StoryEditor
Producenci
28.08.2018 00:00

[RAPORT] Nowość równa się ryzyko, ale warto je podjąć!

Prowadzenie biznesu powiązane jest z podejmowaniem ryzyka. Kto nie ryzykuje, ten się nie dowie, czy w jego sklepie nowość się przyjmie, czy nie. Liczba czynników wpływających na powodzenie lub porażkę jest długa i niestety w małym stopniu zależna od samego właściciela sklepu lub jego personelu, choć częściowo oczywiście jest.

CZY NOWOŚCI SĄ WAŻNE Z PERSPEKTYWY BIZNESU DROGERYJNEGO?

Cykl życia człowieka i produktu jest w zasadzie bardzo podobny. Rodzimy się, rozwijamy, stabilizujemy, starzejemy i na końcu niestety umieramy. Nie ma możliwości, abyśmy przeżyli kilkadziesiąt lat jako noworodek. Podobnie jest z produktami. Są nowościami z nadzieją, że za chwilę staną się produktami znanymi i kupowanymi. W obu cyklach chodzi o to, aby trwały one maksymalnie długo.

Świat deklaracji jest piękny. Wszyscy jesteśmy ciekawi świata i nowości, chętnie uczymy się, jesteśmy prawdomówni, myjemy często zęby i jesteśmy bardzo kreatywni. Świat realny wygląda nieco inaczej.

Pytanie, czy nowości są istotne w biznesie drogeryjnym, wydaje się banalnie proste, odpowiedź wydaje się oczywista. Jednak po chwili namysłu, zarówno pytanie, jak i odpowiedź wcale nie są łatwe. „Tak, nowości są bardzo ważne” – odpowiecie na pewno. A czy stanowią duży udział w obrocie? Tu już może być różnie. Czy macie nastawiony radar na poszukiwanie tego, co nowe, i wprowadzacie to natychmiast? Czy chcecie się uczyć i poznawać nowe trendy? Tu też w rzeczywistości bywa inaczej niż w deklaracjach.

CZY MUSZĘ WPROWADZAĆ NOWOŚCI?

Teoretycznie nowości powinny być na półce. Praktycznie nowość równa się ryzyko, bo nie mamy pewności, że się przyjmie i że nie zniknie po kilku miesiącach, zostawiając nas z problemem w postaci zalegającego towaru, na który nie ma chętnych.

Patrząc na badania rynku kosmetycznego (segment detaliczny), widzimy, że klienci nie stawiają atrybutu nowości bardzo wysoko przy podejmowaniu decyzji zakupowych. „Wiadomości Kosmetyczne” z października 2017 r. publikują badanie wykonane dla redakcji przez firmę Mands Badanie Rynku i Opinii. Zadano w nim pytanie „Co jest ważne dla Pani/Pana przy wyborze produktów kosmetycznych?”. Jest wiele odpowiedzi, ale ani razu nie pojawia się deklaracja, że ważne jest to, aby produkt był nowością. Wręcz odwrotnie, aż 37 proc. badanych deklaruje, że ważne jest przyzwyczajenie (a przecież nie możemy być przyzwyczajeni do nowości na półce).

Co więcej, bardzo trudno jest bez szerokiej wiedzy ocenić, czy to, co zostało nam zaproponowane, ma szansę na szybką i stabilną rotację. Często właściciele sklepów przerzucają odpowiedzialność na swoich pracowników (co uważam za ogromny błąd). Można usłyszeć: „Pokażę to moim dziewczynom, niech zadecydują, czy chcą”. „Dziewczyny” najczęściej nie chcą (kto chce sobie dokładać roboty?), a jeśli zdecydują się na nowy towar i okaże się to pomyłką, to wtedy właściciel zrzuci winę na personel: „Chciałyście? To teraz to sprzedawajcie”.

Oczywiście musimy wprowadzić rozróżnienie pomiędzy nowościami wprowadzanymi przez międzynarodowe korporacje, którym w zasadzie nie można odmówić, bo siła skali jest tak wielka, że towar wejdzie na półki tak czy inaczej. Ryzyko jest mniejsze, bo ze względu na oferowane wsparcie sprzedaży, reklamę i całe zaplecze szansa odrzucenia produktu przez rynek maleje znacząco, a gdyby nawet, to i tak możemy wyrównać stratę, rozliczając się innym rotującym towarem pochodzącym z tej samej korporacji. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku małych czy wręcz startupowych marek. Tu ryzyko jest większe, a konserwatywni właściciele drogerii patrzą raczej mało przychylnie na kosztowne eksperymenty. Nic dziwnego. Polacy nie lubią eksperymentów. Może nawet zainteresują się nowością, po czym włożą do koszyka sprawdzony i sprzedawany od lat produkt. Dowód słuszności społecznej działa i kupujemy to, co kupują inni. Koło się zamyka. Dodatkowo marki startupowe mają na ogół małe i skromne budżety, a więc nie oferują potężnego wsparcia marketingowego ani premii. Często spotkanie właściciela drogerii z reprezentantem takiej marki kończy się standardowym stwierdzeniem: „To się u mnie nie sprzeda”.

Na liście przebojów pierwsze miejsca zajmują piosenki znane. Te nieznane przebijają się do góry i tylko nieliczne osiągną pierwszą trójkę.

CZY FAKTYCZNIE KAŻDĄ NOWOŚĆ NALEŻY WPROWADZIĆ? JAK OCENIĆ SZANSĘ NA POWODZENIE SPRZEDAŻY?

Wiadomo, że na rynku pojawia się bardzo duża liczba nowości. Odpowiedź jest prosta. Nie ma najmniejszych szans na wprowadzanie każdej nowości. Czy produkt będzie się dobrze sprzedawał? To pytanie o to, czy w lipcu 2023 roku będzie ładna pogoda. Prowadzenie biznesu powiązane jest z podejmowaniem ryzyka. Kto nie ryzykuje, ten się nie dowie, czy w jego sklepie nowość się przyjmie, czy nie. Można oczywiście dokonać logicznej oceny szans, ale rynek i zachowania konsumentów nie kierują się niestety logiką. Można szanse ocenić intuicyjnie. Ale intuicja ma to do siebie, że jest jak pies, którego wołamy: „Przyjdziesz tu, czy nie?”. Przychodzi lub nie. Znam przykład genialnie rosnącego start-upu, który osiąga rewelacyjne rezultaty w sprzedaży online. Wchodzi do dobrej, międzynarodowej sieci sklepowej i… klapa. Sprzedaż na poziomie dwóch sztuk w miesiącu na sklep. Dlaczego? To temat na oddzielny materiał. Ale to właśnie pokazuje, że nigdy nie ma pewności, że produkt zostanie dobrze przyjęty przez klientów. Liczba czynników wpływających na powodzenie lub porażkę jest długa i niestety w małym stopniu zależna od samego właściciela sklepu lub jego personelu (choć częściowo oczywiście jest).

JAK DOBIERAĆ NOWOŚCI, ŻEBY ASORTYMENT BYŁ RÓŻNORODNY, A ZARAZEM ŻEBY NIE ZOSTAĆ Z ZAPASEM, DŁUGAMI, NIEROTUJĄCYM TOWAREM?

Tutaj znowu musimy dokonać podziałów: wziąć pod uwagę rodzaj drogerii, jej lokalizację, typ oferty. Mamy w Polsce kilka drogerii specjalizujących się w nowościach i świetnie z tego żyjących. Ale ich sukces zasadza się między innymi na tym, że jest ich kilka. Właściciele tych sklepów faktycznie przeczesują rynek i mają genialnego nosa do wywąchiwania okazji. Ale ta zabawa przypomina trochę inwestycje na giełdzie. Trzeba się naprawdę znać na rynku, aby dokonywać dobrych wyborów. Inaczej gra się na chybił trafił, a jak wiadomo wtedy jest to hazard, a nie przemyślane budowanie portfolio.

Zdecydowana większość sklepów sprzedaje to, co się sprzedaje (lubimy te piosenki, które znamy). Większość właścicieli tradycyjnych drogerii nie ma pieniędzy na budowanie odważnego portfolio. Na półkach klasyka (nudna, ale bezpieczna).

Pozostaje jeszcze kwestia personelu. Tu panuje powszechne i głębokie zakłamanie. Prowadząc szkolenia, rzadko spotykam właścicieli, którzy potrafią ocenić realnie wiedzę i umiejętności sprzedażowe personelu. Niestety, na ogół są one nie tyle niskie, co dramatycznie niskie. Ostatnio w jednej z międzynarodowych sieci zapytałem konsultantkę, czy wie coś o kwasie hialuronowym. Popatrzyła na mnie zdziwiona i powiedziała, że nie. Zapytałem o olej arganowy (niech powie cokolwiek). NIC. Zapytałem o działanie kolejnego ważnego składnika. NIC. Ciekawy jestem, czy zarząd tej sieci ma świadomość, ile traci przez zaklęty krąg niskiej pensji, dużej rotacji pracowników i ich podejścia do obowiązków. Kolejna opowieść z terenu. W drogerii międzynarodowej sieci widzę cztery konsultantki plus jedną wizażystkę zatrudnioną przez międzynarodowy koncern do obsługi klientów. Klientka podchodzi do półki, długo ogląda kosmetyki. Nikt nie podchodzi. Pani z korporacji na wszelki wypadek patrzy w inną stronę – oby tylko nie było kontaktu wzrokowego, uff... Po paru minutach klientka wychodzi bez zakupów. Z drugiej strony to może dobrze, że nikt do niej nie podszedł, biorąc pod uwagę poziom obsługi.

Wiem, że teza jest odważna, ale moim zdaniem w zdecydowanej większości drogerii nie prowadzi się sprzedaży doradczej. Jest podawanie, kasowanie, wciskanie, polecanie aktualnej promocji (nieraz bez sensu i bez powiązania z zakupami klienta). Jest metkowanie. Jest ustawianie. Jest: „W czym mogę pomóc?”, ale doradztwa BRAK.

Trzeba szukać miejsca na nowości i mądrze tworzyć proporcje pomiędzy tym, co nowe, a tym, co znane, lubiane i kupowane

JAK ROZKŁADA SIĘ RYZYKO?

Nowości korporacyjne muszą być na półce i nie ma dyskusji (dyskusja z wielką korporacją prowadzona przez mały sklep ma szanse na powodzenie porównywalne z pomysłem na zatrzymanie Pendolino za pomocą kolana). Ale korporacja wprowadza produkty przemyślane, po analizie rynku, wsparte potężną kampanią marketingową, materiałami POS, szkoleniami. Ryzyko niewielkie, siła nacisku wielka, więc nie ma co się zastanawiać. Co więcej portfolio takich firm jest potężne, więc zawsze uda się zminimalizować stratę, nawet gdyby nowość nie przyjęła się na rynku.

Nowości małych marek. Tu ryzyko jest znaczne. Budżet niewielki. Wsparcie symboliczne. Jeśli coś pójdzie źle, kłopot murowany. Z drugiej strony sklepy niechętne nowościom same od siebie też niewiele dadzą. Będą raczej z ponurym uśmiechem przyglądać się spektakularnej katastrofie, komentując pod nosem „A nie mówiłem”. Tymczasem piłka jest w grze po obu stronach. Producent ma dać wsparcie, a sklep ma sprzedawać. To słowo jest kluczem do wszystkiego: SPRZEDAWAĆ. Często słyszę, że towar się nie sprzedaje. Towar ma być sprzedawany przez ludzi zatrudnionych w sklepie. Jak sam się będzie sprzedawał, to chyba pora pożegnać sprzedawców, konsultantów czy doradców (de facto to samo stanowisko). Marzy mi się, że z roku na rok będę spotykał coraz więcej drogerii, które będą chwalić się tym, że potrafią sprzedać bardzo trudne i wymagające produkty. Że usłyszę: „To ekstremalnie trudny produkt i prawie nikt go w Polsce nie sprzedaje. A my sprzedajemy go bez problemu, bo potrafimy”.

Aby wprowadzić optymistyczny akcent – są na polskim rynku sieci sklepów (i sklepy pojedyncze), które są znakomitym przykładem, jak można z głową, odważnie i sensownie wprowadzać nowości. Ich właściciele mają szeroką znajomość rynku kosmetycznego, poruszają się sprawnie po świecie i wyszukują atrakcyjne nowości. Nie zamykają drzwi przed tymi, którzy chcą im zaproponować coś nowego. Są chętni na inwestycje w szkolenia (nawet takie, które są innowacyjne), chcą pokazywać nowości i uczą swój personel, jak te nowości sprzedawać. Nie grają tylko promocjami cenowymi. I co ciekawe są to sieci usytuowane na tzw. prowincji. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co można zrobić w sklepie drogeryjnym oddalonym o wiele kilometrów od wielkiego miasta. Właśnie w takich sklepach spotykam najwięcej przełomowych nowości i do nich jadę, kiedy chcę pokazać, że pojawiło się coś ciekawego na polskim rynku. Tam spotykam personel, który chce się czegoś dowiedzieć. W poziomie obsługi wygrywają na razie małe, polskie drogerie. Praca z takimi sklepami jest dla mnie zawsze źródłem satysfakcji i szkoląc personel, mam poczucie, że ma ona głęboki sens. Pozwala przetrwać na rynku sklepom, które w innych częściach Europy oddały pole międzynarodowemu biznesowi. Ja uparcie wierzę, że w Polsce będzie inaczej.

W małym, tradycyjnym sklepie całe koszty i ryzyko związane z wprowadzeniem nowości ponosi jego właściciel. Sieć o dużej sile przeniesie koszty i ryzyko na dystrybutora nowości, właściciela marki. 

JAK OCENIĆ, ŻE JAKIEŚ PRODUKTY POWINNO SIĘ JUŻ WYCOFAĆ, A W TO MIEJSCE WPROWADZIĆ NOWE?

Właściciel sklepu czy menedżer zarządzający siecią wie dokładnie, jaki asortyment dobrze rotuje. Tu sprawa jest prosta, widać to po wynikach sprzedaży. Z nowościami jest inaczej, bo nie mamy historii sprzedaży i to, czy będzie dobrze, czy nie, pokaże czas.

W małym, tradycyjnym sklepie całe koszty i ryzyko związane z wprowadzeniem nowości ponosi jego właściciel. Sieć o dużej sile przeniesie koszty i ryzyko na dystrybutora nowości (właściciela marki). Po pierwsze zażąda refundacji wyprzedaży tego, co ma zniknąć z półki. Po drugie umieści w umowie punkt o bezwarunkowym zwrocie nierotującego towaru. Po trzecie złupi wchodzącego tak bardzo, jak tylko to będzie możliwe. Po czwarte przeniesie na wprowadzającego nowość większość lub wszystkie koszty marketingowe. Po piąte wynegocjuje korzystne dla siebie warunki handlowe. Prawda jest taka, że dla dużych sieci nowa marka to wspaniała ofiara. Bez ryzyka można wycisnąć z niej wszystko do cna i co więcej ofiara do ostatniego oddechu patrzy wdzięcznymi oczami. Takie nowe marki pomagają odbudować marżę, wyprzedać nierotujący towar i są chętne do inwestowania w nic nieprzynoszące sprzedażowo, a przy okazji bardzo drogie działania marketingowe. Taka przygoda czasem kończy się tak jak nocleg podróżującego samotnie kupca proszącego o możliwość przenocowania w jaskini Alibaby i czterdziestu rozbójników.

Dlatego też, jak słyszę właściciela małej, stawiającej pierwsze kroki firmy w biznesie, że marzy o wejściu do sieciowego giganta, zawsze staram się pokazać wszystkie plusy, ale też wyraźnie unaocznić ogromne zagrożenie. Czasem razem z właścicielem analizujemy dokładnie wszystkie za i przeciw i czasem pomimo ogromnego apetytu na sukces stwierdzamy, że jeszcze nie pora na tak ryzykowny krok.

CZY, JEŚLI MAMY W OFERCIE DOBRZE ROTUJĄCE LINIE, WARTO Z NICH REZYGNOWAĆ TYLKO DLATEGO, ŻE POJAWIŁY SIĘ NOWE?

Nie. Skoro produkt cieszy się zainteresowaniem klientów, jaki jest sens tracić obrót i zysk? Trzeba szukać miejsca na nowości i mądrze tworzyć proporcje pomiędzy tym, co nowe, a tym, co znane, lubiane i kupowane. Produkty dobrze rotujące wymagają od nas znacznie mniej pracy i nakładów finansowych. To właśnie one powinny finansować półkę z nowościami. A to, czy proporcja pomiędzy ofertą regularną a nowościami będzie wynosiła 90/10 czy 80/20, a może będzie zupełnie inna, zależy od właściciela i jego strategii oraz otoczenia biznesowego, w jakim przyszło mu sprzedawać.

SKĄD MAM POZYSKIWAĆ ATRAKCYJNE NOWOŚCI?

W przypadku właścicieli małego sklepu samodzielne szukanie i wprowadzanie nowości jest praktycznie niemożliwe. Nawet jeśli zdobędą się na odwagę oraz inwestycję i wyruszą na jedne z wielkich międzynarodowych targów, to i tak nie będą mieli szans na rozpoczęcie dystrybucji. Wystawiające się tam marki będą wymagały deklaracji nie tylko obrotów, ale też aktywnego budowania dystrybucji na szerszym terenie (najczęściej całego kraju), co wymaga już posiadania odpowiedniego zaplecza w postaci zespołu handlowego. Szanse na taką współpracę mają duże hurtownie zaopatrujące setki mniejszych sklepów w kosmetyki i chemię gospodarczą. Dysponują one budżetem, zapleczem logistycznym i wyszkolonym zespołem sprzedażowym. Moim zdaniem współpraca z taką hurtownią to dla pojedynczego sklepu bezpieczny i logiczny sposób zaopatrywania się w nowości.

Czasem zdarza się, że nowa marka samodzielnie i bezpośrednio współpracuje ze sklepami, co z jednej strony daje im lepsze warunki marżowe, ale z drugiej większe ryzyko i na ogół słabszą obsługę logistyczną oraz przedstawicieli handlowych. Zysk będzie większy, ale na towar pewnie poczekamy dłużej i przedstawiciel będzie u nas niczym gość na urodziny (czyli raz w roku). Oczywiście nie mówię o znanych markach, które cyklicznie odnawiają swoje portfolio i z automatu wprowadzają nowości na sklepowe półki przez hurtownie lub przez własne zespoły handlowe.

Sieci międzynarodowe, większe polskie sieci, hurtownie mają dwie podstawowe drogi pozyskania nowości. Same jadą na zagraniczne targi, gdzie polują na ciekawe marki i rywalizują o wyłączność na ich dystrybucję, albo korzystają ze złożonych im ofert. Kupcy w sieciach w zasadzie codziennie dostają propozycje zainteresowania się jakąś nowością. Od ich wiedzy, znajomości rynku, strategii firmy, a czasem humoru zależy, czy dana nowość będzie miała szansę zaistnienia. Dlatego też nie nazywałbym polskiego rynku rynkiem klienta. To z pewnością rynek kupca, który decyduje, co klient zobaczy na półce.

CO TRZEBA KONIECZNIE PRZEANALIZOWAĆ, MYŚLĄC O WPROWADZENIU NOWOŚCI?

Jeśli jest to nowa, nieznana na polskim rynku marka, musimy poznać jej historię. Jak długo jest na rynku, kto za nią stoi, czy jest to kolejna marka tego samego właściciela, gdzie jest produkowana, na jakich rynkach jest sprzedawana, gdzie osiągnęła sukces, a gdzie sprzedaje się słabo? Do jakiej grupy klientów jest skierowana, czy wpasowuje się w naszą strategię, czy ją poszerza? Jakim budżetem marketingowym dysponuje i jaki ma pomysł na wejście na rynek? W jaki sposób będzie nas wspierać? Co stanowi o jej unikalności i wartości dla klienta, a co stanowi o wartości dla nas jako właścicieli sklepu? Ile musimy w nią zainwestować na początku i co będzie, gdy po próbnym okresie okaże się, że jednak nie chcemy kontynuować współpracy? Jakie ma plany odnośnie dalszej ekspansji na rynku i do jakich sieci i kanałów dystrybucji będzie próbowała wejść? Czy jej produkty będą dostępne online i czy ceny tam proponowane pozwolą na zbudowanie zyskownej polityki cenowej w moim sklepie? W jakie obecnie sprzedawane w moim sklepie marki uderzy i czy chcę, aby tak się stało?

Nie możemy też zapomnieć o analizie oferty drogerii pod względem cenowym. Nie zawsze to, co najtańsze, jest najbardziej atrakcyjne. Czym więcej poświęcamy czasu na analizę i myślenie o naszym sklepie, tym lepiej dla biznesu. Dobry układ ekspozycji, przemyślany dobór marek, odpowiednia proporcja pomiędzy ofertą standardową i nowościami, potrafiący sprzedawać personel mogą zdziałać więcej niż znakomita lokalizacja. Nie bójmy się inwestować w dobre szkolenia sprzedażowe i nie obrażajmy się, kiedy wnioski po takim szkoleniu nie będą w pełni pokrywały się z naszymi wyobrażeniami. Jeśli chcemy się leczyć, musimy mieć dobrą diagnozę.

Jeśli mamy do czynienia z nowym produktem istniejącej już marki, musimy sprawdzić, czy jest to faktycznie nowy produkt z nowym pomysłem, czy tylko nowe opakowanie, czyli produkt udający nowość. Czy marka, która wprowadza ten produkt, jest już znana na rynku i czy w naszym sklepie już się pojawiła?

Czy nowość wchodzi na zasadzie przemyślanego rozwoju linii produktowej, czy jest to jednorazowa wrzutka związana z panującą obecnie modą? A jeśli jest związana z modą, to czy jest to pierwszy, drugi, trzeci taki produkt na rynku, czy może już 50. lub 60. i nowością jest tylko dla firmy, która go wprowadza. Jest oczywiste, że wprowadzając nowy produkt, ponosimy znacznie mniejsze koszty i ryzyko w porównaniu z wprowadzaniem nowej marki. Szczególnie w przypadku kosmetyków kolorowych inwestycje są spore ze względu na rodzaj ekspozycji i liczbę produktów.

Jeśli wiemy, że personel sklepu nie lubi pracować z nowościami, nie wierzy w ich sukces, nie ma entuzjazmu, nie chce aktywnie pracować z klientami, stosując sprzedaż doradczą, to raczej pozostańmy przy tym, co już mamy, albo zmieńmy personel.

CZY DYSPONUJEMY BUDŻETEM, KTÓRY MOŻEMY PRZEZNACZYĆ NA PROMOCJĘ NOWOŚCI I CZY MAMY ŚWIADOMOŚĆ POZIOMU RYZYKA TEJ INWESTYCJI?

Warto też wiedzieć, jak nowa marka będzie z nami pracować w sensie logistycznym. Gdzie znajduje się magazyn, jaka jest minimalna wartość zamówienia jednostkowego, jaka jest minimalna ilość jednego SKU w zamówieniu, jak szybko od zamówienia otrzymam towar, w jaki sposób zostanie on do mnie dostarczony, w jaki sposób składam zamówienie, jak często odwiedzi mnie przedstawiciel, jak wygląda procedura reklamacyjna i jak szybko ona przebiega?

Balans pomiędzy nowościami a ofertą standardową zależy od nas samych. Z psychologii sprzedaży wiemy, że strach przed stratą ma siłę dwukrotnie większą od obietnicy potencjalnego zysku. Chyba że mamy naturę Kolumba i lubimy wiatr ryzyka. Wtedy jak zwykle i niezmiennie pomyślnego wiatru w żaglach Państwu życzę.

Łukasz Barbacki, właściciel firmy szkoleniowej pracującej dla firm rynku kosmetycznego, dostarczającej praktycznych szkoleń z zakresu sprzedaży www.barbacki-consulting.pl

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
17.07.2026 06:00
Inglot wstrzymał dostawy do Hiszpanii i Portugalii. Spór z dystrybutorem o długi i umowę
Punkty sprzedaży oraz klienci Inglot w Hiszpanii, Portugalii i Andorze pozostali bez dostępu do produktów markimateriały prasowe

Polski koncern kosmetyczny Inglot wstrzymał dostawy na rynki Hiszpanii, Portugalii i Andory. Ten nagły ruch przerwał piętnastoletnią współpracę z lokalnym dystrybutorem - Hipercosmo S.L. Firma ta jednak kwestionuje legalność wypowiedzenia umowy i złożyła skargę do hiszpańskiego organu ds. konkurencji. Wszystko to dzieje się w obliczu planowanego przejęcia polskiej grupy przez fundusz private equity Avallon.

Sprawę zaczął właśnie nagłaśniać iberyjski dystrybutor, posiłkując się opiniami prawników. Okazuje się, że stanowiska stron są krańcowo odmienne. W marcu 2026 r. Inglot wystosował pismo mające na celu wypowiedzenie Hipercosmo Głównej Umowy Franczyzowej, cztery lata przed jej wygaśnięciem. Stanowisko dystrybutora jest takie, że wypowiedzenie nie spełnia wymogów umownych i jest prawnie nieskuteczne, a zatem umowa pozostaje w mocy. Mimo to dostawy na te trzy rynki zostały wstrzymane.

image

Inglot stawia na cyfryzację: nowa platforma e-commerce działa już w 28 krajach

A wstrzymanie dostaw oznacza, że punkty sprzedaży oraz klienci Inglot w Hiszpanii, Portugalii i Andorze pozostali bez dostępu do produktów marki.

Długi czy wadliwe wypowiedzenie?

W oczach dystrybutora Hipercosmo jednostronne odcięcie dostaw jest działaniem bezprawnym. 

Poprosiliśmy biuro prasowe Grupy Inglot o odniesienie się do sytuacji. 

- Przez ponad 15 lat INGLOT współpracował z partnerem Hipercosmo S.L. przy rozwoju marki na rynkach Hiszpanii, Portugalii i Andory. Wspólnie budowaliśmy obecność marki, rozwijaliśmy sieć sprzedaży oraz wzmacnialiśmy jej rozpoznawalność. Tym bardziej ubolewamy, że zamiast skoncentrować się na rozwiązaniu własnych, wielomiesięcznych problemów finansowych, były partner zdecydował się prowadzić publiczną komunikację przedstawiającą okoliczności zakończenia współpracy w sposób jednostronny i wprowadzający w błąd opinię publiczną - czytamy w przesłanym “Wiadomościom Kosmetycznym” fragmencie oświadczenia, które zostanie niedługo opublikowane.

Polska firma pisze:  “Pragniemy jednoznacznie podkreślić, że decyzja o zakończeniu współpracy nie była wynikiem zmiany strategii biznesowej INGLOT ani próbą wyeliminowania lokalnego partnera. Jej jedyną przyczyną było długotrwałe niewywiązywanie się przez firmę Hipercosmo z zobowiązań finansowych wobec INGLOT”.

Przedstawiciele firmy dodają, że przez wiele miesięcy próbowali rozwiązać problem polubownie, podejmując liczne działania mające na celu utrzymanie współpracy.

- Wielokrotnie proponowaliśmy nowe harmonogramy spłat, wydłużaliśmy terminy płatności oraz podejmowaliśmy próby wypracowania rozwiązania umożliwiającego kontynuowanie relacji biznesowej. Pomimo tych działań, w pewnym momencie kontakt z nami przez drugą stronę został całkowicie zerwany, a należności nie zostały uregulowane do dzisiaj - informuje zarząd.

Zupełnie inaczej sytuację przedstawia Hipercosmo.

- Nasz klient poświęcił piętnaście lat na budowanie tych rynków i będzie bronił swoich praw – deklaruje dr Michał Jabłoński, partner zarządzający w kancelarii Jabłoński Koźmiński, reprezentującej dystrybutora.

Hiszpanki nie kupią szminki Inglot. Rynek kosmetyczny nie lubi próżni

Spór ma realne skutki dla obecności marki Inglot na półkach sklepowych. Przez ostatnie półtorej dekady Hipercosmo od podstaw budowało pozycję Inglota w regionie, nawiązując relacje z największymi sieciami perfumerii i handlu detalicznego oraz realizując szeroko zakrojone kampanie marketingowe, m.in. z Cristiną Pedroche, jedną z najbardziej znanych hiszpańskich prezenterek telewizyjnych. W najlepszym roku sprzedaż w tych krajach przekraczała 10 mln euro.

Obecnie punkty sprzedaży i klienci pozostali bez dostępu do produktów. Dystrybutor ostrzega więc, że w sektorze kosmetycznym, gdzie konkurencja o miejsce na półce jest niezwykle silna, marka nieobecna na rynku traci nie tylko bieżącą sprzedaż, ale także rozpoznawalność i wypracowane przez lata relacje. Zdaniem Hipercosmo, odzyskanie rynku po takiej przerwie będzie znacznie trudniejsze i kosztowniejsze niż utrzymanie dotychczasowej pozycji.

Aspekty prawne i skarga na Inglot do CNMC

Konflikt przeniósł się na pole prawne. W czerwcu 2026 r. dystrybutor złożył skargę do CNMC, hiszpańskiego organu ds. konkurencji, zarzucając Inglotowi stosowanie praktyk utrzymywania cen odsprzedaży, co stanowi ograniczenie konkurencji w w rozumieniu art. 101 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej.  - Organ ma teraz tę sprawę przed sobą – potwierdza Rodrigo Valls z JDV Iuris & Consultants, reprezentujący dystrybutora przed hiszpańskim urzędem.

Transakcja Inglot z Avallon w cieniu sporu

Cała sytuacja toczy się w delikatnym momencie dla polskiego koncernu. 19 czerwca 2026 r. Inglot podpisał umowę z funduszem Avallon, który  objąć pakiet większościowy i przejąć kontrolę nad grupą. Rodzina założycieli pozostanie akcjonariuszem i będzie nadal uczestniczyć w zarządzaniu spółką. 

image

Avallon przejmuje Inglot. Znamy nowe szczegóły tej transakcji

W wywiadzie opublikowanym w kwietniu 2025 r. (xyz.pl) prezes Grzegorz Inglot opisał Europę jako strategiczny priorytet dla grupy i stwierdził, że wzrost będzie organiczny, koncentrując się na „współpracy z dużymi dystrybutorami na rynkach lokalnych”. Wymienił kraje europejskie: Niemcy, Francję, Wielką Brytanię i Włochy. Hiszpanii wśród nich nie było.

Kiedy w czerwcu 2026 r. ogłoszono transakcję z Avallon, partnerka funduszu odpowiedzialna za tę transakcję, Agnieszka Pakulska, oświadczyła, że dla partnerów biznesowych inwestycja oznacza „kontynuację współpracy w ramach dotychczasowego modelu operacyjnego” (oficjalny komunikat, cytowany przez PAP Biznes). Grzegorz Inglot dodał, że operacyjnie grupa nie planuje rewolucji.

Choć transakcja czeka jeszcze na zatwierdzenia regulacyjne, to dla rynku i partnerów biznesowych wizerunek marki ma kluczowe znaczenie, a otwarty spór z partnerem, który zbudował markę w regionie, może być sygnałem niepokojącym.

Brak zapłaty, dostawy wstrzymane. Inglot uspokaja partnerów

- Pragniemy podkreślić, że obecna sytuacja ma charakter jednostkowy. Współpracujemy z partnerami na wielu rynkach świata, a nasze relacje biznesowe opierają się na wzajemnym zaufaniu, transparentności oraz terminowym wywiązywaniu się z przyjętych zobowiązań. Nasi partnerzy mogą mieć pewność, że INGLOT konsekwentnie realizuje swoje zobowiązania i oczekuje stosowania tych samych standardów od wszystkich swoich kontrahentów - deklaruje polska firma.

image

Indie kuszą branżę beauty. Polskie marki mają tam większy potencjał, niż mogłoby się wydawać

Obie strony pozostają jednak w impasie, a rozwiązanie sporu może mieć długofalowe skutki dla przyszłości marki na rynkach iberyjskich. Marka nieobecna na rynku traci nie tylko bieżącą sprzedaż, ale także widoczność, relacje handlowe i pozycję komercyjną, a konkurencyjne produkty zajmują jej miejsce.

- Istotą tej sprawy nie jest interpretacja postanowień umownych, lecz brak zapłaty za dostarczone produkty, który doprowadził do zakończenia współpracy - tłumaczy INGLOT. 

Hipercosmo deklaruje, że pozostaje do dyspozycji swoich partnerów handlowych. 

Ale do czasu złożenia tych oświadczeń dostawy do Hiszpanii, Portugalii i Andory oraz na inne rynki, obsługiwane przez tego samego partnera od piętnastu lat, zostały już wstrzymane. 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Producenci
14.07.2026 14:02
Estée Lauder nie sprzeda Too Faced, Smashbox i Dr.Jart+. Koncern zmienia strategię
Estée Lauder nie sprzeda Too Faced, Smashbox i Dr.Jart+Shutterstock

Po miesiącach spekulacji Estée Lauder Companies rezygnuje ze sprzedaży trzech znanych marek ze swojego portfolio. Jak ujawnia Business of Fashion, koncern zdecydował, że Too Faced, Smashbox i Dr.Jart+ pozostaną w jego strukturach. Zamiast sprzedaży firma stawia na reorganizację, mniejsze zespoły i bardziej elastyczny model zarządzania, inspirowany niezależnymi markami beauty.

W tym artykule przeczytasz:

  • Zamiast sprzedaży – reorganizacja
  • Too Faced przenosi się do Nowego Jorku
  • Origins trafia pod skrzydła Deciem
  • Sprzedaż okazała się trudniejsza niż zakładano
  • Kolejna zmiana planów Estée Lauder

  • K-Beauty może odmienić przyszłość Dr.Jart+

  • Koniec ery wielkich przejęć?

Jeszcze na początku roku wydawało się, że Estée Lauder Companies chce pozbyć się części swojego portfolio. Business of Fashion informował wówczas, że spółka prowadzi rozmowy z bankami inwestycyjnymi Evercore i J.P. Morgan, szukając kupca dla pakietu obejmującego Too Faced, Smashbox i Dr.Jart+.

Teraz strategia uległa zmianie.

Zamiast sprzedaży – reorganizacja

Jak wynika z wewnętrznego dokumentu, do którego dotarł Business of Fashion, prezes Estée Lauder Companies Stéphane de La Faverie poinformował pracowników, że każda z marek będzie rozwijana według własnego modelu biznesowego.

– Nasze marki mają różne mocne strony, pozycjonowanie i możliwości wzrostu. Potrzebują dopasowanych modeli działania, które pozwolą im szybciej wprowadzać innowacje, wzmacniać relacje z konsumentami i budować długoterminowy wzrost – napisał de La Faverie.

Celem jest większa szybkość działania oraz bardziej przedsiębiorcze podejście, charakterystyczne dla niezależnych marek kosmetycznych.

image

Estée Lauder ma chętnych na swoje marki. Co dalej z Too Faced i Dr. Jart+?

Too Faced przenosi się do Nowego Jorku

Największe zmiany obejmą markę Too Faced.

Jej siedziba zostanie przeniesiona z Los Angeles do Nowego Jorku, gdzie dołączy do tzw. klastra marek makijażowych Estée Lauder Companies, obejmującego już MAC i Bobbi Brown. Jednocześnie zespół marki zostanie znacząco ograniczony.

Zmiany czekają również Smashbox, który pozostanie w Los Angeles, ale także będzie funkcjonował w mniejszej strukturze organizacyjnej.

Z kolei Dr.Jart+ pozostanie w Korei Południowej. Marka nadal będzie rozwijana pod kierownictwem Ye Jin Kim, odpowiadającej za globalny rozwój i kreację.

Origins trafia pod skrzydła Deciem

Reorganizacja obejmuje również markę Origins.

Business of Fashion podaje, że brand zostanie przeniesiony do struktur Deciem – spółki należącej do Estée Lauder Companies, która odpowiada m.in. za rozwój The Ordinary. Według serwisu decyzja ma pozwolić Origins skorzystać z doświadczeń Deciem w zakresie strategii digital-first oraz szybszego rozwoju produktów.

Sprzedaż okazała się trudniejsza niż zakładano

Jeszcze w styczniu Business of Fashion informował, że wartość całego pakietu marek wyceniano na kwotę zaledwie z dolnego przedziału setek milionów dolarów.

To znacząco mniej niż zapłacono za samo Too Faced. Estée Lauder przejęło markę w 2016 roku za 1,45 mld dolarów, co było jedną z największych transakcji w historii firmy.

Potencjalni inwestorzy, głównie fundusze private equity, nie byli jednak zainteresowani zakupem wszystkich trzech marek jednocześnie. Według BoF właśnie brak chętnych na pakiet miał przesądzić o zmianie decyzji.

image

Ronald Lauder zamieszany w plany Trumpa dt. Grenlandii? Konsumenci sugerują bojkot Estée Lauder

Kolejna zmiana planów Estée Lauder

To już druga istotna decyzja strategiczna koncernu w ostatnich miesiącach.

W maju zakończyły się również rozmowy dotyczące potencjalnej transakcji z hiszpańską grupą Puig. Według doniesień medialnych strony nie porozumiały się w kwestii wyceny, a prezes Estée Lauder podkreślał później, że firma nie zamierza realizować przejęć ani sprzedaży aktywów za wszelką cenę.

– Jeśli nie możemy osiągnąć odpowiedniego wzrostu i rentowności przy właściwej wycenie, taka transakcja nie ma sensu – mówił Stéphane de La Faverie podczas konferencji Deutsche Bank.

K-Beauty może odmienić przyszłość Dr.Jart+

Choć decyzja o pozostawieniu marek może zaskakiwać, Business of Fashion zwraca uwagę, że przynajmniej jedna z nich ma dziś wyraźny potencjał wzrostu.

To Dr.Jart+, który korzysta na globalnej popularności kosmetyków K-Beauty. Również Too Faced nadal posiada silne produkty w swoim portfolio – na czele z kultowym tuszem Better Than Sex Mascara, który pozostaje jednym z bestsellerów marki.

Koniec ery wielkich przejęć?

Pozostawienie Too Faced, Smashbox i Dr.Jart+ w portfolio oznacza, że Estée Lauder bierze odpowiedzialność za ich dalszy rozwój. Teraz przed firmą stoi znacznie trudniejsze zadanie niż sprzedaż – udowodnienie, że marki mogą ponownie stać się motorami wzrostu w coraz bardziej konkurencyjnym rynku kosmetycznym.

 

Źródło: Businessoffashion

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
17. lipiec 2026 07:14