StoryEditor
Prawo
18.07.2025 14:05

Rząd wspiera branżę beauty — Lex Szarlatan pomoże oddzielić profesjonalistów od oszustów. Lekarze protestują: nowelizacja jest bezzębna.

Od momentu zasygnalizowania Lex Szarlatan na wiosnę bieżącego roku w sieci nie cichną głosy osób, których nieuczciwe lub/i nienaukowe praktyki mogą wpaść w sieć nowej legislacji. Czy jednak wszystkie głosy krytyki pochodzą od tych, których ustawa trafnie identyfikuje jako zagrożenie dla konsumentów i konsumentek — homeopatów, naturopatów i sprzedawców magicznych terapii?

16 czerwca 2025 roku na stronie Rządowego Centrum Legislacji opublikowano projekt Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, określany jako „Lex Szarlatan”. Celem proponowanych przepisów jest uporządkowanie rynku usług zdrowotnych i eliminacja praktyk niemających podstaw naukowych. Ustawa ma przeciwdziałać działalności tzw. uzdrowicieli oraz osobom podejmującym działania zdrowotne bez posiadania kwalifikacji medycznych.

Jak pisały Wiadomości Kosmetyczne w lutym bieżącego roku, zgodnie z zapowiedziami ministry zdrowia Izabeli Leszczyny, Rzecznik Praw Pacjenta ma zyskać kompetencje zbliżone do tych, jakie przysługują prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Będzie uprawniony do wydawania publicznych ostrzeżeń oraz do nakazywania zaprzestania działań uznanych za pseudomedyczne. Projekt ustawy miał również wprowadzać definicję „praktyk pseudomedycznych” i zabraniać ich prowadzenia osobom bez wykształcenia medycznego, szczególnie w sytuacjach, gdy ich działalność może stanowić zagrożenie dla zdrowia pacjentów.

image

Z gabinetów beauty znikną „leczące" kryształy, olejki i suplementy? Ministra Zdrowia idzie na wojnę z szarlatanami

Projekt zakłada wprowadzenie obowiązku informowania pacjentów o braku uprawnień medycznych przez osoby oferujące usługi zdrowotne. W przypadku naruszenia przepisów Rzecznik Praw Pacjenta będzie mógł nakładać kary pieniężne w wysokości do 1 mln zł oraz blokować treści publikowane w mediach, które naruszają zasady ustawy. Nowe regulacje mają na celu nie tylko ochronę zdrowia obywateli, ale również przeciwdziałanie dezinformacji zdrowotnej. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Ministerstwo Zdrowia, projekt ustawy przewiduje rozszerzenie kompetencji Rzecznika Praw Pacjenta. Wśród nowych uprawnień znajdzie się prowadzenie postępowań dotyczących działań zdrowotnych podejmowanych przez osoby bez uprawnień, stosowania metod niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną, prowadzenia nielegalnej działalności leczniczej oraz medycznej dezinformacji, jeśli ta przynosi korzyści finansowe i jest publicznie rozpowszechniana.

Postępowania w sprawach praktyk pseudomedycznych mają być prowadzone na takich samych zasadach jak obecnie obowiązujące postępowania dotyczące naruszeń zbiorowych praw pacjentów. Rzecznik będzie miał również prawo do upowszechniania orzecznictwa w tych sprawach, co ma działać prewencyjnie i edukacyjnie. Projekt ustawy przewiduje także zmiany w zakresie nakładania kar pieniężnych. Nowością będzie możliwość nałożenia kary już w decyzji stwierdzającej naruszenie, bez konieczności ponownego wykroczenia. Przewidziano również możliwość karania „recydywy” oraz kierowników podmiotów, którzy dopuścili do naruszeń. W ich przypadku kara może wynieść nawet 20-krotność przeciętnego wynagrodzenia.

image
Olejki eteryczne, zwłaszcza pochodzące od marek działających w modelu MLM, to już leitmotiv tzw. medycyny alternatywnej i często pojawiają się w salonach beauty.
Magda Ehlers via Pexels

Górne limity kar mają zostać podniesione – z obecnych 500 tys. zł do 1 mln zł (art. 68 ustawy) oraz z 50 tys. zł do 100 tys. zł (art. 69), co zostało uzasadnione inflacją. Przepisy dotyczące sankcji finansowych będą miały zastosowanie również wobec podmiotów stosujących praktyki pseudomedyczne, niezależnie od ich statusu formalnego.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą

Wraz z opublikowaniem projektu ustawy „Lex Szarlatan” w sieci zawrzało. Możliwość uczestniczenia w konsultacjach społecznych wywołała falę komentarzy, zwłaszcza ze strony osób zawodowo związanych z praktykami alternatywnymi. W przestrzeni internetowej pojawiły się liczne głosy zaniepokojone kształtem nowelizacji i jej potencjalnymi konsekwencjami dla środowisk zajmujących się m.in. homeopatią, medycyną naturalną czy różnymi formami terapii holistycznych. Komentatorzy obawiają się, że proponowane przepisy mogą całkowicie zdelegalizować ich działalność lub znacznie ograniczyć możliwość jej prowadzenia.

Czym ta ustawa tak naprawdę jest?

Oprócz tego, że zawiera buble w stylu, że udzielanie pierwszej pomocy przez osobę bez wykształcenia medycznego może być traktowane jako przestępstwo - co kłuci [sic] się z podstawowym obowiązkiem udzielenia tej pomocy wg. Ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, która wynika z z Kodeksu Karnego (art. 162 §1) jest też:

Odebraniem wolności do wyboru terapii i sposobu leczenia, przez co urzędnik ma decydować jak wolno Ci się leczyć.

Zakazywaniem przekazywania i rozpowszechniania wiedzy na temat terapii naturalnych - mniej wiesz, jesteś bardziej uzależniony od „jedynego słusznego sposobu leczenia”

Represjonowaniem ludzi, którzy wspierają innych w drodze do zdrowia - pytanie komu kto bardziej szkodzi.

Oraz przede wszystkim naruszeniem podstawowego prawa człowieka do ŻYCIA i WOLNOŚCI.

(za: Naturoterapia Joanna Bałys-Wawro)

Wśród protestujących dominują przedstawiciele takich dziedzin jak homeopatia, naturopatia, akupunktura, fitoterapia czy medycyna chińska. Wypowiadają się często jako „terapeuci”, podkreślając wieloletnie doświadczenie i grono zadowolonych klientów. Jednocześnie jednak ich argumenty niejednokrotnie potwierdzają tezy, które legły u podstaw projektowanej ustawy – mianowicie zacieranie granic między działalnością paramedyczną a usługami zdrowotnymi, które powinny być zarezerwowane wyłącznie dla osób z wykształceniem medycznym. Krytycy ustawy, często nieposiadający takich kwalifikacji, wprost przyznają, że pomagają ludziom „leczyć się” lub „przywracać równowagę organizmu”.

Paradoksalnie, wiele z tych wypowiedzi podkreśla zasadność wprowadzenia nowych przepisów. Pokazują one bowiem skalę zjawiska, które dotychczas funkcjonowało na granicy prawa – działalności opierającej się na efekcie placebo, przekonaniach czy marketingu, a nie na dowodach naukowych. Obecny kształt ustawy jasno definiuje, że tego typu praktyki, jeśli są przedstawiane jako usługi lecznicze, stanowią zagrożenie dla pacjentów i mogą prowadzić do zaniechania skutecznego leczenia. Tym samym konsultacje społeczne nie tylko ujawniają opór środowisk alternatywnych, ale również dostarczają argumentów przemawiających za koniecznością legislacyjnych zmian.

Chcesz kogoś zniesławić? Nazwij go szarlatanem, oszustem, nienaukowym szurem, foliarzem, teoretykiem spiskowym, znachorem. Mimo, że jest psychologiem, naturopatą, lekarzem medycyny chińskiej czy refleksologiem z dyplomem zaświadczającym o zakończonej edukacji. 

(za: Polskie Towarzystwo Medycyny Informacyjnej i Energetycznej PTMIE)

Alarmistyczne interpretacje projektu „Lex Szarlatan” jako rzekomego zagrożenia dla branży beauty wywołały niepokój wśród wielu profesjonalistów działających zgodnie z przepisami. Pojawiające się w mediach i internecie narracje sugerujące, że ustawa może pozbawić pracy kosmetologów, linergistów czy stylistów, wprowadzają nieuzasadnione napięcie i dezinformację. Tymczasem projekt wyraźnie rozróżnia działalność estetyczną i kosmetyczną od nielegalnego świadczenia usług medycznych przez osoby bez kwalifikacji. Obawy o utratę dochodów są w wielu przypadkach bezpodstawne – pod warunkiem, że dana działalność nie wkracza w kompetencje zarezerwowane wyłącznie dla zawodów medycznych.

Nastroje w branży beauty uległy pogorszeniu, mimo że ustawa nie zmienia przepisów dotyczących legalnie wykonywanych usług kosmetycznych. Osoby pracujące w oparciu o zdobytą w pocie czoła akademicką wiedzę, doświadczenie i zgodność z prawem obawiają się, że nowelizacja może zostać wykorzystana przeciwko nim – co nie znajduje odzwierciedlenia w zapisach projektu. W rzeczywistości „Lex Szarlatan” ma na celu eliminację ryzykownych działań podszywających się pod medycynę, a nie ograniczanie dostępu do usług z zakresu pielęgnacji urody. Rzetelni przedstawiciele branży nie tylko nie mają powodów do obaw, ale mogą zyskać na większym uporządkowaniu rynku. Na ten temat również nie brakuje głosów.

Rozumiem to tak, że kosmetolodzy i kosmetyczki nie będą mogli nawet zasugerować, że zabieg działa wspomagająco na zachowanie lub przywrócenie zdrowia skóry.

Uważam, że kosmetologia powinna zostać wpisana na listę zawodów medycznych najniższego szczebla, tak jak to jest w przypadku technika masażysty.

Kosmetolog świadczący usługi medyczne powinien podlegać pod dermatologa, tak jak technik masażu wykonujący masaże lecznicze podlega pod ortopedę - na zasadzie lekarz zleca, specjalista wykonuje. I wszyscy byliby zadowoleni.

(za: grupa na Facebooku Beauty Razem)

Jak mówi Piotr Misiorowski, prawnik z Kancelarii Doradczej Rafał Piotr Janiszewski, w rozmowie z Onetem, "Z zagrożeniami, jakie niosą ze sobą praktyki "szarlatanów" stykają się nie tylko chorzy w stanie terminalnym — którzy, gdy medycyna nie ma już nic do zaoferowania, chcą się chwycić każdej nadziei — ale również ci, którzy z powodzeniem mogliby się leczyć systemowo, jednak zwiodły ich pięknie brzmiące reklamy rozmaitych uzdrowicieli. Konsekwencje bywają najtragiczniejsze". Ma to szczególne znaczenie w kontekście osób przychodzących np. na masaże relaksacyjne czy rozluźniające lub inne zabiegi typu wellness, które w zaciszu gabinetu spa mogą szukać ulgi w trakcie bolesnego leczenia czy chociażby nawrotu zaburzeń nastroju. Misiorowskiemu wtóruje rzecznik praw pacjenta, Bartłomiej Chmielowiec, który w styczniu bieżącego roku wypowiedział się dla portalu Termedia: „Jeśli ktoś, nie posiadając wykształcenia medycznego i nie stosując aktualnej wiedzy potwierdzonej badaniami, wykorzystuje trudną sytuację zdrowotną do tego, aby żerować na chorobie, to trzeba nazwać go szarlatanem, a jego działanie karygodnym”.

Lekarze alarmują: Lex Szarlatan? Tak, ale po załataniu dziur w tej sieci

Jednak nowelizację ustawy krytykują nie tylko osoby, które z założenia ma ona eliminować z rynku usług beauty i zdrowotnych. Jak donosi portal Rynek Zdrowia, Naczelna Izba Lekarska (NIL) zaproponowała istotne poprawki do projektu ustawy „Lex Szarlatan”, które mają na celu zaostrzenie przepisów wobec osób wykonujących zabiegi iniekcyjne bez uprawnień medycznych. Chodzi m.in. o stosowanie botoksu, wypełniaczy czy nici liftingujących przez kosmetyczki i kosmetologów. Zdaniem lekarzy takie praktyki niosą realne zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów i powinny zostać jednoznacznie zakazane.

Medycy postulują, aby za praktykę pseudomedyczną uznać wszelkie działania mające na celu zachowanie, ratowanie lub poprawę zdrowia, jeśli są one wykonywane przez osoby bez prawa do wykonywania zawodu medycznego. Co więcej, świadczenia zdrowotne nie powinny być realizowane nawet przez osoby z wykształceniem medycznym, jeśli wykraczają one poza formalne granice ich zawodu. Lekarze chcą w ten sposób ograniczyć zjawisko nieuczciwej konkurencji oraz podnieść poziom bezpieczeństwa pacjentów. Zaproponowane przepisy zakładają znaczne zaostrzenie kar. Rzecznik Praw Pacjenta (RPP) miałby możliwość nakładania na osoby i podmioty wykonujące zabiegi bez odpowiednich kwalifikacji kar finansowych sięgających nawet miliona złotych. W praktyce oznaczałoby to znaczny wzrost ryzyka prowadzenia działalności kosmetologicznej w zakresie zabiegów z pogranicza medycyny estetycznej.

image

Dr n.med. Łukasz Preibisz: Kosmetolog i lekarz działają razem. Nie ma walki pomiędzy naszymi zawodami

Nowe regulacje przewidują także obowiązek przekazywania Rzecznikowi Praw Pacjenta żądanych dokumentów i informacji, pod groźbą dodatkowej kary w wysokości do 100 tys. zł. RPP zyskałby też uprawnienia do zakazywania stosowania praktyk, które naruszają zbiorowe interesy pacjentów. Proponowane rozwiązania mają na celu zwiększenie nadzoru nad rynkiem usług estetycznych i wyeliminowanie patologii. Jak zaznacza adwokatka Karolina Seidel w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej, uprawnienia Rzecznika mogą stać się kluczowym elementem walki ze szkodliwą dezinformacją dziejącą się np. w gabinetach masażu czy spa. „Jeśli [rzecznik] zyska prawo do nakładania nawet milionowych kar administracyjnych – z możliwością ponawiania ich, póki szkodliwy przekaz np. nie zniknie z internetu – jest wielce prawdopodobne, że przyniesie to efekt. W innych przypadkach będzie mógł też wystosować do społeczeństwa ostrzeżenie publiczne, co wcześniej obarczone było ryzykiem posądzenia o naruszenie dóbr osobistych np. danej firmy” - mówi mecenas Seidel.

Jak zauważa cytowany już mecenas Misiorowski, proponowana nowelizacja ustawy znacząco poszerza formalne uprawnienia Rzecznika Praw Pacjenta, przynajmniej w teorii. Nowe przepisy dają mu narzędzia do walki z pseudomedycyną i działalnością osób bez kwalifikacji medycznych, jednak skuteczność tych działań będzie uzależniona od rzeczywistych możliwości operacyjnych urzędu. Jak zaznacza ekspert, w obecnym stanie trudno mówić o wysokiej sprawczości – brakuje nie tylko ludzi, ale przede wszystkim technologii.

Jednym z kluczowych wyzwań będzie monitorowanie internetu, gdzie działalność „szarlatanów” kwitnie w postaci reklam, fałszywych obietnic i medycznej dezinformacji. Do skutecznego wyłapywania takich treści potrzebne są zaawansowane narzędzia analityczne i wyspecjalizowane zespoły, których urząd Rzecznika obecnie nie posiada. Skala zadania jest ogromna i nie do udźwignięcia przez pojedynczą instytucję, jeśli nie zostanie ona realnie wzmocniona kadrowo i technologicznie.

image
Tablica przedstawiająca rzekome właściwości lecznicze olejków eterycznych.
Aromark, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons

Dodatkowym zagrożeniem są zapowiadane konflikty prawne z przedstawicielami środowisk medycyny alternatywnej. Już teraz wiele osób z tego sektora otwarcie deklaruje, że w przypadku działań Rzecznika podejmą walkę w sądzie, a jednocześnie będą próbować zyskać poparcie opinii publicznej. Może to skutecznie spowolnić lub zablokować działania instytucji, jeśli nie będzie ona odpowiednio przygotowana na spory prawne i medialne.

Lekarze zwracają też uwagę na kolejny problem – brak legalnego dostępu gabinetów kosmetycznych do produktów medycznych zarejestrowanych w UE. W praktyce oznacza to, że preparaty są nabywane nielegalnie, m.in. z Azji lub przez portale społecznościowe. Budzi to poważne wątpliwości co do jakości i bezpieczeństwa stosowanych środków, szczególnie przy zabiegach iniekcyjnych.

 

image

Pielęgniarki dokonują eksodusu do branży beauty. Jak to wpłynie na standardy i przyszłość polskiego sektora urodowego?

NIL jednocześnie krytykuje działania rządu, który – zdaniem samorządu lekarskiego – podważa sens ustawy „Lex Szarlatan” poprzez dopuszczenie do urzędowej klasyfikacji usług tzw. medycyny alternatywnej. Chodzi o nowe pozycje w Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług (PKWiU), gdzie pod numerami od 86.96 do 86.96.00.0 ujęto usługi m.in. z zakresu homeopatii, akupunktury czy irydologii. W opinii Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej umieszczanie takich praktyk w oficjalnych rejestrach państwowych legitymizuje działania pseudomedyczne i wprowadza pacjentów w błąd. Lekarze alarmują, że posługiwanie się terminem „medycyna” w kontekście działań nieopartych na dowodach naukowych może sugerować ich rzekomą skuteczność i bezpieczeństwo. 

Podobne zastrzeżenia środowiska lekarskiego budzi także obowiązujący od 1 stycznia 2025 roku nowy kod PKD 86.96.Z, który formalnie obejmuje działalność z zakresu medycyny tradycyjnej, uzupełniającej i alternatywnej. NIL domaga się jego usunięcia, wskazując, że tego typu działania nie powinny być objęte oficjalną klasyfikacją, jeśli ich efekty zdrowotne nie zostały potwierdzone metodami naukowymi.

Quo vadis, kosmetologio?

W nadchodzących tygodniach można spodziewać się nasilenia działań lobbingowych, których celem będzie osłabienie przepisów zawartych w projekcie „Lex Szarlatan” i wyłamanie i tak wątpliwej pod kątem efektywności nowelizacji ustawy kolejnych zębów. Grupy interesu, którym zależy na utrzymaniu obecnego stanu rzeczy, mogą próbować wywalczyć wyłączenia spod przepisów praktyk, które – choć podszywają się pod usługi wellness lub beauty – w rzeczywistości wprowadzają klientów w błąd, sugerując działanie lecznicze. W efekcie wciąż możliwa byłaby sprzedaż olejków eterycznych jako remedium na choroby czy wykonywanie „terapeutycznych” masaży mających rzekomo wpływ na czakry i zdrowie psychofizyczne.

Warto zauważyć, że alarmistyczne reakcje nie są przypadkowe – mają odwrócić uwagę od istoty problemu. Nie chodzi bowiem o walkę z kosmetologią czy legalnie działającymi salonami, lecz o wyeliminowanie z rynku osób, które wykorzystują nieświadomość konsumentów, prezentując się jako eksperci, choć nie mają ku temu kwalifikacji. To właśnie oni narażają pacjentów na ryzyko zdrowotne i jednocześnie podważają zaufanie do całej branży usług estetycznych. Próba przedstawienia ustawy jako ataku na sektor beauty to strategia odwracania uwagi od własnej nieetycznej działalności.

Kluczowe jest, aby profesjonaliści – kosmetolodzy, linergistki, stylistki rzęs i inni – nie dali się wciągnąć w tę narrację. Projekt ustawy nie ma na celu ograniczania ich pracy, lecz właśnie ochronę ich reputacji i wyeliminowanie z rynku tych, którzy psują wizerunek całej branży. To moment, w którym środowisko powinno jasno opowiedzieć się po stronie etyki, profesjonalizmu i uczciwej konkurencji. Tylko wtedy możliwe będzie oczyszczenie rynku z praktyk, które nie mają nic wspólnego z rzetelną kosmetologią, a jedynie żerują na ludzkiej naiwności i potrzebie pomocy, co w rezultacie zaowocuje podniesieniem prestiżu całej branży i społecznym zaufaniem do jej przedstawicieli i przedstawicielek.

Silne emocje wokół nowelizacji ustawy wynikają między innymi z niezrozumienia ich celu: bezpieczeństwa klienta oraz gwarancji jakości usług beauty. Coraz częściej słyszymy o przypadkach błędów w zabiegach z dziedziny kosmetologii i medycyny estetycznej, wynikających wyłącznie z niekompetencji osoby wykonującej zabieg. Należy przeciwdziałać kolejnym takim sytuacjom. Szeroki wachlarz usług w branży beauty nadal nie będzie wymagał uprawnień medycznych, dlatego zamiast narzekać na zmiany warto przemyśleć i zaktualizować swoją ofertę usług.

Katarzyna Kramnik, stylistka fryzur i makijażystka

Bo chociaż wiele osób zastrzega, że one tylko wykonują usługi podane w cenniku, wyjęte z kategorii działań medycznych, to mecenas Misiorowski trafnie w rozmowie z Onetem podsumowuje, o kogo w Lex Szarlatan chodzi: „Rzecz nie jest wcale jednoznaczna, jasna i oczywista, bo kimże jest ów szarlatan, z którym Rzecznik Praw Pacjenta będzie walczył? W wielkim skrócie jest to każdy, kto podejmuje się leczenia, a nie posiada ku temu kwalifikacji [...] przecież bywa tak, że dane działanie w momencie jego rozpoczynania leczeniem nie jest, ale stać się może, np. gdy zapisujemy się na relaksacyjny masaż, a wykonująca go osoba stwierdzi: "Tu potrzeba czegoś więcej!" i wykona masaż stricte medyczny. Aby to zrobić, musi mieć odpowiednie uprawnienia.”

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
17.07.2026 06:00
Inglot zerwał umowę z dystrybutorem w Hiszpanii, dostawy wstrzymane. Spór o długi i umowę
Punkty sprzedaży oraz klienci Inglot w Hiszpanii, Portugalii i Andorze pozostali bez dostępu do produktów markimateriały prasowe

Polski koncern kosmetyczny Inglot wstrzymał dostawy na rynek Hiszpanii. Ten nagły ruch przerwał piętnastoletnią współpracę z lokalnym dystrybutorem - Hipercosmo S.L. Firma ta jednak kwestionuje legalność wypowiedzenia umowy i złożyła skargę do hiszpańskiego organu ds. konkurencji. Wszystko to dzieje się w obliczu planowanego przejęcia polskiej grupy przez fundusz private equity Avallon.

Sprawę zaczął właśnie nagłaśniać iberyjski dystrybutor, posiłkując się opiniami prawników. Okazuje się, że stanowiska stron są krańcowo odmienne. W marcu 2026 r. Inglot wystosował pismo mające na celu wypowiedzenie Hipercosmo Głównej Umowy Franczyzowej, cztery lata przed jej wygaśnięciem. Stanowisko dystrybutora jest takie, że wypowiedzenie nie spełnia wymogów umownych i jest prawnie nieskuteczne, a zatem umowa pozostaje w mocy. Mimo to dostawy głównie na rynek hiszpański zostały wstrzymane.

image

Inglot stawia na cyfryzację: nowa platforma e-commerce działa już w 28 krajach

A wstrzymanie dostaw oznacza, że punkty sprzedaży oraz klienci sklepów Inglot w Hiszpanii, Portugalii i Andorze pozostali bez dostępu do produktów marki.

- To prawda, że produktów już nie otrzymuje wskazany podmiot, jednak zamówienia wciąż są możliwe klienci mogą zamawiać oryginalne produkty za pośrednictwem oficjalnej strony marki www.inglotcosmetics.com. Równolegle prowadzimy intensywne działania mające na celu dalszy rozwój naszej obecności oraz odbudowę sieci dystrybucji na tym rynku - potwierdza biuro prasowe INGLOT.

Długi czy wadliwe wypowiedzenie?

W oczach dystrybutora Hipercosmo jednostronne odcięcie dostaw jest działaniem bezprawnym. 

Poprosiliśmy biuro prasowe Grupy Inglot o odniesienie się do sytuacji. 

- Przez ponad 15 lat INGLOT współpracował z partnerem Hipercosmo S.L. przy rozwoju marki na rynkach Hiszpanii, Portugalii i Andory. Wspólnie budowaliśmy obecność marki, rozwijaliśmy sieć sprzedaży oraz wzmacnialiśmy jej rozpoznawalność. Tym bardziej ubolewamy, że zamiast skoncentrować się na rozwiązaniu własnych, wielomiesięcznych problemów finansowych, były partner zdecydował się prowadzić publiczną komunikację przedstawiającą okoliczności zakończenia współpracy w sposób jednostronny i wprowadzający w błąd opinię publiczną - czytamy w przesłanym “Wiadomościom Kosmetycznym” fragmencie oświadczenia, które zostanie niedługo opublikowane.

Polska firma pisze:  “Pragniemy jednoznacznie podkreślić, że decyzja o zakończeniu współpracy nie była wynikiem zmiany strategii biznesowej INGLOT ani próbą wyeliminowania lokalnego partnera. Jej jedyną przyczyną było długotrwałe niewywiązywanie się przez firmę Hipercosmo z zobowiązań finansowych wobec INGLOT”.

Przedstawiciele firmy dodają, że przez wiele miesięcy próbowali rozwiązać problem polubownie, podejmując liczne działania mające na celu utrzymanie współpracy.

- Wielokrotnie proponowaliśmy nowe harmonogramy spłat, wydłużaliśmy terminy płatności oraz podejmowaliśmy próby wypracowania rozwiązania umożliwiającego kontynuowanie relacji biznesowej. Pomimo tych działań, w pewnym momencie kontakt z nami przez drugą stronę został całkowicie zerwany, a należności nie zostały uregulowane do dzisiaj - informuje zarząd.

Zupełnie inaczej sytuację przedstawia Hipercosmo.

- Nasz klient poświęcił piętnaście lat na budowanie tych rynków i będzie bronił swoich praw – deklaruje dr Michał Jabłoński, partner zarządzający w kancelarii Jabłoński Koźmiński, reprezentującej dystrybutora.

Hiszpanki nie kupią szminki Inglot. Rynek kosmetyczny nie lubi próżni

Spór ma realne skutki dla obecności marki Inglot na półkach sklepowych. Przez ostatnie półtorej dekady Hipercosmo od podstaw budowało pozycję Inglota w regionie, nawiązując relacje z największymi sieciami perfumerii i handlu detalicznego oraz realizując szeroko zakrojone kampanie marketingowe, m.in. z Cristiną Pedroche, jedną z najbardziej znanych hiszpańskich prezenterek telewizyjnych. W najlepszym roku sprzedaż w tych krajach przekraczała 10 mln euro.

Obecnie punkty sprzedaży i ich klienci pozostali bez dostępu do produktów. Dystrybutor ostrzega więc, że w sektorze kosmetycznym, gdzie konkurencja o miejsce na półce jest niezwykle silna, marka nieobecna na rynku detalicznym traci nie tylko bieżącą sprzedaż, ale także rozpoznawalność i wypracowane przez lata relacje. Zdaniem Hipercosmo, odzyskanie rynku po takiej przerwie będzie znacznie trudniejsze i kosztowniejsze niż utrzymanie dotychczasowej pozycji.

Aspekty prawne i skarga na Inglot do CNMC

Konflikt przeniósł się na pole prawne. W czerwcu 2026 r. dystrybutor złożył skargę do CNMC, hiszpańskiego organu ds. konkurencji, zarzucając Inglotowi stosowanie praktyk utrzymywania cen odsprzedaży, co stanowi ograniczenie konkurencji w w rozumieniu art. 101 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej.  - Organ ma teraz tę sprawę przed sobą – potwierdza Rodrigo Valls z JDV Iuris & Consultants, reprezentujący dystrybutora przed hiszpańskim urzędem.

Transakcja Inglot z Avallon w cieniu sporu

Cała sytuacja toczy się w delikatnym momencie dla polskiego koncernu. 19 czerwca 2026 r. Inglot podpisał umowę z funduszem Avallon, który  objąć pakiet większościowy i przejąć kontrolę nad grupą. Rodzina założycieli pozostanie akcjonariuszem i będzie nadal uczestniczyć w zarządzaniu spółką. 

image

Avallon przejmuje Inglot. Znamy nowe szczegóły tej transakcji

W wywiadzie opublikowanym w kwietniu 2025 r. (xyz.pl) prezes Grzegorz Inglot opisał Europę jako strategiczny priorytet dla grupy i stwierdził, że wzrost będzie organiczny, koncentrując się na „współpracy z dużymi dystrybutorami na rynkach lokalnych”. Wymienił kraje europejskie: Niemcy, Francję, Wielką Brytanię i Włochy. Hiszpanii wśród nich nie było.

Kiedy w czerwcu 2026 r. ogłoszono transakcję z Avallon, partnerka funduszu odpowiedzialna za tę transakcję, Agnieszka Pakulska, oświadczyła, że dla partnerów biznesowych inwestycja oznacza „kontynuację współpracy w ramach dotychczasowego modelu operacyjnego” (oficjalny komunikat, cytowany przez PAP Biznes). Grzegorz Inglot dodał, że operacyjnie grupa nie planuje rewolucji.

Choć transakcja czeka jeszcze na zatwierdzenia regulacyjne, to dla rynku i partnerów biznesowych wizerunek marki ma kluczowe znaczenie, a otwarty spór z partnerem, który zbudował markę w regionie, może być sygnałem niepokojącym.

Brak zapłaty, dostawy wstrzymane. Inglot uspokaja partnerów

- Pragniemy podkreślić, że obecna sytuacja ma charakter jednostkowy. Współpracujemy z partnerami na wielu rynkach świata, a nasze relacje biznesowe opierają się na wzajemnym zaufaniu, transparentności oraz terminowym wywiązywaniu się z przyjętych zobowiązań. Nasi partnerzy mogą mieć pewność, że INGLOT konsekwentnie realizuje swoje zobowiązania i oczekuje stosowania tych samych standardów od wszystkich swoich kontrahentów. Naszym priorytetem pozostaje zapewnienie klientom nieprzerwanego dostępu do produktów INGLOT oraz możliwie szybkie odbudowanie pełnej dostępności marki na rynku hiszpańskim  - deklaruje polska firma.

image

Indie kuszą branżę beauty. Polskie marki mają tam większy potencjał, niż mogłoby się wydawać

Obie strony pozostają jednak w impasie, a rozwiązanie sporu może mieć długofalowe skutki dla przyszłości marki na rynkach iberyjskich. Marka nieobecna dłużej w sklepach traci nie tylko bieżącą sprzedaż, ale także widoczność, relacje handlowe i pozycję komercyjną, a konkurencyjne produkty zajmują jej miejsce.

- Istotą tej sprawy nie jest interpretacja postanowień umownych, lecz brak zapłaty za dostarczone produkty, który doprowadził do zakończenia współpracy - tłumaczy INGLOT. 

Hipercosmo deklaruje, że pozostaje do dyspozycji swoich partnerów handlowych. 

Ale do czasu złożenia tych oświadczeń dostawy do Hiszpanii, a także do Portugalii i Andory oraz na inne rynki, obsługiwane przez tego dystybutora od piętnastu lat, zostały już wstrzymane. 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
06.07.2026 16:01
AI w branży beauty i prawny bumerang. Jak budować markę w erze algorytmów, by nie narazić się na wielomilionowe straty?
W dobie AI granica między inspiracją a plagiatem zaczyna się zacieraćmec. Natalia Basłaj

Sztuczna inteligencja w świecie urody oficjalnie przestała być technologiczną ciekawostką, a stała się fundamentem strategii biznesowej największych graczy. Jak chronić kreatywność, markę i komunikację w erze sztucznej inteligencji? - zastanawiali się eksperci podczas Beauty Business 2026 w Warszawie.

Już 2 sierpnia 2026 r. wchodzi w życie tzw. zasada transparentości, a w związku z tym obowiązek oznaczania treści deepfake przez przedsiębiorców m.in. z branży beauty. 

Mec. Natalia Basałaj, ekspertka prawa własności intelektualnej i autorka publikacji o nowinkach prawnych dla Wiadomości Kosmetycznych. w wystąpieniu „Kreatywność w czasach AI – ochrona marki, designu i komunikacji w branży beauty” przedstawiła trzy najważniejsze narzędzia ochrony biznesu w dobie sztucznej inteligencji: prawo autorskie, prawa własności przemysłowej oraz przepisy dotyczące nieuczciwej konkurencji. Zwróciła również uwagę na rosnące znaczenie AI Compliance – zarówno w zakresie transparentności wobec klientów, jak i uporządkowania procesów, a więc i odpowiedzialności, wewnątrz organizacji.

Liderzy rynku, tacy jak Unilever, otwarcie mówią o wykorzystaniu generatywnej AI do automatyzacji marketingu. Dzięki temu zespoły kreatywne mogą tworzyć grafiki, animacje i spersonalizowany content nawet o 30 proc. szybciej niż dotychczas. Wirtualne przymierzalnie szminek, cyfrowy dobór podkładu, diagnostyka skóry czy lookbooki oparte na syntetycznych modelach to już rynkowy standard.

Jednak ten spektakularny postęp ma swoją cenę. W świecie, w którym treści powstają natychmiast, granica między inspiracją a plagiatem zaczyna się zacierać. 

Kto naprawdę posiada prawa do Twojej kampanii?

Większość marek z entuzjazmem wdraża narzędzia AI, zapominając o fundamentalnej zasadzie prawa autorskiego. Kiedy algorytm generuje dla nas perfekcyjne materiały reklamowe, ich status prawny staje się co najmniej skomplikowany.

Natalia Basałaj podaje obrazowy przykład z branży kosmetycznej, który idealnie obrazuje pułapkę, w jaką wpadają nowoczesne działy marketingu:

– Wyobraźmy sobie, że tworzycie kampanię nowej linii kosmetyków. AI generuje zdjęcia, hasła i grafiki. Wszystko wygląda zjawiskowo, marka rusza ze sprzedażą. A pół roku później niemal identyczne materiały widzicie u swojej bezpośredniej konkurencji. I wtedy zaczynają się naprawdę interesujące, ale też niezwykle kosztowne pytania prawne. Ponieważ grafiki wygenerowane w całości przez sztuczną inteligencję nie są chronione prawem autorskim, mogą być swobodnie kopiowane i wykorzystywane przez innych. W erze AI przewagą nie będzie samo tworzenie. Przewagą będzie ochrona tego, co stworzyliśmy – ostrzega Natalia Basałaj.

Marki luksusowe milczą nt. AI? Strategia IP zamiast przypadku

Ekspertka zwraca uwagę na ciekawą tendencję wśród gigantów sektora premium. O ile chętnie chwalą się oni algorytmami w analizie skóry czy personalizacji oferty, o tyle milczą w kwestii projektowania samych marek przez AI.

– Chanel sprzedaje nie tylko kosmetyk czy produkt luksusowy. Sprzedaje historię, rzemiosło i doświadczenie człowieka – tłumaczy mec. Basałaj. – Największe marki rzadko mówią o wykorzystaniu AI do tworzenia tożsamości brandu i nie jest to przypadek. Marka to nie tylko pomysł. Marka to również prawa. A tych praw nie tworzy algorytm. Te prawa trzeba świadomie zbudować i zabezpieczyć.

W jaki sposób? Rozwiązaniem jest ucieczka w stronę prawa własności przemysłowej. Skoro wygenerowana grafika nie ma ochrony prawnoautorskiej, tarczą staje się rejestracja znaków towarowych i wzorów przemysłowych. Obowiązujące przepisy w Polsce oraz unijny AI Act nie zabraniają rejestracji logotypów czy opakowań stworzonych przy wsparciu AI. Przy zgłoszeniu do urzędu patentowego nie trzeba nawet ujawniać, czy autorem projektu był człowiek, czy maszyna.

Niesie to jednak za sobą ryzyko tzw. wtórności. Systemy AI karmią się gigantycznymi zbiorami danych: fotografią modową, zdjęciami z wybiegów czy contentem influencerów. Może się okazać, że narzędzie zaproponuje nam nazwę lub logo łudząco podobne do już istniejącego brandu.

– Treści generowane przez AI mogą naruszać cudze prawa nawet wtedy, gdy działamy w całkowitej dobrej wierze. Jeśli system wygeneruje projekt zbyt podobny do wcześniejszego znaku towarowego, jego właściciel może unieważnić naszą rejestrację. W praktyce oznacza to katastrofę: natychmiastowy nakaz rebrandingu, wycofanie produktów z rynku i odpowiedzialność odszkodowawczą. AI może nas wspierać, ale traktujmy ją wyłącznie jako narzędzie pomocnicze. Przed każdym zgłoszeniem konieczna jest rzetelna weryfikacja prawna – podkreśla Basałaj.

Cyfrowa tożsamość i ochrona modeli

Kolejnym palącym problemem w branży beauty jest wykorzystywanie syntetycznych modeli oraz klonowanie głosu czy wizerunku prawdziwych artystów. Na rynku amerykańskim widać już wyraźny trend budowania "cyfrowej tożsamości komercyjnej". Taylor Swift zgłosiła do ochrony w USPTO znaki dźwiękowe ze swoimi wypowiedziami oraz bardzo precyzyjny opis swojego wizerunku scenicznego. Podobną ścieżką poszedł aktor Matthew McConaughey.

W Europie twórcy wciąż walczą o swoje prawa, starając się kontrolować, czy ich dzieła nie służą do trenowania algorytmów.

– Narzędzia AI stwarzają wyjątkowe i często niedoceniane ryzyko dla modelek, influencerów oraz innych twórców. Najważniejszym z nich jest nieautoryzowane lub nadmierne wykorzystanie wizerunku poza zakresem pierwotnej umowy. Dodatkowo twórcy mają ogromny problem z egzekwowaniem tzw. klauzuli opt-out, czyli prawa do rezygnacji z trenowania AI na ich dziełach. Dlatego postuluje się, aby oprócz ustandaryzowanej formy cyfrowej, twórcy mogli rejestrować taką rezygnację w scentralizowanym rejestrze, zarządzanym na przykład przez EUIPO (Urząd UE ds. Własności Intelektualnej) – mówi mec. Basałaj.

 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
19. lipiec 2026 23:11