StoryEditor
Producenci
28.08.2018 00:00

[RAPORT] Nowość równa się ryzyko, ale warto je podjąć!

Prowadzenie biznesu powiązane jest z podejmowaniem ryzyka. Kto nie ryzykuje, ten się nie dowie, czy w jego sklepie nowość się przyjmie, czy nie. Liczba czynników wpływających na powodzenie lub porażkę jest długa i niestety w małym stopniu zależna od samego właściciela sklepu lub jego personelu, choć częściowo oczywiście jest.

CZY NOWOŚCI SĄ WAŻNE Z PERSPEKTYWY BIZNESU DROGERYJNEGO?

Cykl życia człowieka i produktu jest w zasadzie bardzo podobny. Rodzimy się, rozwijamy, stabilizujemy, starzejemy i na końcu niestety umieramy. Nie ma możliwości, abyśmy przeżyli kilkadziesiąt lat jako noworodek. Podobnie jest z produktami. Są nowościami z nadzieją, że za chwilę staną się produktami znanymi i kupowanymi. W obu cyklach chodzi o to, aby trwały one maksymalnie długo.

Świat deklaracji jest piękny. Wszyscy jesteśmy ciekawi świata i nowości, chętnie uczymy się, jesteśmy prawdomówni, myjemy często zęby i jesteśmy bardzo kreatywni. Świat realny wygląda nieco inaczej.

Pytanie, czy nowości są istotne w biznesie drogeryjnym, wydaje się banalnie proste, odpowiedź wydaje się oczywista. Jednak po chwili namysłu, zarówno pytanie, jak i odpowiedź wcale nie są łatwe. „Tak, nowości są bardzo ważne” – odpowiecie na pewno. A czy stanowią duży udział w obrocie? Tu już może być różnie. Czy macie nastawiony radar na poszukiwanie tego, co nowe, i wprowadzacie to natychmiast? Czy chcecie się uczyć i poznawać nowe trendy? Tu też w rzeczywistości bywa inaczej niż w deklaracjach.

CZY MUSZĘ WPROWADZAĆ NOWOŚCI?

Teoretycznie nowości powinny być na półce. Praktycznie nowość równa się ryzyko, bo nie mamy pewności, że się przyjmie i że nie zniknie po kilku miesiącach, zostawiając nas z problemem w postaci zalegającego towaru, na który nie ma chętnych.

Patrząc na badania rynku kosmetycznego (segment detaliczny), widzimy, że klienci nie stawiają atrybutu nowości bardzo wysoko przy podejmowaniu decyzji zakupowych. „Wiadomości Kosmetyczne” z października 2017 r. publikują badanie wykonane dla redakcji przez firmę Mands Badanie Rynku i Opinii. Zadano w nim pytanie „Co jest ważne dla Pani/Pana przy wyborze produktów kosmetycznych?”. Jest wiele odpowiedzi, ale ani razu nie pojawia się deklaracja, że ważne jest to, aby produkt był nowością. Wręcz odwrotnie, aż 37 proc. badanych deklaruje, że ważne jest przyzwyczajenie (a przecież nie możemy być przyzwyczajeni do nowości na półce).

Co więcej, bardzo trudno jest bez szerokiej wiedzy ocenić, czy to, co zostało nam zaproponowane, ma szansę na szybką i stabilną rotację. Często właściciele sklepów przerzucają odpowiedzialność na swoich pracowników (co uważam za ogromny błąd). Można usłyszeć: „Pokażę to moim dziewczynom, niech zadecydują, czy chcą”. „Dziewczyny” najczęściej nie chcą (kto chce sobie dokładać roboty?), a jeśli zdecydują się na nowy towar i okaże się to pomyłką, to wtedy właściciel zrzuci winę na personel: „Chciałyście? To teraz to sprzedawajcie”.

Oczywiście musimy wprowadzić rozróżnienie pomiędzy nowościami wprowadzanymi przez międzynarodowe korporacje, którym w zasadzie nie można odmówić, bo siła skali jest tak wielka, że towar wejdzie na półki tak czy inaczej. Ryzyko jest mniejsze, bo ze względu na oferowane wsparcie sprzedaży, reklamę i całe zaplecze szansa odrzucenia produktu przez rynek maleje znacząco, a gdyby nawet, to i tak możemy wyrównać stratę, rozliczając się innym rotującym towarem pochodzącym z tej samej korporacji. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku małych czy wręcz startupowych marek. Tu ryzyko jest większe, a konserwatywni właściciele drogerii patrzą raczej mało przychylnie na kosztowne eksperymenty. Nic dziwnego. Polacy nie lubią eksperymentów. Może nawet zainteresują się nowością, po czym włożą do koszyka sprawdzony i sprzedawany od lat produkt. Dowód słuszności społecznej działa i kupujemy to, co kupują inni. Koło się zamyka. Dodatkowo marki startupowe mają na ogół małe i skromne budżety, a więc nie oferują potężnego wsparcia marketingowego ani premii. Często spotkanie właściciela drogerii z reprezentantem takiej marki kończy się standardowym stwierdzeniem: „To się u mnie nie sprzeda”.

Na liście przebojów pierwsze miejsca zajmują piosenki znane. Te nieznane przebijają się do góry i tylko nieliczne osiągną pierwszą trójkę.

CZY FAKTYCZNIE KAŻDĄ NOWOŚĆ NALEŻY WPROWADZIĆ? JAK OCENIĆ SZANSĘ NA POWODZENIE SPRZEDAŻY?

Wiadomo, że na rynku pojawia się bardzo duża liczba nowości. Odpowiedź jest prosta. Nie ma najmniejszych szans na wprowadzanie każdej nowości. Czy produkt będzie się dobrze sprzedawał? To pytanie o to, czy w lipcu 2023 roku będzie ładna pogoda. Prowadzenie biznesu powiązane jest z podejmowaniem ryzyka. Kto nie ryzykuje, ten się nie dowie, czy w jego sklepie nowość się przyjmie, czy nie. Można oczywiście dokonać logicznej oceny szans, ale rynek i zachowania konsumentów nie kierują się niestety logiką. Można szanse ocenić intuicyjnie. Ale intuicja ma to do siebie, że jest jak pies, którego wołamy: „Przyjdziesz tu, czy nie?”. Przychodzi lub nie. Znam przykład genialnie rosnącego start-upu, który osiąga rewelacyjne rezultaty w sprzedaży online. Wchodzi do dobrej, międzynarodowej sieci sklepowej i… klapa. Sprzedaż na poziomie dwóch sztuk w miesiącu na sklep. Dlaczego? To temat na oddzielny materiał. Ale to właśnie pokazuje, że nigdy nie ma pewności, że produkt zostanie dobrze przyjęty przez klientów. Liczba czynników wpływających na powodzenie lub porażkę jest długa i niestety w małym stopniu zależna od samego właściciela sklepu lub jego personelu (choć częściowo oczywiście jest).

JAK DOBIERAĆ NOWOŚCI, ŻEBY ASORTYMENT BYŁ RÓŻNORODNY, A ZARAZEM ŻEBY NIE ZOSTAĆ Z ZAPASEM, DŁUGAMI, NIEROTUJĄCYM TOWAREM?

Tutaj znowu musimy dokonać podziałów: wziąć pod uwagę rodzaj drogerii, jej lokalizację, typ oferty. Mamy w Polsce kilka drogerii specjalizujących się w nowościach i świetnie z tego żyjących. Ale ich sukces zasadza się między innymi na tym, że jest ich kilka. Właściciele tych sklepów faktycznie przeczesują rynek i mają genialnego nosa do wywąchiwania okazji. Ale ta zabawa przypomina trochę inwestycje na giełdzie. Trzeba się naprawdę znać na rynku, aby dokonywać dobrych wyborów. Inaczej gra się na chybił trafił, a jak wiadomo wtedy jest to hazard, a nie przemyślane budowanie portfolio.

Zdecydowana większość sklepów sprzedaje to, co się sprzedaje (lubimy te piosenki, które znamy). Większość właścicieli tradycyjnych drogerii nie ma pieniędzy na budowanie odważnego portfolio. Na półkach klasyka (nudna, ale bezpieczna).

Pozostaje jeszcze kwestia personelu. Tu panuje powszechne i głębokie zakłamanie. Prowadząc szkolenia, rzadko spotykam właścicieli, którzy potrafią ocenić realnie wiedzę i umiejętności sprzedażowe personelu. Niestety, na ogół są one nie tyle niskie, co dramatycznie niskie. Ostatnio w jednej z międzynarodowych sieci zapytałem konsultantkę, czy wie coś o kwasie hialuronowym. Popatrzyła na mnie zdziwiona i powiedziała, że nie. Zapytałem o olej arganowy (niech powie cokolwiek). NIC. Zapytałem o działanie kolejnego ważnego składnika. NIC. Ciekawy jestem, czy zarząd tej sieci ma świadomość, ile traci przez zaklęty krąg niskiej pensji, dużej rotacji pracowników i ich podejścia do obowiązków. Kolejna opowieść z terenu. W drogerii międzynarodowej sieci widzę cztery konsultantki plus jedną wizażystkę zatrudnioną przez międzynarodowy koncern do obsługi klientów. Klientka podchodzi do półki, długo ogląda kosmetyki. Nikt nie podchodzi. Pani z korporacji na wszelki wypadek patrzy w inną stronę – oby tylko nie było kontaktu wzrokowego, uff... Po paru minutach klientka wychodzi bez zakupów. Z drugiej strony to może dobrze, że nikt do niej nie podszedł, biorąc pod uwagę poziom obsługi.

Wiem, że teza jest odważna, ale moim zdaniem w zdecydowanej większości drogerii nie prowadzi się sprzedaży doradczej. Jest podawanie, kasowanie, wciskanie, polecanie aktualnej promocji (nieraz bez sensu i bez powiązania z zakupami klienta). Jest metkowanie. Jest ustawianie. Jest: „W czym mogę pomóc?”, ale doradztwa BRAK.

Trzeba szukać miejsca na nowości i mądrze tworzyć proporcje pomiędzy tym, co nowe, a tym, co znane, lubiane i kupowane

JAK ROZKŁADA SIĘ RYZYKO?

Nowości korporacyjne muszą być na półce i nie ma dyskusji (dyskusja z wielką korporacją prowadzona przez mały sklep ma szanse na powodzenie porównywalne z pomysłem na zatrzymanie Pendolino za pomocą kolana). Ale korporacja wprowadza produkty przemyślane, po analizie rynku, wsparte potężną kampanią marketingową, materiałami POS, szkoleniami. Ryzyko niewielkie, siła nacisku wielka, więc nie ma co się zastanawiać. Co więcej portfolio takich firm jest potężne, więc zawsze uda się zminimalizować stratę, nawet gdyby nowość nie przyjęła się na rynku.

Nowości małych marek. Tu ryzyko jest znaczne. Budżet niewielki. Wsparcie symboliczne. Jeśli coś pójdzie źle, kłopot murowany. Z drugiej strony sklepy niechętne nowościom same od siebie też niewiele dadzą. Będą raczej z ponurym uśmiechem przyglądać się spektakularnej katastrofie, komentując pod nosem „A nie mówiłem”. Tymczasem piłka jest w grze po obu stronach. Producent ma dać wsparcie, a sklep ma sprzedawać. To słowo jest kluczem do wszystkiego: SPRZEDAWAĆ. Często słyszę, że towar się nie sprzedaje. Towar ma być sprzedawany przez ludzi zatrudnionych w sklepie. Jak sam się będzie sprzedawał, to chyba pora pożegnać sprzedawców, konsultantów czy doradców (de facto to samo stanowisko). Marzy mi się, że z roku na rok będę spotykał coraz więcej drogerii, które będą chwalić się tym, że potrafią sprzedać bardzo trudne i wymagające produkty. Że usłyszę: „To ekstremalnie trudny produkt i prawie nikt go w Polsce nie sprzedaje. A my sprzedajemy go bez problemu, bo potrafimy”.

Aby wprowadzić optymistyczny akcent – są na polskim rynku sieci sklepów (i sklepy pojedyncze), które są znakomitym przykładem, jak można z głową, odważnie i sensownie wprowadzać nowości. Ich właściciele mają szeroką znajomość rynku kosmetycznego, poruszają się sprawnie po świecie i wyszukują atrakcyjne nowości. Nie zamykają drzwi przed tymi, którzy chcą im zaproponować coś nowego. Są chętni na inwestycje w szkolenia (nawet takie, które są innowacyjne), chcą pokazywać nowości i uczą swój personel, jak te nowości sprzedawać. Nie grają tylko promocjami cenowymi. I co ciekawe są to sieci usytuowane na tzw. prowincji. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co można zrobić w sklepie drogeryjnym oddalonym o wiele kilometrów od wielkiego miasta. Właśnie w takich sklepach spotykam najwięcej przełomowych nowości i do nich jadę, kiedy chcę pokazać, że pojawiło się coś ciekawego na polskim rynku. Tam spotykam personel, który chce się czegoś dowiedzieć. W poziomie obsługi wygrywają na razie małe, polskie drogerie. Praca z takimi sklepami jest dla mnie zawsze źródłem satysfakcji i szkoląc personel, mam poczucie, że ma ona głęboki sens. Pozwala przetrwać na rynku sklepom, które w innych częściach Europy oddały pole międzynarodowemu biznesowi. Ja uparcie wierzę, że w Polsce będzie inaczej.

W małym, tradycyjnym sklepie całe koszty i ryzyko związane z wprowadzeniem nowości ponosi jego właściciel. Sieć o dużej sile przeniesie koszty i ryzyko na dystrybutora nowości, właściciela marki. 

JAK OCENIĆ, ŻE JAKIEŚ PRODUKTY POWINNO SIĘ JUŻ WYCOFAĆ, A W TO MIEJSCE WPROWADZIĆ NOWE?

Właściciel sklepu czy menedżer zarządzający siecią wie dokładnie, jaki asortyment dobrze rotuje. Tu sprawa jest prosta, widać to po wynikach sprzedaży. Z nowościami jest inaczej, bo nie mamy historii sprzedaży i to, czy będzie dobrze, czy nie, pokaże czas.

W małym, tradycyjnym sklepie całe koszty i ryzyko związane z wprowadzeniem nowości ponosi jego właściciel. Sieć o dużej sile przeniesie koszty i ryzyko na dystrybutora nowości (właściciela marki). Po pierwsze zażąda refundacji wyprzedaży tego, co ma zniknąć z półki. Po drugie umieści w umowie punkt o bezwarunkowym zwrocie nierotującego towaru. Po trzecie złupi wchodzącego tak bardzo, jak tylko to będzie możliwe. Po czwarte przeniesie na wprowadzającego nowość większość lub wszystkie koszty marketingowe. Po piąte wynegocjuje korzystne dla siebie warunki handlowe. Prawda jest taka, że dla dużych sieci nowa marka to wspaniała ofiara. Bez ryzyka można wycisnąć z niej wszystko do cna i co więcej ofiara do ostatniego oddechu patrzy wdzięcznymi oczami. Takie nowe marki pomagają odbudować marżę, wyprzedać nierotujący towar i są chętne do inwestowania w nic nieprzynoszące sprzedażowo, a przy okazji bardzo drogie działania marketingowe. Taka przygoda czasem kończy się tak jak nocleg podróżującego samotnie kupca proszącego o możliwość przenocowania w jaskini Alibaby i czterdziestu rozbójników.

Dlatego też, jak słyszę właściciela małej, stawiającej pierwsze kroki firmy w biznesie, że marzy o wejściu do sieciowego giganta, zawsze staram się pokazać wszystkie plusy, ale też wyraźnie unaocznić ogromne zagrożenie. Czasem razem z właścicielem analizujemy dokładnie wszystkie za i przeciw i czasem pomimo ogromnego apetytu na sukces stwierdzamy, że jeszcze nie pora na tak ryzykowny krok.

CZY, JEŚLI MAMY W OFERCIE DOBRZE ROTUJĄCE LINIE, WARTO Z NICH REZYGNOWAĆ TYLKO DLATEGO, ŻE POJAWIŁY SIĘ NOWE?

Nie. Skoro produkt cieszy się zainteresowaniem klientów, jaki jest sens tracić obrót i zysk? Trzeba szukać miejsca na nowości i mądrze tworzyć proporcje pomiędzy tym, co nowe, a tym, co znane, lubiane i kupowane. Produkty dobrze rotujące wymagają od nas znacznie mniej pracy i nakładów finansowych. To właśnie one powinny finansować półkę z nowościami. A to, czy proporcja pomiędzy ofertą regularną a nowościami będzie wynosiła 90/10 czy 80/20, a może będzie zupełnie inna, zależy od właściciela i jego strategii oraz otoczenia biznesowego, w jakim przyszło mu sprzedawać.

SKĄD MAM POZYSKIWAĆ ATRAKCYJNE NOWOŚCI?

W przypadku właścicieli małego sklepu samodzielne szukanie i wprowadzanie nowości jest praktycznie niemożliwe. Nawet jeśli zdobędą się na odwagę oraz inwestycję i wyruszą na jedne z wielkich międzynarodowych targów, to i tak nie będą mieli szans na rozpoczęcie dystrybucji. Wystawiające się tam marki będą wymagały deklaracji nie tylko obrotów, ale też aktywnego budowania dystrybucji na szerszym terenie (najczęściej całego kraju), co wymaga już posiadania odpowiedniego zaplecza w postaci zespołu handlowego. Szanse na taką współpracę mają duże hurtownie zaopatrujące setki mniejszych sklepów w kosmetyki i chemię gospodarczą. Dysponują one budżetem, zapleczem logistycznym i wyszkolonym zespołem sprzedażowym. Moim zdaniem współpraca z taką hurtownią to dla pojedynczego sklepu bezpieczny i logiczny sposób zaopatrywania się w nowości.

Czasem zdarza się, że nowa marka samodzielnie i bezpośrednio współpracuje ze sklepami, co z jednej strony daje im lepsze warunki marżowe, ale z drugiej większe ryzyko i na ogół słabszą obsługę logistyczną oraz przedstawicieli handlowych. Zysk będzie większy, ale na towar pewnie poczekamy dłużej i przedstawiciel będzie u nas niczym gość na urodziny (czyli raz w roku). Oczywiście nie mówię o znanych markach, które cyklicznie odnawiają swoje portfolio i z automatu wprowadzają nowości na sklepowe półki przez hurtownie lub przez własne zespoły handlowe.

Sieci międzynarodowe, większe polskie sieci, hurtownie mają dwie podstawowe drogi pozyskania nowości. Same jadą na zagraniczne targi, gdzie polują na ciekawe marki i rywalizują o wyłączność na ich dystrybucję, albo korzystają ze złożonych im ofert. Kupcy w sieciach w zasadzie codziennie dostają propozycje zainteresowania się jakąś nowością. Od ich wiedzy, znajomości rynku, strategii firmy, a czasem humoru zależy, czy dana nowość będzie miała szansę zaistnienia. Dlatego też nie nazywałbym polskiego rynku rynkiem klienta. To z pewnością rynek kupca, który decyduje, co klient zobaczy na półce.

CO TRZEBA KONIECZNIE PRZEANALIZOWAĆ, MYŚLĄC O WPROWADZENIU NOWOŚCI?

Jeśli jest to nowa, nieznana na polskim rynku marka, musimy poznać jej historię. Jak długo jest na rynku, kto za nią stoi, czy jest to kolejna marka tego samego właściciela, gdzie jest produkowana, na jakich rynkach jest sprzedawana, gdzie osiągnęła sukces, a gdzie sprzedaje się słabo? Do jakiej grupy klientów jest skierowana, czy wpasowuje się w naszą strategię, czy ją poszerza? Jakim budżetem marketingowym dysponuje i jaki ma pomysł na wejście na rynek? W jaki sposób będzie nas wspierać? Co stanowi o jej unikalności i wartości dla klienta, a co stanowi o wartości dla nas jako właścicieli sklepu? Ile musimy w nią zainwestować na początku i co będzie, gdy po próbnym okresie okaże się, że jednak nie chcemy kontynuować współpracy? Jakie ma plany odnośnie dalszej ekspansji na rynku i do jakich sieci i kanałów dystrybucji będzie próbowała wejść? Czy jej produkty będą dostępne online i czy ceny tam proponowane pozwolą na zbudowanie zyskownej polityki cenowej w moim sklepie? W jakie obecnie sprzedawane w moim sklepie marki uderzy i czy chcę, aby tak się stało?

Nie możemy też zapomnieć o analizie oferty drogerii pod względem cenowym. Nie zawsze to, co najtańsze, jest najbardziej atrakcyjne. Czym więcej poświęcamy czasu na analizę i myślenie o naszym sklepie, tym lepiej dla biznesu. Dobry układ ekspozycji, przemyślany dobór marek, odpowiednia proporcja pomiędzy ofertą standardową i nowościami, potrafiący sprzedawać personel mogą zdziałać więcej niż znakomita lokalizacja. Nie bójmy się inwestować w dobre szkolenia sprzedażowe i nie obrażajmy się, kiedy wnioski po takim szkoleniu nie będą w pełni pokrywały się z naszymi wyobrażeniami. Jeśli chcemy się leczyć, musimy mieć dobrą diagnozę.

Jeśli mamy do czynienia z nowym produktem istniejącej już marki, musimy sprawdzić, czy jest to faktycznie nowy produkt z nowym pomysłem, czy tylko nowe opakowanie, czyli produkt udający nowość. Czy marka, która wprowadza ten produkt, jest już znana na rynku i czy w naszym sklepie już się pojawiła?

Czy nowość wchodzi na zasadzie przemyślanego rozwoju linii produktowej, czy jest to jednorazowa wrzutka związana z panującą obecnie modą? A jeśli jest związana z modą, to czy jest to pierwszy, drugi, trzeci taki produkt na rynku, czy może już 50. lub 60. i nowością jest tylko dla firmy, która go wprowadza. Jest oczywiste, że wprowadzając nowy produkt, ponosimy znacznie mniejsze koszty i ryzyko w porównaniu z wprowadzaniem nowej marki. Szczególnie w przypadku kosmetyków kolorowych inwestycje są spore ze względu na rodzaj ekspozycji i liczbę produktów.

Jeśli wiemy, że personel sklepu nie lubi pracować z nowościami, nie wierzy w ich sukces, nie ma entuzjazmu, nie chce aktywnie pracować z klientami, stosując sprzedaż doradczą, to raczej pozostańmy przy tym, co już mamy, albo zmieńmy personel.

CZY DYSPONUJEMY BUDŻETEM, KTÓRY MOŻEMY PRZEZNACZYĆ NA PROMOCJĘ NOWOŚCI I CZY MAMY ŚWIADOMOŚĆ POZIOMU RYZYKA TEJ INWESTYCJI?

Warto też wiedzieć, jak nowa marka będzie z nami pracować w sensie logistycznym. Gdzie znajduje się magazyn, jaka jest minimalna wartość zamówienia jednostkowego, jaka jest minimalna ilość jednego SKU w zamówieniu, jak szybko od zamówienia otrzymam towar, w jaki sposób zostanie on do mnie dostarczony, w jaki sposób składam zamówienie, jak często odwiedzi mnie przedstawiciel, jak wygląda procedura reklamacyjna i jak szybko ona przebiega?

Balans pomiędzy nowościami a ofertą standardową zależy od nas samych. Z psychologii sprzedaży wiemy, że strach przed stratą ma siłę dwukrotnie większą od obietnicy potencjalnego zysku. Chyba że mamy naturę Kolumba i lubimy wiatr ryzyka. Wtedy jak zwykle i niezmiennie pomyślnego wiatru w żaglach Państwu życzę.

Łukasz Barbacki, właściciel firmy szkoleniowej pracującej dla firm rynku kosmetycznego, dostarczającej praktycznych szkoleń z zakresu sprzedaży www.barbacki-consulting.pl

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Biznes
26.08.2026 14:24
Ozempic czy Mounjaro napędzają nowy rynek suplementów i beauty. W użytkowników GLP-1 celuje nie tylko Nestle. Eksperci ostrzegają
Ankieta Instytutu Gallupa - wyniki dotyczące stosowania GLP-1Gallup

Preparaty białkowe, witaminy i minerały, elektrolity, produkty wspierające jelita, a także suplementy na włosy i skórę — wokół osób stosujących leki GLP-1 powstaje nowa kategoria produktów „towarzyszących”. O ten rynek rywalizują już producenci suplementów, żywności i składników oraz firmy farmaceutyczne. Wejście Nestlé potwierdza potencjał kategorii. Esperci ostrzegają, że nie każdy produkt czy oznaczenie GLP-1 ma uzasadnienie naukowe.

Leki z grupy agonistów receptora GLP-1, takie jak Ozempic, Wegovy, Mounjaro czy Zepbound, nie zmieniają wyłącznie rynku farmaceutycznego. Ich rosnąca popularność wpływa także na sposób odżywiania, sprzedaż żywności funkcjonalnej, suplementów diety i produktów beauty-from-within.

Jak podaje portal "NutraIngredients", 11 proc. dorosłych Amerykanów przyjmuje obecnie leki GLP-1 w celu redukcji masy ciała. To wystarczająco duża grupa konsumentów, by wokół potrzeb pojawiających się podczas terapii zaczął powstawać odrębny rynek tzw. companion nutrition, czyli żywienia i suplementacji wspierających osoby stosujące te leki.

image
Ankieta Instytutu Gallupa - wyniki dotyczące stosowania GLP-1
Gallup

Nestlé zmienia zagrożenie w szansę biznesową

Dla największych koncernów spożywczych leki ograniczające apetyt początkowo były przede wszystkim zagrożeniem: ich upowszechnienie może zmniejszać popyt na przekąski, napoje i żywność paczkowaną. Nestlé próbuje jednak wykorzystać tę zmianę do stworzenia nowego obszaru działalności.

image

Nestlé chce zarobić na lekach odchudzających. Rozwija produkty dla użytkowników GLP-1

W 2024 r. Nestlé Health Science uruchomiło w Stanach Zjednoczonych platformę żywieniową dla użytkowników GLP-1. Łączy ona produkty i materiały dotyczące m.in. zachowania masy mięśniowej, zdrowia jelit, odpowiedniej podaży mikroskładników, nawodnienia, kondycji skóry i włosów oraz kontroli ponownego wzrostu masy ciała. W ofercie znalazły się marki należące do koncernu, m.in. Garden of Life, Boost, Nature’s Bounty, Nuun i Vital Proteins.

W sierpniu 2026 r. firma poinformowała, że dalej rozwija tę strategię. Według Reutersa Nestlé wykorzystuje sztuczną inteligencję i wiedzę z zakresu żywienia do analizowania badań klinicznych, identyfikowania połączeń składników oraz projektowania produktów odpowiadających na potrzeby osób stosujących GLP-1. Koncern przygląda się m.in. utracie masy mięśniowej oraz zmianom wyglądu twarzy towarzyszącym szybkiemu chudnięciu.

Suplementy były pierwsze, ale konkurencja szybko rośnie

Producenci suplementów wcześniej niż wielkie firmy spożywcze zaczęli odpowiadać na nowe potrzeby tej grupy konsumentów. Na rynek trafiały produkty z białkiem, błonnikiem, witaminami i minerałami, elektrolitami, probiotykami oraz składnikami kierowanymi do osób obawiających się pogorszenia kondycji włosów i skóry podczas szybkiej redukcji masy ciała.

Scott Dicker, dyrektor ds. analiz rynkowych w SPINS, ocenia na łamach NutraIngredients, że zaangażowanie firm spożywczych, suplementacyjnych, składnikowych i farmaceutycznych wokół tej samej potrzeby konsumenckiej świadczy o dojrzewaniu kategorii. Wejście dużych graczy może powiększyć cały rynek, ale jednocześnie zwiększa presję na wyspecjalizowane marki suplementów.

image

Honorata Jarocka, Mintel: Efekt Ozempiku w koszyku. Jak leki GLP-1 redefiniują strategię marek spożywczych? [Retail Trends 2026]

Koncerny dysponują skalą, rozbudowaną dystrybucją, dużymi budżetami badawczo-rozwojowymi i szerokim zasięgiem konsumenckim. Mniejsze marki mogą konkurować szybkością wprowadzania innowacji, wyspecjalizowanymi recepturami, wiarygodnością w środowisku medycznym oraz lepszym rozpoznaniem potrzeb użytkowników.

Granice między branżami już się zacierają. Novonesis i Novo Nordisk rozpoczęły współpracę badawczą dotyczącą mikrobiomu i zdrowia metabolicznego. Firmy analizują m.in. możliwość wykorzystania rozwiązań synbiotycznych oraz biomarkerów mikrobiomu. Pokazuje to, że rynek produktów towarzyszących GLP-1 może objąć nie tylko klasyczne suplementy, ale też żywność funkcjonalną, składniki specjalistyczne i rozwiązania rozwijane wspólnie z sektorem farmaceutycznym.

Obietnice dotyczące „Ozempic face”

Nie wszystkie segmenty nowej kategorii mają jednak równie mocne uzasadnienie. Dr Kantha Shelke, wykładowczyni Johns Hopkins University i założycielka firmy Corvus Blue, wskazuje, że największe znaczenie ma gęstość odżywcza produktów. Przy mniejszym apetycie i ograniczonej ilości spożywanego jedzenia trudniej dostarczyć odpowiednią ilość białka, witamin i składników mineralnych.

image

Firmy kosmetyczne wprowadzają pielęgnację korygującą tzw. Ozempic face

Najsilniejsze podstawy naukowe ma wsparcie podaży białka i ochrona beztłuszczowej masy ciała, szczególnie w połączeniu z treningiem oporowym. Uzasadnione może być także zwrócenie uwagi na mikroskładniki i nawodnienie. Nie oznacza to jednak, że każdy taki produkt wymaga specjalnej receptury „dla GLP-1” — podobne potrzeby mogą występować również u innych konsumentów jedzących mniej lub szybko tracących masę ciała.

- Znacznie ostrożniej należy podchodzić do produktów kosmetycznych i suplementów obiecujących przeciwdziałanie tzw. Ozempic face. Określenie to opisuje widoczną utratę tkanki tłuszczowej w obrębie twarzy podczas szybkiego chudnięcia. Nie jest ona skutkiem niedoboru kolagenu, a obecnie nie ma dowodów, że doustne przyjmowanie kolagenu może odtworzyć utraconą objętość twarzy lub w sposób ukierunkowany napiąć luźną skórę — podkreśla Shelke.

Dla branży beauty rosnące zainteresowanie kondycją skóry i włosów w trakcie terapii GLP-1 otwiera przestrzeń do wprowadzania nowych produktów.

Komunikacja powinna opierać się na realnym działaniu składników i dowodach, a nie na obietnicy rozwiązania skutków szybkiej utraty tkanki tłuszczowej.

Sama zmiana etykiety nie wystarczy

Według ekspertki wiele firm na razie przede wszystkim zmienia pozycjonowanie już istniejących produktów. Znacznie mniej marek rzeczywiście modyfikuje receptury pod kątem osób przyjmujących GLP-1. Tymczasem użytkownicy tych leków mogą jeść mniejsze porcje, inaczej odczuwać apetyt i wybierać inne smaki, co stawia przed producentami konkretne wyzwania formulacyjne i sensoryczne.

W dłuższej perspektywie określenie „GLP-1 companion” może stracić na znaczeniu, a produkty zostaną włączone do szerszych kategorii zdrowia metabolicznego, kontroli masy ciała i wellness. Konsumenci szukają bowiem nie tyle produktów związanych z mechanizmem działania leku, ile konkretnych korzyści: sytości, zachowania mięśni, komfortu trawiennego, nawodnienia i odpowiedniego odżywienia.

Na trwałym wzroście popytu mogą więc skorzystać segmenty białka, błonnika, probiotyków, elektrolitów i celowanej suplementacji witaminowo-mineralnej. W obszarze beauty-from-within przewagę zyskają natomiast marki, które potrafią udokumentować działanie i uczciwie określić granice swoich produktów. Sama etykieta z hasłem GLP-1 może przyciągnąć uwagę, ale wraz z dojrzewaniem rynku przestanie wystarczać.

*Opracowanie własne na podstawie artykułu Danielle Masterson „GLP-1 nutrition race heats up as Nestlé, supplements and pharma target ‘companion’ market”, opublikowanego 25 sierpnia 2026 r. w serwisie NutraIngredients, informacji Nestlé Health Science oraz Reutersa.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Prawo
25.08.2026 15:26
Branża beauty ostro krytykuje reformę podatkową rządu. Wyższy CIT uderzy w wiele firm kosmetycznych [LISTA]
materiał partnera

Wzrost stawki z 19% do 22% dla podmiotów o rocznych przychodach przekraczających 50 mln euro (200 mln zł). Zmiana może objąć około 4,4 tys. podatników - w tym perły polskiego eksportu oraz dziesiątki rozwijających się i zatrudniających setki tysięci osób firm z branży beauty: Ziaja, Eris, Bieledna czy Eveline Cosmetics, które ostro skrytykowały reformę.

Rząd serwuje polskiej gospodarce potężne obciążenia. Największe przedsiębiorstwa (o przychodach powyżej 50 mln euro) zapłacą podatek CIT według stawki 22 proc. zamiast dotychczasowych 19 proc. Oznacza to realny wzrost stawki aż o 16 proc. Zmiana dotknie około 4,4 tys. podmiotów – w tym perły polskiego eksportu. Firma wykazująca 100 mln zł dochodu zapłaci nawet 3 mln zł dodatkowego podatku rocznie.

Eveline Cosmetics i Ziaja: Wyższy CIT to hamulec dla inwestycji i innowacji

Ekonomiści, m.in. przedstawiciele Business Centre Club, wskazują, że choć zmiana ma być teoretycznie neutralna dla budżetu, to de facto przesuwa obciążenia na kapitał. W praktyce wyższy CIT może stać się hamulcem inwestycyjnym. Skutki reformy jako pierwsi odczują giganci produkcyjni z sektora beauty.

– Dla polskich producentów kosmetyków, którzy na co dzień ostro konkurują z zagranicznymi korporacjami na rynkach globalnych, podniesienie CIT do 22 proc. to potężny cios w budżety inwestycyjne. Zamiast reinwestować wypracowane zyski w nowoczesne laboratoria, innowacyjne formuły i zrównoważoną produkcję, będziemy musieli oddać te środki fiskusowi. To krok, który ewidentnie osłabi konkurencyjność całej branży beauty w Polsce, z której nasz kraj słynie na świecie – komentuje przedstawiciel zarządu Eveline Cosmetics.

Podobne obawy płyną z otoczenia innych dużych graczy rynkowych, takich jak Ziaja, dla których uszczuplenie kapitału na rozwój może spowolnić dynamikę rynkową i wymusić podniesienie cen produktów docelowych na półkach sklepów.

Kosmetyczne zmiany uderzą w ryczałtowców

Rząd zapowiedział zmiany w podatku dochodowym od osób fizycznych (PIT) - ograniczają się one do podniesienia progu stawki 12 proc. ze 120 tys. do 130 tys. zł oraz wprowadzenia nowej stawki buforowej w wysokości 24 proc. dla przedziału 130–150 tys. zł. Stawka 32 proc. będzie obowiązywać dopiero powyżej 150 tys. zł.

Jak wynika z wyliczeń ekspertów, maksymalna korzyść dla podatnika wyniesie zaledwie 3600 zł rocznie, czyli około 300 zł miesięcznie. Co kluczowe, miliony osób zarabiających poniżej 120 tys. zł nie zyskają na reformie ani złotówki. To zmiana wyłącznie dla wąskiego wycinka klasy średniej.

Drastycznemu cięciu ulega również limit przychodów uprawniający do korzystania z ryczałtu – z 2 mln euro spadnie on do zaledwie 250 tys. euro (obniżka o ponad 87 proc.). Oznacza to wypchnięcie tysięcy średnich firm usługowych do rozliczeń według skali. Dodatkowo danina solidarnościowa dla najbogatszych wzrośnie z 4 proc. do 5 proc.

Przedstawiciele biznesu oraz ekonomiści (m.in. Business Centre Club) oceniane zmiany widzą jako próbę ograniczenia tzw. arbitrażu podatkowego – czyli zmniejszenia różnic w opodatkowaniu etatu i samozatrudnienia. Wskazują jednak na poważne ryzyka:

- Hamulec inwestycyjny: Wyższy CIT dla największych graczy może bezpośrednio obniżyć ich skłonność do reinwestowania zysków, co w dłuższej perspektywie grozi spowolnieniem wzrostu gospodarczego.

- Zbytnia ciasnota nowych progów: Przedział stawki 24% (130–150 tys. zł) jest bardzo wąski (20 tys. zł), co zdaniem biznesu wymaga rozszerzenia, by stawka ta spełniała rolę trwałego bufora.

- Wypychanie z ryczałtu: Odrzucenie limitu ryczałtu do 1 mln zł uderzy w średnie przedsiębiorstwa i firmy usługowe, zmuszając je do powrotu na rozliczenie według skali lub podatku liniowego.

Czołowe firmy branży kosmetycznej i beauty w Polsce

Reforma dotknie zarówno wielkie koncerny objęte wyższym CIT-em, jak i mniejsze podmioty produkcyjne czy sieciowe z sektora beauty. Do największych polskich producentów i marek kosmetycznych należą:

  • Ziaja – jeden z liderów polskiego rynku z szerokim portfolio kosmetyków pielęgnacyjnych.
  • Bielenda Kosmetyki Naturalne – dynamicznie rozwijający się producent (właściciel m.in. marek Soraya i Dermika).
  • Dr Irena Eris – znany producent kosmetyków premium i dermokosmetyków oraz operator instytutów i hoteli SPA.
  • Eveline Cosmetics – duży producent i eksporter kosmetyków pielęgnacyjnych oraz kolorowych.
  • Oceanic – producent specjalistycznych dermokosmetyków (m.in. marka AA).
  • Inglot – międzynarodowa polska marka z sektora kosmetyków do makijażu.
  • Cosmo Group – lider rynku stylizacji paznokci (właściciel marki NEONAIL).
  • Global Cosmed – duży wytwórca kosmetyków i chemii gospodarczej (marki Apart, Bobini).
  • Torf Corporation – producent kosmetyków pielęgnacyjnych marki Tołpa.

 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
26. sierpień 2026 23:06