StoryEditor
Drogerie
03.10.2024 11:51

Henri Hampe i Markus Trojansky, dm Drogerie Markt: Pojawiliśmy się w Polsce i nie zamierzamy już się wycofać

Od lewej: Markus Trojansky i Henri Hampe. / fot. Agata Grysiak, wiadomoscikosmetyczne.pl

Co dm Drogerie Markt planuje dalej, jeśli o chodzi o polski rynek, w jaki sposób są projektowane przestrzenie sprzedaży i czemu w drogeriach dm nie uświadczymy alkoholu — to i więcej znajdą nasi Czytelnicy i Czytelniczki w wywiadzie z Henrim Hampe, dyrektorem obszaru administracji i sprzedaży, i Markusem Trojanskym, dyrektorem zarządzającym DM w Polsce, który jest odpowiedzialny za rozwój marki DM we wszystkich krajach.

Jakie są kluczowe założenia strategii dla dm w Polsce na najbliższe 3-5 lat?

Markus Trojansky: W Polsce realizujemy strategię omnichannel, co oznacza, że klienci mają trzy możliwości dokonania zakupów w drogerii dm. Pierwszą opcją jest tradycyjne kupowanie w sklepie stacjonarnym. Drugą możliwością są zakupy online, z dostawą, na przykład poprzez InPost,czy DPD. Trzecią opcją jest dm Express, czyli robimy zakupy online, ale odbieramy je w wybranej przez siebie drogerii stacjonarnej. Wierzymy, że możemy zaoferować naszym klientom pełne spektrum usług, zgodnie z naszym mottem: „dm sprawia, że życie jest piękne. I jest zawsze dla Ciebie dostępne.” To taki mikrokosmos dm.

To już trzy, a dalsze? Czy dm rozważa wprowadzenie nowych kanałów sprzedaży, na przykład Live Shopping?

Henri Hampe: Aktualnie w Niemczech eksperymentujemy z tym kanałem sprzedaży, ale w Polsce nie planujemy jeszcze takiego wdrożenia. Jednak wszystko stoi przed nami otworem. Polska jest dla nas bardzo ważnym rynkiem, a jednym z kluczowych elementów naszej strategii są zawsze niskie ceny, które pozostają stabilne i trwałe, i tym chcemy zawojować polskie serca.

Kontynuując temat strategii — jakie wyzwania napotkaliście w kontekście ekspansji na polski rynek, i jakich wyzwań spodziewacie się, rozwijając się w innych regionach Polski?

MT: To, co zauważamy na co dzień, to fakt, że wynajmujący lokale bardzo chętnie otwierają przed nami drzwi. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy wyjątkową, dyskontową drogerią specjalistyczną. Naszą przewagą nie jest tylko szeroka oferta produktów i profesjonalne doradztwo naprawdę dobrze przeszkolonych pracowników i pracownic, ale także stale niskie ceny. Klienci są ciekawi naszej oferty i naszego konceptu, czekają na to, jak pojawimy się w ich miejscowościach, dlatego właściciele nieruchomości chętnie z nami współpracują.

HH: Nie prowadzimy akcji promocyjnych, gdzie ceny zmieniają się, skaczą w górę i w dół, a klient czy klientka musi czuwać, kiedy akurat opłaca się zrobić zakupy, a kiedy lepiej poczekać. Nasze ceny są zawsze niskie i stałe, niezależnie od promocji u konkurencji.

MT: Klienci na każdym nowym rynku, na który wchodzimy potrzebują czasu, żeby to zrozumieć. Dlatego największym zadaniem dla nas na teraz jest przekonanie ich, że zakupy u nas są zawsze tańsze, nawet bez promocji. Polacy są ogromnie przedsiębiorczy i gospodarni, jeśli chodzi o finanse, i zostali też nauczeni przez sieci wypatrywania promocji. I to jest dla nas bardzo duże wyzwanie, ponieważ potrzebujemy właśnie tej cierpliwości, a cierpliwości nie da się wpisać w okienko w Excelu. 

HH: Przeanalizujmy przykład — oto żel pod prysznic naszej marki własnej Balea. Czy losowy konsument wie, ile równoważny produkt kosztuje u konkurencji? Zapewne zna jego cenę promocyjną, a nie stałą… tymczasem cena promocyjna u naszego konkurenta, oznaczona tak, by rzucała się w oczy, potrafi być nadal wyższa niż nasza cena stała.

Zatem najważniejszym wyzwaniem jest zbudowanie zaufania klientów?

HH: Dokładnie tak. To zajmie chwilę, zanim nasze klientki i klienci się nauczą, że u nas nie muszą szukać wzrokiem cenówek z oznaczeniami promocyjnymi, żeby porównywać w głowie, gdzie kupią coś taniej. Dodatkowo dla nas kluczowe jest znalezienie pracowników, którzy będą oddani swojej pracy, z pasją będą obsługiwać naszych klientów i czerpać z tego przyjemność, to jest niebagatelny element doświadczenia zakupowego. To też jest coś, do czego chcemy przyzwyczaić naszą klientelę; profesjonalizm, ciepło, chęć pomocy i rzetelna wiedza u obsługi.

image
Kawy bio w dm
fot. Katarzyna Bochner, wiadomoscikosmetyczne.pl
Zresztą, zróbmy ćwiczenie — widzisz cenę tej rolki ręczników papierowych?

Tak, jest jasno wyeksponowana.

HH: No właśnie, widzisz z daleka, ile ten towar kosztuje, ale jednocześnie nie jest to cenówka promocyjna. Czy zwróciłabyś na nią uwagę? Być może jeszcze nie, bo widząc produkt na końcu gondoli, oczekujesz odruchowo oznaczenia promocyjnego. Z czasem jednak zaczniesz zwracać uwagę na kwotę, a nie na jej oznaczenie, bo nie będziesz musiała szukać konkretnego koloru metki, by znaleźć dobrą ofertę cenową.

MT: Bardzo ważnym punktem jest to, że mamy największą ofertę sprzedażową, jeżeli chodzi o kosmetyki i szeroko rozumianą ofertę drogeryjną, definitywnie większą niż nasza największa konkurencja. 

Nasza oferta makijażowa jest także bardzo szeroka. Tuż za mną znajduje się pasmo szaf kosmetycznych, łącznie 15 metrów wystawy, a w wielu naszych sklepach standardem jest 18 metrów. Jeśli weźmiemy pod uwagę typowo drogeryjny asortyment to  w dm mamy znacznie więcej produktów niż w sieci, z którą rywalizujemy. Świadomie też nie sprzedajemy w naszych sklepach żadnego alkoholu, czy zabawek. Za to mamy znacznie bardziej rozwiniętą ofertę foodową czy stację fotograficzną.

Czemu akurat ta kategoria produktowa — alkohol — została wyeliminowana?

MT: Dlatego że mottem dm jest sprawianie, że życie jest piękne, przynoszenie klientkom i klientom piękna. Piękna w rozumieniu zadbania o urodę, o higienę osobistą, o styl, ale i o czystość w domu, bo piękny dom to czysty, pachnący dom, to są zdrowe dzieci, nakarmione dobrze zwierzęta. Alkohol nas do tego nie przybliża.

A jak Drogerie Markt dostosowuje swoją strategię sprzedaży do specyfiki poszczególnych rynków, np. pod kątem różnic kulturowych?

HH: Stale obserwujemy rynek i staramy się do niego dopasować. Przykładem mogą być nasze usługi dodatkowe, poboczne. Na początku, przed dwoma laty, kiedy otworzyliśmy pierwszą drogerię w Polsce, nie mieliśmy przewijaków dla dzieci na sali sprzedażowej, bo sądziliśmy, że to nie jest dopuszczalne ze względu na regulacje prawne. Był on w toalecie dla klientów, bo wydawało nam się, że wykonywanie czynności higienicznych wokół dzieci może nie być tutaj dobrze przyjęte poza przestrzenią łazienki.

Zdecydowaliśmy się jednak na próbę wprowadzenia takiego rozwiązania, i szybko zauważyliśmy, że klienci mimo naszych obaw bardzo je doceniają, zwłaszcza że jest to darmowa, dostępna z marszu usługa. Nikt nie musi czekać na otwarcie jakiegoś pomieszczenia ani pokoju, przewijak po prostu stoi pomiędzy alejkami, są przy nim mokre chusteczki, kosz na śmieci, dookoła dekoracje, które zajmują wzrok przewijanego dziecka. Codziennie uczymy się czegoś nowego. Nie są to jednak wielkie, rewolucyjne zmiany, ale stopniowy rozwój – ewolucja. 

image
Wyspa innowacji w dm
fot. Agata Grysiak, wiadomoscikosmetyczne.pl
Muszę powiedzieć, że jako osoba na spektrum autyzmu uważam, że to, co robicie, to jednak jest w pewnym sensie rewolucja. Czuję się bardziej komfortowo w waszych drogeriach, gdzie światło nie jest tak ostre, jak u konkurencji, a dźwięki są bardziej stonowane. To jest jakieś novum w polskiej przestrzeni handlowej.

HH: Cieszymy się, że to zauważasz, to znaczy, że faktycznie realizujemy swoje założenia. Nasze oświetlenie jest zaprojektowane tak, aby tworzyć nie tylko jasne, ale i przytulne, ciepłe przestrzenie, nie świecimy naszym klientkom i klientom prosto w czubek głowy. Chcemy, aby nasi klienci czuli się bezpiecznie i komfortowo, co jest częścią naszej filozofii – obserwujemy codzienne życie i wprowadzamy takie elementy, które sprawiają, że sklep staje się miejscem przyjaznym. To są ważne elementy budowania unikatowego doświadczenia zakupowego dla naszych klientów.

MT: Światło w drogeriach dm ma imitować światło w domu, w którym przecież nie oświetlamy ostro żadnych gablot, serwantek ani nie celujemy tak, żeby odbijało się od setek ofoliowanych SKU czy szklanych powierzchni, i to prosto w oczy.

Henri, mówiłeś mi jeszcze o tym, że specjalnie wybierałeś podłogę, na której stoimy — wygłusza nieco kroki, dźwięk nie niesie się tam ogromnie jak w innych sklepach.

HH: Tak, to było celowe i przemyślane. Podłoga jest też matowa, więc nie odbija się od niej światło, o którym mówiłaś. Spójrz jednak jeszcze na regały; są dużo niższe i dużo szerzej rozstawione niż w innych drogeriach. To jest coś, co potencjalnie obniża nasze dochody, ale za to w każdej alejce mieszczą się dwa wózki dziecięce standardowej szerokości…

…albo dwa wózki dla osób z niepełnosprawnościami.

HH: Dokładnie tak. Dodatkowo widzisz innych klientów, czyli np. swoich rodziców czy przyjaciół, ponad regałami. Inwestujemy w większą przestrzeń sali sprzedaży, by zwiększać komfort robienia zakupów.  Przez to nasz cel związania się z klientami, zbudowania z nimi trwałej relacji, spełnia się, bo klienci wiedzą, że są u nas mile widziani, dobrze czują się w naszych sklepach i dlatego chcą do nas wracać. Mamy dystrybutory z wodą, bujane koniki, przewijaki i ławeczki, na których można przysiąść, odpocząć, zastanowić się w spokoju — to dla osób starszych, z niepełnosprawnością czy zwyczajnie zmęczonych jest cenne.

Wasza oferta, szczególnie w zakresie produktów higieny menstruacyjnej, świadczy o tym, że dbacie też o realne, zróżnicowane potrzeby kobiet i osób miesiączkujących, co rzadko jest tak wyraźnie uwzględniane przez inne drogerie czy sieci.

HH: Naszym celem jest przede wszystkim skoncentrowanie się na rzeczywistych potrzebach klienta czy klientki, a nie kreowanie ich na podstawie tego, co przyjdzie w ofercie od producenta, który chce wejść do dm ze swoim towarem. Jeśli konsument będzie zadowolony, zyski przyjdą same. To jest nasza podstawowa filozofia i tego się z sukcesami trzymamy.

image
Ekspozycja z maseczkami do twarzy w dm
fot. Katarzyna Bochner, wiadomoscikosmetyczne.pl
A jakie inicjatywy podejmujecie w zakresie efektywności operacyjnej i logistycznej w Polsce?

HH: Obecnie mamy dwa magazyny – jeden we Wrocławiu, odpowiedzialny za sklepy stacjonarne, a drugi w Warszawie, który obsługuje zamówienia online. Jednak stale testujemy nowe rozwiązania, aby znaleźć najlepszy model logistyczny. To jest proces, który ciągle udoskonalamy, i definitywnie nie powiedzieliśmy w tej sprawie ostatniego słowa.

Czy spotkaliście się z wyzwaniami prawnymi lub administracyjnymi podczas wchodzenia na polski rynek, które mogły być zaskakujące?

HH: Tak, oczywiście. Przed rozpoczęciem ekspansji dokładnie sprawdziliśmy aspekty prawne, aby upewnić się, że działamy zgodnie z przepisami. Jednym z wyzwań, z którym się nadal mierzymy, i które nas najbardziej zdziwiło, jest uzyskiwanie pozwoleń na użytkowanie lokalu. Te pozwolenia są zazwyczaj wydawane tuż przed otwarciem sklepu, co powoduje presję czasową, bo musimy mieć przygotowane wszystko, niemal stać pod budynkiem z całym wyposażeniem drogerii, zanim formalnie dostaniemy pozwolenie na zajęcie lokalizacji.

To był dla nas duży problem, i musieliśmy zadać sobie nieraz pytanie — zdążymy, zmieścimy się w wyznaczonych sobie terminach? A co jeśli się nie uda, jak to rozwiążemy? Skądinąd wiemy, że to jednak jest zagadnienie, z którym zmagają się również inne sieci z regionu DACH, jak ALDI czy Lidl, przyzwyczajone jednak do nieco innych realiów czasowych w załatwianiu tego typu spraw.

MT: Pozyskanie niektórych dokumentów też bardzo długo trwa. To jest nasz Deutsche Ordnung…

…versus Polnisches Chaos.

MT: Ale tutaj nie trzeba tak negatywnie do tego podchodzić, bo też zauważyliśmy, że w Polsce są też takie sytuacje, gdzie do przodu idzie się bardzo szybko, dużo szybciej niż w Niemczech. Jest po prostu inaczej i musimy się dostosować, jak w gościach. Jeżeli w Polsce chcesz w coś zainwestować, jest to możliwe szybciej niż w Niemczech, a to przecież spora zaleta i przewaga Waszego kraju.

Gdybyście mieli zostawić naszych Czytelników i Czytelniczki z jedną myślą, co by to było?

HH: Pojawiliśmy się tutaj i nie zamierzamy już się wycofać. Możecie być tego pewni.

Przychodzicie w pokoju?

MT: Tak. I zawsze jest miejsce dla dwóch graczy na rynku.

Czytaj także: Pierwsza drogeria DM w Warszawie otwarta. Druga już wkrótce. W 2025 r. sieć nie zwolni tempa

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Handel
06.09.2026 09:16
60 proc. młodych woli kosmetyki z dyskontów. „Dupe culture” zmienia układ sił na rynku
”Dupe culture” nie jest jedynie przelotną modą z TikToka, co wyraźnie potwierdzają twarde dane analityczne (fot. Shutterstock)Shutterstock

Kupowanie tanich zamienników to już nie wstyd, lecz powód do dumy. „Dupe culture” zmienia polskie FMCG. Młodzi konsumenci chwalą się na TikToku kosmetykami z dyskontów. Jak sieci handlowe monetyzują ten trend, rzucając wyzwanie markom luksusowym?

Spis treści:

  • Psychologia portfela, czyli nowa definicja konsumenckiego sprytu
  • Koniec ery wstydu: „Dupe Mindset” w liczbach i badaniach rynkowych
  • Inżynieria produktu: Jak zaprojektować dyskontowy hit z TikToka?
  • Organiczny zasięg za zero złotych, czyli algorytm w służbie detalu
  • Fast Beauty nad Wisłą
  • Inspiracja, klon czy plagiat?
  • Kto traci najwięcej?

Psychologia portfela, czyli nowa definicja konsumenckiego sprytu

Jeszcze dekadę temu marki własne sieci handlowych kojarzyły się z produktami gorszej jakości, wybieranymi wyłącznie z powodu ograniczeń budżetowych. Często ukrywano je na dnie koszyka, obawiając się oceny innych klientów. Dziś, za sprawą pokolenia Z oraz Millenialsów, obserwujemy na polskim rynku całkowite odwrócenie tego paradygmatu. „Dupe” (skrót od angielskiego słowa duplicate) przestał być postrzegany jako tania, żenująca podróbka. W nowej, cyfrowej rzeczywistości znalezienie kosmetyku, który kosztuje ułamek ceny oryginału, a oferuje zbliżone właściwości, to dowód na konsumencki spryt i nowoczesny pragmatyzm.

Dla młodych nabywców ślepe przepłacanie za logotyp straciło na znaczeniu. W dobie inflacji i presji ekonomicznej, kultura zamienników idealnie wpisuje się w szeroki nurt smart shoppingu. Konsument w mediach społecznościowych chwali się swoim odkryciem, udowadniając, że potrafi zoptymalizować budżet bez rezygnacji z doskonałego wyglądu czy pożądanego zapachu. Powodem do dumy nie jest już samo posiadanie luksusowego przedmiotu, ale wiedza, jak ten luksus rynkowo „zhakować”.

Koniec ery wstydu: „Dupe Mindset” w liczbach i badaniach rynkowych

Zjawisko to nie jest jedynie przelotną modą z TikToka, co wyraźnie potwierdzają twarde dane analityczne. Jak wynika z raportu globalnej agencji badawczej YPulse zatytułowanego „Dupe Mindset”, mamy do czynienia ze zjawiskiem strukturalnym. Aż 67 proc. konsumentów z grupy docelowej (18–39 lat) deklaruje świadome i regularne kupowanie zamienników.

Najbardziej przełomowy wniosek z tego badania obala jednak dotychczasowy mit biedy: aż 60 proc. młodych dorosłych stwierdziło, że wybraliby tani odpowiednik, nawet gdyby w danym momencie było ich stać na oryginalny produkt z perfumerii. Dodatkowo niemal 70 proc. z nich uważa, że używanie wysokiej jakości zamienników daje im takie samo poczucie ekskluzywności. Luksus dla pokolenia Z zyskał więc nową definicję – oderwał się od tradycyjnych, stuletnich domów mody na rzecz natychmiastowego zaspokajania potrzeb w ramach racjonalnego budżetu.

Na rodzimym gruncie polskim zjawisko to podsyca tzw. Fast Beauty. Z raportu CSA „Nowe oblicze piękna” płynie wniosek, że presja wyglądu jest ogromna – 58 proc. przedstawicieli pokolenia Z czuje się przytłoczonych pędzącymi trendami. Jednocześnie 79 proc. odczuwa bolesną zależność między zawartością portfela a możliwością dbania o urodę. Dyskontowe „dupes” rozwiązują ten ból niemal idealnie, dając bilet wstępu do modnego świata za jedyne kilkanaście złotych.

Inżynieria produktu: Jak zaprojektować dyskontowy hit z TikToka?

Naiwnością byłoby sądzić, że uderzające podobieństwo kosmetyków z dyskontu do najdroższych marek selektywnych to dzieło przypadku. Giganci rynku detalicznego tacy jak Biedronka czy Lidl działają tu z precyzją chirurga. Cały proces projektowania opiera się na strategii inżynierii wstecznej i natychmiastowym mapowaniu globalnych virali.

Tworzenie idealnego zamiennika opiera się na trzech filarach.

  • Pierwszym jest błyskawiczne odtwarzanie profilu zapachowego (tzw. nut olfaktorycznych) lub konsystencji masy kosmetycznej. Wprawdzie tanie perfumy rzadko posiadają wielogodzinną trwałość zaawansowanych kompozycji, ale dla konsumenta kluczowy jest „efekt wow” podczas testowania w sklepie.
  • Drugim filarem jest psychologia opakowań i kodowanie wizualne. Projektanci dyskontowi celowo wykorzystują kształty, ciężar i kolory kojarzące się z oryginałem. Jeśli luksusowy pierwowzór używa grubego szkła i złotej typografii, zamiennik na pewno powieli tę paletę. Co ciekawe, inżynierowie opakowań potrafią sztucznie dociążyć dno taniego flakonu, aby ten „leżał w dłoni” jak produkt z kategorii premium.
  • Trzeci filar to drastyczne skrócenie czasu od projektu do wdrożenia (time-to-market). Łańcuchy dostaw marek własnych są obecnie tak wyśrubowane, że odpowiedź na internetowy hit pojawia się na paletach w sklepach w zaledwie kilka do kilkunastu tygodni.

Organiczny zasięg za zero złotych, czyli algorytm w służbie detalu

Cała ta machina nie miałaby tak spektakularnych wyników bez potęgi algorytmów. TikTok, Instagram Reels i YouTube Shorts stały się głównymi dźwigniami sprzedażowymi dla branży detalicznej. Materiały typu ślepe testy zapachów czy nakładanie zamiennika na połowę twarzy generują dziesiątki milionów wyświetleń.

Dla biznesu FMCG to sytuacja bez precedensu. Sieci takie jak Biedronka czy drogerie typu Rossmann otrzymują olbrzymi, wysoce stargetowany zasięg reklamowy bez wydawania choćby złotówki na tradycyjny marketing medialny. Użytkownicy sami wytwarzają popyt, sami budują napięcie i sami wywołują w sobie psychologiczny lęk przed przegapieniem okazji (FOMO – Fear Of Missing Out). Jeden wiralowy film potrafi wyczyścić zapasy konkretnego perfumu w tysiącach sklepów w całej Polsce w przeciągu kilkunastu godzin.

Fast Beauty nad Wisłą

Analizując rynek, łatwo zauważyć, że najwięksi gracze w Polsce doskonale podzielili między siebie segmenty. Biedronka wyspecjalizowała się w zapachowym luksusie. Na jej półkach (m.in. pod marką BeBeauty) regularnie pojawiają się perfumy nawiązujące do światowych bestsellerów takich marek jak Tom Ford (np. słynne Lost Cherry), Yves Saint Laurent czy Carolina Herrera. Sieć opiera swoją sprzedaż na ofertach rotacyjnych (in-out), co dodatkowo wymusza szybką decyzję zakupową u klienta pod presją braku ponownej dostawy.

Lidl z kolei obrał kurs na zaawansowaną pielęgnację. Jego linia Cien, ze szczególnym uwzględnieniem kremów z Q10, od lat jest obiektem porównań do absurdalnie drogich kremów La Mer czy kosmetyków La Prairie. Nawet jeśli chemiczny skład lidlowskiego kremu nie opiera się na opatentowanych algach oceanicznych, jego właściwości nawilżające i otoczka „luksusu za grosze” wystarczają do zbudowania kultowego statusu na TikToku.

Swoją potęgę w tym trendzie budują również drogerie. Rossmann, wykorzystując marki Isana oraz Rival Loves Me, błyskawicznie reaguje na światowe trendy z Sephory. Gdy w sieci wybuchł szał na bazy rozświetlające od Charlotte Tilbury, płynne róże Seleny Gomez (Rare Beauty) czy krwawe peelingi kwasowe (The Ordinary), niemiecka drogeria natychmiast dostarczyła swoim nastoletnim klientkom budżetowe odpowiedniki w łudząco podobnych opakowaniach.

Inspiracja, klon czy plagiat?

Fenomen zamienników rodzi oczywiste pytanie z zakresu prawa własności intelektualnej: dlaczego koncerny luksusowe nie wytaczają dyskontom masowych procesów? Odpowiedź leży w lukach i konstrukcji samego prawa. Zastrzeżenie patentowe konkretnej kompozycji zapachowej jest na całym świecie niesamowicie trudne i często nieskuteczne.

Można chronić znak towarowy, precyzyjne logo i unikalny design butelki, ale producenci zamienników potrafią lawirować po tej granicy perfekcyjnie. Nazwa odpowiednika jest inna, a czcionka tylko delikatnie nawiązuje do oryginału, nie wprowadzając w bezpośredni błąd co do pochodzenia towaru. W świetle prawa nie mówimy więc o nielegalnej podróbce, lecz o produkcie inspirowanym. Kluczowym argumentem obronnym dyskontów jest to, że klient w Lidlu doskonale wie, iż kupuje krem marki Cien. Nie ma tu mowy o oszustwie – konsument dokonuje wyboru w pełni świadomie.

Kto traci najwięcej?

Czy „dupe culture” dusi zyski koncernów takich jak LVMH czy Estée Lauder? Paradoksalnie nie. Grupa docelowa polująca na flakon perfum za 25 zł rzadko posiada budżet na wydanie 1500 zł w luksusowym butiku. Co więcej, istnienie tanich naśladowców utrwala w kulturze masowej status oryginału, ugruntowując go na pozycji ostatecznego wyznacznika prestiżu i marzenia zakupowego, które w przyszłości może zostać zrealizowane.

Największym przegranym całej rewolucji są marki z tzw. średniej półki, określane w biznesie jako segment masstige. Oferują one poprawne kosmetyki w cenach od 100 do 300 zł. Kiedy konsument ma do wyboru przeciętny produkt ze średniej półki w drogerii lub precyzyjnie zaprojektowany i sprawdzony przez tiktokerów dyskontowy zamiennik najdroższych marek za jedyne 20 zł, decyzja staje się prosta. Polacy omijają średnią półkę, maksymalizując w ten sposób użyteczność wydanego pieniądza.

Kultura „dupe” przestała być fanaberią nastolatków, a stała się solidnym, długofalowym wektorem rozwoju dla branży detalicznej. Będzie ona postępować i ewoluować. Marki własne, zyskując ogromny kapitał zaufania, w najbliższych latach zaczną przechodzić od etapu naśladownictwa do innowacji, oferując zaawansowane składy aktywne w dyskontowych cenach. Bariera pomiędzy produktem masowym a luksusowym na naszych oczach bezpowrotnie się zaciera. Wygranym tego procesu jest niewątpliwie poinformowany, sprytny konsument, dla którego dowodem wyczucia stylu jest dziś nie metka od słynnego projektanta, ale imponująco niski rachunek przy kasie.

Michał Czubak
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Ogłoszenia
02.09.2026 11:24
Witaj szkoło - co można zgarnąć w sieciach drogeryjnych
Back to school w drogeriach (fot. Shutterstock)Shutterstock

Początek roku szkolnego stał się dla drogerii okazją do uruchomienia sezonowych akcji promocyjnych. Cocolita, Puder i Krem, Minti Shop i Hebe sięgają po rabaty sięgające 50%, kody promocyjne oraz akcje wykraczające poza klasyczne „back to school”. Wśród nich pojawiają się m.in. „back to beauty” i „back to routines”.

Puder i Krem z rabatami do 50%

Puder i Krem wykorzystuje początek roku szkolnego do promocji kosmetyków. W ramach akcji „back to school 2026” ceny wybranych produktów zostały obniżone nawet o 50%. 

Sklep dokłada do tego rabaty zależne od wartości zamówienia. Przy zakupach za minimum 99 zł można otrzymać dodatkowe 5% rabatu z kodem BTS5, przy 199 zł – 10% z kodem BTS10, a przy 299 zł – 15% z kodem BTS15.

Promocja obejmuje m.in. kosmetyki do makijażu, pielęgnacji oraz produkty do codziennej rutyny. Akcja potrwa do 13 września 2026 roku.

Cocolita kusi promocjami na back to school

Cocolita również przygotowała specjalną ofertę „back to school”, w której obniżkami objęto m.in. kosmetyki do makijażu, produkty do pielęgnacji ciała i włosów, perfumy oraz akcesoria. Wśród promocyjnych propozycji znalazł się m.in. tusz Eveline Extension Volume Push Up, który kosztuje 13,69 zł zamiast 22,99 zł. Oznacza to obniżkę o 40%.

Tańszy jest również Lovely Gold Highlighter. Rozświetlacz do twarzy można kupić za 14,99 zł, podczas gdy jego regularna cena wynosi 18,99 zł. Z kolei Lovely HD Loose Powder Mineralny Puder Sypki kosztuje 22,99 zł przy regularnej cenie 28,99 zł. 

Cocolita prowadzi akcję pod hasłem „ready, set, school! Twoje produkty na nowy rok szkolny”, w ramach której promocje sięgają 40%.

image
Cocolita obniża ceny na Back to School (fot. Cocolita)
Cocolita

Minti Shop stawia na back to routines i healthy week

Minti Shop zamiast klasycznej akcji „back to school” proponuje „back to routines”, czyli promocję na produkty, które mają towarzyszyć młodym klientom w powrocie do codziennej pielęgnacji po wakacjach. Rabaty sięgają 50%. Akcją objęto m.in. marki Medik8, Ido Lab, BasicLab i Medicube. Oferta obowiązuje do 6 września 2026 roku.

Równolegle drogeria prowadzi akcję „healthy week”, akcja potrwa do 6 września. W jej ramach przeceniono produkty m.in. marek Norsa Pharma, Lullalove i Dermedic. Wśród promocji znalazł się krem przeciwsłoneczny Birch Juice Moisturizing Sunscreen SPF50+ PA++++ 50 ml, którego cena spadła z 99,90 zł do 49,90 zł. Numbuzin No.3 Bifida Bakuchiol Zero Pore Milky Toner 200 ml również kosztuje 49,90 zł zamiast 99,90 zł. Z kolei wcierka MOEV Annurcatin Hair Tonic 150 ml została przeceniona z 79,90 zł do 69,90 zł.

Hebe stawia na “back to beauty”

Hebe, zamiast ograniczać się do klasycznej akcji „back to school”, promuje kosmetyki w ramach „back to beauty”. Oferta obejmuje szeroki asortyment – od makijażu i pielęgnacji twarzy po produkty do włosów, paznokci i perfumy. Na stronie akcji znajduje się ponad 7,3 tys. produktów.

Hebe wykorzystuje przy tym różne mechanizmy promocyjne. Część produktów można kupić 30% taniej z kodem „BEAUTY”, a przy innych obowiązuje kod „POLSKIE”. Są też akcje typu 1+1, w tym oferta, w której drugi produkt można otrzymać za 1 zł. Przykładowo Biodance Bio Collagen kosztuje 19,99 zł przy promocji - 30% z kodem „BEAUTY”.

Weronika Pisarska
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
06. wrzesień 2026 15:04