StoryEditor
Rynek i trendy
15.03.2013 00:00

Kryzys w grupie mniej straszny

Polskie firmy kosmetyczne, pomimo kryzysowego klimatu, radzą sobie nieźle – jedne dzięki wyrobionej marce, inne za sprawą produkcji pod logo znanych sieci. O tym, jak wypadamy na tle Europy i co jeszcze nas czeka w zmieniającej się dla przemysłu kosmetycznego rzeczywistości – opowiada Blanka Chmurzyńska-Brown, dyrektor generalna Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego.



Jak branża kosmetyczna radzi sobie w kryzysie?
Opinia o tym zależy od tego, gdzie się ucho przyłoży, kogo się słucha. Firmy globalne odnotowały na polskim rynku spadki, pomimo ogromnych inwestycji w reklamę. Ciekawe, czy te nakłady się zwróciły? Gorzej jest także tam, gdzie możliwości reklamowe zostały mocno ograniczone, czyli w segmencie kosmetyków aptecznych. Choć jeszcze do niedawna był on postrzegany jako bardzo rozwojowy.
Dla odmiany świetnie radzą sobie firmy polskie, które z reguły nie inwestują w kosztowne kampanie reklamowe, a mimo to mają wśród klientów wyrobioną markę. Znakomitym przykładem jest firma Ziaja, która ma niskie marże, nastawiona jest na massmarketowego odbiorcę, korzysta z prostych formuł kosmetycznych i prowadzi nienachalną promocję. Ta polityka, w obecnym kryzysowym klimacie, znakomicie się sprawdza. Wiemy jednak, że polskie firmy, takie jak Ziaja, Eris, Oceanic, Dax Cosmetics czy marka Dermika mają jeszcze większe ambicje. Ich problemem jest bowiem skala. Stąd tak duży obecnie nacisk polskich firm na eksport. 

A czy widoczne są jakieś symptomy niepokoju?

Zauważamy wyraźną potrzebę bycia w grupie. Ale raczej nie polega to na chronieniu się pod parasolem jednego właściciela, bo to właśnie dużym dystrybutorom jest w tej chwili trudniej. Natomiast jest wyraźne zapotrzebowanie na know-how, dlatego rośnie zainteresowanie naszą organizacją. W 2011 roku mieliśmy szesnastu nowych członków. W 2012 – dziesięciu. Natomiast tylko w pierwszym miesiącu tego roku do Związku dołączyło kolejnych osiem firm. Szukają one wsparcia w rozwiązywaniu problemów, które z jednej strony powodowane są gospodarczym kryzysem, a z drugiej sporymi zmianami legislacyjnymi. Bezpieczniej czują się w grupie i razem uczą się poruszania w nowej rzeczywistości prawnej.

Czy rzeczywiście rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady dotyczące produktów kosmetycznych spowodowało, że początek tego roku to dla branżykosmetycznej wejście w zupełnie inny świat?

Od 11 stycznia mamy nowy – paneuropejski – system notyfikacji produktów kosmetycznych – Cosmetic Product Notification Portal (CPNP). Dla naszych członków nie jest on niespodzianką, gdyż przygotowujemy ich do nowego portalu już od dwóch lat. Wspólnie przetrenowaliśmy to nowe rozwiązanie wskazując Komisji Europejskiej, jeszcze w fazie testowej, jego słabości. Firmy uczyły się obsługi systemu i mogły zorientować się, jakie nowe informacje trzeba będzie udostępnić, jakie dane zebrać. Zmiany są ogromne w porównaniu z tym, z czym mieliśmy do czynienia do tej pory. W polskim dotychczasowym systemie nie było obowiązku zgłaszania formuł ramowych. W tej chwili jest to jedna z podstawowych informacji niezbędnych do zarejestrowania produktu.
W połowie roku rozporządzenie będzie stosowne w całości. To powoduje, że firmy potrzebują wsparcia, a dla nas rok zapowiada się szalenie interesująco – pełen pracy i nowych wyzwań. Jesteśmy jednak już do tego przyzwyczajeni, gdyż w 2012 roku również podjęliśmy wiele nowych zadań. Przygotowywaliśmy naszych członków do zmiany przepisów dotyczących deklaracji marketingowych, tzw. claimów. Jako organizacji branżowej zależy nam bowiem, by standardy związane z rzetelną reklamą i oświadczeniami marketingowymi były w Polsce jak najwyższe. Zależy nam, aby firmy w Polsce informowały o funkcjach kosmetyków mając poparcie deklaracji marketingowych w badaniach oraz tak, by mieściły się one w kryteriach Komisji Europejskiej jakie już  niebawem zostaną opublikowane w formie rozporządzenia. Jeśli tego nie zrobimy, musimy liczyć się z zaostrzeniem przepisów. 
Czy branża kosmetyczna w Polsce ma duży problem z rzetelną reklamą?
Zdarzają się błędy popełniane świadomie lub nie. Obserwujemy rynek i zauważamy pewne, nie do końca właściwe, zachowania. Sygnalizujemy pojawiające się błędy naszym członkom. Zwracamy uwagę, że walka rynkowa musi toczyć się w poszanowaniu wszystkich przepisów prawa.
Czy te opinie są uznawane jako ważne, a działania związku za potrzebne?
Jestem o tym przekonana. Reakcja zwrotna jest tego dowodem. Rok 2012 był dla nas rokiem jubileuszowym. Przyjrzeliśmy się sobie i poddaliśmy ocenie, pytając firmy co nam wychodzi lepiej, a co gorzej, na co powinniśmy zwrócić większą uwagę. Muszę przyznać, że z tej wewnętrznej samooceny wyszliśmy pozytywnie podbudowani. Miarą naszego sukcesu jest nie tylko zwiększająca się liczba członków, ale także to, że liczymy się coraz bardziej jako organizacja opiniotwórcza, ustanawiająca standardy w branży. Nasze działania, opinie, stanowiska cenione są nie tylko przez producentów, ale także przez resort gospodarki, zdrowia czy spraw zagranicznych. Przez dziesięć lat wyrobiliśmy sobie dość wysoką pozycję jako głos polskiego sektora kosmetycznego. Proszeni jesteśmy o opinie, o wsparcie dla rozmaitych działań. Na zlecenie ministerstwa gospodarki organizowaliśmy stoisko polskich producentów na targach marek własnych PLAMA 2012 w Hadze. W tym roku Wydział Promocji Handlu i Inwestycji znów nas poprosił o wsparcie. W ubiegłym roku wspieraliśmy też duży projekt Promocji Polskiej Gospodarki na rynkach zagranicznych. Przekonaliśmy resort gospodarki, że sektor kosmetyczny ma wielki potencjał, i że warto nas wspierać w działaniach eksportowych. Polski przemysł kosmetyczny jest jednym z 15 championów polskiej gospodarki wybranym do programu. Udało nam się zbudować, wspólnie z MG, założenia do Programu Promocji Polskiej Gospodarki na rynkach zagranicznych Polska Cosmetics. Pilotowaliśmy pierwszy nabór wniosków do programu. Zabiegaliśmy o zwiększenie środków i otwarcie drugiego naboru. I udało się! Polska branża kosmetyczna uzyskała na działania eksportowe i promocję za granicą dodatkowe 13 mln zł – ponad dotychczasowe 7 mln zł. Razem to prawie 20 milionów złotych! Tylko 5 sektorów zyskało środki na drugi nabór. To też nasz sukces.   
Coraz odważniej staramy się też nagłaśniać problem zwany precautionary principle. Jest to zasada ostrożności, która ostatnio stała się mocno nadużywana w kosmetycznej branży. W tej chwili większość legislacji dotycząca naszego sektora jest tworzona pod wpływem opinii publicznej i jej niczym nieuzasadnionych obaw związanych z niektórymi składnikami kosmetyków. Dotyczy to np. nanocząsteczek i substancji o potencjalnym działaniu endokrynnym. Europejski ustawodawca ugina się pod presją organizacji konsumenckich, fundując przedsiębiorcom projekty przepisów, które mogą powodować niestabilność gospodarczą.
 
Ale z drugiej strony, również producenci chwalą się tym, czego ich produkty nie zawierają, mimo że nigdzie nie jest powiedziane, że są to substancje szkodliwe i właściwie nie powinni dyskredytować takich składników jak parabeny czy inne konserwanty.  
To prawda. Tłumaczą to tym, że wychodzą naprzeciw potrzebom rynku oraz że konsument tego oczekuje. W ten sposób sami sobie „strzelamy w nogę”, deklarując na produktach, że nie stosujemy składników, których wykorzystywanie nie jest zabronione, i w dodatku badania nie wykazały ich szkodliwości. Parabeny to jeden z przykładów – świetnie przebadany konserwant, stabilny, dobry dla formuł i nieszkodliwy dla zdrowia człowieka. A producenci uginają się przed dyktatem konsumentów i poprzez deklaracje „paraben free” robią im „złą prasę”.

Czy w podobnych kategoriach należy rozpatrywać całkowity zakaz wykonywania testów na zwierzętach, który obowiązuje od marca tego roku?
Ten zakaz to bariera dla innowacyjności przemysłu kosmetycznego, w którym do badań wykorzystywanych było jedynie 0,012 proc. ogólnej liczby zwierząt laboratoryjnych. Tymczasem bez żadnych ograniczeń w tym względzie nadal funkcjonują producenci substancji chemicznych, gdzie przeprowadzania testów na zwierzętach wymaga rozporządzenie REACH, czy przemysł farmaceutyczny, gdzie również są one wymagane prawem. Te branże nie przykuwają jednak uwagi Parlamentu Europejskiego. Za to branża kosmetyczna idealnie nadaje się na kozła ofiarnego. W społecznej opinii takim testom poddawane są produkty upiększające – absolutnie nie jest to jednak prawdą. Zakaz zaszkodzi ocenie bezpieczeństwa produktów ochrony przeciwsłonecznej. Wiele substancji kosmetycznych można dziś ocenić metodami alternatywnymi. Dotyczy to właściwości żrących i drażniących skórę i oczy, przenikania przez skórę, fototoksyczności czy mutagenności. Wciąż natomiast nie mamy metod alternatywnych do sprawdzenia toksyczność dawki powtarzalnej, w tym rakotwórczości i wpływu na rozrodczość oraz toksykokinetyki. Trudno sobie dziś wyobrazić rzetelną ocenę tych mechanizmów w inny sposób niż na żywym organizmie. Obecnie nie pozwala nam na to rozwój nauki, stan wiedzy. Ale nie jest to niemożliwe – to kwestia czasu. Zakaz będzie miał więc wpływ na portfolio bezpiecznych, dokładnie przebadanych surowców, z których można korzystać. Skurczy się ono o ok. 120 substancji.
A mowa tu przede wszystkim o składnikach kosmetyków ochrony przeciwsłonecznej, czyli bardzo ważnej grupie produktów, które chronią przed szkodliwym działaniem promieniowania UV. Mimo że branża kosmetyczna inwestowała ogromne pieniądze w rozwój metod alternatywnych i nadal będzie to czynić – zrobiono nam taki prezent! Z pewnością zmniejszy się rynkowa oferta produktów ochronnych i pielęgnacyjnych, co niewątpliwie odbije się na zatrudnieniu i wpływach do budżetów poszczególnych państw UE. Efekty dla sektora będą negatywne bez względu na rozmiar firmy – zakaz uderzy tak samo w międzynarodowe korporacji jak i w małe i średnie przedsiębiorstwa.   
Czy wobec tego możemy spodziewać się przyspieszenia procesu konsolidacji branży? Czy coraz więcej firm stanie się markami w większych spółkach?
Mamy przykłady, że tak się dzieje – Dax kupujący Celię czy Cedderoth Dermikę. Ale jest mnóstwo firm, które znakomicie radzą sobie jako małe przedsiębiorstwa i nie zamierzają dać się kupić. Nawet obecna kryzysowa sytuacja wcale ich do tego nie zmusza. Zresztą rynki europejskie też nie poddają się trendom konsolidacyjnym. W Niemczech jest 1,3 tys. firm kosmetycznych, które kwalifikują się do kategorii małych i średnich przedsiębiorstw. We Włoszech jest ich 450, a w Wielkiej Brytanii 250. U nas jest ich ponad 200, a może nawet 350. Na tle Europy nie jesteśmy więc aż tak rozdrobnionym rynkiem. 
Widać też, że małe i średnie firmy znakomicie potrafią konkurować z firmami globalnymi. Świetnie radzą sobie zwłaszcza teraz – w kryzysowej sytuacji – szybko reagują na zmianę, są elastyczne, dostosowują się do zmiennego otoczenia. Ewenementem na skalę europejską jest to, że wywalczyły one sobie u nas prawie 50 proc. rynku w kosmetyce białej. Nigdzie indziej rodzime firmy nie są tak mocne w porównaniu z międzynarodowymi koncernami, które mają ogromny potencjał badawczy i marketingowy oraz duże możliwości rozłożenia ryzyka. Sporo tych firm robi też marki własne dla sieci handlowych i hipermarketów. A jest to bardzo dynamicznie rozwijający się rynek, który w 2012 zanotował wzrost 18,3 proc. Marki własne w całym rynku kosmetyków mogę stanowić nawet do 25 proc. Ale nie wyeliminują cenionych brandów.      
To pocieszające, że firmy znalazły sposób na przetrwanie kryzysu, ale z drugiej strony to wielka szkoda, że przemysł kosmetyczny, który kojarzy się przecież z luksusem, musi sobie radzić przed spadkami poprzez tanie marki dedykowane sieciom.
Mam podobne odczucia. Jednak takie są obecnie światowe trendy. I dotyczy to wielu sektorów, nie tylko branży kosmetycznej. Polscy producenci żywności mają podobne problemy. Sprzedają na rynki UE mało przetworzone półprodukty. Nie zabiegają o pozycję polskich marek żywnościowych. Kto próbował wejść na rynek niemiecki ze swoją silną lokalnie marką – wie o czym mówię. Trzeba wspierać postrzeganie polskich marek kosmetycznych oraz ich pozycję na rynkach Starej Europy. Nadal mamy silną pozycję na „archetypowo naszych” rynkach Europy Centralnej i Wschodniej. Oczywiście, wolałabym, aby rosły silnie rozpoznawalne marki. Taką jest marka Inglot – o światowej rozpoznawalności równej polskim flagowym wyrobom przemysłu spirytusowego. Choć przyznam, że  mój patriotyzm gospodarczy i duma narodowa ma się lepiej dzięki Inglotowi niż Wyborowej. W rozwój firm kosmetycznych polscy przedsiębiorcy inwestowali od ponad 20 czy nawet 30 lat, budując bogate portfolio i zaufanie konsumenta. Mają oni swoich odbiorców, ceniących ich produkty za innowacje, bogate formuły. Jestem spokojna o polskie marki kosmetyczne. Z pewnością nie zagrożą im marki własne.
 
Dziękuję za rozmowę.
Anna Zawadzka-Szewczyk


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Rynek i trendy
10.09.2026 14:54
Unboxingi, TikTok i 24 okienka. Skąd fenomen kalendarzy adwentowych?
Święta we wrześniu? Kalendarze adwentowe 2026 już podbijają beautyCharlotte Tilburry

Do Bożego Narodzenia zostały jeszcze ponad trzy miesiące, a kalendarze adwentowe z kosmetykami już pojawiły się w ofercie marek i sieci beauty. Od luksusowych zestawów Rituals, przez propozycje Douglasa, po kalendarze dostępne w Rossmannie – rynek zaczyna świąteczną sprzedaż coraz wcześniej. Popularność produktów dodatkowo napędzają media społecznościowe, gdzie unboxingi kalendarzy i codzienne otwieranie kolejnych okienek stały się osobnym formatem contentu.

W tym artykule przeczytasz:

  • Kalendarz adwentowy jako beauty experience
  • Dlaczego marki zaczynają sprzedaż już we wrześniu?
  • TikTok dodatkowo nakręca kalendarzową gorączkę
  • 24 dni contentu zamiast jednej reklamy
  • Kalendarze coraz bardziej premium

Kalendarze adwentowe dawno przestały być wyłącznie dziecięcym odliczaniem do świąt. W branży beauty stały się pełnoprawnym produktem sezonowym, który łączy sprzedaż, odkrywanie nowości, kolekcjonowanie i doświadczenie konsumenckie. Choć wrzesień dopiero się rozpoczął, tegoroczne propozycje są już dostępne w polskim e-commerce.

To z jednej strony odpowiedź marek na rosnące zainteresowanie kosmetycznymi kalendarzami, a z drugiej – sposób na rozpoczęcie komunikacji świątecznej na długo przed grudniem.

Kalendarz adwentowy jako beauty experience

Mechanizm jest prosty: 24 okienka, 24 niespodzianki i codzienny rytuał otwierania kolejnego produktu (choć istnieją też warianty z 12 okienkami). W praktyce współczesne kalendarze beauty coraz częściej przypominają jednak miniaturowe zestawy zakupowe lub kolekcjonerskie boxy.

W ofercie Douglasa na 2026 rok znalazły się m.in. kalendarze zawierające produkty do makijażu, pielęgnacji skóry i włosów oraz akcesoria. Douglas Collection oferuje w tym sezonie m.in. Make-Up Advent Calendar, Accessoires Beauty Advent Calendar i Exclusive Beauty Highlights. Ceny wachają się między 165 a 349 złotych. 

Rituals idzie w stronę bardziej premium. Tegoroczny Premium Advent Calendar kosztuje 705 złotych, a wartość produktów producent wycenia na 1020 złotych. Kalendarz ma formę dekoracyjnego pociągu i łączy produkty do ciała, kąpieli oraz domu. Marka oferuje także tańszą wersję Classic za 419 złotych. 

Z kolei Rossmann pokazuje, jak szeroko rozrosła się sama kategoria. W ofercie na 2026 rok znalazły się kalendarze związane z pielęgnacją twarzy i ciała, włosami, makijażem, a także propozycje dla różnych grup wiekowych. Wśród przykładów są m.in. Neboa x Kimoco czy Fluff 24 Days of Delicious Skin.

Swoje kalendarze wydają też marki takie jak Dior, Charlotte Tilburry, Joe Malone czy Yves Saint Laurent.

 

 

Dlaczego marki zaczynają sprzedaż już we wrześniu?

Wczesna premiera nie jest przypadkowa. Kalendarz adwentowy jest produktem limitowanym i często występuje w ograniczonych nakładach. Dla marek oznacza to możliwość rozpoczęcia sprzedaży jeszcze przed jesiennym szczytem zakupowym, a dla konsumentów – wcześniejszy dostęp do najbardziej wyczekiwanych edycji.

Rituals wprost informuje, że jego kalendarze pojawiają się we wrześniu i zachęca klientów do wcześniejszego zainteresowania się ofertą. Marka podkreśla również, że jej kalendarze co roku szybko się wyprzedają. 

To także produkt, który dobrze wpisuje się w strategię budowania napięcia wokół premiery. Sama zawartość może być częściowo ujawniana, ale jednocześnie marki mogą zostawić przestrzeń na element niespodzianki. W efekcie kalendarz zaczyna żyć w komunikacji jeszcze przed 1 grudnia.

image

60 proc. młodych woli kosmetyki z dyskontów. „Dupe culture” zmienia układ sił na rynku

TikTok dodatkowo nakręca kalendarzową gorączkę

Na popularność kalendarzy adwentowych mocno wpływają media społecznościowe. Szczególnie dobrze działa format unboxingu – twórca pokazuje zawartość kalendarza, otwiera kolejne przegródki i komentuje produkty.

Co ciekawe, w przypadku kalendarzy beauty unboxing może być rozłożony na cały miesiąc. Zamiast jednego filmu prezentującego zawartość całego pudełka twórcy publikują codzienne nagrania z otwierania kolejnego okienka.

Mechanizm został już dobrze wykorzystany przez twórców internetowych. TechCrunch opisywał fenomen filmów z drogimi kalendarzami beauty na TikToku i YouTubie, wskazując, że ich oglądanie działa podobnie jak wirtualne „window shopping”. Widz może śledzić kolejne odkrycia, porównywać produkty i emocjonować się zawartością, nawet jeśli sam nie kupił kalendarza. 

 

@naomimiz Replying to @?????? ? @Cult Beauty 2026 beauty advent calendar unboxing!!!! Who’s shopping this calendar this year? ##beautyadventcalendar##unboxing##beautyreview##makeup##skincare ♬ original sound - Naomi Mizrahi

 

Format nadal jest obecny na platformach społecznościowych. W TikTok Shop funkcjonują dziś nawet dedykowane wyniki dotyczące „Advent Calendar Unboxing” oraz beauty advent calendars.

24 dni contentu zamiast jednej reklamy

Z perspektywy marek kalendarz ma jeszcze jedną istotną przewagę: generuje treści przez cały grudzień.

Jeden produkt może być bohaterem 24 krótkich filmów, serii stories, recenzji czy reakcji twórców. Do tego dochodzi element napięcia – odbiorca nie zawsze wie, co znajdzie się za kolejnym okienkiem. To sprawia, że produkt sam w sobie staje się scenariuszem contentowym.

 

 

W przypadku beauty ma to szczególne znaczenie, ponieważ każda kolejna niespodzianka może być jednocześnie mini-recenzją, rekomendacją i inspiracją zakupową. Kalendarz przestaje więc być tylko opakowaniem na 24 produkty. Staje się formatem komunikacyjnym, który może generować zainteresowanie marką przez cały okres przedświąteczny.

image

Szef Amazona i Charlotte Tilbury wyróżnieni przez króla Karola III

Kalendarze coraz bardziej premium

Tegoroczne propozycje pokazują też, że rynek kalendarzy mocno się rozwarstwia. Obok stosunkowo niedrogich zestawów pojawiają się produkty kosztujące kilkaset, a nwet tysiące złotych, w których liczy się nie tylko liczba kosmetyków, ale również ich wartość, marka i sposób prezentacji.

Widać więc, że kalendarz adwentowy stał się dla branży kosmetycznej czymś więcej niż sezonowym gadżetem. To produkt, który pozwala połączyć sprzedaż limitowanej edycji z doświadczeniem, prezentem, odkrywaniem nowych produktów i co szczególnie ważne – potencjałem do generowania treści w social mediach.

A skoro konsumenci mogą zobaczyć pierwsze kalendarze już we wrześniu, trudno się dziwić, że marki również nie chcą czekać z ich premierą do grudnia.

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Rynek i trendy
08.09.2026 11:43
Pumpkin spice wraca. Jak marki i drogerie mogą wykorzystać jesienny trend?
Wiadomości Kosmetyczne

Pumpkin spice latte od dawna nie jest już wyłącznie sezonowym napojem. Popularność charakterystycznej mieszanki dyni, kawy, wanilii i korzennych przypraw napędza dziś sprzedaż produktów z wielu kategorii – od żywności i świec po perfumy, pielęgnację i makijaż. Dane z USA pokazują, że zainteresowanie trendem rośnie, a branża kosmetyczna coraz skuteczniej wykorzystuje jego potencjał. Dla marek i sieci handlowych pumpkin spice może być nie tylko sezonową inspiracją produktową, ale również narzędziem zwiększania sprzedaży poprzez limitowane kolekcje, cross-selling i budowanie doświadczeń zakupowych.

Jesień tradycyjnie przynosi powrót produktów limitowanych, sezonowych zapachów i ciepłych, gourmandowych kompozycji. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tego zjawiska pozostaje pumpkin spice latte (PSL). Napój, który zadebiutował w amerykańskich kawiarniach Starbucks w 2003 roku, przez ponad dwie dekady przekształcił się z produktu sezonowego w pełnoprawny fenomen kulturowy.

Skala zainteresowania widoczna jest w danych dotyczących zachowań konsumentów. Według platformy Yelp, w lipcu wyszukiwania frazy „pumpkin spice latte” wzrosły o 301 proc. rok do roku, a zapytania o „pumpkin latte” zwiększyły się o 256 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Rosnący apetyt na jesienne produkty sezonowe nie ogranicza się jednak do gastronomii. Tensam mechanizm coraz wyraźniej wykorzystują producenci kosmetyków, perfum i artykułów gospodarstwa domowego.

image
Wyniki wyszukiwania "pumpkin spice"
Google Trends

Dla branży beauty szczególnie istotne jest to, że pumpkin spice przestało oznaczać konkretny smak. Dziś jest raczej skrótem myślowym opisującym całą estetykę: ciepło, komfort, słodkie gourmandowe aromaty, jesienne rytuały i tzw. cozy autumn aesthetic. To sprawia, że trend można wykorzystać w wielu segmentach rynku kosmetycznego.

Od smaku do zapachu i doświadczenia

Pumpkin spice jest przykładem trendu, w którym granice między kategoriami produktowymi stopniowo się zacierają. Konsument nie kupuje już wyłącznie określonego smaku czy zapachu – sięga po całe doświadczenie związane z konkretną porą roku, nastrojem i stylem życia.

W przypadku pumpkin spice kluczowe znaczenie mają skojarzenia z ciepłem i przyjemnością. Nuty dyni, kawy, cynamonu, gałki muszkatołowej, wanilii czy karmelu coraz częściej pojawiają się w balsamach do ciała, peelingach, produktach do kąpieli, świecach zapachowych, mgiełkach i perfumach.

To wpisuje się w rozwój szerszego trendu foodie beauty, w którym inspiracją dla kosmetyków stają się produkty spożywcze, napoje i desery. Dla producentów oznacza to możliwość budowania atrakcyjności produktu nie tylko wokół deklarowanych właściwości pielęgnacyjnych, ale również poprzez jego wymiar sensoryczny.

Zapach, konsystencja i skojarzenia wizualne stają się elementami doświadczenia konsumenckiego. Peeling może pachnieć jak deser, balsam przypominać aromat kawiarni, a produkt do kąpieli budować skojarzenie z domowym rytuałem spa. W efekcie kosmetyk zaczyna konkurować nie tylko skutecznością, ale również zdolnością do wywoływania emocji.

Sezonowość jako narzędzie sprzedażowe

Dla biznesu jednym z najważniejszych aspektów trendu pumpkin spice jest jego silny związek z sezonowością. Jesienne kolekcje dają producentom możliwość regularnego odświeżania oferty bez konieczności przebudowy całego portfolio.

Produkty limitowane mogą zwiększać poczucie ograniczonej dostępności i zachęcać konsumentów do szybszego podejmowania decyzji zakupowych. Jednocześnie sezonowe premiery tworzą naturalny pretekst do komunikacji marketingowej oraz ekspozycji produktów zarówno w handlu tradycyjnym, jak i e-commerce.

Pumpkin spice może być przy tym wykorzystywane nie tylko jako nazwa pojedynczego produktu. Marki mogą budować wokół tego motywu całe jesienne kolekcje obejmujące kilka kategorii: żel pod prysznic, peeling, balsam, mgiełkę do ciała i świecę zapachową. Taki model sprzyja zwiększaniu wartości koszyka poprzez sprzedaż produktów komplementarnych.

Dla producentów kontraktowych trend może natomiast stanowić okazję do przygotowania gotowych koncepcji sezonowych dla marek własnych sieci handlowych. Zamiast oferować wyłącznie pojedynczą formulację, dostawca może zaproponować kompletną platformę produktową obejmującą recepturę, zapach, opakowanie i koncepcję komunikacyjną.

Szansa dla drogerii: gotowy pretekst do cross-sellingu

Trend pumpkin spice może być również interesującym narzędziem dla sieci drogeryjnych. Kluczowe znaczenie ma jednak odejście od klasycznego eksponowania produktów wyłącznie według kategorii.

Jesienna ekspozycja tematyczna może łączyć produkty różnych producentów i segmentów. Obok balsamu o zapachu wanilii i przypraw korzennych mogą znaleźć się perfumy gourmand, paleta cieni w odcieniach miedzi i terakoty, świeca zapachowa oraz produkt do kąpieli. W ten sposób sprzedawca nie promuje pojedynczej kategorii, ale buduje kompletny „jesienny rytuał”.

To potencjalnie zwiększa możliwości cross-sellingu. Konsument, który pierwotnie szuka produktu do pielęgnacji ciała, może zostać zainteresowany także produktem zapachowym lub kosmetykiem kolorowym wpisującym się w tę samą estetykę.

Szczególnie istotny może być potencjał sprzedaży online. W e-commerce trend można wykorzystać do tworzenia landing page’y sezonowych, kategorii tematycznych oraz gotowych zestawów produktowych. Zamiast prezentować klientowi kilkaset balsamów czy perfum, detalista może stworzyć selekcję produktów pod hasłami „cozy autumn”, „pumpkin spice mood” czy „jesienne rytuały beauty”.

Dla drogerii oznacza to również możliwość wykorzystania treści edukacyjnych i inspiracyjnych. Artykuły, krótkie materiały wideo czy instrukcje tworzenia Pumpkin Spice Latte Makeup mogą generować ruch i jednocześnie prowadzić bezpośrednio do kart konkretnych produktów.

Pumpkin spice także w makijażu

Wpływ trendu widoczny jest również w segmencie kosmetyków kolorowych. Tzw. Pumpkin Spice Latte Makeup opiera się na palecie ciepłych odcieni kojarzonych z jesienią – pomarańczach, terakocie, brązach, miedzi i złocie.

Trend wykorzystuje przede wszystkim produkty umożliwiające budowanie efektu rozświetlonej, ciepłej cery: bronzery, róże w odcieniach brzoskwiniowych i ceglastych, metaliczne cienie do powiek oraz błyszczyki w kolorach karmelu i nude.

W tym przypadku pumpkin spice nie oznacza konkretnego składnika czy technologii. Funkcjonuje jako punkt odniesienia dla całej palety kolorystycznej i określonego typu makijażu. Dla producentów jest to o tyle korzystne, że trend można wykorzystać bez konieczności opracowywania zupełnie nowych produktów. Często wystarczające może być stworzenie sezonowej komunikacji lub zestawienia istniejących SKU w nowy sposób.

To istotna wskazówka również dla detalistów. Wykorzystanie trendu nie musi oznaczać oczekiwania na premierę kolejnej limitowanej kolekcji. Drogeria może stworzyć własną kurację produktową lub ekspozycję tematyczną z produktów, które już posiada w asortymencie.

Dynia jako składnik i storytelling

Trend pumpkin spice ma również wymiar składnikowy. Sama dynia oraz pozyskiwany z jej pestek olej są wykorzystywane w kosmetyce ze względu na zawartość lipidów, witamin i związków antyoksydacyjnych.

Ekstrakty z dyni zawierają m.in. witaminy A, C i E, a także minerały i związki o potencjale antyoksydacyjnym. Z kolei olej z pestek dyni jest źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych i może być stosowany w formulacjach przeznaczonych do pielęgnacji skóry suchej.

Z perspektywy marketingowej daje to markom możliwość połączenia dwóch warstw komunikacji. Pierwszą jest przyjemność sensoryczna związana z zapachem i estetyką produktu, drugą – storytelling dotyczący rzeczywistego wykorzystania surowca roślinnego.

Warto jednak rozdzielać te dwa aspekty. Nie każdy kosmetyk pachnący pumpkin spice zawiera ekstrakt z dyni, a inspiracja zapachem nie powinna być automatycznie przedstawiana jako właściwość pielęgnacyjna. Dla marek, zwłaszcza w coraz bardziej restrykcyjnym otoczeniu regulacyjnym dotyczącym komunikacji produktowej, transparentne rozróżnienie między inspiracją sensoryczną a działaniem składników może mieć coraz większe znaczenie.

Od kultowego napoju do perfum

Najbardziej wyraźnym przykładem ekspansji pumpkin spice poza kategorię żywności jest wejście tego motywu do perfumerii. W 2025 roku Starbucks Romania wprowadził EAU de PSL, określane jako pierwsza na świecie woda perfumowana inspirowana kultowym Pumpkin Spice Latte.

Kompozycja unisex została zbudowana wokół nut kawy, liści herbaty i słodzonego mleka skondensowanego. W sercu zapachu pojawiają się cynamon, gałka muszkatołowa i akord waty cukrowej, natomiast bazę tworzą wanilia, fasola tonka i piżmo.

Ten przykład pokazuje, jak daleko może sięgać komercyjny potencjał rozpoznawalnego produktu spożywczego. Pumpkin spice latte przestało funkcjonować wyłącznie jako smak – stało się kodem kulturowym, który można przełożyć na zapach, kolor, opakowanie i całe doświadczenie konsumenckie. Na portalu Fragrantica znajduje się obecnie, bagatela, ok. 200 zapachów z wariantami nuty dyni i dyniowego ciasta.

Trend, który może wyjść poza jedną jesień

Dla branży kosmetycznej pumpkin spice jest interesującym studium przypadku szerszego zjawiska. Konsumenci coraz częściej poszukują produktów, które pozwalają im celebrować codzienne rytuały i tworzyć określony nastrój. W tym modelu kosmetyk ma być nie tylko funkcjonalny, ale również sensoryczny i emocjonalny.

Największą szansę na wykorzystanie tego trendu mają marki, które nie ograniczą się do umieszczenia dyni na etykiecie. Potencjał biznesowy tkwi w budowaniu spójnego doświadczenia – od zapachu i konsystencji, przez opakowanie, aż po sposób prezentacji produktu w punkcie sprzedaży.

Dla drogerii oznacza to możliwość tworzenia sezonowych kategorii zakupowych i zwiększania sprzedaży produktów komplementarnych. Dla producentów – okazję do testowania limitowanych serii i szybszego reagowania na trendy. Z kolei dla marek własnych może to być stosunkowo prosty sposób na wprowadzenie do oferty produktu o wyraźnym, sezonowym pozycjonowaniu.

Dane Yelp, wskazujące na wzrost wyszukiwań „pumpkin spice latte” o 301 proc. oraz „pumpkin latte” o 256 proc. rok do roku, pokazują, że zainteresowanie kulturowym fenomenem PSL nie słabnie. Dla sektora beauty kluczowe pytanie nie brzmi więc już, czy trend inspirowany jedzeniem może sprzedawać kosmetyki. Coraz ważniejsze staje się to, które marki i detaliści potrafią najszybciej przełożyć sezonowe emocje konsumentów na konkretną ofertę, ekspozycję i doświadczenie zakupowe.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
13. wrzesień 2026 09:22