Skierowaliście Państwo do przedstawicieli rządu pismo z apelem o działania w sprawie niekontrolowanego rozwoju dyskontów. Co odpowiedzieli adresaci listu? Jest jakaś reakcja?
Od chwili jego złożenia minęło dopiero nieco ponad dwa tygodnie (rozmawiamy 4 lutego br. – red.) – w skali czasu reakcji na tego typu pisma to całkiem niedawno. Poza formalną odpowiedzią z Kancelarii Sejmu na razie nie mamy jeszcze merytorycznych odpowiedzi.
Czego konkretnie Polska Izba Handlu domaga się od polskiego rządu?
Oczekujemy rozpoczęcia debaty społecznej, która docelowo mogłaby zaowocować rozwiązaniami legislacyjnymi, ukierunkowanymi na stworzenie warunków do zrównoważonego rozwoju wszystkich formatów handlu.
„Debata jest jak najbardziej zasadna, szkoda tylko, że dopiero teraz podejmuje się takie działania” – mówią przedstawiciele polskiego handlu. Odpowiedzmy więc, dlaczego tak późno?
Wezwanie do debaty społecznej tak wyartykułowane zostało przesłane ostatnio, natomiast nie zapominajmy o całym dorobku Polskiej Izby Handlu na drodze do stworzenia warunków do zrównoważonego rozwoju handlu – nasze działania na dużą skalę trwają już od 2011 r. Wystarczy wspomnieć choćby Kongres Kupiectwa z 2011 r., prace w Radzie Konsultacyjnej ds. Handlu i Usług przy Ministrze Gospodarki i nasz udział w jej powołaniu, konferencję na temat branży drogeryjnej z 2012 r., debatę na temat produktów markowych w unikalnych gramaturach dostępnych tylko w dyskontach, której jednym z wątków było przesłanie zawiadomienia w tej sprawie do Dyrekcji Generalnej ds. Konkurencji Komisji Europejskiej. To tylko najbardziej znane przykłady.
Detaliści mówią: „Ta debata powinna mieć przewodnie hasło, nie czy, tylko JAK uratować polski handel”. Czy może Pan przedstawić konkretne pomysły, które są możliwe do zrealizowania w naszej obecnej sytuacji gospodarczej i politycznej, z uwzględnieniem zasad rządzących wolnym rynkiem, polskiego i unijnego prawodawstwa? Czy to nie jest po prostu walka z wiatrakami?
Tytuł nie jest tak ważny jak skutek. To co jest do zrobienia, to nie jest kwestia na jedną rozmowę – to jest zadanie dla całego sektora handlu i branży, żeby spojrzała do wewnątrz siebie i zastanowiła się: co możemy zrobić, tak na poziomie legislacji, jak i naszym podwórku. Ceny, dyskonty, prawodawstwo polskie i unijne, kryzys – to jedna strona medalu. Z drugiej strony warto pomyśleć nad integracją i to nie tylko na płaszczyźnie zakupowej, ale także integracji środowiska, które, mówiąc jednym głosem, zawsze może więcej – dopóki jesteśmy zatomizowani, słychać tylko poszczególne głosy. Warto pomyśleć nad spójnymi działaniami, tak na płaszczyźnie legislacyjnej, jak i kampanii społecznych. Działania takie powinny, w oparciu o uzgodnione potrzeby całej branży, być przekazywane decydentom, mediom i społeczeństwu i to nie przy okazji jednej konferencji, ale w sposób ciągły i trwały, przez wyspecjalizowane w takich działaniach organizacje branżowe.
Czy to nie jest walka z wiatrakami? – ewolucji handlu wymuszonej zmianą postaw konsumenckich nie da się powstrzymać, tak samo jak konieczności integracji, natomiast można nadać temu kierunek przynajmniej częściowo zgodny z potrzebami branży. Ale to jest praca na lata.
Przekonujecie Państwo, że potrzebna jest zmiana w zasadach i sposobie sporządzania planów zagospodarowania przestrzennego, która doprowadzi do zrównoważonego rozwoju wszystkich podmiotów handlu. Proszę o sprecyzowanie tego postulatu.
Co dokładnie powinno się stać? I czy zrealizowanie tych postulatów jest możliwe? Jako tło zacytuję fragment artykułu z Gazety Wyborczej („Rozwiewamy mity o sieciach handlowych” P. Miączyński, L. Kostrzewski, GW 18.01.2014): „Podobny pomysł Nowakowskiemu, gdy był posłem Samoobrony, udało się wprowadzić w życie w 2007 roku. Głosami koalicji PiS-Samoobrona-LPR i mimo licznych zastrzeżeń prawników przegłosowano, że założenie sklepu o powierzchni od 400 do 2 tys. mkw. wymaga nie tylko decyzji np. wójta, lecz także rady gminy lub miasta. Rada miała badać, jaki wpływ ma budowa dużego sklepu na miejscowy rynek pracy, infrastrukturę miasta, drogi oraz inne sklepy. Ponieważ do ustawy brakowało rozporządzeń, więc przez siedem miesięcy nie wydano ani jednego pozwolenia na budowę dużego sklepu. Zastopowano inwestycje na kwotę 3 mld euro. W lipcu 2008 r. Trybunał Konstytucyjny uznał te przepisy za niezgodne z konstytucją”.
Założenia projektu były słuszne. Oparte są one na rozwiązaniach z innych krajów, gdzie funkcjonują. Projekt został odrzucony – to prawda. Trudno zresztą oceniać działanie ustawy, która nigdy tak naprawdę nie weszła w życie. Natomiast w obecnych realiach pewne jej elementy można by wykorzystać w trosce właśnie o zrównoważony rozwój handlu. Badanie wpływu nowych obiektów na rozwój handlu w danej miejscowości mogłoby na przykład zapobiec powstawaniu pięciu dyskontów w miejscowości mającej 10 tys. mieszkańców. Warty podkreślenia jest fakt, iż istnienie rozwiązań wymuszających sporządzanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego oraz obowiązek przeprowadzenia analiz wpływu nowo powstałych podmiotów handlowych nie tylko nie spowolni rozwoju gospodarczego, ale przyczyni się do jego ożywienia, zwłaszcza na szczeblu lokalnym, motywując władze gmin do wspierania różnorodności formatów handlu, jako gwarancji wyższych przychodów z tytułu podatków płaconych lokalnie, oraz do dywersyfikacji zatrudnienia na terenie gmin i jego uniezależnienia od zmian polityki poszczególnych koncernów.
Zróżnicowany i harmonijny wzrost handlu pośrednio przyczyni się także do samoistnej rewitalizacji centrów miast.
Czy może Pan podać przykłady z innych europejskich rynków, gdzie zadbano o interesy lokalnego handlu, gdzie działa on z powodzeniem obok międzynarodowych sieci handlowych i dyskontów, i które
można byłoby przenieść na polski rynek?
Warto zwrócić uwagę, iż w innych krajach Unii Europejskiej istnieją rozwiązania, których celem jest monitoring rozwoju handlu, co pozwala przeciwdziałać lokalnym zaburzeniom równowagi gospodarczej przekładającym się na rozwój małych firm, miejsca pracy oraz, co nie mniej ważne, na płacone lokalnie podatki. Rozwiązania tego typu funkcjonują m.in. w Danii, Belgii, we Włoszech, Grecji, Niemczech, Portugali, Francji.
Polacy chcą kupować przede wszystkim tanio. I z taką ofertą kojarzą dyskonty, sieci handlowe. „Czy chcecie walczyć z sieciami w interesie sklepikarzy, ale wbrew interesom większości Polaków?” – to autentyczny wpis z internetowej dyskusji toczącej się wokół tematów związanych z handlem. Jakby Pan to skomentował?
Prawdą jest, że według wszystkich badań cena jest nadal najważniejszym czynnikiem wpływającym na wybory konsumentów. Stoi ona w rankingach nawet przed kwestiami wygody. Zresztą naszym celem nigdy nie było utrudnianie życia konsumentom. To oni podejmują ostateczne decyzje. Jeżeli chodzi o cenę, to droga jest tak naprawdę tylko jedna – integracja, optymalnie przez franczyzę, a przynajmniej przez grupy zakupowe. Tylko tak można walczyć z gigantycznymi możliwościami negocjacyjnymi dyskontów wobec producentów, wynikającymi z ogromnego obrotu i ekonomii skali. Warto też pamiętać, że jeśli dziś przestanie istnieć konkurencja na rynku, to wykorzystanie pozycji dominującej przez jutrzejszych zwycięzców – także w obszarze ceny – jest tylko kwestią czasu…
Wydaje się, że potrzebna jest nie tylko debata, ale bardzo szeroka kampania przekonująca Polaków, że warto kupować w polskich sklepach, a producentów, że należy w nie inwestować, bo nie ma nic groźniejszego dla biznesu, jak brak konkurencji. Monopolista dyktuje ceny i warunki współpracy. Czy uważa Pan, że można rzeczywiście dotrzeć do odbiorców z takim masowym komunikatem i odwrócić panujący na rynku trend? Co PIH chciałby przekazać w takiej kampanii?
Tak naprawdę to wszystko, o czym pani mówi, to rzeczy, do których my nawołujemy już od dawna. Pytanie, czy nie jest to głos wołającego na puszczy… Ale poważnie – wola konsumenta i jego decyzja są ostateczne. Dlatego też potrzebna jest kampania, która uświadomi, że to co jest dzisiejszym sukcesem: czyli nieco niższa cena, czy jeszcze jeden dyskont koło domu, mogą się okazać jutrzejszą porażką – kiedy cena wzrośnie, sieć zmieni politykę i przeniesie swój sklep, nie pozostawiając żadnego innego w pobliżu, bo wszystkie inne wcześniej upadną. Nie mówiąc już o miejscach pracy i podatkach płaconych do gmin. Kiedyś podczas dyskusji na temat dyskontów na antenie radiowej jeden ze słuchaczy stwierdził, że ważne są dla niego ceny, a nie miejsca pracy, które za tym stoją w handlu tradycyjnym – ciekawe, czy tak samo wyglądałaby ta wypowiedź, gdyby dotyczyła jego miejsca pracy. Ale odkładając tego typu rozważania na bok – klient patrzy przez pryzmat portfela i nie można mu tego mieć za złe, bo wszyscy to robimy. I tutaj znowu wracamy do rozmowy o integracji, bo tylko ona może nam jako sektorowi handlu dać lepsze ceny – w tym obszarze innej drogi na dzisiaj raczej nie ma.
Rozmawiała
Katarzyna Bochner
Jeszcze kilkanaście lat temu Indie były dla większości europejskich marek kosmetycznych rynkiem odległym i trudnym do zdobycia. Dziś stają się jednym z najważniejszych kierunków ekspansji światowego beauty. W kraju liczącym ponad 1,4 mld mieszkańców rośnie młoda klasa średnia, e-commerce odpowiada już za ponad 30 proc. sprzedaży kosmetyków, a międzynarodowe koncerny przeznaczają setki milionów dolarów na przejęcia lokalnych marek. Z tej szansy korzystają również polscy producenci.
Światowi giganci nie chcą przegapić indyjskiego boomu
Skala zmian jest na tyle duża, że analitycy mówią o wydarzeniach, które zdarzają się raz na dekadę. L‘Oréal po trzynastu latach wrócił do przejęć w Indiach, kupując lokalną grupę Innovist, do której należą marki Bare Anatomy, Chemist at Play i Sunscoop. Z kolei Estée Lauder finalizuje przejęcie pozostałych udziałów w luksusowej marce Forest Essentials, a kolejne zachodnie brandy rozwijają tam sieci dystrybucji i otwierają własne sklepy.
Nie chodzi już wyłącznie o obecność w e-commerce. Rynek premium przyspiesza, a wraz z nim rozwijają się koncepty stacjonarne. W ostatnich tygodniach pierwszy samodzielny sklep w Indiach otworzyła marka Dolce & Gabbana Beauty, a dystrybutor Global SS Beauty Brands zapowiedział rozwój takich marek jak Prada, Giorgio Armani czy Shiseido.
To nie tylko ogromny rynek, ale także młody rynek
Wartość indyjskiego rynku kosmetycznego szacowana jest obecnie na ponad 8 mld dolarów, a do 2032 roku może wzrosnąć nawet do 18,4 mld dolarów. Coraz większą rolę odgrywają konsumenci z pokolenia Z i millenialsi, którzy poszukują kosmetyków premium, aktywnie korzystają z mediów społecznościowych i są bardziej świadomi składów produktów.
Jednocześnie Indie są dziś najszybciej rozwijającym się rynkiem e-beauty na świecie. W 2024 roku sprzedaż kosmetyków online rosła niemal 40 proc. rok do roku, a kanał cyfrowy odpowiada już za ponad jedną trzecią całego rynku.
Za sukcesem stoją m.in. platformy Nykaa, Purplle czy Tira, które zbudowały silną pozycję dzięki połączeniu sprzedaży internetowej z siecią sklepów stacjonarnych. Standardem w największych miastach stały się dostawy realizowane nawet w ciągu kilku godzin.
Jakie Polskie marki beauty są już w Indiach?
Najbardziej rozpoznawalnym polskim brandem kosmetycznym w Indiach pozostaje Inglot. Marka obecna jest na rynku od 2008 roku i posiada sklepy m.in. w Nowym Delhi, Mumbaju, Bengaluru czy Ćennaju. Jak podkreślała ambasadorka Indii w Polsce Nagma M. Mallick, wielu Hindusów zna markę, nie zdając sobie nawet sprawy z jej polskiego pochodzenia.
Na platformach sprzedażowych dostępne są również produkty Dr Irena Eris, Paese i Eveline Cosmetics, choć eksperci podkreślają, że skala obecności polskich marek jest nadal niewspółmierna do potencjału rynku.
Ciekawym przykładem jest także Sattva Ayurveda. Polska marka oparła swoją filozofię na indyjskich recepturach i lokalnych składnikach, tworząc biznes, który łączy polskie zarządzanie z produkcją zakorzenioną w tradycji ajurwedyjskiej.
Indyjscy konsumenci coraz chętniej sięgają po produkty premium
Jeszcze kilka lat temu kosmetyki luksusowe koncentrowały się głównie w największych metropoliach. Dziś coraz większy popyt generują miasta drugiego i trzeciego poziomu, liczące od kilkuset tysięcy do kilku milionów mieszkańców. Dane platformy Nykaa pokazują, że ponad połowa sprzedaży produktów premium pochodzi już spoza największych aglomeracji.
Duże znaczenie mają również kosmetyki naturalne, wegańskie i cruelty-free. Rosnąca świadomość konsumentów sprawia, że transparentność składów oraz odpowiedzialna komunikacja stają się równie ważne jak skuteczność produktu.
Sam produkt nie wystarczy, czego oczekuje indyjski konsument?
Eksperci podkreślają jednak, że Indie są rynkiem wymagającym. To kraj wielu języków, kultur i typów urody, dlatego kopiowanie strategii stosowanych w Europie rzadko przynosi sukces. Kluczowe znaczenie mają współpraca z lokalnymi partnerami, obecność w mediach społecznościowych oraz dostosowanie produktów do lokalnych potrzeb.
Wysokie wymagania regulacyjne i konieczność rejestracji produktów mogą być barierą wejścia, ale rozwój e-commerce pozwala zagranicznym markom testować sprzedaż bez konieczności natychmiastowych dużych inwestycji.
Indie mogą stać się dla polskiej branży beauty tym, czym Chiny były dekadę temu
Choć wymiana handlowa między Polską a Indiami przekroczyła już 6 mld dolarów, kosmetyki pozostają kategorią o niewykorzystanym potencjale. Sukces Inglota pokazuje, że polskie marki są w stanie konkurować na jednym z najbardziej wymagających i dynamicznych rynków świata. A skoro globalni giganci inwestują tam dziś setki milionów dolarów, trudno wyobrazić sobie, by polska branża beauty mogła pozwolić sobie na pozostanie jedynie obserwatorem.
Możliwe, że w ciągu najbliższych kilku lat Indie staną się dla polskich producentów kosmetyków jednym z najważniejszych kierunków eksportowych – nie tylko ze względu na skalę rynku, ale także tempo, w jakim zmieniają się tamtejsi konsumenci.
Źródło: WWD, trade.gov.pl
Obserwujemy dziś wyraźny trend traktoania skóry głowy z taką samą powagą jak skóry twarzy - tzw. skinifikację włosów. Choć cały rynek pielęgnacji włosów w Polsce rośnie, to kategoria "scalp care" rozwija się bardzo szybko, rozpycha się zajmujac większość półki - jest jednym z jego najbardziej widocznych kierunków premiumizacji i specjalizacji - mówi Marta Iwanowska-Giler, dyrektor ds. kreacji w firmie OnlyBio.
Czy specjalistyczne peelingi, wcierki i olejki to już standard w koszyku przeciętnego Polaka, czy wciąż domena wąskiej grupy „włosomaniaczek”?
Marta Iwanowska-Giler: Zdecydowanie, w naszej ocenie „hair skinification” przestało być chwilowym trendem, a zmianą w podejściu do pielęgnacji włosów. Konsumenci coraz lepiej rozumieją, że kondycja włosów zaczyna się od zdrowej skóry głowy, dlatego zaczynają traktować ją z taką samą uwagą. Nawet patrząc szerzej na rozwój hair care, zdecydowanie widać, że peelingi, wcierki czy inne produkty stricte do skóry głowy zajmują już większą część półki w drogeriach, więc nie są już wyborem wyłącznie najbardziej świadomych włosomaniaczek. Coraz częściej trafiają do koszyków osób, które do tej pory ograniczały pielęgnację do szamponu i odżywki.
Czy marka OnlyBio wpasowała się w trend czy wykreowała większy popyt na kosmetyki trychologiczne?
Od kilku lat konsekwentnie i bardzo intensywnie rozwijamy kategorię pielęgnacji włosów, a pozycja, jaką dziś w niej zajmuje OnlyBio, pokazuje, że ten kierunek odpowiada na potrzeby konsumentów. Wspomnę tylko, że dziś jesteśmy obecni nie tylko w kategorii pielęgnacji włosów, ale również w pielęgnacji ciała, rąk oraz w pielęgnacji włosów i ciała dla dzieci. Tak szerokie portfolio nie powstało przypadkiem, bo widzimy, że konsumenci oczekują skutecznych i łatwo dostępnych rozwiązań pielęgnacyjnych w wielu kategoriach. A to, jak rozwija się nasza oferta i jak jest odbierana przez rynek, utwierdza nas w przekonaniu, że dobrze odczytujemy potrzeby konsumentów i potrafimy na nie odpowiadać.
Jak udało się przenieść niszową, gabinetową wiedzę trychologiczną na masową półkę drogerii w cenach dostępnych dla każdego? Co było największym ryzykiem przy tym kroku?
W kategorii pielęgnacji włosów od początku chcieliśmy pokazać, że skuteczna pielęgnacja oparta na wiedzy trychologicznej nie musi być zarezerwowana dla gabinetów specjalistycznych. Chcieliśmy przełożyć tę wiedzę na produkty dostępne na drogeryjnej półce tak, aby były skuteczne, przystępne cenowo i jednocześnie łatwe do zrozumienia dla konsumenta. Myślę, że w tym przypadku kluczowym wyzwaniem było znalezienie równowagi między eksperckim podejściem a prostą komunikacją. Zależało nam na tym, aby nie upraszczać samej wiedzy, ale mówić o niej w sposób zrozumiały.
Od lat konsekwentnie stawiamy nie tylko na rozwój produktów, ale również na edukację. Dobrym przykładem jest wydana w tym roku książka „Trychomania. Moja pierwsza książka o włosach”, przygotowana we współpracy z lekarzami, naukowcami, trychologami i kosmetologami. Traktujemy ją jako naturalne rozwinięcie działań, które prowadzimy od lat. Bardzo zależy nam na tym, aby rzetelna wiedza o pielęgnacji włosów i skóry głowy była dostępna dla każdego.
Czy współczesny konsument kupuje oczami i zapachami, czy faktycznie czyta składy (INCI)?
Myślę, że dzisiejszy konsument nie wybiera już między wyglądem, zapachem i składem - naprawdę oczekuje jednego i drugiego. Zapach, konsystencja czy wygląd produktu nadal mają ogromne znaczenie i często decydują o pierwszym zakupie, a dziś już nie musimy wybierać pomiędzy ładnym a skutecznym produktem. Jednocześnie coraz więcej osób czyta składy, interesuje się składnikami aktywnymi i chce rozumieć, dlaczego dany produkt działa a dzisiejszy rynek pozwala na to, by produkt był skuteczny, miał dobry skład i do tego pięknie pachnął.
Jak zmieniły się wymagania klientów na przestrzeni ostatnich 2-3 lat w kontekście transparentności marek?
Ponadto konsumenci są bardziej wymagający wobec marek, bo oczekują prostego i uczciwego komunikowania składu oraz działania produktów, bez zbędnych obietnic i skomplikowanego języka. Dla nas to bardzo pozytywna zmiana, bo świadomy konsument podejmuje lepsze decyzje zakupowe, dlatego od lat stawiamy na edukację i transparentną komunikację.
Przez lata trychologia kojarzyła się z drogimi kuracjami w klinikach. Czy skuteczna walka z łupieżem, przetłuszczaniem się skóry czy wypadaniem włosów musi rujnować portfel?
My obserwujemy dziś trzy główne problemy skóry głowy, z którymi konsumenci szukają pomocy: nadmierne wypadanie włosów, przetłuszczanie się skóry głowy oraz łupież i różnego rodzaju podrażnienia/przesuszenia. Oczywiście, dużej mierze są one efektem współczesnego stylu życia, w tym przewlekłego stresu, nieodpowiedniej diety czy zaburzeń hormonalnych. Jednocześnie nie powiedziałabym, że problemów jest dziś znacząco więcej. Myślę, że przede wszystkim wzrosła świadomość konsumentów, którzy szybciej zauważają niepokojące objawy i częściej szukają profesjonalnego wsparcia. I przede wszystkim nie tuszują problemów w pierwszej kolejności, tylko szukają przyczyny.
Czy epidemia problemów z łysiejącą skórą głowy to efekt cywilizacyjny (stres, dieta), czy po prostu wynik lepszej diagnostyki?
Trzeba wziąć pod uwagę,że kosmetyk ma swoje możliwości, ale i ograniczenia. Szampon, wcierka czy peeling są niezbędną bazą do uzyskania zdrowych i mocnych włosów, jednak jeśli problem jest przewlekły i zaawansowany, pojawia się nagle lub towarzyszą mu inne objawy, warto poszerzyć diagnostykę i skonsultować się ze specjalistą. Zdrowie skóry głowy jest ściśle związane z ogólnym stanem organizmu, dlatego zawsze podkreślamy, że pielęgnacja to jeden z elementów holistycznego podejścia pielęgnacji włosów i skóry głowy.
Na szczęście skuteczna pielęgnacja nie zawsze musi dziś oznaczać od razu kosztownych wizyt czy bardzo drogich kuracji. Specjalistyczna wiedza trafiła na półki drogerii, dzięki czemu konsumenci mają dostęp do zaawansowanych produktów w przystępnych cenach. Kluczowe znaczenie ma właściwy dobór kosmetyków, regularność ich stosowania i świadoma pielęgnacja, a nie cena pojedynczego produktu. Dodam, że trycholodzy sami często we współpracy z podopiecznym zaczynają od zmiany pielęgnacji i nawyków, i to już w wielu przypadkach daje duże efekty.
Czy produkty drogeryjne są równie skutecz, co te apteczne czy te z sektora premium?
Jeśli chodzi o segmenty w kategorii pielęgnacji włosów, patrzyłabym dziś na podział między kosmetykami drogeryjnymi a premium przez pryzmat skuteczności. Dobrze opracowane produkty drogeryjne są w stanie bardzo efektywnie odpowiadać na codzienne potrzeby skóry głowy i włosów. Segment premium częściej wyróżnia się personalizacją czy dodatkowymi doświadczeniami, natomiast sama skuteczność coraz częściej wynika z jakości formulacji i właściwego dopasowania produktu do potrzeb użytkownika, a nie z jego ceny.
Czy planują Państwo ekspansję zagraniczną lub współpracę z partnerami z rynku Unii Europejskiej?
Tak, zdecydowanie - rozwój na rynkach zagranicznych jest dla nas naturalnym kierunkiem. Konsekwentnie budujemy obecność OnlyBio poza Polską i dostrzegamy duży potencjał szczególnie na rynkach europejskich. Świadoma pielęgnacja włosów i skóry głowy rozwija się nie tylko w Polsce, dlatego nasze podejście znajduje zainteresowanie również wśród zagranicznych partnerów i konsumentów. Jednocześnie do ekspansji podchodzimy z dużą uważnością. Zależy nam nie tylko na obecności w kolejnych krajach, ale przede wszystkim na budowaniu marki w oparciu o te same wartości, które są dla nas kluczowe od początku: skuteczne formulacje, przystępność cenową, edukację i transparentną komunikację. Wierzymy, że właśnie takie podejście ma potencjał, by dobrze odnaleźć się również na innych europejskich rynkach.


