StoryEditor
Producenci
21.04.2021 00:00

Dr Mark Smith, NATRUE: Deklaracje bez pokrycia psują rynek kosmetyków naturalnych

Kosmetyki naturalne i organiczne zdobywają coraz większą część europejskiego rynku. Niestety, nie ma jednoznacznych wytycznych i przepisów dotyczące tego, jaki kosmetyk nazwać można naturalnym i organicznym. Wprowadzenie takich uregulowań na szczeblu unijnym wydaje się tym ważniejsze w dobie zielonej transformacji i zwiększonego zainteresowania konsumentów tym, co wkładają do koszyków. Dlaczego producentom zależeć powinno na lepszej regulacji tych kwestii, tłumaczy dr Mark Smith, dyrektor generalny organizacji NATRUE – The International Natural and Organic Cosmetic Association.

NATRUE to międzynarodowe stowarzyszenie działające non-profit utworzone w 2007 roku przez liderów ekologicznej produkcji kosmetyków takich jak Weleda, Lavera czy Dr. Hauschka. Obecnie stowarzyszenie posiada ponad 70 członków, certyfikuje ponad 300 marek kosmetycznych, ponad 7 tys. produktów i 500 składników wykorzystywanych do produkcji naturalnych kosmetyków. Celem stowarzyszenia jest przede wszystkim zapewnienie konsumentom wiarygodnych informacji dotyczących składu kosmetyków oznaczanych jako organiczne i naturalne. W tym celu stowarzyszenie promuje oznaczenie NATRUE przyznawane takim produktom i ich składnikom, wypracowuje standardy, które umożliwiają jak najlepszą ocenę naturalności kosmetyków oraz bierze udział w regulacjach rynkowych przygotowywanych w tym zakresie przez Unię Europejską.

Choć w Unii Europejskiej testowanie kosmetyków na zwierzętach jest zakazane, to jednak poza nią nadal wiele firm taki proceder stosuje.

Co kieruje decyzjami konsumentów?

Dr Mark Smith podkreśla, że etyczne i właściwe oznaczanie kosmetyków od zawsze było bardzo ważne w przypadku kosmetyków naturalnych, bo to właśnie na ich składzie najbardziej zależy konsumentom, którzy po nie sięgają. – Czym dokładnie jest „zielone” lub etyczne oznaczanie kosmetyków? Wyjaśnienie tego w prosty sposób nie jest łatwe, bo istnieje wiele kryteriów, które wpływają na to, czy kosmetyk faktycznie można nazwać ekologicznym lub organicznym. Co więcej, każdy z konsumentów wybierając taki kosmetyk zwraca uwagę na inne aspekty jego produkcji lub działania – tłumaczy Mark Smith. Dla jednych decydujący może okazać się skład i zawartość określonych substancji lub ich brak. Przykładem może być mikroplastik, którego dziś wielu konsumentów stara się unikać. – Kolejnym przykładem kryterium, które jest ważne dla klientów, jest testowanie kosmetyków na zwierzętach. Choć w Unii Europejskiej takie praktyki są już zakazane, to jednak poza nią nadal wiele firm taki proceder stosuje. Ważnym kryterium jest także sposób pozyskiwania składników pochodzenia naturalnego i wpływu produkcji na środowisko. Przykładem jest tu pozyskiwanie oleju palmowego, które przyczynia się do deforestacji i cierpienia zwierząt i ludzi – dodaje Smith.

Coraz częściej oprócz tego, w jaki sposób działania producentów wpływają na przyrodę, świadomi konsumenci widzą także, jak odbijają się one na strukturze społecznej – unikają więc produktów, które powstają przy wykorzystaniu do pracy dzieci lub wyzysku, drenowaniu miejscowych społeczności, ich zasobów ekonomicznych i naturalnych. Liczy się także jakość składników – np. czy nie są to składniki modyfikowane genetycznie oraz jaka część składu faktycznie pochodzi z naturalnych lub organicznych źródeł. – To wszystko czynniki, które ilustrują, przed jakimi decyzjami stoją dziś konsumenci, którzy chcą wybierać naturalne kosmetyki – podsumowuje Mark Smith.

Greenwashing to zjawisko coraz popularniejsze w reklamie i promowaniu oraz oznaczaniu produktów.

Wiele odcieni zieleni

Tymczasem bardzo często są oni wprowadzani w błąd poprzez oznaczenia, które znajdują się na produktach i utrudniają podjęcie opartej na faktach decyzji. ONZ wskazuje, czym jest greenwashing – zjawisko coraz popularniejsze w reklamie i promowaniu oraz oznaczaniu produktów. To próba zwiedzenia konsumentów i zaprezentowania produktu jako bardziej przyjaznego środowisku niż jest w rzeczywistości, np. poprzez umieszczanie na opakowaniach informacji, które nie są możliwe do zweryfikowania lub są fałszywe. Określenie „zielony”, „przyjazny środowisku” odnosi się nie tylko do składników, ale także do społecznego czy etycznego kontekstu powstawania kosmetyków.

Te kwestie stają się coraz ważniejsze, bo konsumenci stają się coraz bardziej świadomi tego, co kupują. Na całym świecie największe wzrosty zauważamy właśnie w kategorii kosmetyków naturalnych i organicznych. Problemem jest jednak rozszerzająca się paleta „odcieni zieleni”, czyli coraz częstsze deklaracje bez pokrycia, które mają jedynie przyciągnąć klientów i zachęcić ich do zakupu – tłumaczy dr Smith.

Rynek rośnie…

Ekologiczne kosmetyki największym powodzeniem cieszą się dziś na rynku niemieckim i francuskim. To także rynki, które są najbardziej dojrzałe jeśli chodzi o certyfikowanie produktów i ich właściwe oznaczanie. W Niemczech rynek kosmetyków naturalnych warty jest już 1 mld euro rocznie, co odpowiada za około 10 proc. całego rynku kosmetycznego w tym kraju. Ta wartość zwiększa się z roku na rok i nic nie wskazuje na to, aby trend miał ulec zmianie. We Francji wycena segmentu kosmetyków naturalnych jest o około połowę mniejsza, ale ilość rynków zbytu dla tego typu produktów rośnie we wszystkich krajach UE.

Rozwój branży korzystny jest nie tylko dla konsumentów, ale może przyczynić się także do większej innowacyjności gospodarki, zmniejszenia jej wpływu na środowisko naturalne, wzrostu udziałów w rynku dla tej kategorii produktów. Im bardziej wiarygodne i przejrzyste będą oznaczenia, tym częściej konsumenci będą wybierać produkty naturalne. Trudnościami, z jakimi musi zmierzyć się branża ekokosmetyków są na razie wyższe koszty produkcji oraz pozyskiwania składników, koszty związane z badaniami i rozwojem nowych produktów oraz technologii ich uzyskiwania. To wszystko przekłada się także na cenę takich produktów, a co za tym idzie – na zainteresowanie nimi konsumentów, dla których cena jest ważnym czynnikiem przy dokonywaniu wyborów przy sklepowej półce.

Unia Europejska nie wprowadziła żadnych regulacji a jurysdykcja nie normalizuje w żaden sposób przyznawania certyfikatów.

Nikt nie lubi płacić za kota w worku, dlatego klienci, którzy sięgają po produkty ekologiczne, naturalne czy organiczne chcą mieć pewność, że dokonują dobrego wyboru. – Nie ma w UE jednoznacznych wytycznych dotyczących oznaczania kosmetyków naturalnych i organicznych. Ostatnie oświadczenie Komisji Europejskiej na ten temat pochodzi z 2012 roku i wskazuje, że w 2010 powstała grupa robocza, która opracowuje regulacje dotyczące tej grupy produktów. Jednak od tego czasu żadne regulacje nie zostały wypracowane – podkreśla dr Smith. Mimo to na rynku istnieje bardzo wiele certyfikatów i oznaczeń, które skupiają się na różnych aspektach produkcji. – Każda z organizacji przyznających certyfikaty sama ustala np. zasady dotyczące tego, ile składników pochodzenia organicznego musi zawierać kosmetyk, aby uznać go za naturalny lub organiczny. Te progi różnią się w zależności od przyznawanego oznaczenia. Unia Europejska nie wprowadziła tu żadnych regulacji a jurysdykcja nie normalizuje w żaden sposób przyznawania takich oznaczeń – zauważa.

Oprócz certyfikatów przyznawanych przez organizacje i instytucje, istnieją jeszcze oznaczenia stosowane przez samych producentów. „90 proc. składników pochodzenia naturalnego”, „zawiera bio-olejki” – takie i podobne informacje możemy znaleźć na wielu opakowaniach kosmetyków, jednak prawdziwość deklaracji i co oznaczają one w praktyce, trudno sprawdzić. Choć tego typu informacje na opakowaniach są najtańszą i najłatwiejszą opcją na oznaczenie kosmetyków, cieszą się one najmniejszym zaufaniem klientów. Co ważne, naturalne składniki nie zawsze oznaczają, że naturalny jest cały kosmetyk. Przykładowo, producent toniku, który w 95 proc. składa się z wody, może napisać na opakowaniu, że zawiera 95 proc. naturalnych składników, ale całościowo kosmetyk wcale nie musi być naturalny. – Obecność naturalnych składników nie gwarantuje tego, że trafiający na półkę produkt naprawdę jest kosmetykiem organicznym – przestrzega Mark Smith.

Element zielonej transformacji

Do 2050 roku Unia Europejska chce stać się neutralna klimatycznie. Zmiana nawyków konsumenckich może stać się bardzo ważnym motorem napędzającym rolę społeczeństwa w osiągnięciu bardziej zrównoważonej gospodarki. Dlatego tak ważne jest, aby chronić konsumentów przed greenwashingiem i nieuczciwymi praktykami ze strony producentów i informować ich o wpływie produktów na środowisko. To ważna część tzw. zielonej transformacji.

Unijne przepisy określają także ramy wprowadzenia gospodarki zamkniętego obiegu. Także pod tym względem informowanie konsumentów o pochodzeniu produktów, szczegółach dotyczących opakowania, segregacji, użytych do produkcji substancji jest kluczowe dla zmian, których wymagają unijne regulacje. Przede wszystkim rzetelnie oznaczając kosmetyki i starając się minimalizować wpływ ich produkcji na otoczenie, producenci przywiązują do siebie konsumentów i zyskują w ich oczach jako firmy godne zaufania i odpowiedzialne społecznie.

Dr Mark Smith był gościem Forum Branży Kosmetycznej 2020. Artykuł opiera się na jego wykładzie pt. Zielone oświadczenia czy greenwashing? Potrzeba większej przejrzystości dla konsumentów w ramach zielonej transformacji.

Zapraszamy na Forum Branży Kosmetycznej 2021, którego czerwcowa edycja odbędzie się pod hasłem: Piękno z natury. Spotykamy się online już 22 czerwca. Dla przedstawicieli handlu udział w Forum jest bezpłatny.

Agata Kinasiewicz
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Producenci
20.08.2026 12:50
Inglot dołącza do Too Good To Go. Kosmetyki trafiły do Paczek Niespodzianek
Inglot w Too Good To Go. Kosmetyki w Paczkach NiespodziankachInglot

Too Good To Go rozszerza swoją ofertę o kosmetyki. Do aplikacji trafiły Paczki Niespodzianki przygotowane przez polską markę Inglot. W zestawach znajdują się m.in. końcówki kolekcji, ostatnie sztuki edycji limitowanych oraz produkty z uszkodzonymi opakowaniami. Ceny pakietów zaczynają się od 59,90 złotych.

W tym artykule przeczytasz:

  • Inglot sprzedaje kosmetyki w Paczkach Niespodziankach
  • Co znajdzie się w paczkach Inglota?
  • Nie tylko żywność trafia do Too Good To Go
  • Inglot stawia na własną produkcję

Too Good To Go kojarzy się przede wszystkim z ratowaniem niesprzedanej żywności. Model aplikacji, w którym użytkownicy mogą kupować w niższej cenie produkty, które w przeciwnym razie mogłyby się zmarnować, coraz częściej wychodzi jednak poza gastronomię. Teraz do grona partnerów platformy dołączył Inglot.

W ramach współpracy marka udostępniła w aplikacji Paczki Niespodzianki z kosmetykami do makijażu. Ich zawartość nie jest znana przed zakupem, a poszczególne zestawy mogą różnić się od siebie.

Inglot sprzedaje kosmetyki w Paczkach Niespodziankach

Użytkownicy Too Good To Go mogą znaleźć obecnie dwa rodzaje zestawów przygotowanych przez Inglot. Pierwszy to zestaw do makijażu twarzy, którego cena wynosi 59,90 złotych, przy gwarantowanej wartości produktów na poziomie co najmniej 120 złotych.

Drugi wariant obejmuje kosmetyki do makijażu ust. Kosztuje 69,90 złotych, podczas gdy wartość znajdujących się w nim produktów ma wynosić minimum 140 złotych.

Formuła jest charakterystyczna dla Paczek Niespodzianek Too Good To Go. Klient nie wybiera konkretnych produktów, ale kupuje zestaw o określonej wartości. To jednocześnie element zakupowej niespodzianki i sposób na zagospodarowanie produktów, które niekoniecznie znalazłyby już miejsce w regularnej sprzedaży.

image

Inglot zerwał umowę z dystrybutorem w Hiszpanii, dostawy wstrzymane. Spór o długi i umowę

Co znajdzie się w paczkach Inglota?

Jak wynika z informacji udostępnionych przez markę, w paczkach mogą znaleźć się końcówki kolekcji, ostatnie sztuki produktów z edycji limitowanych oraz kosmetyki, których opakowania mają drobne niedoskonałości.

Nie oznacza to jednak obniżonej jakości samego produktu. Jak podkreśla Inglot, ewentualne mankamenty dotyczą opakowań i nie wpływają na kosmetyk znajdujący się w środku.

To właśnie ten model może być interesujący z punktu widzenia branży kosmetycznej. Produkty wycofywane z regularnej oferty, pojedyncze sztuki czy końcówki serii nie muszą być automatycznie traktowane jako odpad. Mogą znaleźć odbiorców, jeśli zostaną zaoferowane w odpowiednim kanale i cenie.

Nie tylko żywność trafia do Too Good To Go

Wejście Inglot do Too Good To Go pokazuje szerszy kierunek rozwoju modelu, który początkowo był kojarzony niemal wyłącznie z gastronomią. W przypadku kosmetyków mechanizm może działać nieco inaczej niż przy żywności, ale wspólnym mianownikiem pozostaje zagospodarowanie pełnowartościowych produktów, które z różnych powodów nie są już przeznaczone do standardowej sprzedaży.

W branży beauty dotyczy to m.in. produktów sezonowych, limitowanych kolekcji czy pojedynczych sztuk pozostających na magazynie. W przypadku kosmetyków kolorowych problem może być szczególnie widoczny ze względu na częste zmiany kolekcji i dużą liczbę wariantów kolorystycznych.

Dla konsumenta dodatkową zachętą jest cena. W przypadku zestawu do ust za 69,90 złotych deklarowana wartość produktów wynosi minimum 140 złotych. To oznacza, że użytkownik otrzymuje kosmetyki za około połowę ich wartości rynkowej, choć nie ma wpływu na dokładny skład paczki.

image

UOKiK zgodził się na przejęcie Inglot przez Avallon MBO. Fundusz obejmie 51 proc. udziałów

Inglot stawia na własną produkcję

W komunikacji dotyczącej współpracy Inglot zwraca uwagę również na skalę własnej produkcji. Ponad 70 proc. asortymentu marki ma wegańskie formuły, a 95 proc. kosmetyków powstaje w laboratoriach firmy w Przemyślu.

Paczki przygotowane w ramach współpracy z Too Good To Go są dostępne do wyczerpania zapasów. Nie jest to więc stała oferta sprzedażowa, ale dodatkowy kanał dystrybucji produktów, które nie trafiają już do regularnej ekspozycji lub sprzedaży.

 

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Beauty
18.08.2026 09:56
Refy już w polskiej Sephorze. Jak marka Jess Hunt podbiła świat beauty?
Refy wchodzi do polskiej Sephory. Co stoi za sukcesem marki?instagram

Refy, marka beauty współzałożona przez brytyjską influencerkę Jess Hunt, debiutuje w polskiej Sephorze. Jej historia to jeden z ciekawszych przykładów tego, jak marka zbudowana wokół osobistej marki twórczyni internetowej, wiralowych produktów i społeczności może w ciągu kilku lat przejść drogę od internetowego debiutu do globalnego retailu. Co stoi za jej sukcesem?

W tym artykule przeczytasz:

  • Wszystko zaczęło się od... brwi 
  • Produkt był ważniejszy niż sam influencer
  • TikTok zrobił swoje. Ale nie był jedynym bohaterem
  • Sephora pojawiła się szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał
  • Jak z jednego produktu powstał cały „Refy look”?
  • Estetyka, którą łatwo rozpoznać
  • Refy nie jest tylko kolejnym "influencer brand"
  • Najpierw TikTok, potem półka

Refy nie jest w Polsce zupełną nowością. Produkty marki od dawna można było znaleźć w mediach społecznościowych, a jej charakterystyczne opakowania i efekt „sculpted” brows regularnie pojawiały się w tutorialach makijażowych. Produkty można było zamówić z oficjalnej strony brandu oraz sklepów sprowadzających kosmetyki z USA. Teraz jednak marka robi krok, który dla internetowych brandów wciąż ma znaczenie symboliczne: wchodzi do fizycznej sieci Sephora na polskim rynku.

Europejski debiut Refy w Sephorze obejmuje 13 rynków. Sprzedaż online ruszyła 17 sierpnia, a od 31 sierpnia produkty mają pojawić się w 57 sklepach stacjonarnych w Europie, w tym w Polsce. To największa ekspansja detaliczna w historii marki. 

I właśnie dlatego Refy jest ciekawym przykładem tego, jak zmieniła się droga produktu beauty od wirala do półki.

Wszystko zaczęło się od... brwi 

Historia Refy zaczyna się nie od laboratorium ani wielkiego koncernu kosmetycznego, lecz od rutyny makijażowej Jess Hunt.

Hunt była już popularną twórczynią internetową, kiedy podczas jednej z sesji zdjęciowych poznała Jennę Meek, specjalistkę od rozwoju produktów. Meek zauważyła, że przygotowanie charakterystycznych brwi Hunt wymagało kilku produktów, szczoteczek i wielu etapów. Hunt sama wspominała później, że używała dwóch żeli i trzech szczoteczek, aby uzyskać efekt, który chciała nosić na co dzień.

Zamiast uznać to za część beauty routine, którą trzeba po prostu zaakceptować, obie zobaczyły w tym problem do rozwiązania.

Tak powstał Brow Sculpt – produkt, który miał zastąpić wieloetapową stylizację brwi jednym rozwiązaniem. Refy wystartowało w listopadzie 2020 roku, w środku pandemii, czyli w momencie, gdy klasyczne zasady wprowadzania produktów na rynek były mocno zaburzone. Paradoksalnie okazało się to dla marki korzystne. Konsumenci spędzali więcej czasu w telefonach, a media społecznościowe stały się głównym miejscem odkrywania nowych produktów.

Pierwszy zapas, który według założycielek miał wystarczyć na około dziewięć miesięcy, sprzedał się w sześć tygodni. Potem pojawiła się lista oczekujących licząca ponad 100 tys. osób.

To był moment, w którym Refy przestało być eksperymentem.

 

 

image

Nawet milion funtów za kampanię. Marki beauty coraz więcej inwestują w influencerów

Produkt był ważniejszy niż sam influencer

W przypadku marek tworzonych przez influencerów łatwo założyć, że ich sukces jest prostą funkcją liczby obserwujących. Refy pokazuje, że to tylko część układanki.

Jess Hunt miała już ogromną społeczność, ale jej pierwszym produktem nie był kosmetyk stworzony po to, żeby dobrze wyglądał na Instagramie. Brow Sculpt odpowiadał na konkretną potrzebę, a jego działanie było natychmiast widoczne.

To niezwykle ważne w przypadku produktów, które mają szansę na sukces w krótkich formatach wideo. Efekt można pokazać w kilka sekund: brwi przed aplikacją, aplikator, kilka ruchów szczoteczką i gotowy rezultat.

Właśnie taki mechanizm jest dziś jednym z fundamentów beauty commerce w mediach społecznościowych. Produkt nie musi być długo tłumaczony. Musi być demonstracyjny.

W przypadku Refy dochodzi do tego jeszcze jeden element: uproszczenie.

Założycielki od początku budowały markę wokół idei robienia makijażu łatwiej i szybciej. Sama Hunt mówiła, że nie jest makijażystką, tylko osobą, która chce stworzyć efektowny makijaż w mniej niż 20 minut. Pytanie "co jeszcze możemy uprościć w codziennej rutynie?” stało się jednym z fundamentów rozwoju marki.

 

 

TikTok zrobił swoje. Ale nie był jedynym bohaterem

Refy jest dziś często opisywane jako marka, która "wyrosła na TikToku”. To prawda, ale niepełna.

Początkowo Hunt była zdecydowanie bardziej związana z Instagramem. Sama przyznawała, że dorastała wraz z tą platformą i początkowo uważała TikToka za chwilową modę. Dopiero pandemia i zmiana charakteru aplikacji sprawiły, że zaczęła traktować ją jako poważne narzędzie dla marki.

Efekt był spektakularny. Według danych Launchmetrics przywoływanych przez Forbes Refy wygenerowało w ciągu sześciu miesięcy 48,1 mln dolarów Media Impact Value, a 30 proc. tej wartości pochodziło z TikToka. Co szczególnie istotne, 88 proc. TikTokowego MIV marki generowali influencerzy.

Najbardziej interesujące są sytuacje, w których Refy nie musi nawet inicjować wirala.

W kwietniu 2024 roku nieznana wcześniej użytkowniczka TikToka opublikowała około 10-sekundowe nagranie, na którym nakładała tusz Lash Sculpt. Miała około 200 obserwujących. Nie pokazała opakowania, nie wymieniła nazwy produktu i nie prowadziła kampanii reklamowej. Film zebrał 76 mln wyświetleń i ponad 5 mln polubień.

Jeszcze mocniejszy przykład Hunt przytaczała w rozmowie z „Marie Claire”: nagranie klientki pokazującej Lash Sculpt z Sephory miało przekroczyć 100 mln wyświetleń, a produkt wyprzedał się w Sephora US.

To już nie influencer marketing w klasycznym rozumieniu. To community marketing, w którym marka stworzyła produkt na tyle rozpoznawalny i łatwy do pokazania, że użytkownicy zaczęli wykonywać pracę marketingową za nią.

image

Kendall Jenner nową twarzą Anua. To pierwsza globalna ambasadorka marki K-beauty

Sephora pojawiła się szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał

Jednym z najbardziej znaczących momentów w historii Refy był kontakt z Sephorą.

Około sześć tygodni po premierze Brow Sculpt jeden z filmów marki zaczął gwałtownie rosnąć na TikToku. Niedługo później do Hunt zgłosiła się Sephora US z propozycją współpracy. Dla założycielki był to wymarzony partner detaliczny.

Marka trafiła na półki Sephory już w 2021 roku. 

To ciekawy moment, bo pokazuje zmianę logiki, według której marka beauty buduje swoją dystrybucję. Jeszcze niedawno typowa droga wyglądała mniej więcej tak:

produkt → kampania → influencerzy → zainteresowanie konsumentów → retail.

Refy przeszło ją niemal w odwrotną stronę:

twórca → społeczność → produkt → viral → retailer.

Sephora nie musiała więc tworzyć popytu na Refy. Popyt był już widoczny.

 

 

Jak z jednego produktu powstał cały „Refy look”?

Problemem wielu wiralowych produktów jest to, że pozostają pojedynczym hitem. Refy próbowało zrobić coś trudniejszego: stworzyć cały system makijażowy.

Po produktach do brwi pojawiły się m.in. produkty do ust, cery, rzęs, bronzery, róże, rozświetlacze i baza Glow and Sculpt. Marka weszła również w pielęgnację skóry. Sephora opisuje dziś portfolio Refy jako obejmujące makijaż, narzędzia, produkty do pielęgnacji oraz kolejne elementy codziennej rutyny.

W 2025 roku Refy rozszerzyło działalność o skincare, wprowadzając m.in. Face Cleanse i Face Sculpt. Również w tym przypadku marka pozostaje wierna idei upraszczania rutyny i szybkiego efektu.

To ważny etap rozwoju. Refy nie chce być już marką od brwi Jess Hunt. Chce być marką od całego sposobu wykonywania makijażu.

Estetyka, którą łatwo rozpoznać

Nie bez znaczenia jest również sam wygląd Refy

Minimalistyczne opakowania, neutralna kolorystyka, charakterystyczne aplikatory i mocno "clean”, ale nie laboratoryjne podejście sprawiają, że produkty są łatwe do rozpoznania w feedzie. Marka wypracowała własny język wizualny, który działa zarówno w sklepie, jak i na ekranie telefonu.

To istotne, bo dzisiejsze opakowanie kosmetyku musi często funkcjonować jednocześnie jako opakowanie, rekwizyt do tutorialu i obiekt pożądania.

Refy bardzo dobrze rozumie tę zależność. Co więcej, aplikatory są częścią produktu, a nie wyłącznie dodatkiem. W Brow Sculpt trzy różne funkcje zostały umieszczone w jednym rozwiązaniu. To właśnie tego rodzaju połączenie funkcjonalności i designu pozwalało marce wyróżnić się na tle tradycyjnych produktów do brwi.

Najciekawsze jest to, że Refy zaczęło słuchać własnej społeczności

W miarę rozwoju marka zaczęła zmieniać relację z odbiorcami. Społeczność nie jest już tylko grupą osób, które kupują produkty. Stała się również źródłem danych dla działu produktowego.

Hunt opowiadała, że Refy regularnie pyta swoją bazę klientów, czego chcą dalej – od nowych produktów po konkretne kolory. Jej zdaniem społeczność wpływa dziś na rozwój produktów i odcieni.

To model szczególnie interesujący dla współczesnego beauty. Marka nie musi wyłącznie przewidywać trendów. Może je testować bezpośrednio na swojej społeczności.

I co ważne, Refy nauczyło się również reagować na krytykę. Pierwsza negatywna recenzja na TikToku miała wywołać u Hunt panikę. Później okazała się jednak lekcją: marka zaczęła precyzyjniej komunikować, dla kogo konkretny produkt jest przeznaczony i jakiego efektu należy się po nim spodziewać.

image

Estée Lauder ma chętnych na swoje marki. Co dalej z Too Faced i Dr. Jart+?

Refy nie jest tylko kolejnym "influencer brand"

Skala biznesu zaczęła szybko wykraczać poza działalność typową dla influencer brandu. Już w 2022 roku Forbes informował, że Refy sprzedało ponad 2,5 mln produktów, miało 8 mln odwiedzin strony i było wyceniane na 50 mln funtów. 

Dziś marka działa w znacznie szerszym ekosystemie sprzedaży. Poza własnym e-commerce obecna jest m.in. w Sephorze, a także w innych kanałach detalicznych. Jej rozwój obejmuje również USA, Kanadę i Bliski Wschód, a teraz także Europę.

Najpierw TikTok, potem półka

Paradoks Refy polega na tym, że marka została zbudowana w świecie, w którym fizyczny sklep nie był potrzebny do rozpoczęcia sprzedaży. A jednak dziś właśnie wejście do sklepów jest jednym z najważniejszych etapów jej dalszego rozwoju.

Viral można kupić. Można zaplanować kampanię, zatrudnić twórców i wygenerować miliony wyświetleń. Znacznie trudniej stworzyć produkt, który użytkownicy sami chcą pokazywać, markę, którą chcą obserwować, oraz estetykę, którą rozpoznają bez logo.

Refy udało się połączyć te elementy.

I właśnie dlatego wejście marki do polskiej Sephory jest interesujące nie tylko dla fanek Brow Sculpt. To kolejny dowód na to, że granica między influencerem, założycielem marki, medium i kanałem sprzedaży praktycznie się zatarła. Dziś jedna osoba może być twarzą produktu, jego pierwszym testerem, twórcą contentu, dyrektorem kreatywnym i punktem wyjścia do budowania całej społeczności.

 

Źródło: Forbes, Vogue, Marieclaire

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
20. sierpień 2026 13:37