StoryEditor
Beauty
29.03.2015 00:00

Wanda Kwietniewska: Żyję w zgodzie ze sobą

Wanda Kwietniewska, wokalistka zespołu Wanda i Banda. Jej hity „Hi-Fi”, „Nie będę Julią”, „Siedem życzeń” zna chyba cała Polska. Przyjaciele i fani mówią o niej sceniczny wulkan. Chociaż od jej debiutu minęło już trochę czasu, to obecność Wandy Kwietniewskiej na scenie w dalszym ciągu jest energetyzująca. Artystka zabrała nas w podróż do szalonych lat 80. i 90., opowiedziała nam o zmianach, jakie na przestrzeni lat nastąpiły na polskim rynku muzycznym, i wyjawiła sekret swojej rewelacyjnej figury oraz niesłabnącego optymizmu.

W ostatnim singlu „Lęk wysokości” śpiewa Pani: „Posłuchaj sam siebie. Czasami warto żyć prościej”. Kogo w takim razie słucha Wanda Kwietniewska?
Też słucham samej siebie (śmiech). Generalnie ten tekst mówi o tym, że ludzie często gonią jakiegoś króliczka, ponieważ tak dyktuje im moda, tak trzeba, wypada. W związku z tym zawieszają sobie poprzeczki na nieosiągalnych pułapach. Jednak czy warto to robić? Ja wychodzę z założenia, że lepiej czasem trochę zwolnić i posłuchać samej siebie.
Co narodziło się najpierw, miłość do śpiewania, czy miłość do gry na gitarze?
W moim przypadku jako pierwsze narodziły się miłość do słowa mówionego i do żartu. W szkole średniej chodziłam do klasy humanistycznej i stworzyłam kabaret. Następnie zafascynowało mnie słowo przekazywane w formie piosenek. Ja przede wszystkim jestem muzykiem, wymyślam dźwięki. W związku z tym wiele tekstów napisali dla mnie inni, ale pieczołowicie dobierani, ludzie. Częściej komponuję niż piszę teksty, ale zawsze miało dla mnie znaczenie to, o czym śpiewam.

Jest Pani obecna na polskim rynku muzycznym od ponad 30 lat. Jakie zmiany zaobserwowała Pani w ciągu tych lat?

Wydaje mi się, że zmian na rynku muzycznym nie można oddzielić od zmian, które w ogóle w naszym kraju zaszły w ciągu tych 30 lat. Zaczynałam śpiewać w kraju głębokiej komuny, w ciągu tych trzech dekad zmienił się ustrój, wielokrotnie zmieniała się władza, zmieniła sie nasza polska rzeczywistość i zmienili się ludzie. Lata 90. to był bardzo dobry okres dla muzyki. Wraz z pojawieniem się tzw. „mejdżersów” (lokalne oddziały międzynarodowych koncernów fonograficznych - przyp. red.) artysta na nagranie płyty czekał tylko rok, a nie dwa czy pięć lat, jak to było w latach 80. Pojawiło się wielu fantastycznych wykonawców, jak Hey, Kasia Kowalska i inni. Zaczęły powstawać nowe rozgłośnie radiowe, kanały telewizyjne, więc wykonawcy mieli gdzie się zaprezentować. Teraz doszedł jeszcze internet. To dwie zupełnie różne bajki.
Kiedyś było łatwiej zaistnieć?
Każdy kij ma dwa końce. Kiedyś było bardzo mało miejsc, w których można się było pokazać. Istniały dwa programy TV i cztery festiwale, w Opolu, w Sopocie, Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze i Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Różni ludzie na nich występowali. Pomijam piosenkarzy zaangażowanych, ale pojawiało się tam wiele osób, które nie interesowały się polityką i tematyką festiwalu, a które chciały po prostu spotkać się
z publicznością. Dzisiaj mamy niezliczoną liczbę programów typu talent show. Wystarczy zaprezentować swój utwór w internecie i można z dnia na dzień zostać gwiazdą. Ale czy za 30 lat ktoś będzie pamiętał o tych ludziach i ich przebojach? Wydaje mi się, że nie. I nie będzie to winą tych osób, tylko postępu cywilizacyjnego. Dzisiejszy świat gna naprzód i szybko zostawia w tyle gwiazdy, które jeszcze wczoraj miały miliony odsłon w internecie, bo wciąż dochodzą nowi. Kiedy ja zaczynałam, też było wielu artystów, ale trzeba było naprawdę zaproponować coś istotnego, żeby się przebić. Na antenie pokazywano nielicznych, ale dzięki temu ich utwory znała cała Polska, a bywa że i nuci do dziś. Mogłabym tak wymieniać bez końca. To zupełnie dwa odmienne światy. Ja też funkcjonuję na zupełnie innych zasadach niż 30 lat temu. I nie mówię tu o stopniu popularności, ale o realizacji swoich muzycznych zamierzeń, nagrywania, prezentowania kolejnych rzeczy.
Brakuje Pani atmosfery PRL-u?
Myślę, że brakuje jej wszystkim artystom, którzy pamiętają dawne zabawy środowiskowe. Pamiętam, że jak miałam zagrać z zespołem dwa koncerty na festiwalu, to byliśmy na miejscu tydzień. Integrowaliśmy się z pozostałymi uczestnikami, chcieliśmy spędzać czas z innymi. Ludzie byli dla siebie życzliwsi – pod tym względem życie było weselsze. Pomijam fakt, że było ciężko cokolwiek dostać, były problemy z cenzurą, wielu moich kolegów miało zakaz występów, bo komuś na górze nie spodobały się teksty ich piosenek. Trzeba było kombinować, żeby cenzurę obejść, ale dawaliśmy radę. Teraz ludzie się nie znają. Obserwuję, jak przed występami lub po nich artyści po prostu się mijają. Ja miałam to szczęście, że pamiętam, jak było kiedyś, a poza tym jakiś czas temu podczas koncertów Lata z Radiem udało mi się trochę przypomnieć tę dawną atmosferę razem z muzykami z Perfectu i z Anią Wyszkoni. Natomiast z wielkim zdziwieniem patrzę na gwiazdki talent show, które nikomu nie są w stanie powiedzieć „dzień dobry” – z takimi osobami ciężko o integrację.

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w PRL-u. Kto wymyślał Pani stroje i choreografie?

Jedyna choreografia, jaka nie była moim pomysłem, a Zofii Rudnickiej, to telewizyjny Sylwester 83/84. Zosia przygotowywała choreografię dla baletu, a jeśli trafiał się jej artysta, który wykazywał chęć do tańca, to starała się go do tej swojej choreografii wpleść. Ja zawsze kochałam się ruszać, więc pokazano mi kroki i miałam wielką frajdę, że mogłam występować razem z baletem. Natomiast w trakcie moich koncertów czy na teledyskach, to była już tylko moja dzika, dowolna twórczość (śmiech). Zawsze tańczyłam jak mi w duszy grało i jak podpowiadała muzyka, którą prezentowaliśmy. Ku mojemu zaskoczeniu, po emisji naszego pierwszego teledysku do utworu „Fabryka marzeń”, okazało się, że wypromowałam nowy krok. Na koncertach ludzie zaczęli ze mną to tańczyć i nawet dzisiaj, po 30 latach, jak gramy tę piosenkę i gdy zbliża się solówka, a ja zaczynam tańczyć ten „zidiociały krok”, to ludziom sprawia to niesamowitą radość. Zawsze lubiłam tańczyć, lubiłam się ruszać, więc nosiło i nosi mnie po scenie.
Właśnie. Koledzy mówią o Pani, „sceniczny wulkan”. Po kim Pani ma tyle energii?
Wydaje mi się, że po rodzicach. Moja mama miała silną osobowość, była konsekwentna i powierzchownie spokojna, ale miała dynamit wewnętrzny. Natomiast tata jeździł motorem po żużlu, czym zaraził mnie i mojego brata. Oboje mieli niespożyte pokłady energii.
Gdy śpiewam czuję, że...
Jestem szczęśliwa i daję ludziom szczęście.

Jak przebiegają prace nad nową płytą?

Pierwotnie planowaliśmy wydać nową płytę na 30-lecie zespołu, jednak w pewnym momencie skoncentrowałam się na przygotowaniu dużego, jubileuszowego koncertu w Stodole. Razem ze mną na scenie wystąpili Małgosia Ostrowska, Paweł Stasiak, Marek Raduli (gitarzysta w pierwszego składu Bandy i Wandy). Zaprosiłam na ten koncert i bankiet muzyków, z którymi na przestrzeni tych lat dane mi było pracować. Przyszło bardzo wielu naszych fanów. Było to dla mnie wyjątkowe wydarzenie i świetne uczczenie tej rocznicy.
Jeśli chodzi o płytę, to tak jak wcześniej wspomniałam, żyjemy w innej rzeczywistości. Kiedyś „złotą płytę” przyznawano za sprzedaż ponad 160 tys. egzemplarzy – a my sprzedawaliśmy po pół miliona albumów – dziś wystarczy sprzedać tylko 15 tys. Obecnie wydawanie płyt się nie zwraca, a co więcej w przypadku artystów, takich jak ja, płyty nie dają gwarancji na promocję zespołu. Dlatego nie mam ciśnienia, żeby na cito wydać nowy krążek. Natomiast uważam za swój obowiązek wobec publiczności i moich fanów, żeby co jakiś czas zrobić piosenkę, która pojawi się w internecie lub grać nowe utwory na koncertach. Cały czas pracujemy i nagrywamy nowy materiał, więc płyta na pewno powstanie, ale wydam ją wtedy, kiedy uznam, że przyszła na to pora. Póki co mam w planach zaprezentowanie fanom nowego utworu jeszcze przed wakacjami.
Podejrzewam, że będzie bardzo energetyczny?
Z pewnością. Zawsze mówię, że nasze piosenki są po prostu wandowo--bandowe. Mam określony wokal, określone poczucie estetyki, moim ukochanym instrumentem od zarania dziejów są gitary, więc na pewno utwory będą energetyczne i rockowe. Chrzanię komercję i puszczaną w mediach papkę. Zawsze chciałam i chcę tworzyć piękne rzeczy, które mają swoją wartość, które o czymś opowiadają.
À propos piękna. Ma Pani swoją definicję?
Uważam, że człowiek jest piękny i żyje pięknie, kiedy żyje w zgodzie ze sobą, nie robi krzywdy innym ludziom. Myślę, że żeby to piękno w nas bardziej kwitło, potrzebna jest nuta optymizmu, który powoduje, że szklanka, dla niektórych do połowy pusta, dla pięknych ludzi będzie do połowy pełna.
Jaka jest Pani ulubiona forma relaksu?
Zdecydowanie nic mnie tak nie relaksuje i nie dodaje mi sił, jak uprawianie sportu. Ludzie często mnie pytają, co robię, że trzymam figurę, mieszczę się w swoje dawne kostiumy. Zawdzięczam to ruchowi. Jestem absolutną fanką polskich jezior, sportów motorowodnych, kocham pływać, jeździć na nartach wodnych, uwielbiam grać w siatkówkę – kiedyś ją trenowałam – gram w ping-ponga, itd. Nawet zwykłe domowe zajęcia wykonuję bardzo szybko – robota musi mi się palić w rękach. Potrafię odpoczywać, sprzątając dom. Uwielbiam zmęczenie fizyczne. Poza tym bardzo dużo się śmieję i chociaż ten śmiech przysparza mi wielu zmarszczek mimicznych, to powoduje, że mam, jak to określają niektórzy, „przyjazny wyraz ryja” (śmiech).
Relaksują mnie także dobre kino i książki. A ostatnio odkryłam w sobie nową pasję – ogrodnika. Kupiliśmy duży obszar ziemi na Mazurach i tam się budujemy. Ja natomiast postanowiłam zająć się ogródkowymi czynnościami i kilka warzyw wyhodować. Rodzina i znajomi mówią, że są bardzo smaczne. Natomiast przeżywam trochę, bo wzrost tych roślin odbywa się dla mnie zbyt wolno. Na szczęście przyjaźnię się z Małgosią Ostrowską, która mi tłumaczy, że to hobby wypracowujące cierpliwość (śmiech).
Ma Pani dużo kosmetyków?
Kiedyś stosowałam różne produkty, choć przyznam, że niechętnie zmieniam kosmetyki. Jakiś czas temu zostałam zaproszona do testowania kosmetyków 50+ marki Soraya. I przekonałam się do nich. Mam też wiele kosmetyków kolorowych, które są mi potrzebne do pracy. Nie jestem poszukiwaczem nowych wynalazków, ale zdarza mi się w garderobie podejrzeć, czego używają koleżanki z branży lub wizażystki, śledzące nowinki na rynku kosmetycznym, i czasami czegoś spróbuję, a potem sama taki produkt kupuję dla siebie. Staram się też raz w miesiącu pojawić u kosmetyczki, żeby zajęła się skórą mojej twarzy i dłoni.
Jakie są Pani plany na najbliższą przyszłość?
Zbliża się sezon koncertowy, więc od maja do października będę z zespołem występować dla naszych fanów, co zawsze jest fantastycznym doświadczeniem. Uwielbiam te spotkania. Poza tym żyjemy maturą mojej córki, a także budową domu na Mazurach. Póki co na naszym terenie jest wiele żaglówek, motorówek, skuterów wodnych, kajaków i przyczep kempingowych naszych przyjaciół, którzy stworzyli prawdziwe obozowisko pięknych ludzi. Panują jeszcze pionierskie warunki, ale nam do szczęścia wystarcza cudowna przyroda i towarzystwo rodziny oraz przyjaciół.

Rozmawiała Agnieszka-Saracyn Rozbicka
Zdjęcia Ula Rząd, Michał Niwicz


NIE MOGĘ OBEJŚĆ SIĘ BEZ

Mojego psa, to nasz czwarty członek rodziny
Tusz do rzęs:
testuję różne
Fluid:
Soraya lub Vichy
Pomadka:
Inglot w odcieniach koralowych, koniecznie z połyskiem
Baza pod makijaż: M.A.C.
Kremy: mocno nawilżające Vichy Balsam do ciała: różne
Perfumy: Givenchy, Nina Richi, Lancome Miracle, bardzo lubię testować perfumy, które na rynek wypuszczają gwiazdy, np. Beyonce


ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Rynek i trendy
29.04.2026 13:00
Beauty + gastronomia? To możliwe! Lagardère chce docierać do nowych grup w niestandardowym kontekście
Neo Make Up nawiązało współpracę z siecią kawiarni So Coffeefot. shutterstock/mat. prasowe

Lagardère Travel Retail wdraża innowacyjny projekt pilotażowy. Koncept polega na nawiązaniu współpracy między marką kosmetyczną Neo Make Up a siecią kawiarni So Coffee. – Współcześnie już nie tylko produkt ma znaczenie, ale cały kontekst jego odbioru – wskazuje Anna Szcześniak, Brand Manager So Coffee.

W artykule przeczytasz:

  • Geneza projektu Lagardère Travel Retail
  • Cel połączenia świata beauty i gastronomii
  • O Lagardère Travel Retail

Geneza projektu Lagardère Travel Retail

U podstaw współpracy leżą dwa silne trendy rynkowe. Pierwszym jest cross-branding, który pozwala markom z różnych kategorii budować nowe, wspólne punkty styku z klientem. Drugim natomiast “eat your skincare”, traktujący świadome odżywianie jako wsparcie pielęgnacji skóry i element codziennych rytuałów.

Przykładem tego połączenia jest limitowana, sezonowa oferta w kawiarni So Coffee. Sieć proponuje kokosową matchę z malinową nutą, inspirowaną produktami Neo Make Up. Napój dostępny w wersji na wodzie lub mleku kokosowym, nawiązuje do charakterystycznej kolorystyki. Tym samym wprowadza produkt z kategorii beauty do przestrzeni kawiarni i łączy oba światy w jedno spójne doświadczenie.

image
Kokosowa matcha z malinową nutą
mat. prasowe

– Konsumenci szukają dziś doświadczeń, które naturalnie wpisują się w ich styl życia, dlatego w tego typu współpracach kluczowe jest oparcie ich na realnych, codziennych nawykach. W przypadku Neo Make Up i So Coffee takim punktem wspólnym jest rytuał – poranna kawa, matcha czy pielęgnacja skóry. To właśnie idea prostych przyjemności przekłada się na doświadczenie bliskie konsumentowi – podkreśla Anna Szcześniak, Brand Manager So Coffee w Lagardère Travel Retail w Polsce.

Cel połączenia świata beauty i gastronomii

Z perspektywy biznesowej kluczowe jest rozszerzenie funkcji lokalu gastronomicznego. Staje się on nie tylko miejscem konsumpcji, ale także platformą komunikacji. Pozwalając tym samym markom spoza segmentu food & beverage docierać do nowych grup docelowych w niestandardowym, lifestylowym kontekście.

– Kawiarnia daje możliwość prezentacji produktu poprzez budowanie doświadczenia wielozmysłowego – poprzez smak, zapach, wizualność i fizyczną interakcję z marką. To zupełnie inny poziom zaangażowania niż klasyczna komunikacja marketingowa. Współcześnie już nie tylko produkt ma znaczenie, ale cały kontekst jego odbioru – wskazuje Anna Szcześniak.

Dla Lagardère Travel Retail projekt zainicjowany przez zespół So Coffee ma charakter strategicznego pilotażu. Głównym celem jest sprawdzenie, jak konsumenci reagują na fuzję świata beauty i gastronomii oraz czy takie działania mogą budować wizerunek i poszerzać zasięgi obu marek. 

image

Hiperpersonalizacja, bio-technologia i precyzyjne rozwiązania w beauty [Raport IPSY 2026]

O Lagardère Travel Retail

Lagardère Travel Retail w Polsce od lat konsekwentnie rozwija kompetencje w obszarze partnerstw. Firma realizowała m.in. limitowane projekty z takimi markami jak Chopin Vodka czy Toruńskie Wódki Gatunkowe. Łączenie światów retail z lifestyle’em jest widoczne także w dedykowanej strefie IQOS będącej integralną częścią kawiarni So Coffee Park! w Karpaczu. – Tego typu współprace potwierdzają, że cross-branding staje się nie tylko narzędziem promocyjnym, ale istotnym elementem testowania przyszłych modeli biznesowych – podkreśla Anna Szcześniak.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Zdrowie
29.04.2026 09:25
Ochrona przeciwsłoneczna w świetle nowych danych – UVA, UVB i aktualne podejście naukowe
adobestock

W połowie marca 2026 roku profesor Marc Pissavini opublikował w prestiżowym czasopiśmie naukowym International Journal of Cosmetic Science artykuł pt. Rational determination of real-life UV exposure across latitudes: An extended Diffey-based model integrating behavioural factors. W swojej publikacji przedstawił otrzymane wyniki badań, w których zaproponował naukowe ramy umożliwiające lepsze zrozumienie, w jaki sposób rzeczywista ekspozycja na promieniowanie słoneczne, czynniki behawioralne, efektywne dawki promieniowania UVB i UVA oraz geometria słoneczna wpływają na ilość promieniowania UV faktycznie docierającego do skóry w codziennych warunkach.

Rosnąca skala problemu: rak skóry i fotostarzenie

Obecnie ponad co trzeci nowotwór na świecie jest rakiem skóry. Szacuje się, że ponad 8 mln przypadków może być związanych z nadmierną ekspozycją na promieniowanie słoneczne. Dodatkowo około 80 proc. widocznych oznak starzenia skóry wynika z nadmiernego narażenia na promieniowanie UV. Niestety liczby te stale rosną na całym świecie.

Badania przeprowadzone przez profesora Marca Pissaviniego nie miały na celu określania konkretnych wartości SPF dla konsumentów czy dermatologów ani umniejszania ryzyka związanego z ekspozycją na słońce. Ich głównym założeniem było ilościowe określenie:

·       dawek promieniowania UVB i UVA docierających do powierzchni Ziemi,

·       oraz rzeczywistych, efektywnych dawek UV (ERD) otrzymywanych przez człowieka.

Analizy przeprowadzono dla szerokości geograficznych od 0° do 60°N oraz dla każdego miesiąca w roku. Otrzymane wyniki stanowią podstawę do oceny poziomu ochrony przeciwsłonecznej i prowadzenia świadomej dyskusji o fotoprotekcji.

Ograniczenia tradycyjnych modeli

Dotychczasowe modele, takie jak arkusz opracowany przez Diffeya, pozwalają dokładnie oszacować natężenie promieniowania UV w idealnych warunkach (np. przy bezchmurnym niebie). Są one wartościowe jako punkt odniesienia.

Nie uwzględniają jednak kluczowego aspektu — rzeczywistej dawki promieniowania UV, jaka faktycznie dociera do skóry. Jednak skuteczność filtrów przeciwsłonecznych i ochrona konsumentów zależą nie tylko od natężenia promieniowania w środowisku, lecz także od rzeczywistej dawki promieniowania UV docierającej do skóry. A to właśnie ta dawka (ERD – efektywna dawka otrzymana) decyduje o skuteczności ochrony przeciwsłonecznej.

Realistyczna ocena dawek UV i potrzeb ochrony przeciwsłonecznej

W przeprowadzonym przez profesora Pissaviniego badaniu dzienne dawki promieniowania UV obliczane były dla 21. dnia każdego miesiąca, aby uchwycić sezonowe skrajności. Wartości te wyrażono jako standardowe dawki rumieniowe (SED) dla UVB oraz dawki ważone dla UVA i obliczono dla różnych szerokości geograficznych na podstawie klasycznego modelu Diffeya. Następnie uwzględnione zostały czynniki bardziej zbliżone do rzeczywistego życia, takie jak faktyczny czas przebywania na zewnątrz oraz ułożenie ciała względem słońca, co pozwoliło oszacować rzeczywistą dawkę promieniowania docierającą do skóry (ERD).

Dodatkowo przyjęta została realistyczna ilość stosowanego filtra przeciwsłonecznego (0,8 mg/cm²), aby określić wymagany poziom ochrony.

Wyniki pokazują, że rzeczywista ekspozycja na promieniowanie UV jest znacznie niższa niż sugerują modele teoretyczne, ponieważ ograniczają ją czynniki behawioralne i praktyczne. Jednocześnie zapotrzebowanie na ochronę przeciwsłoneczną zmienia się w przewidywalny sposób w zależności od pory roku i położenia geograficznego, głównie ze względu na geometrię słoneczną.

Opracowany model pozwala więc lepiej zrozumieć codzienną ekspozycję na UV, uzupełnia dotychczasowe podejście Diffeya i stanowi solidną podstawę do oceny poziomu ochrony przeciwsłonecznej, projektowania produktów oraz prowadzenia dyskusji naukowych i edukacji konsumentów.

Nowe spojrzenie na produkty z SPF – co to oznacza dla konsumentów i branży filtrów przeciwsłonecznych?

Badania profesora Marca Pissaviniego wnoszą istotny wkład w zrozumienie rzeczywistej ekspozycji na promieniowanie UV, pokazując wyraźną różnicę między wartościami teoretycznymi, a faktyczną dawką promieniowania, która dociera do skóry. Uwzględnienie czynników, takich jak czas przebywania na zewnątrz czy orientacja ciała, a także ilości aplikowanego produktu z SPF, pozwala na bardziej precyzyjną ocenę skuteczności ochrony przeciwsłonecznej.

Wyniki sugerują, że w codziennych warunkach bardzo wysokie wartości SPF mogą nie przekładać się na proporcjonalnie większą ochronę, co może zmienić sposób postrzegania fotoprotekcji zarówno przez konsumentów, jak i specjalistów.

Dla branży kosmetycznej oznacza to potencjalną zmianę w postrzeganiu produktów z SPF – odejście od maksymalizowania jego wartości na rzecz bardziej kompleksowego podejścia do ochrony skóry. Uwzględnia ono realne warunki stosowania produktów, równowagę między ochroną UVB i UVA oraz konieczność edukacji konsumentów w zakresie ich prawidłowej aplikacji.

Może to wpłynąć zarówno na projektowanie nowych receptur, jak i na komunikację marketingową oraz przyszłe regulacje dotyczące oznakowania i deklarowanej skuteczności produktów przeciwsłonecznych.

Zastosowanie mniejszych ilości filtrów UV w formulacjach może przełożyć się na lepsze właściwości sensoryczne produktów, takie jak lżejsza konsystencja czy większy komfort stosowania. Jednocześnie pojawia się ryzyko nadmiernego uproszczenia przekazu i zbyt swobodnego podejścia konsumentów do fotoprotekcji. Informacja o niższym zapotrzebowaniu na ochronę może być błędnie interpretowana jako przyzwolenie na stosowanie zbyt małych ilości produktu, co w konsekwencji może prowadzić do niewystarczającej ochrony i negatywnych skutków zdrowotnych.

W dłuższej perspektywie takie podejście sprzyja jednak bardziej świadomemu, naukowo uzasadnionemu rozwojowi produktów oraz ich lepszemu dopasowaniu do rzeczywistych potrzeb użytkowników.

Aleksandra Kondrusik

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
03. maj 2026 15:38