StoryEditor
Wywiady
19.08.2025 19:39

Agnieszka Niedziałek, Hairy Tale Cosmetics: Chcę kreować takie produkty, które działają – i o których można ciekawie opowiadać

Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED
Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED / HTC mat.pras.
Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED
/ HTC mat.pras.
Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED
/ HTC mat.pras.
Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED
/ HTC mat.pras.
Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED
Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED
Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED
Agnieszka Niedziałek - twórczyni marki Hairy Tale Cosmetics, edukuje o włosach poprzez social media oraz książki. Od niedawna także trycholog kliniczna GUMED
Gallery

Agnieszka Niedziałek swoją obecność we włosowym świecie zaczęła z przytupem: od spalenia sobie włosów nieudanym zabiegiem. Zamiast rozpaczać, zaczęła metodycznie przywracać im kondycję, testując na sobie różne metody. Robiła to na tyle skutecznie, że przez lata prowadziła najpopularniejszy w Polsce kanał włosingowy na YouTube, popularyzując takie metody pielęgnacji włosów, jak olejowanie, henna czy wcierki. Co stało za stworzeniem własnej marki Hairy Tale Cosmetics, i jakie są jej plany na przyszłość?

"Po co Ci takie długie włosy? To z pewnością doczepy, na pewno nie są prawdziwe!". Założę się, że to są najczęściej zadawane Ci w social mediach pytania. A może któreś pominęłam?

Jak długo je zapuszczałam – to jest numer jeden. Od razu też odpowiem: około 10 lat, a całą moją drogę można prześledzić w moich social mediach! Czy są doczepiane – to dwa, a trzy: ile czasu spędzam na myciu włosów, bo pewnie muszę myć je godzinami i zużywać na to całą butelkę szamponu. Od razu rozwieję tu też wątpliwości, bo w łazience spędzam nierzadko mniej czasu, niż mój partner, a zużycie produktów? Odżywek i masek faktycznie, ale szamponu niewiele więcej, wszak tak jak uczę od lat: myjemy przede wszystkim skórę głowy.

image
HTC mat.pras.

Chciałabym zapytać o Twoją „włosingową drogę”, czyli od czego się zaczęło i jak dotarłaś w miejsce, gdzie obecnie jesteś, czyli autorytetu włosingowego i osoby, która wykreowała własną markę produktów do włosów, do tego prowadzi specjalistyczny sklep z kosmetykami i akcesoriami do włosów. Uporządkujmy zatem. Z tego co pamiętam, zaczęłaś od testowania różnych składników i kosmetyków na własnych włosach, potem powstał bardzo popularny kanał na YT – wwwlosy.pl. Oglądało Cię tam wiele osób, które zainteresowałaś pielęgnacją włosów. Kolejnymi krokami było założenie sklepu w internecie i rozwój własnej marki kosmetycznej Hairy Tale Cosmetics?

Tak, mniej więcej tak to było, przy czym każdy kolejny etap wynikał w jakiś sposób z poprzedniego i zawsze był podyktowany potrzebami moich odbiorców i odbiorczyń. Głównie były to kobiety, ale staram się też oczywiście kierować swoje treści również do mężczyzn. Nigdy wcześniej nie zajmowałam się tematami beauty, dbaniem o siebie – takie tematy urodowe nie były w sferze moich zainteresowań. Natomiast były tam zawsze biologia, chemia i wszelkie sprawy bliskie nauce, przeróżne ciekawostki. I w tym kierunku chciałam iść, jeśli chodzi o mój dalszy rozwój. 

Życie potoczyło się tak, że trafiłam na inne studia: anglistyczne i amerykanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, które z kolei umożliwiły mi zgłębianie treści naukowych, dając mi akademickie narzędzia: umiejętność researchu, wyszukiwania informacji, no i oczywiście znajomość języka angielskiego. 

Później moją pierwszą pracą było właśnie nauczanie języka – co się fantastycznie przełożyło na ogólną umiejętność przekazywania wiedzy. Mogłam więc połączyć swoje zainteresowanie nauką z tym, że akurat wtedy spaliłam swoje długie włosy rozjaśniaczem i szukałam rozwiązań.

Niestety, chyba wiele osób ma za sobą różne nieudane eksperymenty na włosach…

U mnie to było doszczętne spalenie włosów i zniszczenie ich struktury. Do tego stopnia, że wręcz odpadały w trakcie mycia – klasyczny obraz gumiastych, ciągnących się, rozjaśnionych włosów. Dla mnie to nie było tragedią, przyjęłam to spokojnie. Podeszłam do tego tak: „Dobra, skoro już włosy są tak zniszczone, to spróbujmy teraz tych różnych sposobów, jakimi dziewczyny się dzielą i pokazują efekty. Mówię: sprawdzam!”.

Potraktowałaś to jako naukowy challenge? Testowanie, sprawdzanie na sobie różnych sposobów, środków, zabiegów pielęgnacyjnych? 

Dokładnie tak. Wtedy świat włosingowy raczkował, w sieci istniały przede wszystkim blogi dziewczyn, które dbały o swoje włosy i dokumentowały swoje postępy, pokazywały kosmetyki czy przepisy DIY. To nie były porady dla innych osób, ale raczej „włosowa droga”, którą poszczególne blogerki opisywały, a później osoby z podobnymi włosami mogły dane metody naśladować. Były tam przepisy na różne „domowe mikstury”, na fali było akurat olejowanie włosów – zabiegi czy kosmetyki, które są dla nas teraz totalnie oczywiste, ale w tamtych czasach były nowościami.

Tak więc sprawdzałam te wszystkie sposoby i faktycznie – niektóre działały. Wtedy zawsze chciałam się dowiedzieć, dlaczego tak jest. I tu wyszło moje zacięcie naukowe: drążyłam temat, trafiłam na przeróżne publikacje na temat różnych składników. Zaczęłam rozumieć, jak działają kosmetyki, że składają się z surowców, te z kolei zawierają składniki aktywne o konkretnym działaniu. 

Zaczęłam zgłębiać temat chemii kosmetyków, testować, a jednocześnie budowałam własną pielęgnację, w tyle głowy mając pierwsze wizje własnych produktów. Moja pielęgnacja, którą później określiłam jako “włosing”, to było połączenie zarówno tych sposobów, które mi się sprawdziły i wynikały z doświadczenia, jak i z metod, na które natrafiłam faktycznie w źródłach naukowych, które mają w nich swoje podłoże i uzasadnienie. Włosing: moja metodologia, którą do teraz się posługuję, to jest właśnie miks tych dwóch rzeczy. 

Przez lata setki tysięcy osób zadawały mi pytania, dzieliły się swoją włosową historią, pisały komentarze lub też miały inną interakcję ze mną, na przykład gdy badałam im skórę głowy jako trycholog. Te wszystkie doświadczenia złożyły się na moją metodologię. Zawarłam ją nie tylko w publikacjach internetowych, ale również w moich dwóch książkach, które łącznie sprzedały się w ponad stu tysiącach egzemplarzy. Co ciekawe, branża włosowa tak się obecnie rozwija, że mogłabym co roku pisać kolejną, i wciąż byłyby tam nowe ciekawostki! 

Tak się zaczęła moja przygoda – w czasie, gdy była tu w Polsce pustynia, jeśli chodzi o kosmetyki do włosów. I żeby zgromadzić sobie taki podstawowy arsenał włosomaniaczki, trzeba było odwiedzić przynajmniej pięć sklepów, żeby znaleźć olej, dobry szampon, wybrać się do sklepu zielarskiego, indyjskiego, orientalnego, apteki…

O to też chciałam zapytać. Wtedy w ofercie nawet dobrze wyposażonej, sieciowej drogerii nie było takich produktów, jak oleje do włosów, henna lub inne zioła. Również tak popularne teraz wcierki, oczywistość w ofercie każdej szanującej się marki włosowej, kojarzę jako coś, co Ty spopularyzowałaś w swoich social mediach… 

Tak, z wcierkami to też ciekawa historia. Gdy przebywałam za granicą, oczywiście lubiłam spojrzeć, co jest dostępne na tamtejszym rynku – no i tam trafiłam na pewną ziołową wcierkę, która bardzo dobrze mi się sprawdziła. Moja systematyczność przełożyła się na bardzo zauważalne efekty, a przez to – na zmotywowanie innych osób do stosowania tego typu produktów regularnie. Ludzie zobaczyli, że to naprawdę działa, że to nie jest jakiś wymysł, a sam produkt (wcierka Banfi) zyskała status kultowej.

Trzeba było wyszukiwać kosmetyki z przeróżnych źródeł, część zamawiać w internecie, część – odnajdywać po różnych zakamarkach. I wtedy, w 2016 roku, powstał mój sklep napieknewlosy.pl, który gromadził wszystkie produkty, które trzeba było wyłapywać z poszczególnych miejsc – w końcu powstało jedno miejsce z produktami dla włosomaniaczek.

Pamiętam, jak wiele widzek dopytywało w komentarzach pod Twoimi filmami na YT, gdzie te wcierki, oleje czy hennę dostać. Dodatkowo temu całemu zwiększonemu zainteresowaniu włosami i ich pielęgnacją sprzyjał okres pandemii – czas, który nauczył wiele z nas samodzielne przeprowadzać różne zabiegi pielęgnacyjne i urodowe w domu. To wtedy też wystartowałaś z kosmetykami swojej własnej marki, prawda? 

Już mniej więcej od 2014-2015 roku wiedziałam, jakich produktów na rynku brakuje. Niestety, jako studentka z pięcioma tysiącami złotych na koncie raczej nie miałam możliwości zrealizowania kosztownego i ryzykownego projektu wypuszczenia własnych kosmetyków. Na bardzo wczesnym etapie odzywałam się do wielu marek z takim twistem, że „słuchajcie, takich produktów brakuje, fajnie by było je wypuścić”.

Były jakieś reakcje, zapytania z ich strony?

Powiem szczerze, nie dostałam odpowiedzi od żadnej z tych firm. Ale to były czasy, kiedy na rynku nie istniały jeszcze nawet współprace influencerskie, jakie znamy dziś. Nie było kompletnie takiej świadomości na rynku. Ale może dobrze wyszło! I tak, dopiero kilka lat później, udało mi się zebrać fundusze poprzez mój sklep napieknewlosy.pl – w którym sprzedawałam początkowo czyjeś produkty – na wypuszczenie swoich własnych kosmetyków, czyli Hairy Tale Cosmetics. Sklep był moją drogą do zgromadzenia funduszy na ten cel.  

Oczywiście, gdybym wcześniej dysponowała jakimiś zapleczem biznesowym, finansowym, to z pewnością te produkty już szybciej ujrzałyby światło dzienne, bo pierwsze z nich miałam gotowe już lata wcześniej.

image
HTC mat.pras.

Gotowe w jakim sensie? Konkretnych pomysłów na produkty, koncepcje całych linii, ich receptury?

Były to zarówno składniki aktywne, jakich chciałam użyć, jak i cała koncepcja wizualna, która bardzo odróżnia nasze produkty od innych. Mamy mocny akcent graficzny – zwierzęta. To też łączy moją ciekawość świata i pasję – nie tylko do produkowania kosmetyków i ich sprzedawania. Mam też ogromną ciekawość tego, jak działają przeróżne mechanizmy, w tym właśnie te, które dotyczą naszych włosów. Inspiracje można czerpać ze świata zwierząt, roślin, ich unikalnych cech czy zawartości składników aktywnych. 

To wszystko chciałam od początku przekazać w grafice i designie, w połączeniu technologii z nauką. Więc na przykład była taka linia Murky z ośmiornicą…

Czy dobrze pamiętam, że była to jedna z dwóch pierwszych linii, które wprowadzałaś jako marka Hairy Tale? 

Tak, pierwsza była Murky – z ośmiornicą na etykiecie. Linia ta została stworzona, ponieważ mój partner Mateusz przez lata wojował z łojotokowym zapaleniem skóry głowy, więc opanowanie tego problemu stało się to moją misją numer jeden. Udało się, jeszcze zanim jeszcze powstała marka, ale to dopiero Hairy Tale Cosmetics sprawiły, że mój “domowy ŁZS-owiec” nie musiał się już zastanawiać nad każdym myciem, tylko brał szampon Murky z półki i po prostu mył głowę: bez stresu!

Czyli “ośmiornica” była testowana na Mateuszu?

Dokładnie. W zasadzie wszystkie moje produkty przechodzą „test Mateusza”, no bo jeśli jego wrażliwa skóra nie zareaguje negatywnie, to dla mnie jest to bardzo mocny wyznacznik, że ten kosmetyk jest dobry nawet dla najbardziej wrażliwych głów. Oczywiście przeprowadzamy też wszelkie wymagane testy bezpieczeństwa, a także dodatkowe na testerach. Koncepcja skupienia się na skórze głowy – to też nie było wtedy popularne ani oczywiste, może poza markami typowo trychologicznymi.

Rzeczywiście, dopiero od niedawna zwraca się baczniejszą uwagę na pielęgnację skóry głowy i na znaczenie takiej pielęgnacji. Przez lata fokus był raczej na to, aby włosy były czyste, puszyste – i niewiele ponadto.

Tak, nawiązując do tej historii: pierwszym moim viralem był film o tym, jak myć głowę. Miał kilkaset tysięcy wyświetleń, ogrom na tamte czasy. To mi pokazało, że faktycznie takie informacje są istotne: że można myć głowę dobrze lub źle, i że sposób mycia jest szalenie ważny.

Linia Murky była skupiona na problematycznej skórze głowy, przetłuszczającej się, ale i skłonnej do podrażnień. Jej receptura była bardzo innowacyjna, bo wtedy dopiero pierwsze kosmetyki tego typu wchodziły na rynek, były znane głównie w niszy pasjonatów pielęgnacji.

Drugą linią była Squeaky Clean – szampon chelatujący, stworzony z myślą o myciu włosów w twardej wodzie. To jest ten szampon z uroczym szopem praczem na etykiecie. Był jeszcze Fluffy, czyli co-wash – produkt, którego też nie było wtedy na rynku, połączenie szamponu z odżywką dla bardzo suchej i wrażliwej skóry głowy. Mogę zdradzić, że być może ta linia powróci, w trochę innej odsłonie, pod koniec roku.

Chciałam zapytać Cię też o to, czy te pierwsze linie są nadal w sprzedaży? 

Szampon Murky wciąż jest w naszym top 3 bestsellerów od 2020 roku. Do tej linii doszły również peeling i wcierka. Cieszą się bardzo dużą popularnością i mają grono stałych odbiorców, którzy tylko tymi produktami myją głowę i od lat pozostają wiernymi fanami. Linia Squeaky Clean też została poszerzona o peeling – i tutaj spoiler – niebawem dojdzie też wcierka witaminowa, z mocnym naciskiem na działanie antyoksydacyjne do tej linii.

Startowałaś z własną marką w czasie pandemii, gdy generalnie ciężko było ze składnikami, logistyką, łańcuchami dostaw itp. To był chyba czas najtrudniejszy z możliwych na kosmetyczny debiut? 

To było błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie, bo premierę Hairy Tale Cosmetics mieliśmy dokładnie 2 lutego 2020 roku – gdzie już pod koniec lutego wchodziły najmocniejsze obostrzenia. Powiem tak: ludzie dosłownie rzucili się na zakupy online i mieliśmy zamówień więcej, niż byliśmy w stanie obsłużyć. Do tego stopnia, że cały czas padała nam strona, serwery. Pierwsze produkty powstawały w ilościach 500-800 sztuk, co w skali kosmetycznej jest po prostu… niczym. I to wszystko znikało w ciągu jednego dnia. Później trzeba było to jeszcze spakować i wysłać.

A my ledwo zaczynaliśmy prowadzenie biznesu bez żadnego doświadczenia. Uczyliśmy się budowania zespołu, organizacji pracy, kwestii logistycznych. Po raz pierwszy zamawialiśmy własne produkty, tworzyliśmy je. Nie ukrywam, że popełniliśmy wtedy ogrom błędów, i stanowczo za szybko musieliśmy nauczyć się czegoś, co w standardowej firmie bez “atrakcji” w stylu ogólnokrajowego lockdownu zajmuje i tak ładnych parę lat.

Niestety, bardzo problematyczna była też – o czym wspomniałaś – niedostępność surowców i ogromne opóźnienia, zawirowania na rynku surowcowym i opakowaniowym. Było to też kwestią kluczową w przypadku Fluffy‘ego, gdzie niestety pewien surowiec zniknął z rynku, no i już nigdy tego produktu nie udało nam się odtworzyć identycznie.

Tu chodziło o jakiś wycofany składnik?

Tak, był to świetny naturalny emulgator, który od początku był słabo dostępny, a później niestety całkowicie zniknął z rynku. Cały czas musieliśmy modyfikować receptury, dostosowywać się, co wynikało przede wszystkim z “pandemicznych” ograniczeń i problemów w łańcuchach dostaw na całym świecie. To było szczególnie trudne w przypadku małej firmy, która dosłownie dopiero co wystartowała. Nasza pozycja negocjacyjna w zasadzie nie istniała, a możliwości rozwiązań były ograniczone: robiliśmy co w naszej mocy, żeby i tak możliwie sprostać oczekiwaniom rynku. Jestem dumna, że przetrwaliśmy! 

image
HTC mat.pras.

Jak często wprowadzacie na rynek nowe linie, nowe produkty?

Zdecydowanie rzadziej, niż więksi gracze, ale jeśli coś wypuszczamy, to jest to maksymalnie dopracowany produkt. Ciekawym akcentem, który spotkał się z bardzo dużym uznaniem naszych klientów, to piąte urodziny marki i premiera szamponu Kraken – czarnej wersji Murky’ego z dziegciem, olejkiem z drzewa herbacianego, kwasem salicylowym – ideał przy ŁZS. To takie zatoczenie kręgu, powrót do korzeni, no i kolejna „ośmiornica” – słowem, piękny moment w historii marki.

Cały czas trzymamy się tych samych wartości i nie chcemy wypuszczać jak najwięcej nowości tylko po to, żeby się pojawiały. Niestety, rynek trochę tego wymaga, więc szukamy zgodnego z naszymi ideałami kompromisu.

Rzeczywiście, widać, że są firmy kosmetyczne, które zasypują półki drogerii co chwilę kolejnymi liniami kosmetyków.

Nie ukrywam, że nasza filozofia to próba wyczucia balansu pomiędzy tym, czego potrzebuje rynek. Musimy jakoś funkcjonować jako firma, zatem w pewnym sensie musimy do tego rynku się dostosować, ale z drugiej strony – zależy nam, żeby zawsze nasze najważniejsze, core’owe wartości były z nami – żeby stała za nami przede wszystkim jakość, skuteczność produktów, bo nie obiecujemy czegoś, czego te produkty nie zrobią.

Bardzo lubię na przykład odradzać ludziom nasze produkty, jeśli widzę, że jest to osoba, u której dany produkt się nie sprawdzi, która potrzebuje czegoś innego. Wiem, że to buduje zaufanie i jest po prostu uczciwe.

To dość wyjątkowe podejście w czasach nachalnego marketingu, wciskania klientom towaru prawie na siłę. 

Oczywiście, jesteśmy bardzo otwarci na wyjście na szerszy rynek, na pojawianie się w sieciach. W niektórych już zresztą jesteśmy i fantastycznie nam ta współpraca wychodzi. Co ciekawe, dla tych sieci nasze wartości też są cenne, i też niekoniecznie zawsze jest to nastawienie na samą sprzedaż. Widać, że klienci wracają nasze produkty i są dla nich bezpiecznym wyborem. 

Czy planujesz jakąś nową linię, z kolejnym baśniowym stworem na etykiecie?

Oczywiście, mam plany na nowości. Jest to związane z tym, że wiele surowców sobie cenię i “aż szkoda” ich nie wykorzystać. Niektóre dopiero odkrywam, a inne – wracają do mnie na nowo, na przykład dziegieć. Czasem zdarza się tak, że wykorzystam jakiś konkretny surowiec – chociażby kwas glikolowy – w swoim peelingu. Później zdobywa on większą popularność, rośnie świadomość na temat jego działania na skórę głowy i wybór produktów z tym surowcem również się poszerza. Wciąż widzę też pole do uzupełnienia oferty rynkowej kosmetykami w naszym stylu, innymi niż wszystkie.  

Jak wygląda obecnie dystrybucja kosmetyków Hairy Tale Cosmetics? Gdzie można je znaleźć poza Twoim sklepem internetowym?

Największa sieć, w jakiej jesteśmy dostępni, to Hebe – mamy z nimi prze-fantastyczną współpracę. I mam nadzieję, że jeszcze więcej produktów będzie się właśnie w Hebe pojawiać. Jesteśmy też obecni w Super-Pharm, gdzie to selektywne podejście, „zaopiekowanie” się naszymi produktami w warstwie merytorycznej to fantastyczna sprawa. Weszliśmy też jako dystrybutor, ale nie z HTC (Hairy Tale Cosmetics - red.), do jeszcze innej dużej sieci. Rozmawiamy też z kolejnymi partnerami biznesowymi, jesteśmy otwarci na poszerzanie obecności na półkach. 

Czyli nie macie problemu z dystrybucją, zaistnieniem na półkach drogerii?

Wciąż jesteśmy młodą marką, ale w czasie tego wielkiego boomu na pielęgnację włosów praktycznie biły się o nas wszystkie sieci. Mieliśmy zapytania z lewa i prawa, z tym, że nie mieliśmy fizycznie takich możliwości, żeby do tych sieci wejść – bo na przykład nie bylibyśmy w stanie utrzymać ciągłości produkcji. Nie mieliśmy też w ogóle doświadczenia, jeśli chodzi o skalowanie z kilkuset sztuk do – w takich największych sieciach – wręcz kilkudziesięciu tysięcy sztuk produktów. Nie mówiąc o funduszach, jakich by to wymagało. 

Tak więc można by uznać, że z jednej strony już być może jakoś tę szansę zmarnowaliśmy, ale z drugiej strony – na ten moment wiem, że nagłe wyskalowanie się byłoby wtedy po prostu nierozsądne. Mogłoby to okazać się zawodem dla nas jako dla marki i dla klienta – sieci dużych drogerii, a na końcu: samego klienta końcowego, który jest dla nas najważniejszy.

Taka masowa, szeroka obecność w absolutnie każdej sieci handlowej, na półkach dyskontów, kłóciłaby się też chyba z wizerunkiem Hairy Tale – takim niszowym, bardziej selektywnym? 

Mam wrażenie, że sieci na przestrzeni lat zmieniają na coraz bardziej selektywne. Nawet te największe, które nie kojarzyły się przez lata z produktem premium, o wybitnym składzie, tylko tanim i dostępnym, idą również w półkę selektywną. 

Dlatego myślę, że obecność Hairy Tale Cosmetics w każdej większej sieci to układ win-win-win: dla sieci, dla nas, a także dla klienta, szczególnie tego bardziej wymagającego i świadomego.

Zgoda, ostatnio największe koncerny starają się do swojego portfolio pozyskiwać mniejsze, niezależne, wyróżniające się w social mediach marki kosmetyczne. Tak działają giganci, od Unilevera po L’Oréal. Myślicie o dystrybucji zagranicznej czy macie jeszcze co robić na rynku polskim?

Nawiązując do tego co powiedziałaś, to i my mieliśmy różne propozycje wejścia w portfolio gigantów kosmetycznych. Na ten moment wciąż działamy jako oddzielna i samodzielna marka, a nie jako część jakiegoś koncernu czy większej marki.

Jeśli chodzi o zagranicę, to opowiadałam o włosach jako ekspertka na targach w Hongkongu, miałam ogromną przyjemność być zaproszona tam przez Cosmoprof jako pierwszy KOL (Key Opinion Leader) z Europy. Ciekawostka: rok wcześniej, również na targach Cosmoprof w Hongkongu, premierę miała linia HAIRMOJI od Hairy Tale Cosmetics, kierowana do młodszych odbiorców, w przystępnej cenie ale wciąż o świetnych składach. Było to fantastyczne, unikatowe doświadczenie i możliwość zebrania opinii od klientów hurtowych i detalicznych z Azji. Zbieraliśmy opinie również w Bolonii – bo jak wiadomo to wydarzenie branżowe, na którym trzeba być. 

image
HTC mat.pras.

Odbiór mojej marki był taki, że jest ona po prostu stworzona pod rynek zagraniczny, że jest to esencja takiej niszowej marki, stworzonej z sercem i z takim swoim unikalnym charakterem. Podoba się też nazwa – Hairy Tale Cosmetics.

Nic dziwnego – nazwa jest zabawna, oryginalna, dowcipna, no i taka „international”…

Tak, nasłuchaliśmy się bardzo dużo komplementów i słów, zachęcających do wychodzenia za granicę. Mam wrażenie, że wszystko bardzo przyspieszyło. Dla osoby, która tak jak ja naprawdę dopiero zaczyna w biznesie jako takim i dopiero tworzy, buduje swoją markę, to być może teraz jest właśnie ten moment, kiedy będziemy zaczynać działania w eksporcie.

Do tej pory wygrzebywaliśmy się z popandemicznych spraw, chcieliśmy też trochę się ustabilizować tutaj, na polskim rynku.  Musieliśmy też uregulować nasze kwestie związane z magazynowaniem, bo mamy za sobą liczne przeprowadzki. Dopiero teraz się to ustabilizowało. Działamy!

Jak wygląda produkcja kosmetyków Hairy Tale? 

Obecnie współpracujemy z kilkoma średniej i dużej wielkości zakładami produkcyjnymi. Mamy różne produkty ulokowane w różnych zakładach. Jak na razie nie mamy swoich własnych linii produkcyjnych ani swojego zakładu. 

Wiem też, że na pewno jest dla nas za wcześnie na tego typu rozbudowy, bo obserwuję rynek i widzę, że firmy, które na przykład są na nim od 20 lat, dopiero po tych 10-15-20 latach przechodzą z produkcji kontraktowej na własny zakład produkcyjny.

O ile w ogóle zdecydują się na produkcję własną, prawda?

Marka kosmetyczna nie musi równać się byciem producentem. I też nie ukrywam, że najlepiej się odnajduję w tej części wizjonerskiej, dotyczącej tworzenia, kreowania nowych produktów. Uwielbiam wyszukiwanie surowców, niszy i potrzeb, które faktycznie warto jest wziąć pod uwagę. W efekcie tworzę produkt, który przyda się i będzie rozwiązywał jakiś realny problem, o którym ja będę z przyjemnością opowiadać. Uwielbiam mówić o wszystkich produktach i surowcach, więc to musi być taki właśnie produkt. Bo jak jest nudny i nieciekawy – odpada.

Przez cały czas swojej aktywności w social mediach (a warto przypomnieć, że pierwsze Twoje publikacje o włosach mają już ponad 10 lat), konsekwentnie kreujesz kontent poświęcony pielęgnacji włosów. Gdy stworzyłaś sklep i markę, to się nie zmieniło, byłaś i jesteś twarzą i ambasadorką własnych produktów. Czy nadal tak często spotykasz się z ludźmi, online i na różnych targach, wydarzeniach branżowych?

Tak, po prostu bardzo lubię się spotykać z ludźmi. Nie wyobrażam sobie wymyślania kosmetyków inaczej, w oddzieleniu od klienta końcowego. Nie wszyscy, z którymi rozmawiam na takich spotkaniach, na przykład robiąc badanie trychologiczne, kojarzą mnie “z internetu”. Czasem zadziała poczta pantoflowa – ktoś kto kupił mój szampon i był z niego zadowolony, polecił go znajomemu. I to produkt i marka Hairy Tale Cosmetics jest już bardziej rozpoznawalna, niż ja. To bardzo cieszy!

Produkty zaczynają żyć własnym, niezależnym życiem?

Absolutnie nie mam nic przeciwko temu, wręcz przeciwnie. Można też powiedzieć, że jest taki cykl życia twórcy internetowego. Widzę, że nowi twórcy i twórczynie się pojawiają – i sama wiem, jak fajne było, gdy zaczynałam, że jakaś firma chciała na przykład ze mną nawiązać współpracę. Więc na takiej samej zasadzie ja też chcę nawiązywać współprace z nowymi twórcami, których cenię. I niekoniecznie twarzą marki muszę być cały czas ja – absolutnie nie mam tego przeświadczenia.

Zastanawiałaś się już nad współpracą z jakąś konkretną influencerką, osobą znaną z mediów?

Jeśli chodzi o ściślejszą współpracę z osobami, które cenię – i być może wyjdą z tego kolejne fajne, kreatywne i skuteczne produkty do pielęgnacji skóry głowy i włosów – to oczywiście tego typu projekty są “w grze”.

Natomiast jeśli chodzi o współpracę z twórcami internetowymi, to stale takie działania podejmujemy – i jest to dla mnie sama radość, jak widzę świetne treści, rolki kreatywne, fantastyczne, stworzone nie przeze mnie, a przez – można powiedzieć – nowe pokolenie twórców.

Agnieszko, zauważyłam na Twoim profilu na IG, że podpisujesz się też jako trycholog kliniczna. Jak to się stało, i jakie korzyści wynikają z tego dla Twojej marki kosmetycznej? 

Od zawsze chciałam zgłębiać taką wiedzę – na pograniczu wiedzy medycznej, chemii kosmetyków, technologii kosmetycznej, dermatologii. A jeśli dodatkowo mogło być to poświadczone dyplomem z uczelni medycznej? Wszystko nagle złożyło się pięknie w całość, kiedy powstały studia: trychologia kliniczna. Powstały one jako pierwsze tego typu w Polsce, na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. 

To studia, które z góry zakładały bardzo ścisłe połączenie z medycyną, wykładowcami byli w większości lekarze lub wykładowcy kierunków medycznych. Profesor Magdalena Górska-Ponikowska, dyrektor studiów, z którą odbyły się fascynujące wykłady z biochemii, specjalizuje się chociażby w chemii medycznej. Były to więc studia z bardzo specjalistyczną wiedzą, jeśli chodzi o trychologię. Fantastyczna sprawa! 

W kolejnym roku po zakończeniu tych studiów miałam przyjemność wykładać na tym właśnie kierunku, bo okazało się, że moja wiedza świetnie dopełnia się z tym, co przekazywane jest właśnie na tych studiach. Cieszę się, że jestem w stanie dołożyć tam swoją cegiełkę – i poprowadzić zajęcia, które wniosą coś nowego dla przyszłych trychologów. Trychologia w Polsce na przestrzeni ostatnich lat ogromnie się rozwinęła i uważam, że samo zjawisko zwiększenia popularności tematu pielęgnacji włosów mocno się do tego przyczyniło.

Mając takie naukowe kompetencje, będzie Ci chyba jeszcze łatwiej kreować kolejne produkty?

Tak, to z pewnością pomaga. Muszę też podkreślić, że ogromnie doceniam pracę technologów kosmetycznych. Zawsze tam, gdzie w danym zakładzie produkcyjnym tworzę nowe produkty, to zawsze z paniami technolożkami cudownie się dogaduję. Okazuje się, że nasza wiedza fantastycznie się uzupełnia. One zwracają uwagę na pewne aspekty tworzenia receptur, ja na inne – wzajemnie się inspirujemy. To jest ogromna, fantastyczna praca, choć czasem bardzo nużąca, męcząca, kiedy trzeba testować powiedzmy 50 próbek, zobaczyć jak się zachowają, czy są stabilne. Mam wielki szacunek dla tych osób, ich wiedzy i skrupulatności. 

Oczywiście też dalej chcę się rozwijać, mam nadal pęd do wiedzy i rozwoju, żeby nie osiadać na laurach. To jest klucz do tego, żeby ciągle być w stanie stworzyć coś nowego i stale się rozwijać, bo nauka też nie stoi w miejscu. Trzeba poświęcić naprawdę dużo czasu, żeby być wciąż na bieżąco.

Jak wobec tego kształtują się Twoje plany na przyszłość? Jesteś tak energiczną i energetyczną kobietą, że na trychologii chyba nie zamierzasz poprzestać?

Moim ogromnym marzeniem jest rozwijanie swojej wiedzy – czy to w zakresie technologii kosmetycznej, chemii, kosmetyków, prawa kosmetycznego. Szczytem marzeń byłoby pójście na kierunek lekarski, bo to jest moje niespełnione marzenie – ale to dopiero planuję ewentualnie po czterdziestce… [śmiech]

Ale może będą to jakieś kierunki pokrewne, na przykład dietetyka. A może kosmetologia? Bo ona w ostatnim czasie poczyniła ogromny skok w kierunku strony naukowej. Więc nie wykluczam absolutnie niczego ze spektrum, powiązanego z kosmetykami, dermatologią, trychologią.

A może czas na suplementy diety, w ramach rozwoju marki? 

Nie jest to wykluczone. Dietetyka i suplementacja są w zakresie moich zainteresowań. Jeśli chodzi o wypuszczanie własnych suplementów, to tutaj byłabym bardzo selektywna. Ale jeśli coś takiego kiedykolwiek powstanie, to będzie bardzo dobrze przemyślane. I na pewno nie będzie to „utarty” suplement typu biotyna i skrzyp. 

Agnieszko, będziesz gościć z marką Hairy Tale Cosmetics 16 października na naszym Forum Branży Kosmetycznej w Warszawie. Co ciekawego, nowego będą mogli zobaczyć goście Forum na Twoim stoisku?

Przede wszystkim będę chciała zaprezentować całą gamę swojej marki, bo wiem, że pomimo tego, że jest ona mocno obecna w internecie i w świadomości internetowej – czy to na grupach na Facebooku, czy to na TikToku, Instagramie – to jednak w świadomości na przykład hurtowników czy kupców, przedstawicieli działów zakupu, wciąż może być to marka nieznana. A można z nami fantastycznie, kreatywnie i sprzedażowo działać. 

Jesteśmy otwarci na przeróżne ciekawe akcje, choćby na spotkania z klientami w drogeriach – jeśli są to drogerie stacjonarne, czy na przykład współautorstwo newslettera edukacyjnego – jeśli jest to sklep internetowy. Mamy cały wachlarz możliwości, nie tylko, mówiąc brutalnie, „kup pan szampon”, ale też żeby razem dawać realną wartość klientowi. 

Zawsze chcę i lubię szerzyć wiedzę – i to absolutnie nie musi być powiązane bezpośrednio z czystą sprzedażą. Mnie to po prostu najbardziej spełnia, że możemy zaoferować nie tylko produkt, ale też całe zaplecze merytoryczne, w tym szkolenia dla naszych klientów hurtowych. 

Może nasz produkt nie jest najtańszy, może nie jest najłatwiejszym produktem do sprzedania. Dlatego dobrze jest klientowi opowiedzieć, o co z tymi naszymi kosmetykami chodzi, i jak dzięki nim włosy klienta mogą wejść naprawdę na nowy poziom. Wtedy czuję, że moja misja jest spełniania przez moją markę tak, jak i przez moje książki, moje social media – bo to wszystko z siebie po prostu, krok za krokiem, wynikało. I dalej wynika.

Agnieszko, bardzo dziękuję Ci za tę długą i jakże interesującą rozmowę. I do zobaczenia na Forum Branży Kosmetycznej!

Rozmawiała: Marzena Szulc

ARTYKUŁ SPONSOROWANY
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
29.09.2026 11:25
Katarzyna Włodarczyk, IQNails: Marki „no name” mocno zaburzają politykę cenową i utrudniają uczciwą konkurencję
”Myślę, że firmy z branży nail beauty powinny przygotować się przede wszystkim na coraz większe rozdrobnienie rynku i rozwój mniejszych, wyspecjalizowanych marek.”Katarzyna Włodarczyk - archiwum prywatne

Rynek nail beauty szybko się zmienia – wraz z trendami dotyczącymi estetyki manicure rosną wymagania wobec producentów w zakresie bezpieczeństwa, jakości, regulacji i odpowiedzialności środowiskowej. Zdaniem Katarzyny Włodarczyk, CEO w IQNails, firmy muszą jednocześnie odróżniać krótkotrwałe mody od trwałych zmian i szukać przewagi poza ceną. W rozmowie mówi o wpływie PPWR na produkcję i opakowania, rosnącej roli specjalizacji oraz marek osobistych stylistek, presji cenowej i perspektywach rozwoju wyspecjalizowanych marek nail beauty.

Które zmiany zachodzące dziś w branży beauty uważa Pani za przełomowe, a które są tylko krótkotrwałymi trendami? Jak IQNails odróżnia jedno od drugiego, podejmując decyzje produktowe i inwestycyjne?

Oczywiście mamy do czynienia z krótkotrwałymi trendami, które pojawiają się i znikają. Raz modny jest krótki manicure, za chwilę wracamy do długich paznokci. Czasami obserwujemy trend na naturalność i powrót do korzeni, a chwilę później króluje bling-bling, efekt kociego oka czy kwiatowe zdobienia. To są trendy, które naturalnie się zmieniają.

Są jednak również tak zwane „twarde trendy” - takie, które pozostają z nami na lata. Doskonałym przykładem jest french. To ponadczasowa stylizacja, która potrafi przetrwać wszystkie krótsze i dłuższe mody.

W IQNails doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jak szybko zmieniają się trendy, dlatego świadomie podjęłam decyzję o rozbudowywaniu kategorii związanej z frenchem. Uważam, że jest to obszar, który ma ogromny potencjał, ponieważ french jest stylizacją ponadczasową, a jednocześnie można go nieustannie reinterpretować i tworzyć jego nowe odsłony. To właśnie ten kierunek będziemy w IQNails mocno rozwijać.

Natomiast bardzo mocnym trendem, który nie tylko jest obecny, ale będzie się wręcz utrwalał, jest budowanie marki osobistej w Internecie i szukanie własnej niszy.

image

Plastikowe cyrkonie wracają. Viralowy trend na whimsy napędza sprzedaż, ale rodzi pytania o odpady

Stylistki coraz częściej specjalizują się w konkretnej dziedzinie — mogą być ekspertkami od frezowania, tworzenia pięknych zdjęć, montowania rolek, manicure hybrydowego czy konkretnego kształtu paznokci, na przykład migdała albo kwadratu. Ta specjalizacja daje ogromną przewagę, ponieważ pozwala wyróżnić się na rynku, zbudować własną społeczność i pozycję eksperta.

A to otwiera kolejne możliwości — między innymi prowadzenie szkoleń, współpracę z markami i budowanie własnego biznesu osobistego. W efekcie stylistka może stworzyć coś znacznie trwalszego niż chwilowy trend – własną markę, rozpoznawalność i pozycję specjalistki w swojej dziedzinie.

PPWR zmienia podejście całej branży do opakowań. Jak nowe wymagania dotyczące projektowania, materiałów, recyklingu i ograniczania ilości opakowań wpłyną na biznes IQNails – i czy w tej kategorii regulacje mogą wymusić zmianę modelu produktu?

Rozporządzenie PPWR opiera się na kilku kluczowych filarach, takich jak ograniczanie pustej przestrzeni w opakowaniach, rzetelne oznakowanie i informowanie konsumentów, bezpieczeństwo chemiczne oraz zwiększanie udziału recyklatu w materiałach opakowaniowych. Jednym z pierwszych obowiązków producentów jest zapewnienie zgodności opakowań z określonymi w PPWR limitami zawartości metali ciężkich — poniżej 100 mg/kg.

Nowe regulacje niewątpliwie przyspieszają ekologiczną transformację całej branży, dlatego już teraz przygotowujemy się do kolejnych wymogów. Duże znaczenie ma dla nas współpraca z polskimi dostawcami. Są to relacje długofalowe, oparte na stałej komunikacji i wspólnym wypracowywaniu rozwiązań, dzięki czemu możemy sprawnie reagować na zmieniające się wymagania dotyczące materiałów i opakowań. Jednocześnie skracamy łańcuchy dostaw i mamy większą kontrolę nad wykorzystywanymi rozwiązaniami.

Już dziś nasze opakowania są niewielkie i kompaktowe, co pozwala ograniczać ilość wykorzystywanych surowców, a jednocześnie efektywniej wykorzystywać przestrzeń transportową. PPWR stawia jednak przed producentami kolejne wyzwania. Niewykluczone, że w najbliższych latach konieczne będzie zrewidowanie części pudełek czy kartoników również pod kątem ich wielkości i konstrukcji.

image

Summerween wkracza do beauty. Halloween zaczyna się już w środku lata

Jednym z najważniejszych obszarów, nad którymi jako producent będziemy pracować, będzie także spełnienie wymagań dotyczących recyklowalności opakowań oraz tam, gdzie ma to zastosowanie, określonego udziału tworzyw pochodzących z recyklingu. Szczególnie istotna będzie tutaj perspektywa 2030 roku i kolejnych etapów wdrażania wymogów PPWR.

Nie traktujemy jednak tych zmian wyłącznie jako obowiązku regulacyjnego. To dla nas impuls do dalszego doskonalenia opakowań i procesów oraz szansa na budowanie przewagi konkurencyjnej na podstawie odpowiedzialnej i świadomej produkcji.

Koszty zgodności z regulacjami rosną, podobnie jak wymagania dotyczące dokumentacji i bezpieczeństwa produktów. Gdzie przebiega dziś granica między koniecznym kosztem regulacyjnym a inwestycją, która może dać firmie przewagę konkurencyjną?

W przypadku IQNails granica między koniecznym kosztem regulacyjnym a inwestycją budującą przewagę konkurencyjną pojawia się w momencie, kiedy przestajemy pytać wyłącznie: „co musimy zrobić?”, a zaczynamy zastanawiać się: „co możemy zrobić lepiej?”.

Oczywiście jako producent musimy zapewnić bezpieczeństwo produktów, odpowiednią dokumentację, identyfikowalność, prawidłowe oznaczenia i kontrolę procesów. To jest podstawa i nie traktuję tego jako przewagi konkurencyjnej, tylko jako odpowiedzialność producenta.

Przewaga zaczyna się poziom wyżej. To bardziej rygorystyczna kontrola jakości, dodatkowe badania, monitorowanie kolejnych partii, dokumentowanie parametrów technicznych czy szybkie reagowanie na zmieniające się wymagania. W przypadku frezów ma to szczególne znaczenie, ponieważ profesjonalistka powinna wiedzieć nie tylko, jak wygląda produkt, ale również, z czego został wykonany, skąd pochodzi i jaką jakość utrzymuje.

image

Czy salony kosmetyczne są skazane na rywalizację cenową i dumping? (cz.1)

Dlatego nie chcemy komunikować klientkom wyłącznie tego, że spełniamy wymagania prawa — to powinno być oczywiste. Chcemy, żeby wiedziały, że IQNails kontroluje jakość produktu znacznie wcześniej, zanim trafi on do ich rąk. I właśnie wtedy koszt związany z jakością i regulacjami zaczyna być realną inwestycją w markę.

Rynek produktów do stylizacji paznokci jest coraz bardziej nasycony. Czy w najbliższych latach o przewadze będzie decydować przede wszystkim innowacja produktowa, marka, cena, bezpieczeństwo składu czy może doświadczenie profesjonalistki pracującej z produktem?

Patrząc na IQNails, jestem producentem i oczywiście mogłabym skupić się wyłącznie na produkcji i sprzedaży produktów. Ale świadomie robię znacznie więcej. Tworzę metody pracy, personalizowane produkty wspólnie ze stylistkami i podologami, a także autorskie wydarzenia związane z frezowaniem.

Podczas tych wydarzeń stylistki nie są tylko uczestniczkami. Występują w roli prelegentek, dzielą się swoją wiedzą, uczą się od siebie, rozwijają swoje marki osobiste i przede wszystkim budują pewność siebie w działaniu.

Uważam, że właśnie tak powinna działać marka, która chce przetrwać wojnę cenową. Nie może konkurować wyłącznie ceną, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, kto zaoferuje produkt taniej. Trzeba zbudować wokół produktu wartość, społeczność, doświadczenie i relację z odbiorcą.

Wtedy marka przestaje być tylko producentem czy sprzedawcą produktu, a staje się częścią świata swoich klientów. I właśnie w tym kierunku chcę rozwijać IQNails.

Jak zmieni się rola profesjonalnych stylistek paznokci w ciągu najbliższych 3–5 lat? Czy będą one przede wszystkim użytkowniczkami produktów, czy coraz częściej również ekspertkami, które współtworzą trendy i wpływają na decyzje zakupowe konsumentek?

Myślę, że w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat rola stylistki będzie zdecydowanie ewoluować. Przede wszystkim będzie to coraz bardziej świadoma konsumentka i ekspertka – będzie umiała świadomie wybierać produkty oraz z większą pewnością dobierać odpowiednią i bezpieczną stylizację do potrzeb klientki.

image

Jak wygląda biznes urodowy bez różowych okularów? Realia rynku usług kosmetycznych w Polsce

Jednocześnie stylistki będą coraz mocniej rozwijać się jako przedsiębiorczynie. Będą nie tylko wykonywać piękne stylizacje, ale również świadomie zarządzać swoim gabinetem, finansami, marketingiem i własną marką osobistą. To właśnie budowanie eksperckiej pozycji będzie miało coraz większe znaczenie.

Widzę też bardzo duży potencjał w tym, aby stylistka podczas wizyty nie kończyła swojej roli w momencie wykonania usługi. Powinna być również doradczynią klientki w zakresie pielęgnacji dłoni i paznokci oraz utrzymania stylizacji w dobrej kondycji pomiędzy wizytami.

Rekomendowanie odpowiednich produktów do pielęgnacji dłoni, skórek czy całej stylizacji może stać się naturalną częścią profesjonalnej usługi. Klientka wychodzi wtedy z gabinetu nie tylko z pięknymi paznokciami, ale również z wiedzą, jak o nie prawidłowo dbać w domu.

Dlatego uważam, że przyszłość należy do stylistek, które połączą trzy kompetencje: doskonały warsztat, świadome podejście do produktów i bezpieczeństwa oraz umiejętność prowadzenia własnego biznesu i budowania marki osobistej.

W branży kosmetycznej coraz większe znaczenie mają kwestie bezpieczeństwa składników i ograniczeń prawnych dotyczących konkretnych substancji. Czy spodziewacie się, że regulacje będą w przyszłości silniej wpływać na tempo wprowadzania nowych produktów niż same trendy konsumenckie?

Jako producent od początku stawiamy na bardzo wysokie standardy jakości, odpowiadające jakości medycznej, dlatego zmieniających się regulacji nie traktujemy jako zagrożenia. Bezpieczeństwo użytkownika zawsze było dla nas jednym z podstawowych elementów odpowiedzialnej produkcji.

Kluczową rolę odgrywają tutaj regularna kontrola procesów oraz audyty, które pozwalają nam weryfikować zgodność produkcji z przyjętymi standardami i wymaganiami jakościowymi. Nie czekamy więc na pojawienie się kolejnych regulacji, żeby podnosić standardy — jest to integralna część naszego sposobu działania.

W wielu obszarach spełnialiśmy określone standardy jeszcze zanim stały się obowiązkiem prawnym. Dzięki temu możemy utrzymywać stabilny proces produkcyjny i sprawnie odpowiadać zarówno na zmiany regulacyjne, jak i zmieniające się potrzeby profesjonalistów oraz całego rynku.

Konsumentki coraz częściej oczekują jednocześnie trwałości, bezpieczeństwa, szybkości wykonania stylizacji i bardziej świadomego podejścia do środowiska. Które z tych oczekiwań najtrudniej będzie pogodzić biznesowo i technologicznie?

Nie powiedziałabym, że któreś z tych oczekiwań jest nam szczególnie trudno ze sobą pogodzić, ponieważ w IQNails od początku budujemy markę właśnie na podstawie ich połączenia. Jako producent frezów oczywiście stawiamy przede wszystkim na jakość i bezpieczeństwo naszych produktów, ale równie ważne jest dla nas to, co dzieje się wokół samego produktu.

image

Jak salony kosmetyczne mogą przygotować się na nadchodzące Halloween?

Dlatego bardzo mocno stawiamy na profesjonalną komunikację i edukację, którą tworzymy wspólnie z ekspertkami i profesjonalistkami z branży paznokciowej. Zależy nam na tym, aby stylistka nie tylko otrzymała dobre narzędzie, ale również wiedziała, jak świadomie, bezpiecznie i efektywnie z niego korzystać. To właśnie wiedza pozwala połączyć bezpieczeństwo z szybkością i komfortem pracy.

Jednym z przykładów takiego podejścia jest Frezomania — nasz autorski cykl wydarzeń, podczas którego stylistki zdobywają praktyczną wiedzę, wymieniają się doświadczeniami i rozwijają swoje kompetencje. Produkt staje się więc punktem wyjścia do czegoś znacznie większego — edukacji i budowania profesjonalnej społeczności.

Dlatego nie traktuję trwałości, bezpieczeństwa, szybkości pracy czy coraz bardziej świadomego podejścia do prowadzenia biznesu jako elementów, spośród których trzeba wybierać. Dla nas wyzwaniem nie jest ich pogodzenie, ponieważ robimy to od początku istnienia IQNails. Wyzwaniem jest raczej konsekwentne podnoszenie poprzeczki wraz z rozwojem technologii, rynku i oczekiwań profesjonalistek.

Czy obserwujecie zmianę w podejściu do estetyki manicure – od bardzo wyrazistych, skomplikowanych stylizacji w stronę minimalizmu, naturalności i „quiet beauty”? Jeśli tak, jak taka zmiana wpływa na rozwój portfolio IQNails?

Oczywiście trendy będą się zmieniać i minimalizm, naturalność czy bardziej wyraziste stylizacje będą pojawiać się naprzemiennie. I dobrze – rynek potrzebuje zmian, bo nasze klientki również potrzebują nowości, innowacji i powodów, żeby odkrywać coś nowego.

Ale jestem w tej branży już ponad 20 lat, sama od ponad dwóch dekad mam regularnie wykonywane paznokcie i z tej perspektywy mogę powiedzieć jedno: to, co jest ponadczasowe, po prostu zostaje.

To trochę tak jak z dobrą marynarką, białą koszulą czy małą czarną. Możemy zmieniać dodatki, fasony i sposób noszenia, ale pewne rzeczy nigdy nie wychodzą z mody.

image

Boom na salony kosmetyczne. W pół roku przybyło sześć tysięcy firm

Właśnie w ten sposób chcę budować IQNails. Naszą podstawą są oczywiście frezy, ale bardzo mocno rozwijamy również kategorię stylizacji w stylu francuskim – zresztą ten kierunek w dużej mierze wywodzi się ode mnie. Dlatego w naszej ofercie pojawiły się lakiery hybrydowe, bazy, żele i topy, które pozwalają stworzyć idealną stylizację french. I właśnie w tym kierunku będziemy się dalej rozwijać.

Dlaczego? Bo wierzę, że specjalizacja ma ogromną wartość. Kiedy marka jest od wszystkiego, często trudno jej być naprawdę ekspertem w czymkolwiek. Dobra specjalizacja i dobrze wybrana nisza pozwalają budować eksperckość, wiarygodność i zaufanie.

A kiedy naprawdę znasz się na tym, co robisz, stajesz się dla klienta niezawodny. I właśnie na tym chcę budować przyszłość IQNails – nie na podążaniu za każdą chwilową modą, ale na byciu ekspertem w obszarach, które mają ponadczasową wartość.

Co w perspektywie najbliższych kilku lat może być dla producentów i dystrybutorów produktów do stylizacji paznokci większym wyzwaniem: rosnące wymagania regulacyjne, presja cenowa, zmieniające się trendy czy konkurencja ze strony marek działających bezpośrednio w modelu online?

Producenci niekoniecznie bardzo obawiają się zmian w regulacjach, ponieważ jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że przepisy co jakiś czas się zmieniają. Dobrze przygotowana firma powinna być na takie zmiany gotowa i potrafić się do nich dostosować.

Znacznie większym wyzwaniem jest dla mnie presja cenowa, ponieważ bezpośrednio wpływa ona na możliwość utrzymania zdrowej marży, a tym samym na funkcjonowanie całego przedsiębiorstwa. Na rynku pojawiają się również marki pochodzące z nieznanych źródeł, tak zwane „no name”, które często mocno zaburzają politykę cenową i utrudniają uczciwą konkurencję.

Trzeba też pamiętać, że prowadzenie produkcji w Polsce nie jest łatwym zadaniem. Utrzymanie produkcji, odpowiednich standardów, całego zaplecza oraz wyszkolenie specjalistów wymaga czasu, inwestycji i konsekwencji. To zupełnie inna odpowiedzialność niż samo sprowadzenie gotowego produktu i wprowadzenie go do sprzedaży.

Natomiast wierzę, że jeżeli marka ma jasno określoną wizję, misję i cele oraz konsekwentnie i skrupulatnie je realizuje, zmiany rynkowe nie powinny być powodem do obaw. Mogą być wyzwaniem, ale jednocześnie są częścią prowadzenia biznesu.

Dla mnie najważniejsze jest to, żeby wiedzieć, po co marka istnieje, dokąd zmierza i jakie wartości chce reprezentować. Wtedy nawet w zmieniających się warunkach rynkowych można podejmować decyzje świadomie i długoterminowo.

Gdyby miała Pani wskazać jedną rzecz, na którą firmy z branży nail beauty powinny przygotować się już dziś, choć jej konsekwencje będą w pełni widoczne dopiero za 3–5 lat – co by to było i dlaczego? 

Myślę, że firmy z branży nail beauty powinny przygotować się przede wszystkim na coraz większe rozdrobnienie rynku i rozwój mniejszych, wyspecjalizowanych marek. Już dziś widzimy, jak dużą wartość ma znalezienie własnej niszy, a w perspektywie kolejnych lat ten kierunek będzie moim zdaniem jeszcze mocniejszy.

Nie każda marka musi jednak posiadać własny zakład produkcyjny, żeby rozwijać autorskie produkty. Dlatego jako producent jesteśmy bardzo otwarci na produkcję kontraktową, rozwiązania OEM i private label, personalizację produktów oraz technologiczne wsparcie marek, które chcą stworzyć własną linię. Widzę w tym ogromny potencjał — szczególnie dla mniejszych, eksperckich marek budowanych przez osoby, które bardzo dobrze znają swoją społeczność i jej potrzeby.

image

Producent hybryd do paznokci wykorzystał grafen i trafił w dziesiątkę. Teraz zdobywa rynek sprzętów dla salonów

Jednocześnie musimy być przygotowani na coraz silniejszą konkurencję ze Wschodu, która bardzo dynamicznie się rozwija. Sama cena będzie więc coraz trudniejszym obszarem konkurowania. Dlatego przewagi trzeba szukać gdzie indziej — w jakości, specjalizacji, wiedzy technologicznej, elastyczności produkcji i możliwości tworzenia produktów dopasowanych do konkretnych potrzeb profesjonalistów.

W naszym przypadku ogromną przewagą jest to, że jesteśmy producentem i korzystamy z ponad 20-letniego doświadczenia technologicznego wywodzącego się z produkcji wierteł stomatologicznych. Standardy jakości charakterystyczne dla tego obszaru przenosimy również do produkcji frezów dla branży beauty. To daje nam zaplecze, którego nie da się zbudować z dnia na dzień.

Dlatego uważam, że za 3-5 lat nie wygrają firmy, które będą próbowały być wszystkim dla wszystkich. Rynek będzie coraz bardziej wyspecjalizowany, a rolą dobrego producenta będzie nie tylko dostarczenie produktu, ale również technologii, wiedzy i możliwości stworzenia rozwiązania odpowiadającego konkretnej niszy. I właśnie na taki rozwój rynku chcemy być otwarci.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
22.09.2026 17:28
Iwona Towalska, Unilever: Rola sieci będzie się zwiększać. Wygra nie jeden kanał, lecz najlepiej połączony ekosystem
Iwona Towlska, Head of Customer Strategy Planing Personal Care Unilevermat.prasowe

Wbrew tezie o eliminacji pośredników, rola sieci będzie się zwiększać z uwagi na konsolidację rynku oraz rosnącą dojrzałość modeli omnichannel. W Polsce już dziś mamy sieci, które świetnie łączą sklep fizyczny, aplikację, program lojalnościowy i retail media. Dla dostawców oznacza to przejście od tradycyjnych negocjacji handlowych do partnerstwa opartego na wspólnym celu i danych — mówi Iwona Towalska, Head of Customer Strategy Planning & NRM, Personal Care, Unilever Polska, panelistka tegorocznego Forum Branży Kosmetycznej 2026.

Jak wygląda obecnie i jak się zmienia istotność/waga poszczególnych kanałów dystrybucji w strategiach dostawców takich jak Unilever? Gdzie dzisiaj firmy szukają sprzedaży? 

Istotność kanałów wciąż mierzymy udziałami wartościowymi i wolumenowymi, ale środek ciężkości przesuwa się z pytania „gdzie sprzedajemy?" na „gdzie i jak konsument podejmuje decyzję?". Obserwujemy wyraźną polaryzację formatów – z jednej strony dyskonty i convenience, z drugiej wyspecjalizowane drogerie, stawiające na doświadczenie zakupowe. Jednocześnie rośnie znaczenie e-commerce i q-commerce jako kanałów uzupełniających, a retail media stają się nową warstwą komunikacji w momencie podejmowania decyzji zakupowej. To zmiana, która już się dzieje.

Jak zmienia się rynek i konsument, a także jakie czynniki najmocniej determinują tę zmianę? 

Fundamentem, który trzeba zrozumieć, zanim zaczniemy projektować kanały dotarcia, są makrosiły zmieniające sposób, w jaki żyjemy i kupujemy. To po pierwsze wellbeing, czyli rosnące znaczenie holistycznego podejścia do zdrowia i postrzegania kosmetyku jako elementu rytuału. Po drugie — zmieniający się styl życia, związany m.in. ze starzeniem się społeczeństwa, urbanizacją, presją kosztową, czy  tym, że więcej czasu spędzamy w domu. Niezwykle istotne są też cyfryzacja, podejście technology-first, napędzające hiperwygodę, wykorzystanie danych i personalizację, a także kryzys środowiskowy, który zwiększa presję na działanie, a jednocześnie wzmacnia sceptycyzm wobec claimów. To właśnie umiejętność adaptacji do tych sił będzie wyznaczać kierunki wzrostu i wskazywać, gdzie szukać punktów styku z konsumentem.

Czy już nie mówimy o kanałach, a raczej ekosystemach? 

Nie mówimy już tylko o kanałach sprzedaży, ale o całych ekosystemach, w których wspólnie z retailerami tworzymy doświadczenie konsumenta. W Personal Care lojalność buduje się nie tylko promocją. Ważne są przede wszystkim trzy rzeczy: spójność doświadczenia, komunikacja dopasowana do sytuacji i potrzeb konsumenta oraz wiarygodność marki. Marka i sieć handlowa pełnią różne, uzupełniające się role.

image

Forum Branży Kosmetycznej 2026. Spotkajmy się tam, gdzie powstaje przyszłość rynku beauty

Dla kupującego mniej istotne jest, czy dodatkowa korzyść pochodzi od producenta, czy od sieci. Liczy się to, czy całe doświadczenie odpowiada na jego potrzeby. Dlatego lojalność wobec marki i miejsca zakupu powstaje wspólnie, a nie należy wyłącznie do jednej strony.

Czy w perspektywie kilku lat rola pośredników (między marką a klientem) jakimi są sieci detaliczne, zostanie zminimalizowana/ ograniczona? Co je zastąpi? 

Wbrew tezie o eliminacji pośredników, rola sieci będzie się zwiększać z uwagi na konsolidację rynku oraz rosnącą dojrzałość modeli omnichannel. W Polsce już dziś  mamy sieci, które świetnie łączą sklep fizyczny, aplikację, program lojalnościowy i retail media. Dla dostawców oznacza to przejście od tradycyjnych negocjacji handlowych do partnerstwa opartego na wspólnym celu i danych.

Jakie formaty, koncepty, kanały będą zwycięzcami w obszarze kosmetycznym w ciągu kolejnych 5-10 lat?

Przejście „od kanałów do ekosystemów" to zmiana, która dopiero się kształtuje – jej kierunek jest wyraźny, jednak bez sztywnego punktu końcowego – dlatego wymaga działania krok po kroku. Warto nią zarządzać poprzez budowanie świadomości i zrozumienia, współtworzenie (co-design) z retailerami, rytm częstych, przyrostowych pilotaży i skalowanie success stories, a także adresowanie obaw, wynikających z krótkoterminowych celów i przywiązania do dotychczasowych modeli poprzez jasny plan i dane. Skorzysta na tym nie ten, kto ma najlepszy pomysł, lecz ten, kto skutecznie przeprowadzi przez zmianę ludzi – zarówno we własnej organizacji, jak i po stronie partnerów. 

Tradycyjne drogerie (jak Rossmann czy Hebe) stają się gigantami technologicznymi, dynamicznie rozwijając własne platformy reklamowe (Retail Media Networks). Jak pogodzić obecność i ekspansję marek w kanałach tj. własny e-commerce czy TikTok Shop, z budowaniem relacji z kluczowymi partnerami handlowymi offline? Czy te kanały ze sobą konkurują, czy udało Wam się wypracować model synergii, w którym nowości cyfrowe napędzają ruch w tradycyjnych drogeriach?

Te kanały konkurują ze sobą tylko wtedy, gdy zarządza się nimi w silosach. Punktem wyjścia zawsze jest konsument, nie kanał. Każdy kanał odpowiada na inną misję zakupową i odgrywa inną rolę w ekosystemie nabywcy, dlatego kluczowa jest synergia, a nie rywalizacja – czyli odpowiadanie na różne potrzeby poprzez odpowiednio dobrany asortyment, obsługę i doświadczenie.

Kiedy spojrzymy na to z perspektywy konsumenta, okazuje się, że kanały wcale nie konkurują o to samo. Do drogerii klient idzie po odkrywanie, testowanie i doświadczenie, do dyskontu po wygodę, z e-commerce korzysta ze względu na pełną ofertę i wiedzę opartą na danych, a w social commerce szuka inspiracji i nowości. Ta sama osoba korzysta ze wszystkich tych kanałów, tylko w różnych momentach i z różną intencją.

image

Drogeria Roku 2026. Twój gust ma głos! Wybierz najlepszą drogerię, perfumerię, koncept i strefę beauty w sieciach handlowych.

W tej układance kanały cyfrowe nie zabierają ruchu drogeriom, przeciwnie – mogą go napędzać. TikTok Shop czy własny e-commerce budują popyt, który konsument bardzo często realizuje tam, gdzie może produktu dotknąć, przetestować go i poczuć, czyli w kanale offline. Równolegle same sieci stają się coraz bardziej zaawansowane technologicznie, rozwijając własne Retail Media Networks. To otwiera nowe źródło wartości, jednak zyskuje ten, kto potrafi połączyć dane, wspólny pomiar i cele komercyjne oraz rozwijać retail media tak, by wzmacniać zaufanie.

I tu dochodzimy do sedna: doświadczenie, możliwość testowania i inspiracja to elementy, których nie da się w pełni zdigitalizować. Dlatego rola sieci nie maleje, lecz rośnie. 

Od lidera oczekuje się dziś prowadzenia organizacji przez nieustanną transformację. Jakich kompetencji będzie wymagać zarządzanie przyszłości? Która kompetencja lidera zdecyduje o tym, kto wygra w erze automatyzacji i pracy zespołów wspieranych przez AI?

Technologię można wdrożyć z dnia na dzień, jednak trwała zmiana zachowań i nawyków wymaga czasu, wsparcia i przestrzeni. Prawdziwą kompetencją przyszłości jest umiejętność prowadzenia organizacji przez nieustanną zmianę. Ze zmianą zawsze ma się do czynienia w kilku obszarach jednocześnie i są to: ludzie, procesy i automatyzacja. 

Wszystko zaczyna się od ludzi. Lider przyszłości jest przede wszystkim agentem zmiany, zaczyna od „dlaczego", buduje zaangażowanie i dba o odporność oraz dobrostan zespołu. Kompetencje, również cyfrowe i związane z AI, powinny być rozwijane w sposób ciągły, a nie jednorazowy.

Procesy są pomostem między strategią a egzekucją. Rolą lidera jest przeprojektowanie sposobu pracy tak, aby nadążał za tempem technologii – poprzez jasny podział ról, jedną wspólną wersję danych i rutyny „insight-to-action". 

Automatyzacja natomiast powinna wspierać człowieka. Technologia ma wzmacniać decyzje i kreatywność, przejmując skalę i powtarzalne zadania, a tym samym uwalniając czas na strategię i odważne decyzje. 

Zyskają liderzy, którzy potraktują transformację nie jako jednorazowy projekt a  jako stały sposób działania.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
29. wrzesień 2026 14:17