny rozdział.

 

Źródło: WWD

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
24. sierpień 2026 01:47