StoryEditor
Wywiady
27.02.2012 01:43

Monika Wątorek, Coty Polska: Pięknie być sobą, po prostu

Monika Wątorek, szefowa teamu trenerów marek makijażowych i zapachowych Coty Polska / fot. GM Studio
Monika Wątorek, szefowa teamu trenerów marek makijażowych i zapachowych Coty Polska. Jedna z pierwszych wizażystek w Polsce. Uczennica Sergiusza Osmańskiego z prekursorskiego zespołu, który wprowadzał na polski rynek markę Margaret Astor. Zabiera nas w osobistą podróż w przeszłość. Opowiada o swojej pasji, o zawodzie makijażysty i o tym, dlaczego czasem więcej dostaje on od ludzi, niż może im dać.

Jesteś jedną z pierwszych osób, które w Polsce profesjonalnie zajmowały się wizażem. Pod skrzydłami Sergiusza Osmańskiego, dziś dyrektora artystycznego Sephory, tworzyliście zespół makijażystów Margaret Astor. Pierwszy tego typu w Polsce. Wówczas nikt nie znał pojęcia wizażysta...

Pamiętam te czasy doskonale. Był to jeden z najwspanialszych momentów w moim życiu. Rodziło się wówczas coś zupełnie nowego, co było inspiracją dla innych i w czym mogłam czynnie brać udział. Przepiękne, naturalne, autentyczne, wypełnione masą pozytywnej energii! To było przeznaczenie, że znalazłam się w tym miejscu i w tym czasie, dziś jestem przekonana – tak się musiało stać.

Czy Sergiusz Osmański był Twoim mistrzem, ukształtował Cię zawodowo?

Oczywiście. Sergiusz mówił, że jestem samorodnym talentem. On dostrzegł we mnie to „coś” i dał mi szansę. Spotkałam się z nim po raz pierwszy 15 lat temu, kiedy przyjechałam do Warszawy ubiegać się o pracę i wziąć udział w czymś w rodzaju konkursu na wizażystę marki Margaret Astor. Byłam wtedy bardzo przestraszoną i niepewną siebie osobą, aczkolwiek czułam, że to jest właśnie ta droga, którą powinnam pójść. Więc pojechałam, mimo że pracowałam w Bydgoszczy, w zupełnie innej branży, mimo że naraziłam się na różnego rodzaju przykrości przez swoją „ucieczkę” do Warszawy. Pojechałam z pełną premedytacją i przekonaniem, że musi mi się udać. I udało się!

O Sergiuszu wcześniej czytałam tylko artykuły, widziałam jego twarz w różnych pismach i wydawał mi się postacią nieosiągalną, kimś kto jest wyjątkowy, niesamowity i na pewno inny od wielu ludzi. Tymczasem okazał się bardzo sympatycznym, bardzo fajnym człowiekiem, pełnym ciepła i chęci pomocy. Zresztą nie tylko mnie on inspirował, nie tylko mnie wypromował. W owym czasie my wszystkie, chyba kilkadziesiąt w Polsce, byłyśmy takimi jego „dziećmi”, które on wykształcił i posłał w drogę, w świat.

Wiesz jak Sergiusz wspomina pierwsze spotkanie z Tobą?... Kreatywna, odważna, twórcza a nie odtwórcza, pełna energii charakterystycznej dla samouków.

No widzisz, nie kłamałam (śmiech).

Mówi, że tą energią, otwartością, chęcią tworzenia go urzekłaś i byłaś jego „czarnym koniem” – dołączyłaś jako ostatnia do grupy najzdolniejszych dziewczyn. Co cię zainspirowało do tego, by na to spotkanie do niego pojechać? Po prostu poczułaś, że chcesz od teraz zajmować się robieniem makijaży?

Tak. Byłam zafascynowana samym sposobem upiększania poprzez make-up przede wszystkim siebie i koleżanek z najbliższego otoczenia (śmiech). Okazało się, że mam talent, lekką rękę, wyobraźnię, że umiem ze sobą łączyć kolory, a przede wszystkim, że sprawia mi to twórczą radość. Fantastyczny dla mnie w tym zawodzie był – do czego czasem tęsknię, bo już nie jestem aktywną makijażystką – krótki czas oczekiwania na efekt pracy. To jest raptem pół godziny i widzisz radość w oczach osoby, która przegląda się w lusterku i mówi: „Boże… to ja?! Nieprawdopodobne. Jak pani to uczyniła? Czy ja mogę panią wynająć na zawsze?”. To były takie momenty, które dały mi bardzo dużo radości, ale również czegoś, czego młoda kobieta potrzebuje, szczególnie taka jak ja wówczas – naprawdę w siebie nie wierzyłam, wydawało mi się, że jestem prowincjonalną dziewczyną, która niewiele potrafi – pewności siebie. Dostałam tę pewność siebie od ludzi.

Sergiusz, który wprowadzał mnie w tajniki zawodu wizażysty pozwolił mi iść za moim głosem intuicji. Nigdy nie usłyszałam od niego, że mam coś zrobić inaczej. To jest wielka sztuka – nie tworzyć kopii siebie, nie podstawiać innych ludzi do określonego wzoru. Warto dać im swobodę podjęcia własnych decyzji. Gdy pozwoli się ludziom iść zgodnie z własnym sumieniem, również w pracy zawodowej, na ogół się na nich nie zawodzi. Odwdzięczają się za to, że się w nich uwierzyło, że nikt nie chce ich zmienić na siłę.

Pamiętasz dziewczyny, z którym pracowałaś w tym pierwszym zespole wizażystów? Sergiusz podał mi parę nazwisk.

Słucham (śmiech).

Asia Waszkuć…

Do dziś mamy kontakt!

Ilona Spychalska…

Do dziś mamy kontakt!

Ela Wojtas…

Doskonale pamiętam.

Ula Iwanik…

Och, z tą dziewczyną doskonale się imprezowało! (śmiech)

Danka…

Śmigielska z Olsztyna. Pamiętam doskonale.

Wspominacie sobie razem tamte czasy?

Zawsze, gdy uda nam się spotkać. A ile jest śmiechu!

To musiała być rzeczywiście grupa pozytywnie zakręconych ludzi.

Byliśmy najlepsi.

Po prostu. Bez fałszywej skromności.

A co tam! (śmiech) Tworzyliśmy team, z którego wchodzące na rynek inne marki czerpały przykład. Byliśmy inspiracją, pierwowzorem, zespołem, który działał sprawnie i z olbrzymimi sukcesami! To były czasy potężnych zwyżek sprzedaży i promocji marki w taki sposób, że dawała poczucie luksusu, była rozpoznawana i kochana. Dzięki nam. Dzięki innym czynnikom też, ale zespół wizażystów, wtedy bardzo liczny, codziennie pracował aktywnie podczas pokazów na różnego rodzaju eventach, targach, w sklepach. Margaret Astor uczestniczyła we wszystkim, co miało wymiar medialny. Nasza praca przyczyniła się do potężnego sukcesu tej marki.

Podobno na targach kosmetycznych ustawiały się do Was ogromne kolejki, dochodziło do bójek pomiędzy mężczyznami, którzy pełnili rolę „kolejkowych” i wstawiali się za swoimi partnerkami.

Tak właśnie było (śmiech). W owych czasach wizażysta był gwiazdą i częścią kolorowego świata fleszy i VIP-ów, do którego przeciętny człowiek nie miał dostępu. Organizowaliśmy różne wydarzenia bądź w nich partycypowaliśmy i dla wszystkich, którzy w nich uczestniczyli byliśmy namiastką tego świata, przepustką do czegoś nieznanego, tajemniczego i pożądanego. Kiedy patrzyłam z perspektywy sceny, na której pracowaliśmy, widziałam kolejki ciągnące się po horyzont, a do tego miałam świadomość, że kobiety, które siadają przede mną na krzesełku przestały kilka godzin tylko po to, abym im pomalowała rzęsy i usta, żebym z nimi przez chwilę porozmawiała i wypisała „receptę” na najodpowiedniejsze kosmetyki. Ludzie się przepychali, kłócili, panowie fotografowali swoje partnerki i każdy użyty do makijażu kosmetyk. To było coś nieprawdopodobnego!

A te historie o paniach, które przychodziły, żeby im tylko coś poprawić w makijażu zrobionym przez Was dwa-trzy dni wcześniej?

Wtedy jeszcze świadomość na temat demakijażu i pielęgnacji twarzy była – delikatnie mówiąc – na średnim poziomie (śmiech). Faktycznie panie pojawiały się dzień lub dwa dni później prosząc, żeby im tylko poprawić makijaż, bo spały i troszkę się odgniotły, albo rozmazały. Pamiętam nawet kilka sławnych osób, które tak czyniły, ale nie będę przytaczać żadnych nazwisk (śmiech).

Zastanawiam się, czy dziś jesteśmy w stanie tak się czymś zachwycić, entuzjazmować jak te dziewczyny stojące w kolejce po makijaż i jak Wy – spełniający ich marzenia o wielkim świecie.

Jest inaczej, ale to nie znaczy gorzej. Jest inaczej, bo musiało się tak stać, bo wtedy gdy marka Margaret Astor wchodziła do Polski to były początki wolnego rynku, wolnych mediów, dostępności do rzeczy materialnych. Społeczeństwo było zgłodniałe wszelkich nowości. Kobiety były niedoświadczone w zakresie pielęgnacji urody. Po kilkunastu latach to się musiało zmienić. Nie wydarzył się żaden kataklizm, który mógłby zahamować ten naturalny rozwój.

Dziś Polki jako konsumentki są niezwykle świadome, wyedukowane, polemizujące, zadające trafne pytania. Mają ogromne pojęcie o kosmetykach i ich możliwościach. Trzeba być dziś świetnym specjalistą, by być dla nich autorytetem. Zadanie jest znacznie trudniejsze, niż my mieliśmy wówczas. Ale entuzjazm, o który pytasz na szczęście jest. Dzisiejsze kobiety tak samo chcą być piękne, chcą wiedzieć jak najwięcej na temat swej urody i sposobów makijażu, szczególnie gdy vis a vis mają właściwą osobę do zadawania pytań.

Wchodząc na polski rynek marka Margaret Astor pozycjonowana była wizerunkowo wyżej, niż na świecie.

W sklepach nie było nic. Kiedy Margaret Astor pojawiła się w pełnym asortymencie, za polskie złotówki, a nie dolary – wcześniej była dostępna tylko w Peweksie – a na dodatek wspierała ją rzesza wizażystów, była rzeczywiście postrzegana bardzo luksusowo. To było naturalne zjawisko, odruch rynku, który musiał się zapełnić, potrzebował marek. Ten proces trochę trwał i też oczywiste było, że po pewnym czasie to bardzo wysokie pozycjonowanie będzie się leciutko obniżało, z racji chociażby tego, że konkurencja miała równe prawo wejść na ten rynek i również postawić swoje kosmetyki obok Margaret Astor. To nie oznacza, że produkt pod marką Astor stracił na jakości, jest ona nawet lepsza – bo przecież cały czas trwa technologiczny postęp – tylko wybór jest większy. I zmieniliśmy się jako konsumenci.

Podobno, gdy te kilkanaście lat temu pojawialiście się w sklepach, by przeprowadzić pokazy makijażu, to strzelały korki od szampana.

No tak (śmiech). To były wydarzenia ogłaszane w lokalnych mediach, pojawiali się dziennikarze, lokalne telewizje, przedstawiciele rozgłośni radiowych. Postawały relacje, programy, wywiady, zdjęcia. „Spójrz na siebie okiem wizażysty”, „Poznaj swoje piękno prawdziwe” – takimi tytułami opatrywane były artykuły w prasie i nasze zdjęcia. A gdy pojawiał się Sergiusz następował prawdziwy szał. Wszędzie błyskały flesze. Sklepy były udekorowane balonikami, wykładano – i to nie jest żart – dywaniki przed wejście (śmiech). Właściciele sklepów przygotowywali się na przyjęcie ekipy wizażystów, ale przede wszystkim chodziło o to, żeby konsument miał pewność, że tego dnia, w tym miejscu, dzieje się coś absolutnie wyjątkowego.

Jak oceniasz z tamtej perspektywy dzisiejszą współpracę z właścicielami sklepów kosmetycznych?

Wciąż, po tylu latach, w sklepach jest popyt na tego rodzaju wydarzenia, choć organizuje je większość firm kosmetycznych. Przeprowadzamy je nieco inaczej, łączymy np. promocje zapachów z promocjami kosmetyków kolorowych, bo okazuje się, że jedno dopełnia drugie. Wciąż można tworzyć coś ciekawego dla konsumentów, co zarazem przynosi korzyści punktowi sprzedaży.

Organizowaliśmy i będziemy organizować szkolenia i pokazy. Chciałabym jedynie, aby właściciele sklepów mieli większą świadomość, że skoro dostają od nas tego rodzaju narzędzia, to warto z nich korzystać i kształcić personel. Bardzo mi zależy, aby również pracownicy sklepów mogli się uczyć. Wiem, że często chcą, ale nie mogą, bo nie ma zezwolenia od właścicieli lub kierownictwa sklepu. W mojej opinii jest to największy błąd i największa krzywda jaką można zrobić własnym pracownikom, bo to że ich nie będzie kilka godzin w pracy, nijak się ma do tego, jaką korzyść ich wiedza ze szkolenia przynosi temu punktowi sprzedaży. Tylko wyedukowany personel jest w stanie sprzedawać kosmetyki właściwie i zatrzymać przy sklepie klienta wdzięcznego za poradę i polecenie właściwego produktu.

Kiedyś byłaś uczennicą mistrza, dziś jesteś mistrzem dla innych. Kierujesz zespołem trenerów marek beauty – makijażowych oraz zapachowych semiselektywnych i prestiżowych z portfolio Coty. Trenerzy z kolei kształcą makijażystów i konsultantów. Co starasz się przekazać ludziom ze swojego zespołu? Kim musi być wizażysta? Sprawnym rzemieślnikiem, artystą, a może terapeutą, który leczy duszę, choć dba o ciało?

Makijażysta jest terapeutą, powiernikiem, kimś, kto staje się bardzo szybko bliskim temu drugiemu człowiekowi. Na chwilę, później to uczucie znika, ale w danym momencie jest to relacja wręcz intymna, więc można sobie wyobrazić, ile potrzeba delikatności i… dobroci mieć w sobie, żeby kilkadziesiąt osób dziennie obdarować samymi pozytywnymi wibracjami. To jeden filar, a drugi – to profesjonalizm, umiejętności stricte związane z zawodem, czyli wykonywanie odpowiednich makijaży, dzięki znajomości technik, produktów, orientacji w kolorystyce.

Połączenie tego wszystkiego co wymieniłam daje potężną siłę, która w finale prowadzi również do sprzedaży produktu. Właściwego produktu. Tu nie chodzi o „wciskanie” czegokolwiek, tylko o to, by kupujący wyszedł ze sklepu z absolutnym przekonaniem, że jest to ten właściwy kosmetyk i cieszył się nim przez długie tygodnie, a potem wrócił po kolejny produkt i kolejną poradę. To się wydaje proste, ale jest piekielnie trudne. Do tego trzeba mieć bowiem odpowiednie uwarunkowania, pewien rys psychologiczny, skłonność do bycia otwartym wobec ludzi, do lubienia ich. Ktoś kto nie lubi ludzi nie powinien wykonywać tego zawodu, bo wcześniej czy później to wyjdzie, namnożą się problemy, będzie zmęczony i niezadowolony ze swojej pracy. Staram się rekrutować do swojego zespołu osoby, które mają odpowiednie predyspozycje. Nawet jeśli są niedoświadczone, brakuje im technicznych umiejętności, ale płynie z nich pozytywna energia, daję im szansę.

Warsztatu można się nauczyć, ale dobroć trzeba mieć w sobie...

Dokładnie tak. Nie jest łatwo oddać się w ręce drugiej, nieznajomej przecież osoby, zaufać jej. Bardzo często bliscy ludzie nie widzą nas w takim stanie au naturel, jak makijażysta. Proszę sobie to tylko wyobrazić! To jest uczucie i sytuacja porównywalna do wizyty u lekarza.

Pomyślałam o barierach związanych z dotykaniem drugiej osoby.

Słusznie. Są różni ludzie, nie zawsze z idealną cerą. Wygląd nie może ich dyskwalifikować, nie można odmówić im porady, nie wolno wytyczać żadnych granic. Pamiętam ze swojego doświadczenia sprzed wielu lat, jak przyszła do mnie pani bardzo mocno okaleczona po wypadku. Miała trwale zdeformowaną twarz, blizny po poparzeniach, trudne z punktu widzenia makijażysty do zakamuflowania. Kontakt z tą osobą to był moment mistyczny.

Myślałam: „Ona do mnie przyszła, naraziła się na moją reakcję i ludzi, którzy ją obserwują w sklepie. Przeszła samą siebie! Jaką musi mieć w sobie wielką odwagę, że udało jej się ten krok uczynić”. Była przepiękną od wewnątrz osobą, pogodzoną z pewnymi sytuacjami, które się w jej życiu wydarzyły, ale chcącą poczuć się jak inne kobiety. Chciała pomalować rzęsy, usta… Zaprzyjaźniłyśmy się i przychodziła na każdy pokaz. Chciałam ją spotykać za każdym razem. Ona dawała więcej mnie, niż ja jej. Takie momenty, emocje, pozostają w pamięci do końca życia. Są najpiękniejsze. Czy można chcieć coś więcej od zawodu, że wprowadza cię w taki stan?...

Czy masz swoją definicję piękna?

Nie. Nie ma definicji piękna. Wszyscy są piękni na swój sposób.

Zapytam inaczej. Co Cię w ludziach zachwyca?

Autentyczność, oryginalność, nietuzinkowość. Zachwyca mnie piękno, które nie podlega szablonom, nie jest nazwane, zmierzone, określone, tylko charakteryzuje się czymś wyjątkowym. To jest czasami taki drobiazg, mimika, zmrużenie powiek, rozszerzenie nozdrzy w specyficzny sposób. Fascynuje mnie właśnie ta indywidualność i odrębność. Uwielbiam to co jest inne, nieszablonowe, może nawet niepokojące. Każdy z nas ma w sobie coś takiego, co sprawia, że jest tym, kim jest. I to jest właśnie wspaniałe. Po prostu – jak pięknie być sobą! (śmiech)

Jak pięknie być sobą?

Ja pielęgnuję dziecko, które mam w sobie. Ufność, otwartość do świata i drugiego człowieka, jaką posiadają dzieci, jest najcenniejszym darem. Zapominamy o tym. W drodze dorastania, dojrzewania i zbierania doświadczeń ubieramy się w niepewność, ograniczenia, nieufność. Coraz bardziej się boimy, mniej chcemy, odgradzamy się. To nas gubi, sprowadza na manowce.

Ja...jak kocham to na zabój, tak samo jest z przyjaźniami, z pracą. Czerpię z życia, ile się da, nawet jak mnie kopie po kostkach. Zostawiam w sobie najlepsze wspomnienia, chwile, jestem o nie bogatsza. Myślę, że gdybyśmy mieli w sobie więcej dziecięcej spontaniczności, bylibyśmy dla siebie lepsi. Nie zamykajmy się tak szczelnie w tej dorosłości. Absolutna i stuprocentowa dorosłość to najgorszy stan, jaki człowiek może sam na siebie sprowadzić. 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
29.09.2026 11:25
Katarzyna Włodarczyk, IQNails: Marki „no name” mocno zaburzają politykę cenową i utrudniają uczciwą konkurencję
”Myślę, że firmy z branży nail beauty powinny przygotować się przede wszystkim na coraz większe rozdrobnienie rynku i rozwój mniejszych, wyspecjalizowanych marek.”Katarzyna Włodarczyk - archiwum prywatne

Rynek nail beauty szybko się zmienia – wraz z trendami dotyczącymi estetyki manicure rosną wymagania wobec producentów w zakresie bezpieczeństwa, jakości, regulacji i odpowiedzialności środowiskowej. Zdaniem Katarzyny Włodarczyk, CEO w IQNails, firmy muszą jednocześnie odróżniać krótkotrwałe mody od trwałych zmian i szukać przewagi poza ceną. W rozmowie mówi o wpływie PPWR na produkcję i opakowania, rosnącej roli specjalizacji oraz marek osobistych stylistek, presji cenowej i perspektywach rozwoju wyspecjalizowanych marek nail beauty.

Które zmiany zachodzące dziś w branży beauty uważa Pani za przełomowe, a które są tylko krótkotrwałymi trendami? Jak IQNails odróżnia jedno od drugiego, podejmując decyzje produktowe i inwestycyjne?

Oczywiście mamy do czynienia z krótkotrwałymi trendami, które pojawiają się i znikają. Raz modny jest krótki manicure, za chwilę wracamy do długich paznokci. Czasami obserwujemy trend na naturalność i powrót do korzeni, a chwilę później króluje bling-bling, efekt kociego oka czy kwiatowe zdobienia. To są trendy, które naturalnie się zmieniają.

Są jednak również tak zwane „twarde trendy” - takie, które pozostają z nami na lata. Doskonałym przykładem jest french. To ponadczasowa stylizacja, która potrafi przetrwać wszystkie krótsze i dłuższe mody.

W IQNails doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jak szybko zmieniają się trendy, dlatego świadomie podjęłam decyzję o rozbudowywaniu kategorii związanej z frenchem. Uważam, że jest to obszar, który ma ogromny potencjał, ponieważ french jest stylizacją ponadczasową, a jednocześnie można go nieustannie reinterpretować i tworzyć jego nowe odsłony. To właśnie ten kierunek będziemy w IQNails mocno rozwijać.

Natomiast bardzo mocnym trendem, który nie tylko jest obecny, ale będzie się wręcz utrwalał, jest budowanie marki osobistej w Internecie i szukanie własnej niszy.

image

Plastikowe cyrkonie wracają. Viralowy trend na whimsy napędza sprzedaż, ale rodzi pytania o odpady

Stylistki coraz częściej specjalizują się w konkretnej dziedzinie — mogą być ekspertkami od frezowania, tworzenia pięknych zdjęć, montowania rolek, manicure hybrydowego czy konkretnego kształtu paznokci, na przykład migdała albo kwadratu. Ta specjalizacja daje ogromną przewagę, ponieważ pozwala wyróżnić się na rynku, zbudować własną społeczność i pozycję eksperta.

A to otwiera kolejne możliwości — między innymi prowadzenie szkoleń, współpracę z markami i budowanie własnego biznesu osobistego. W efekcie stylistka może stworzyć coś znacznie trwalszego niż chwilowy trend – własną markę, rozpoznawalność i pozycję specjalistki w swojej dziedzinie.

PPWR zmienia podejście całej branży do opakowań. Jak nowe wymagania dotyczące projektowania, materiałów, recyklingu i ograniczania ilości opakowań wpłyną na biznes IQNails – i czy w tej kategorii regulacje mogą wymusić zmianę modelu produktu?

Rozporządzenie PPWR opiera się na kilku kluczowych filarach, takich jak ograniczanie pustej przestrzeni w opakowaniach, rzetelne oznakowanie i informowanie konsumentów, bezpieczeństwo chemiczne oraz zwiększanie udziału recyklatu w materiałach opakowaniowych. Jednym z pierwszych obowiązków producentów jest zapewnienie zgodności opakowań z określonymi w PPWR limitami zawartości metali ciężkich — poniżej 100 mg/kg.

Nowe regulacje niewątpliwie przyspieszają ekologiczną transformację całej branży, dlatego już teraz przygotowujemy się do kolejnych wymogów. Duże znaczenie ma dla nas współpraca z polskimi dostawcami. Są to relacje długofalowe, oparte na stałej komunikacji i wspólnym wypracowywaniu rozwiązań, dzięki czemu możemy sprawnie reagować na zmieniające się wymagania dotyczące materiałów i opakowań. Jednocześnie skracamy łańcuchy dostaw i mamy większą kontrolę nad wykorzystywanymi rozwiązaniami.

Już dziś nasze opakowania są niewielkie i kompaktowe, co pozwala ograniczać ilość wykorzystywanych surowców, a jednocześnie efektywniej wykorzystywać przestrzeń transportową. PPWR stawia jednak przed producentami kolejne wyzwania. Niewykluczone, że w najbliższych latach konieczne będzie zrewidowanie części pudełek czy kartoników również pod kątem ich wielkości i konstrukcji.

image

Summerween wkracza do beauty. Halloween zaczyna się już w środku lata

Jednym z najważniejszych obszarów, nad którymi jako producent będziemy pracować, będzie także spełnienie wymagań dotyczących recyklowalności opakowań oraz tam, gdzie ma to zastosowanie, określonego udziału tworzyw pochodzących z recyklingu. Szczególnie istotna będzie tutaj perspektywa 2030 roku i kolejnych etapów wdrażania wymogów PPWR.

Nie traktujemy jednak tych zmian wyłącznie jako obowiązku regulacyjnego. To dla nas impuls do dalszego doskonalenia opakowań i procesów oraz szansa na budowanie przewagi konkurencyjnej na podstawie odpowiedzialnej i świadomej produkcji.

Koszty zgodności z regulacjami rosną, podobnie jak wymagania dotyczące dokumentacji i bezpieczeństwa produktów. Gdzie przebiega dziś granica między koniecznym kosztem regulacyjnym a inwestycją, która może dać firmie przewagę konkurencyjną?

W przypadku IQNails granica między koniecznym kosztem regulacyjnym a inwestycją budującą przewagę konkurencyjną pojawia się w momencie, kiedy przestajemy pytać wyłącznie: „co musimy zrobić?”, a zaczynamy zastanawiać się: „co możemy zrobić lepiej?”.

Oczywiście jako producent musimy zapewnić bezpieczeństwo produktów, odpowiednią dokumentację, identyfikowalność, prawidłowe oznaczenia i kontrolę procesów. To jest podstawa i nie traktuję tego jako przewagi konkurencyjnej, tylko jako odpowiedzialność producenta.

Przewaga zaczyna się poziom wyżej. To bardziej rygorystyczna kontrola jakości, dodatkowe badania, monitorowanie kolejnych partii, dokumentowanie parametrów technicznych czy szybkie reagowanie na zmieniające się wymagania. W przypadku frezów ma to szczególne znaczenie, ponieważ profesjonalistka powinna wiedzieć nie tylko, jak wygląda produkt, ale również, z czego został wykonany, skąd pochodzi i jaką jakość utrzymuje.

image

Czy salony kosmetyczne są skazane na rywalizację cenową i dumping? (cz.1)

Dlatego nie chcemy komunikować klientkom wyłącznie tego, że spełniamy wymagania prawa — to powinno być oczywiste. Chcemy, żeby wiedziały, że IQNails kontroluje jakość produktu znacznie wcześniej, zanim trafi on do ich rąk. I właśnie wtedy koszt związany z jakością i regulacjami zaczyna być realną inwestycją w markę.

Rynek produktów do stylizacji paznokci jest coraz bardziej nasycony. Czy w najbliższych latach o przewadze będzie decydować przede wszystkim innowacja produktowa, marka, cena, bezpieczeństwo składu czy może doświadczenie profesjonalistki pracującej z produktem?

Patrząc na IQNails, jestem producentem i oczywiście mogłabym skupić się wyłącznie na produkcji i sprzedaży produktów. Ale świadomie robię znacznie więcej. Tworzę metody pracy, personalizowane produkty wspólnie ze stylistkami i podologami, a także autorskie wydarzenia związane z frezowaniem.

Podczas tych wydarzeń stylistki nie są tylko uczestniczkami. Występują w roli prelegentek, dzielą się swoją wiedzą, uczą się od siebie, rozwijają swoje marki osobiste i przede wszystkim budują pewność siebie w działaniu.

Uważam, że właśnie tak powinna działać marka, która chce przetrwać wojnę cenową. Nie może konkurować wyłącznie ceną, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, kto zaoferuje produkt taniej. Trzeba zbudować wokół produktu wartość, społeczność, doświadczenie i relację z odbiorcą.

Wtedy marka przestaje być tylko producentem czy sprzedawcą produktu, a staje się częścią świata swoich klientów. I właśnie w tym kierunku chcę rozwijać IQNails.

Jak zmieni się rola profesjonalnych stylistek paznokci w ciągu najbliższych 3–5 lat? Czy będą one przede wszystkim użytkowniczkami produktów, czy coraz częściej również ekspertkami, które współtworzą trendy i wpływają na decyzje zakupowe konsumentek?

Myślę, że w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat rola stylistki będzie zdecydowanie ewoluować. Przede wszystkim będzie to coraz bardziej świadoma konsumentka i ekspertka – będzie umiała świadomie wybierać produkty oraz z większą pewnością dobierać odpowiednią i bezpieczną stylizację do potrzeb klientki.

image

Jak wygląda biznes urodowy bez różowych okularów? Realia rynku usług kosmetycznych w Polsce

Jednocześnie stylistki będą coraz mocniej rozwijać się jako przedsiębiorczynie. Będą nie tylko wykonywać piękne stylizacje, ale również świadomie zarządzać swoim gabinetem, finansami, marketingiem i własną marką osobistą. To właśnie budowanie eksperckiej pozycji będzie miało coraz większe znaczenie.

Widzę też bardzo duży potencjał w tym, aby stylistka podczas wizyty nie kończyła swojej roli w momencie wykonania usługi. Powinna być również doradczynią klientki w zakresie pielęgnacji dłoni i paznokci oraz utrzymania stylizacji w dobrej kondycji pomiędzy wizytami.

Rekomendowanie odpowiednich produktów do pielęgnacji dłoni, skórek czy całej stylizacji może stać się naturalną częścią profesjonalnej usługi. Klientka wychodzi wtedy z gabinetu nie tylko z pięknymi paznokciami, ale również z wiedzą, jak o nie prawidłowo dbać w domu.

Dlatego uważam, że przyszłość należy do stylistek, które połączą trzy kompetencje: doskonały warsztat, świadome podejście do produktów i bezpieczeństwa oraz umiejętność prowadzenia własnego biznesu i budowania marki osobistej.

W branży kosmetycznej coraz większe znaczenie mają kwestie bezpieczeństwa składników i ograniczeń prawnych dotyczących konkretnych substancji. Czy spodziewacie się, że regulacje będą w przyszłości silniej wpływać na tempo wprowadzania nowych produktów niż same trendy konsumenckie?

Jako producent od początku stawiamy na bardzo wysokie standardy jakości, odpowiadające jakości medycznej, dlatego zmieniających się regulacji nie traktujemy jako zagrożenia. Bezpieczeństwo użytkownika zawsze było dla nas jednym z podstawowych elementów odpowiedzialnej produkcji.

Kluczową rolę odgrywają tutaj regularna kontrola procesów oraz audyty, które pozwalają nam weryfikować zgodność produkcji z przyjętymi standardami i wymaganiami jakościowymi. Nie czekamy więc na pojawienie się kolejnych regulacji, żeby podnosić standardy — jest to integralna część naszego sposobu działania.

W wielu obszarach spełnialiśmy określone standardy jeszcze zanim stały się obowiązkiem prawnym. Dzięki temu możemy utrzymywać stabilny proces produkcyjny i sprawnie odpowiadać zarówno na zmiany regulacyjne, jak i zmieniające się potrzeby profesjonalistów oraz całego rynku.

Konsumentki coraz częściej oczekują jednocześnie trwałości, bezpieczeństwa, szybkości wykonania stylizacji i bardziej świadomego podejścia do środowiska. Które z tych oczekiwań najtrudniej będzie pogodzić biznesowo i technologicznie?

Nie powiedziałabym, że któreś z tych oczekiwań jest nam szczególnie trudno ze sobą pogodzić, ponieważ w IQNails od początku budujemy markę właśnie na podstawie ich połączenia. Jako producent frezów oczywiście stawiamy przede wszystkim na jakość i bezpieczeństwo naszych produktów, ale równie ważne jest dla nas to, co dzieje się wokół samego produktu.

image

Jak salony kosmetyczne mogą przygotować się na nadchodzące Halloween?

Dlatego bardzo mocno stawiamy na profesjonalną komunikację i edukację, którą tworzymy wspólnie z ekspertkami i profesjonalistkami z branży paznokciowej. Zależy nam na tym, aby stylistka nie tylko otrzymała dobre narzędzie, ale również wiedziała, jak świadomie, bezpiecznie i efektywnie z niego korzystać. To właśnie wiedza pozwala połączyć bezpieczeństwo z szybkością i komfortem pracy.

Jednym z przykładów takiego podejścia jest Frezomania — nasz autorski cykl wydarzeń, podczas którego stylistki zdobywają praktyczną wiedzę, wymieniają się doświadczeniami i rozwijają swoje kompetencje. Produkt staje się więc punktem wyjścia do czegoś znacznie większego — edukacji i budowania profesjonalnej społeczności.

Dlatego nie traktuję trwałości, bezpieczeństwa, szybkości pracy czy coraz bardziej świadomego podejścia do prowadzenia biznesu jako elementów, spośród których trzeba wybierać. Dla nas wyzwaniem nie jest ich pogodzenie, ponieważ robimy to od początku istnienia IQNails. Wyzwaniem jest raczej konsekwentne podnoszenie poprzeczki wraz z rozwojem technologii, rynku i oczekiwań profesjonalistek.

Czy obserwujecie zmianę w podejściu do estetyki manicure – od bardzo wyrazistych, skomplikowanych stylizacji w stronę minimalizmu, naturalności i „quiet beauty”? Jeśli tak, jak taka zmiana wpływa na rozwój portfolio IQNails?

Oczywiście trendy będą się zmieniać i minimalizm, naturalność czy bardziej wyraziste stylizacje będą pojawiać się naprzemiennie. I dobrze – rynek potrzebuje zmian, bo nasze klientki również potrzebują nowości, innowacji i powodów, żeby odkrywać coś nowego.

Ale jestem w tej branży już ponad 20 lat, sama od ponad dwóch dekad mam regularnie wykonywane paznokcie i z tej perspektywy mogę powiedzieć jedno: to, co jest ponadczasowe, po prostu zostaje.

To trochę tak jak z dobrą marynarką, białą koszulą czy małą czarną. Możemy zmieniać dodatki, fasony i sposób noszenia, ale pewne rzeczy nigdy nie wychodzą z mody.

image

Boom na salony kosmetyczne. W pół roku przybyło sześć tysięcy firm

Właśnie w ten sposób chcę budować IQNails. Naszą podstawą są oczywiście frezy, ale bardzo mocno rozwijamy również kategorię stylizacji w stylu francuskim – zresztą ten kierunek w dużej mierze wywodzi się ode mnie. Dlatego w naszej ofercie pojawiły się lakiery hybrydowe, bazy, żele i topy, które pozwalają stworzyć idealną stylizację french. I właśnie w tym kierunku będziemy się dalej rozwijać.

Dlaczego? Bo wierzę, że specjalizacja ma ogromną wartość. Kiedy marka jest od wszystkiego, często trudno jej być naprawdę ekspertem w czymkolwiek. Dobra specjalizacja i dobrze wybrana nisza pozwalają budować eksperckość, wiarygodność i zaufanie.

A kiedy naprawdę znasz się na tym, co robisz, stajesz się dla klienta niezawodny. I właśnie na tym chcę budować przyszłość IQNails – nie na podążaniu za każdą chwilową modą, ale na byciu ekspertem w obszarach, które mają ponadczasową wartość.

Co w perspektywie najbliższych kilku lat może być dla producentów i dystrybutorów produktów do stylizacji paznokci większym wyzwaniem: rosnące wymagania regulacyjne, presja cenowa, zmieniające się trendy czy konkurencja ze strony marek działających bezpośrednio w modelu online?

Producenci niekoniecznie bardzo obawiają się zmian w regulacjach, ponieważ jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że przepisy co jakiś czas się zmieniają. Dobrze przygotowana firma powinna być na takie zmiany gotowa i potrafić się do nich dostosować.

Znacznie większym wyzwaniem jest dla mnie presja cenowa, ponieważ bezpośrednio wpływa ona na możliwość utrzymania zdrowej marży, a tym samym na funkcjonowanie całego przedsiębiorstwa. Na rynku pojawiają się również marki pochodzące z nieznanych źródeł, tak zwane „no name”, które często mocno zaburzają politykę cenową i utrudniają uczciwą konkurencję.

Trzeba też pamiętać, że prowadzenie produkcji w Polsce nie jest łatwym zadaniem. Utrzymanie produkcji, odpowiednich standardów, całego zaplecza oraz wyszkolenie specjalistów wymaga czasu, inwestycji i konsekwencji. To zupełnie inna odpowiedzialność niż samo sprowadzenie gotowego produktu i wprowadzenie go do sprzedaży.

Natomiast wierzę, że jeżeli marka ma jasno określoną wizję, misję i cele oraz konsekwentnie i skrupulatnie je realizuje, zmiany rynkowe nie powinny być powodem do obaw. Mogą być wyzwaniem, ale jednocześnie są częścią prowadzenia biznesu.

Dla mnie najważniejsze jest to, żeby wiedzieć, po co marka istnieje, dokąd zmierza i jakie wartości chce reprezentować. Wtedy nawet w zmieniających się warunkach rynkowych można podejmować decyzje świadomie i długoterminowo.

Gdyby miała Pani wskazać jedną rzecz, na którą firmy z branży nail beauty powinny przygotować się już dziś, choć jej konsekwencje będą w pełni widoczne dopiero za 3–5 lat – co by to było i dlaczego? 

Myślę, że firmy z branży nail beauty powinny przygotować się przede wszystkim na coraz większe rozdrobnienie rynku i rozwój mniejszych, wyspecjalizowanych marek. Już dziś widzimy, jak dużą wartość ma znalezienie własnej niszy, a w perspektywie kolejnych lat ten kierunek będzie moim zdaniem jeszcze mocniejszy.

Nie każda marka musi jednak posiadać własny zakład produkcyjny, żeby rozwijać autorskie produkty. Dlatego jako producent jesteśmy bardzo otwarci na produkcję kontraktową, rozwiązania OEM i private label, personalizację produktów oraz technologiczne wsparcie marek, które chcą stworzyć własną linię. Widzę w tym ogromny potencjał — szczególnie dla mniejszych, eksperckich marek budowanych przez osoby, które bardzo dobrze znają swoją społeczność i jej potrzeby.

image

Producent hybryd do paznokci wykorzystał grafen i trafił w dziesiątkę. Teraz zdobywa rynek sprzętów dla salonów

Jednocześnie musimy być przygotowani na coraz silniejszą konkurencję ze Wschodu, która bardzo dynamicznie się rozwija. Sama cena będzie więc coraz trudniejszym obszarem konkurowania. Dlatego przewagi trzeba szukać gdzie indziej — w jakości, specjalizacji, wiedzy technologicznej, elastyczności produkcji i możliwości tworzenia produktów dopasowanych do konkretnych potrzeb profesjonalistów.

W naszym przypadku ogromną przewagą jest to, że jesteśmy producentem i korzystamy z ponad 20-letniego doświadczenia technologicznego wywodzącego się z produkcji wierteł stomatologicznych. Standardy jakości charakterystyczne dla tego obszaru przenosimy również do produkcji frezów dla branży beauty. To daje nam zaplecze, którego nie da się zbudować z dnia na dzień.

Dlatego uważam, że za 3-5 lat nie wygrają firmy, które będą próbowały być wszystkim dla wszystkich. Rynek będzie coraz bardziej wyspecjalizowany, a rolą dobrego producenta będzie nie tylko dostarczenie produktu, ale również technologii, wiedzy i możliwości stworzenia rozwiązania odpowiadającego konkretnej niszy. I właśnie na taki rozwój rynku chcemy być otwarci.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
22.09.2026 17:28
Iwona Towalska, Unilever: Rola sieci będzie się zwiększać. Wygra nie jeden kanał, lecz najlepiej połączony ekosystem
Iwona Towlska, Head of Customer Strategy Planing Personal Care Unilevermat.prasowe

Wbrew tezie o eliminacji pośredników, rola sieci będzie się zwiększać z uwagi na konsolidację rynku oraz rosnącą dojrzałość modeli omnichannel. W Polsce już dziś mamy sieci, które świetnie łączą sklep fizyczny, aplikację, program lojalnościowy i retail media. Dla dostawców oznacza to przejście od tradycyjnych negocjacji handlowych do partnerstwa opartego na wspólnym celu i danych — mówi Iwona Towalska, Head of Customer Strategy Planning & NRM, Personal Care, Unilever Polska, panelistka tegorocznego Forum Branży Kosmetycznej 2026.

Jak wygląda obecnie i jak się zmienia istotność/waga poszczególnych kanałów dystrybucji w strategiach dostawców takich jak Unilever? Gdzie dzisiaj firmy szukają sprzedaży? 

Istotność kanałów wciąż mierzymy udziałami wartościowymi i wolumenowymi, ale środek ciężkości przesuwa się z pytania „gdzie sprzedajemy?" na „gdzie i jak konsument podejmuje decyzję?". Obserwujemy wyraźną polaryzację formatów – z jednej strony dyskonty i convenience, z drugiej wyspecjalizowane drogerie, stawiające na doświadczenie zakupowe. Jednocześnie rośnie znaczenie e-commerce i q-commerce jako kanałów uzupełniających, a retail media stają się nową warstwą komunikacji w momencie podejmowania decyzji zakupowej. To zmiana, która już się dzieje.

Jak zmienia się rynek i konsument, a także jakie czynniki najmocniej determinują tę zmianę? 

Fundamentem, który trzeba zrozumieć, zanim zaczniemy projektować kanały dotarcia, są makrosiły zmieniające sposób, w jaki żyjemy i kupujemy. To po pierwsze wellbeing, czyli rosnące znaczenie holistycznego podejścia do zdrowia i postrzegania kosmetyku jako elementu rytuału. Po drugie — zmieniający się styl życia, związany m.in. ze starzeniem się społeczeństwa, urbanizacją, presją kosztową, czy  tym, że więcej czasu spędzamy w domu. Niezwykle istotne są też cyfryzacja, podejście technology-first, napędzające hiperwygodę, wykorzystanie danych i personalizację, a także kryzys środowiskowy, który zwiększa presję na działanie, a jednocześnie wzmacnia sceptycyzm wobec claimów. To właśnie umiejętność adaptacji do tych sił będzie wyznaczać kierunki wzrostu i wskazywać, gdzie szukać punktów styku z konsumentem.

Czy już nie mówimy o kanałach, a raczej ekosystemach? 

Nie mówimy już tylko o kanałach sprzedaży, ale o całych ekosystemach, w których wspólnie z retailerami tworzymy doświadczenie konsumenta. W Personal Care lojalność buduje się nie tylko promocją. Ważne są przede wszystkim trzy rzeczy: spójność doświadczenia, komunikacja dopasowana do sytuacji i potrzeb konsumenta oraz wiarygodność marki. Marka i sieć handlowa pełnią różne, uzupełniające się role.

image

Forum Branży Kosmetycznej 2026. Spotkajmy się tam, gdzie powstaje przyszłość rynku beauty

Dla kupującego mniej istotne jest, czy dodatkowa korzyść pochodzi od producenta, czy od sieci. Liczy się to, czy całe doświadczenie odpowiada na jego potrzeby. Dlatego lojalność wobec marki i miejsca zakupu powstaje wspólnie, a nie należy wyłącznie do jednej strony.

Czy w perspektywie kilku lat rola pośredników (między marką a klientem) jakimi są sieci detaliczne, zostanie zminimalizowana/ ograniczona? Co je zastąpi? 

Wbrew tezie o eliminacji pośredników, rola sieci będzie się zwiększać z uwagi na konsolidację rynku oraz rosnącą dojrzałość modeli omnichannel. W Polsce już dziś  mamy sieci, które świetnie łączą sklep fizyczny, aplikację, program lojalnościowy i retail media. Dla dostawców oznacza to przejście od tradycyjnych negocjacji handlowych do partnerstwa opartego na wspólnym celu i danych.

Jakie formaty, koncepty, kanały będą zwycięzcami w obszarze kosmetycznym w ciągu kolejnych 5-10 lat?

Przejście „od kanałów do ekosystemów" to zmiana, która dopiero się kształtuje – jej kierunek jest wyraźny, jednak bez sztywnego punktu końcowego – dlatego wymaga działania krok po kroku. Warto nią zarządzać poprzez budowanie świadomości i zrozumienia, współtworzenie (co-design) z retailerami, rytm częstych, przyrostowych pilotaży i skalowanie success stories, a także adresowanie obaw, wynikających z krótkoterminowych celów i przywiązania do dotychczasowych modeli poprzez jasny plan i dane. Skorzysta na tym nie ten, kto ma najlepszy pomysł, lecz ten, kto skutecznie przeprowadzi przez zmianę ludzi – zarówno we własnej organizacji, jak i po stronie partnerów. 

Tradycyjne drogerie (jak Rossmann czy Hebe) stają się gigantami technologicznymi, dynamicznie rozwijając własne platformy reklamowe (Retail Media Networks). Jak pogodzić obecność i ekspansję marek w kanałach tj. własny e-commerce czy TikTok Shop, z budowaniem relacji z kluczowymi partnerami handlowymi offline? Czy te kanały ze sobą konkurują, czy udało Wam się wypracować model synergii, w którym nowości cyfrowe napędzają ruch w tradycyjnych drogeriach?

Te kanały konkurują ze sobą tylko wtedy, gdy zarządza się nimi w silosach. Punktem wyjścia zawsze jest konsument, nie kanał. Każdy kanał odpowiada na inną misję zakupową i odgrywa inną rolę w ekosystemie nabywcy, dlatego kluczowa jest synergia, a nie rywalizacja – czyli odpowiadanie na różne potrzeby poprzez odpowiednio dobrany asortyment, obsługę i doświadczenie.

Kiedy spojrzymy na to z perspektywy konsumenta, okazuje się, że kanały wcale nie konkurują o to samo. Do drogerii klient idzie po odkrywanie, testowanie i doświadczenie, do dyskontu po wygodę, z e-commerce korzysta ze względu na pełną ofertę i wiedzę opartą na danych, a w social commerce szuka inspiracji i nowości. Ta sama osoba korzysta ze wszystkich tych kanałów, tylko w różnych momentach i z różną intencją.

image

Drogeria Roku 2026. Twój gust ma głos! Wybierz najlepszą drogerię, perfumerię, koncept i strefę beauty w sieciach handlowych.

W tej układance kanały cyfrowe nie zabierają ruchu drogeriom, przeciwnie – mogą go napędzać. TikTok Shop czy własny e-commerce budują popyt, który konsument bardzo często realizuje tam, gdzie może produktu dotknąć, przetestować go i poczuć, czyli w kanale offline. Równolegle same sieci stają się coraz bardziej zaawansowane technologicznie, rozwijając własne Retail Media Networks. To otwiera nowe źródło wartości, jednak zyskuje ten, kto potrafi połączyć dane, wspólny pomiar i cele komercyjne oraz rozwijać retail media tak, by wzmacniać zaufanie.

I tu dochodzimy do sedna: doświadczenie, możliwość testowania i inspiracja to elementy, których nie da się w pełni zdigitalizować. Dlatego rola sieci nie maleje, lecz rośnie. 

Od lidera oczekuje się dziś prowadzenia organizacji przez nieustanną transformację. Jakich kompetencji będzie wymagać zarządzanie przyszłości? Która kompetencja lidera zdecyduje o tym, kto wygra w erze automatyzacji i pracy zespołów wspieranych przez AI?

Technologię można wdrożyć z dnia na dzień, jednak trwała zmiana zachowań i nawyków wymaga czasu, wsparcia i przestrzeni. Prawdziwą kompetencją przyszłości jest umiejętność prowadzenia organizacji przez nieustanną zmianę. Ze zmianą zawsze ma się do czynienia w kilku obszarach jednocześnie i są to: ludzie, procesy i automatyzacja. 

Wszystko zaczyna się od ludzi. Lider przyszłości jest przede wszystkim agentem zmiany, zaczyna od „dlaczego", buduje zaangażowanie i dba o odporność oraz dobrostan zespołu. Kompetencje, również cyfrowe i związane z AI, powinny być rozwijane w sposób ciągły, a nie jednorazowy.

Procesy są pomostem między strategią a egzekucją. Rolą lidera jest przeprojektowanie sposobu pracy tak, aby nadążał za tempem technologii – poprzez jasny podział ról, jedną wspólną wersję danych i rutyny „insight-to-action". 

Automatyzacja natomiast powinna wspierać człowieka. Technologia ma wzmacniać decyzje i kreatywność, przejmując skalę i powtarzalne zadania, a tym samym uwalniając czas na strategię i odważne decyzje. 

Zyskają liderzy, którzy potraktują transformację nie jako jednorazowy projekt a  jako stały sposób działania.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
03. październik 2026 07:44