StoryEditor
Wywiady
25.03.2025 10:12

Dr Irena Eris: Bądź cierpliwa i nie bój się ryzykować

 r Irena Eris jest założycielką Centrum Naukowo-Badawczego Dr Irena Eris – jednego z najnowocześniejszych ośrodków badawczych w branży kosmetycznej w Polsce i Europie / Dr Irena Eris mat.pras.

W ramach projektu Women’s History Month Douglas poprosił właścicielki znanych brandów beauty o odpowiedzenie na 12 pytań, dotyczących zarówno ich drogi zawodowej, wyzwań z jakimi przyszło im się mierzyć, jak również ich własnej definicji piękna. Oto pierwszy kwestionariusz, dzięki któremu poznajemy niezwykłą historię Dr Ireny Eris.

Obchodzony niedawno Międzynarodowy Dzień Kobiet zainspirował Douglasa do wyjątkowej kampanii: “Powiedz jej to głośno w Dzień Kobiet”. Zachęca ona kobiety do mówienia sobie nawzajem wzmacniających słów, dodających pewności siebie. 

 

Jedno zdanie, które najlepiej oddaje filozofię Pani marki?

Tworzę kosmetyki najwyższej jakości, oparte na nauce i innowacji, które łączą skuteczność z dbałością o piękno i dobrostan kobiet.

Z sukcesem udało się Pani rozwinąć swoją własną markę beauty. Co było motywacją do jej stworzenia?

Zawsze kierowała mną pasja do nauki i chęć tworzenia kosmetyków, które naprawdę działają. Od początku chciałam połączyć wiedzę dermatologiczną z kosmetologią, oferując skuteczne, przebadane naukowo, produkty, które jednocześnie będą przyjemne w stosowaniu. Marzyłam o tym, by stworzyć coś wartościowego, coś, co będzie miało realny wpływ na pielęgnację skóry.

Co pozwoliło Pani dotrzeć do miejsca, w którym Pani jest dzisiaj? Jaką drogę zawodową przeszła Pani, żeby być w obecnym miejscu?

Kluczowe były determinacja, pasja i konsekwencja w dążeniu do celu. Z wykształcenia jestem farmaceutką, więc nauka i badania od zawsze były mi bliskie. Na początku lat 80. stworzyłam pierwszy krem, ale już wtedy wiedziałam, że chcę budować coś większego – markę opartą na nauce i innowacji. Nie miałam kapitału ani wsparcia wielkich inwestorów, ale miałam wiedzę i wiarę w to, co robię. Razem z mężem konsekwentnie rozwijaliśmy firmę, inwestując w badania, technologie i ludzi.

Dziś marka Dr Irena Eris to nie tylko marka kosmetyczna, ale też luksusowe hotele SPA i sieć Kosmetycznych Instytutów. Nigdy jednak nie traktowałam sukcesu jako czegoś danego raz na zawsze – to nieustanny rozwój i dostosowywanie się do zmieniającego się świata.

Jakie były największe trudności, wyzwania, jakie napotkała Pani na swojej drodze zawodowej/w procesie tworzenia i prowadzenia marki własnej?

Jednym z największych wyzwań było budowanie firmy od podstaw w czasach, gdy prywatny biznes w Polsce nie miał łatwego startu. W latach 80. nie było infrastruktury, dostępu do surowców, a biurokracja była ogromnym utrudnieniem. Kolejne wyzwania pojawiały się wraz z rozwojem – chociażby konieczność udowodnienia, że polska marka może konkurować z globalnymi gigantami, zwłaszcza w segmencie premium. Mimo tych trudności zawsze kierowałam się zasadą, by działać konsekwentnie, z szacunkiem do klienta i nauki. I to podejście się sprawdziło.

Przełomowy moment w karierze, firmie lub biznesie?

Jednym z najbardziej przełomowych momentów było stworzenie i rozwój własnego Centrum Naukowo-Badawczego. Od początku wierzyłam, że nauka jest kluczem do skuteczności kosmetyków, ale dopiero otwarcie własnego ośrodka badawczego pozwoliło nam na prowadzenie zaawansowanych badań i wdrażanie innowacji na światowym poziomie.

Kolejnym ważnym krokiem było dołączenie marki Dr Irena Eris do elitarnego francuskiego klubu luksusowych marek – Comité Colbert. To było potwierdzenie, że polska marka może stać się częścią światowego rynku premium i konkurować z największymi.

Istotnym momentem była też decyzja o rozwoju segmentu hoteli SPA – to wtedy zrozumieliśmy, że marka Dr Irena Eris może oferować coś więcej niż tylko kosmetyki – może kreować holistyczne doświadczenie beauty, łączące pielęgnację, relaks i naukę.

Co poradziłaby Pani sobie samej sprzed lat?

Powiedziałabym sobie: „Bądź cierpliwa i nie bój się ryzykować.” Kiedy zaczynałam, wszystko wydawało się ogromnym wyzwaniem – brak kapitału, trudności z dostępem do surowców, brak doświadczenia w biznesie. Dziś wiem, że warto było konsekwentnie podążać własną drogą, nie oglądać się na innych i nie bać się podejmowania trudnych decyzji.

Jak ładuje pani swoje życiowe i zawodowe baterie?

Podróże to dla mnie najlepszy sposób na regenerację i nabranie nowej perspektywy. Od lat, razem z mężem, czerpiemy ogromną radość z odkrywania nowych miejsc, kultur i smaków – to nasza największa pasja. Podróżowanie pozwala mi zdystansować się od codziennych wyzwań, spojrzeć na wiele spraw świeżym okiem i wrócić do pracy z nową energią.

Równie istotne jest dla mnie zaangażowanie w to, co kocham najbardziej – badania i tworzenie innowacyjnych formuł kosmetycznych. To właśnie ta twórcza praca daje mi motywację i inspirację, bo każdego dnia mam poczucie, że odkrywam coś nowego i realnie wpływam na rozwój świata beauty.

Z okazji Dnia Kobiet Douglas wprowadził kampanię "Powiedz jej to głośno w Dzień Kobiet", zachęcając kobiety do wzajemnego komplementowania się. Jest to na pewno ważny gest – rodzaj wzajemnego wsparcia, swoisty wyraz kobiecego empowermentu, siostrzeństwa. Choć każdej z nas nie raz zdarzyło się pomyśleć, że właśnie mijana kobieta ma świetny odcień szminki, który dodaje jej uroku, a koleżanka z pracy pięknie wygląda w nowej fryzurze, to jednak przeważnie te miłe słowa zatrzymujemy dla siebie. A z drugiej strony wiele z nas uważa, że komplement usłyszany od drugiej kobiety jest cenniejszy niż ten usłyszany od mężczyzny. Myśli Pani, że co jest przyczyną tego, że nie wypowiadamy na głos komplementów? Brak śmiałości, pewności siebie?

Myślę, że przyczyn jest kilka. Często wynika to po prostu z pewnej kulturowej powściągliwości – nie mamy w nawyku swobodnego wyrażania uznania czy podziwu, szczególnie wobec innych kobiet. Być może obawiamy się, że zostanie to odebrane jako coś wymuszonego lub przesadnego. Kobiety często też bywają dla siebie bardziej wymagające, zarówno wobec siebie samych, jak i innych.

Czy zdarza się Pani komplementować drugą kobietę?

Oczywiście! Jeśli coś mnie zachwyci – czy to styl, sposób bycia, czy osiągnięcia drugiej kobiety – zawsze staram się to powiedzieć. Uważam, że szczery komplement może sprawić komuś ogromną przyjemność i dodać pewności siebie.

A jaki najmilszy komplement Pani usłyszała pod swoim adresem?

Najmilszy komplement, jaki usłyszałam, to ten, który dotyczy nie tylko mnie, ale i tego, co udało mi się stworzyć – kiedy kobiety mówią mi, że moje kosmetyki towarzyszą im od lat, że im ufają i że naprawdę działają. To dla mnie największa satysfakcja, bo od początku chciałam tworzyć produkty, które są nie tylko luksusowe, ale przede wszystkim skuteczne.

A jeśli chodzi o bardziej osobiste komplementy, zawsze jest mi niezmiernie miło usłyszeć, że inspiruję innych – czy to moją pracą, podejściem do biznesu, czy konsekwencją w podążaniu własną drogą. To daje mi ogromną motywację do dalszego działania.

Jaka jest Pani definicja piękna?

Dla mnie piękno to harmonia – to, jak czujemy się sami ze sobą, jak o siebie dbamy, ale też jaką energię przekazujemy innym. To nie tylko wygląd zewnętrzny, ale też osobowość, charyzma, sposób bycia.

Piękno to również autentyczność – bycie sobą, akceptacja własnych atutów i niedoskonałości. Wierzę, że każda kobieta jest piękna na swój sposób, a rolą kosmetyków nie jest zmienianie nas, ale podkreślanie tego, co w nas wyjątkowe.

Dla mnie piękno to także pasja i ciekawość świata – to, jak patrzymy na życie, jak realizujemy swoje marzenia i jak inspirujemy innych. Bo piękno to coś znacznie więcej niż tylko wygląd – to sposób, w jaki żyjemy i jak się czujemy.

Ulubiona linia/produkt z marki Dr Irena Eris to?

Linia Authority: globalna pielęgnacja przeciwzmarszczkowa, zapewniająca spektakularne, natychmiastowo zauważalne odmłodzenie skóry oraz liftingujące uniesienie powieki, które przywraca wypoczęty i promienny wygląd twarzy.

DR IRENA ERIS:

Doktor farmacji. Współwłaścicielka i założycielka firmy Dr Irena Eris S.A. Od początku jej istnienia zajmuje się kreacją nowych produktów i zarządza procesem ich powstawania. Prekursorka holistycznego podejścia do piękna, które tworzą kosmetyki, profesjonalna pielęgnacja w Kosmetycznych Instytutach Dr Irena Eris oraz dbałość o zrównoważony wypoczynek w Hotelach SPA Dr Irena Eris.  

Założycielka Centrum Naukowo-Badawczego Dr Irena Eris – jednego z najnowocześniejszych ośrodków badawczych w branży kosmetycznej w Polsce i Europie, w którym prowadzone są nowatorskie badania w dziedzinie kosmetologii, a zaawansowane technologie i innowacyjne składniki aktywne znajdują zastosowanie w produktach. 

Stworzona przez nią marka - Dr Irena Eris - jako jedyna z Polski została zaproszona do prestiżowego Comité Colbert – stowarzyszenia najbardziej luksusowych światowych marek, gdzie wciąż jest jedyną marką kosmetyczną nie pochodzącą z Francji. 

Czytaj też: Inglot, Ziaja, Bielenda, Eris: gdy nazwisko staje się marką w branży beauty

Marzena Szulc
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
13.02.2026 13:27
Bogusława Domańska, Mateusz Jeglejewski, Quiz Cosmetics (PPH BIM): Następuje atomizacja klienteli dla private label
Quiz Cosmetics

Model private label oparty na dużych, jednorazowych wolumenach traci dziś dominującą pozycję na rzecz mniejszych serii, testowania rynku i ścisłej współpracy producenta z marką. W rozmowie z Mateuszem Jeglejewskim, Dyrektorem Generalnym PPH BIM, oraz Bogusławą Domańską, Business Development & Marketing Manager, sprawdzamy, jak wysyp nowych marek kosmetycznych zmienia rentowność, planowanie mocy produkcyjnych i rolę producenta private label — oraz dlaczego w 2026 r. elastyczność i kompetencje doradcze mogą być ważniejsze niż sama skala.

Jeszcze kilka lat temu private label obsługiwał mniejszą liczbę klientów z dużymi wolumenami. Czy w 2026 r. model „więcej klientów – mniejsze serie” stanie się nową normą?

Mateusz Jeglejewski — Dyrektor Generalny PPH BIM: Tak — i powiedziałbym nawet, że to już się dzieje. Rynek kosmetyczny przeszedł z myślenia o dużych, jednorazowych wolumenach do modelu ciągłego testowania. Oczywiście wciąż są na rynku duże brandy i firmy, które z powodzeniem korzystają z private label i pracują na wysokich wolumenach, ale dziś widać wyraźnie, że marek jest więcej, a każda działa ostrożniej, etapami.

W 2026 r. producent private label musi być przygotowany na obsługę wielu klientów: z dużymi wolumenami, jak i z mniejszymi seriami.

Jak wysyp nowych marek kosmetycznych wpływa na rentowność i planowanie mocy produkcyjnych?

MJ: Z perspektywy biznesowej oznacza to większą presję na koszty pośrednie i planowanie. Rentowność coraz rzadziej wynika wyłącznie z wolumenu, a coraz częściej z jakości procesów, umiejętności przewidywania i elastycznego zarządzania mocami produkcyjnymi. Dlatego warto wychodzić nowym markom naprzeciw i oferować im możliwość startu z mniejszymi wolumenami.

Oczywiście ma to wpływ na cenę jednostkową, ale sama dostępność takiej opcji niesie ogromną wartość — pozwala markom wejść na rynek, a producentom budować relacje z klientami, którzy w przyszłości mogą się skalować. Kto tego nie opanuje, będzie miał problem ze stabilnością biznesu.

Czy te nowe marki private label oczekują wsparcia koncepcyjnego — insightów, trendów, storytellingu? Z czym do Was przychodzą?

Bogusława Domańska — Business Development & Marketing Manager: Zdecydowanie tak. Coraz rzadziej marka przychodzi z gotowym produktem — częściej mówi: zaproponuj nam coś, co pasuje do naszej marki albo wskaż kierunek, znając trendy i oczekiwania konsumentów. Wsparcie koncepcyjne, wiedza o trendach i zachowaniach konsumentów staje się naturalnym elementem współpracy z producentem.

image

Superdrug inwestuje 20 mln funtów w kosmetyki private label – chce konkurować z prestiżowymi markami

Dziś rynek jest ogromnie konkurencyjny — nie tylko lokalnie, ale także z powodu napływu produktów z Chin i innych rynków. Producenci, którzy potrafią doradzić, pokazać trendy i aktywnie wychodzić z propozycjami, stają się dla marki prawdziwym partnerem, zwiększając jej szanse na udany start i szybką reakcję na zmieniające się potrzeby rynku.

Poteoretyzujmy zatem: w jaki sposób zmienia się zarządzanie biznesem private label, gdy zamiast jednego klienta zamawiającego 20 tys. sztuk pojawia się dwóch klientów po 10 tys.? Czy to jest po prostu łatwa matematyka, podziel przez pół i gotowe?

MJ:  To nie jest proste dzielenie jednego zamówienia na dwa mniejsze. Dwa projekty oznaczają podwójną złożoność: inne receptury, opakowania, terminy i oczekiwania. W praktyce private label coraz bardziej przypomina firmę zarządzającą projektami niż klasyczną fabrykę. Bez uporządkowanych procesów i bardzo dobrej komunikacji z klientami ten model po prostu się nie spina.

Klient, który zamawia poniżej 20 tys. unitów to raczej drobna marka, z niewielką ofertą. Czy obserwujecie przesunięcie w stronę marek z bardzo wąskim portfolio?

BD: Tak, to wyraźny trend. Coraz więcej marek startuje z jednym lub kilkoma produktami, bardzo precyzyjnie odpowiadającymi na konkretną potrzebę konsumenta. To ważne, bo pozwala znaleźć swoją niszę i stać się w niej prawdziwym specjalistą. Osobiście bardziej przemawia do mnie taka marka — wyspecjalizowana, która dokładnie wie, co robi i potrafi pokazać wartość swojej oferty konsumentowi.

Jeśli tak, to podpowiedzmy innym: jak producenci private label powinni w 2026 r. wyceniać i konstruować oferty, aby małe serie były opłacalne?

MJ: Kluczem jest transparentność i etapowość. Małe serie zawsze będą droższe jednostkowo — i rynek zaczyna to coraz lepiej rozumieć. Dlatego w 2026 r. producenci private label muszą jasno komunikować strukturę oferty: które koszty są jednorazowe, a które powtarzalne. Przykładowo elementy takie jak wykrojniki czy dokumentacje to koszty startowe, ponoszone na początku współpracy, które przy kolejnych produkcjach nie obciążają już ceny jednostkowej produktu.

Takie podejście pozwala markom realnie zobaczyć zależność między pierwszą, droższą serią a kolejnymi, które wraz ze skalą stają się bardziej opłacalne. Jednocześnie producent zachowuje rentowność, a marka zyskuje poczucie kontroli i zrozumienia kosztów. To uczciwy, partnerski model, który sprzyja długofalowej współpracy, a nie jednorazowym projektom.

Czy wysyp tych nowych, zapewne niszowych marek to bardziej szansa, czy jednak ryzyko dla producentów private label? To brzmi jak groźba atomizacji rynku.

MJ: Jedno i drugie. Ryzyko wynika głównie z niestabilności zamówień — zdarza się, że kolejne serie pojawiają się później niż planowano lub w innych wolumenach niż zakładano. Dla producentów oznacza to konieczność elastycznego planowania mocy produkcyjnych i kontrolowania kosztów stałych, tak aby takie przesunięcia nie destabilizowały całego biznesu.

Z drugiej strony, pojawia się ogromna szansa. Wysyp nowych brandów to dostęp do kreatywnych konceptów, innowacyjnych produktów i odważnych strategii marketingowych. Dla producenta private label oznacza to możliwość budowania zdywersyfikowanego portfela klientów i skalowania marek.

image

Aldi chce konkurować z drogeriami? Dyskont zaprezentował kosmetyki na lato marki własnej

Kluczowa staje się też rola doradcza: producenci, którzy rozumieją trendy, potrafią wspierać marki w decyzjach produktowych i cenowych oraz łączyć elastyczność operacyjną z wiedzą o rynku, zamieniają potencjalne ryzyko w przewagę konkurencyjną.

Czy w 2026 r. przewagą konkurencyjną będzie zatem bardziej skala, czy elastyczność?

BD: Elastyczność — i to nie tylko w sensie produkcyjnym, ale przede wszystkim marketingowym i strategicznym. Duzi, stabilni partnerzy pozostają niezmienni, ale widzą w nas wtedy partnera, który ciągle opiniuje, doradza i wspiera rozwój ich portfolio. To buduje zaufanie i pokazuje, że producent private label nie jest tylko „fabryką”, ale aktywnym partnerem biznesowym. Z kolei elastyczność daje młodym markom możliwość testowania rynku, wprowadzania nowych konceptów i, jeśli projekt się sprawdzi, rozwijania kolejnych serii lub powrotu z nowymi pomysłami. Dzięki temu marki rosną razem z nami, budują dobre imię producenta i chętniej go polecają.

Producent, który potrafi reagować, doradzać i wychodzić z propozycjami zgodnymi z rynkiem, zyskuje realną przewagę konkurencyjną. To elastyczność marketingowa i strategiczna, a nie sama skala produkcyjna, będzie w 2026 r. największym atutem private label.

Czy dobrze zatem wnioskuję, że w warunkach rosnącej konkurencji między markami private label przestaje być czarnym pudełkiem, do którego wkłada się pomysł i wyjmuje produkt, a staje się partnerem strategicznym?

BD:  Zdecydowanie tak. Przy dzisiejszym poziomie konkurencji sama produkcja przestaje być wystarczającą wartością. Marki — szczególnie na początku swojej drogi — potrzebują partnera, który pomoże im przejść przez pierwsze 12–24 miesiące obecności na rynku, uporządkować ofertę i podejmować świadome decyzje produktowe. Producent private label, który rozumie nie tylko technologię, ale też realia sprzedaży, cen i oczekiwań konsumentów, realnie zwiększa szanse marki na przetrwanie i dalszy rozwój. 

Jednocześnie coraz ważniejsza staje się znajomość trendów — zarówno konsumenckich, jak i rynkowych. Jesteśmy bardzo blisko rynku, widzimy, jakie koncepty się powtarzają, które kierunki zyskują na znaczeniu i gdzie pojawiają się nowe potrzeby. Staramy się nie tylko odpowiadać na briefy klientów, ale też aktywnie wychodzić z propozycjami, inspirować i podpowiadać rozwiązania, które mają realne uzasadnienie rynkowe. To wszystko sprawia, że współpraca z private label coraz częściej ma charakter partnerski i długofalowy — oparty nie tylko na produkcji, ale na wspólnym budowaniu wartości marki.

Jakie kompetencje zdecydują w 2026 r. o tym, które firmy private label utrzymają rentowność i wzrost?

BD: Szczególnie istotne będą kompetencje marketingowe i głębokie rozumienie konsumenta. To pozwala być prawdziwym partnerem B2B na każdym etapie współpracy. Robimy wszystko, by wdrożyć w życie oczekiwania partnera i stworzyć produkty zgodne z jego wizją, a w razie potrzeby doradzamy najlepiej, jak potrafimy, wskazując kierunki zgodne z trendami i rynkiem.

MJ: Do tego dochodzi elastyczność operacyjna i infrastrukturalna. Firmy, które potrafią działać dwutorowo — stale rozwijać się i dopasowywać do dużych wolumenów, a jednocześnie pamiętać o młodych markach testujących rynek w mniejszych seriach czy limitowanych edycjach — zyskają przewagę konkurencyjną. Ważne jest, by procesy były zoptymalizowane, powtarzalne i elastyczne, tak aby reagować na zmiany w popycie, wolumenach i trendach, jednocześnie dając klientom poczucie wsparcia i partnerstwa.

 

 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
30.01.2026 11:17
Karolina Starmach, Dela Cosmetics: Unijne regulacje są impulsem do innowacji kosmetycznych, a nie barierą rozwoju
Karolina Starmach, export manager w Dela Cosmeticsmat.pras.

Nie da się dziś konkurować globalnie, oszczędzając na R&D. Firmy kosmetyczne muszą zaakceptować fakt, że inwestycje w reformulacje są stałym elementem biznesu, a nie jednorazowym kosztem. Z mojego doświadczenia wynika jednoznacznie, że unijne regulacje są impulsem do innowacji, w długiej perspektywie wzmacniając konkurencyjność europejskich – w tym też polskich – producentów – uważa Karolina Starmach, export manager w firmie Dela Cosmetics.

Przez pięć lat pracowała pani jako technolog, poznając branżę kosmetyczną od najdrobniejszych – i to dosłownie – podstaw. W jaki sposób dogłębna znajomość receptur i procesu produkcji wpływa dziś na rozmowy z zagranicznymi partnerami i budowanie zaufania do marki kosmetycznej? W czym takie doświadczenie pomaga?

Dogłębna znajomość receptur i procesów produkcyjnych realnie skraca dystans w rozmowach z zagranicznymi partnerami. Przez pięć lat pracy jako technolog nauczyłam się myśleć o produkcie nie tylko marketingowo, ale przede wszystkim procesowo i jakościowo. Dziś, jako export manager, mogę prowadzić rozmowy również na poziomie merytorycznym, co znacząco zwiększa wiarygodność firmy. W praktyce oznacza to, że partnerzy szybciej podejmują decyzje, bo widzą, że po drugiej stronie jest osoba, która rozumie ryzyka technologiczne, ograniczenia surowcowe i regulacyjne. To buduje zaufanie do producenta, a nie tylko do samego produktu. 

Unia Europejska regularnie wprowadza ograniczenia, dotyczące stosowania określonych składników. Jak te regulacje wpływają na konkurencyjność europejskich, w tym polskich, producentów kosmetyków na rynkach międzynarodowych? Czy producenci traktują te regulacje jako bariery w rozwoju czy jako impuls do ciągłych innowacji?

Z mojego doświadczenia wynika jednoznacznie, że unijne regulacje są impulsem do innowacji, a nie barierą rozwoju. Oczywiście wymagają one dużych nakładów pracy, ale w długiej perspektywie wzmacniają konkurencyjność europejskich producentów. Firmy działające w UE uczą się projektować produkty bardziej świadomie, bezpiecznie i przyszłościowo. Dzięki temu na rynkach międzynarodowych europejskie – w tym polskie – kosmetyki są postrzegane jako bardziej zaawansowane technologicznie i godne zaufania. To bardzo silny argument eksportowy. 

Zakazy i ograniczenia dotyczące składników często oznaczają konieczność reformulacji obecnych na rynku produktów. Jak firmy kosmetyczne mogą pogodzić rosnące koszty R&D z oczekiwaniami rynków zagranicznych, dotyczącymi ceny i jakości?

Nie da się dziś konkurować globalnie, oszczędzając na R&D. Firmy kosmetyczne muszą zaakceptować fakt, że inwestycje w reformulacje są stałym elementem biznesu, a nie jednorazowym kosztem. Kluczowe jest jednak rozsądne zarządzanie tym procesem: projektowanie formulacji w taki sposób, aby były możliwie „odporne” na przyszłe zmiany regulacyjne oraz skalowalne na różne rynki. W ten sposób koszty R&D stają się inwestycją, która zwraca się w postaci dłuższego cyklu życia produktu i większej elastyczności eksportowej.  

image

Dorota i Wojciech Soszyńscy, Oceanic: Branża kosmetyczna nie wybacza zastoju [ROCZNIK WK 2025/26]

Czy doświadczenie technologiczne pomaga pani lepiej odpowiadać na pytania i obawy dystrybutorów dotyczące bezpieczeństwa, skuteczności i zgodności produktów z lokalnymi przepisami? Czy wiedza techniczna i technologiczna pomaga w sprzedaży B2B?

Tak – i to w sposób fundamentalny. W sprzedaży B2B, szczególnie w eksporcie, decyzje nie są podejmowane wyłącznie na podstawie ceny czy estetyki produktu. Dystrybutorzy oczekują konkretnych, rzetelnych odpowiedzi dotyczących bezpieczeństwa, stabilności, skuteczności i zgodności z lokalnym prawem. Moje doświadczenie technologiczne pozwala prowadzić rozmowy na poziomie faktów, a nie ogólników. To znacząco przyspiesza proces sprzedaży i zwiększa zaufanie do producenta jako długoterminowego partnera. 

Dlaczego pani zdaniem eksport, czyli ekspansja zagraniczna, nie jest już opcją dla działalności, ale często staje się koniecznością dla producentów kosmetyków? Jak szukacie takich nowych rynków zbytu?

Rynek lokalny, nawet jeśli dynamiczny, nie jest dziś wystarczający, aby zapewnić stabilny rozwój producenta kosmetyków. Eksport przestał być dodatkiem do działalności – stał się jej naturalnym kierunkiem. Dla firm takich jak Dela Cosmetics, które oferują wysoką jakość i elastyczność produkcyjną, ekspansja zagraniczna jest logicznym krokiem. Nowych rynków nie szukamy przypadkowo – analizujemy ich potencjał regulacyjny, potrzeby konsumenckie i dojrzałość rynku private label. 

image

P-beauty Made in Poland może osiągnąć sukces [ROCZNIK WK 2025/26]

Czym firma powinna się kierować przy wyborze nowych rynków eksportowych: wielkością rynku, trendami konsumenckimi i modami, barierami regulacyjnymi czy dopasowaniem do DNA marki? 

Przy wyborze nowych rynków eksportowych najważniejsze jest dopasowanie do kompetencji producenta i DNA marki, a nie sama wielkość rynku czy chwilowe trendy konsumenckie. Duży, modny rynek może wyglądać atrakcyjnie w analizach, ale jeśli nie jest gotowy na oferowaną jakość, poziom cenowy lub model współpracy, bardzo szybko staje się kosztownym błędem strategicznym. 

Z perspektywy producenta kosmetyków kluczowe jest realistyczne spojrzenie na własne możliwości: zaplecze technologiczne, elastyczność produkcji, gotowość do adaptacji receptur oraz zdolność spełnienia lokalnych wymogów regulacyjnych. Rynek, który wymaga całkowitej zmiany portfolio lub modelu biznesowego, rzadko jest dobrym punktem startowym dla eksportu. W Dela Cosmetics nowe rynki analizujemy wielowymiarowo. Oczywiście bierzemy pod uwagę wielkość rynku i potencjał sprzedażowy, ale traktujemy je jako warunek konieczny, a nie decydujący. Znacznie ważniejsze są dojrzałość rynku private label, świadomość konsumentów, stabilność regulacyjna oraz dostęp do rzetelnych partnerów dystrybucyjnych. 

Co pomaga najlepiej w eksploracji nowych rynków? Targi, stowarzyszenia, eventy branżowe?

W eksploracji nowych rynków kluczową rolę odgrywają targi i bezpośrednie spotkania branżowe. To właśnie tam można szybko zweryfikować realne zainteresowanie produktem, poziom wiedzy potencjalnych partnerów oraz ich podejście do jakości i zgodności regulacyjnej. Żadne raporty czy analizy nie zastąpią rozmów twarzą w twarz, podczas których bardzo szybko widać, czy dana współpraca ma potencjał długoterminowy. Istotnym wsparciem są również stowarzyszenia branżowe i lokalne instytucje wspierające eksport, jednak traktujemy je jako narzędzie uzupełniające. Decydujące znaczenie ma zawsze praktyczna weryfikacja rynku – rozmowy, testowe projekty i stopniowe budowanie obecności, zamiast gwałtownej ekspansji bez zaplecza operacyjnego. 

Jak bardzo trzeba dziś dostosowywać produkt (pod kątem składu, komunikacji z rynkiem i konsumentem, opakowania) do lokalnych rynków? Czy i gdzie jest granica między adaptacją a utratą spójności, DNA marki?

Produkt musi być dostosowany do lokalnych rynków, szczególnie pod kątem składu i komunikacji, ale nie może tracić swojej tożsamości. Granica adaptacji przebiega tam, gdzie zmiany zaczynają rozmywać to, co stanowi o unikalności marki. 

Najlepsze efekty osiągają firmy, które potrafią zachować spójny rdzeń produktu, jednocześnie elastycznie reagując na lokalne potrzeby. To wymaga bardzo dobrej współpracy działów technologii, sprzedaży i marketingu. 

image

Diagnoza innowacyjności branży kosmetycznej. Co wynika z badania PZPK?

Jakie największe różnice regulacyjne zauważa Pani pomiędzy rynkiem UE a rynkami pozaeuropejskimi (np. Ameryki, Azja) i jak wpływają one na strategię eksportową firmy?

Największą różnicą jest brak jednolitości regulacyjnej poza UE. Podczas gdy Unia Europejska oferuje spójne ramy prawne, rynki takie jak USA czy Azja wymagają indywidualnego podejścia do każdego kraju, a czasem nawet regionu. To bezpośrednio wpływa na strategię eksportową – zmusza producentów do większej elastyczności technologicznej i bardzo dobrego przygotowania dokumentacyjnego. Firmy, które nie mają zaplecza technologicznego, często nie są w stanie skalować eksportu poza Europę. 

Jak Pani ocenia potencjał polskich marek kosmetycznych, jaką mają opinię na świecie? Co z perspektywy eksportu może okazać się największym wyzwaniem (a może i szansą?) w najbliższych latach? Czym polscy producenci mogą konkurować na świecie?

Polskie marki kosmetyczne mają bardzo duży, wciąż niewykorzystany potencjał eksportowy. Są coraz lepiej postrzegane jako producenci oferujący dobrą jakość, nowoczesne składy i rozsądny poziom cen. Największym wyzwaniem będzie dalsze różnicowanie się na tle globalnej konkurencji. Jednocześnie jest to ogromna szansa – polscy producenci mogą konkurować elastycznością, zapleczem technologicznym, szybkością reagowania na trendy i bardzo dobrą znajomością regulacji.

Marzena Szulc
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
13. luty 2026 21:37