StoryEditor
Drogerie
04.10.2024 15:57

Hubert Iwanowski, dm Drogerie Markt: Zostaniemy wierni modelowi sprzedaży bez walki na promocje

Hubert Iwanowski, dyrektor obszaru marketingu i zakupów dm Drogerie Markt Polska podczas otwarcia drogerii dm w CH Łopuszańska 22 w Warszawie / fot. K.Bochner/wiadomoscikosmetyczne.pl

Zakorzenienie idei stałej niskiej ceny jest trudne wśród polskich klientów przyzwyczajonych do agresywnych promocji. Jednak my pozostaniemy jej wierni. We wszystkich innych krajach, gdzie działa dm, też obowiązuje ta zasada i doświadczenie pokazuje, że potrzeba kilku lat, żeby utrwalić taki model sprzedaży w umysłach konsumentów – mówi Hubert Iwanowski, dyrektor obszaru marketingu i zakupów dm Drogerie Markt Polska

Kiedy mieliśmy okazję rozmawiać ostatnio, ponad rok temu, gdy dm było na początku swojej przygody w Polsce, powiedział mi Pan, że prowadzicie współpracę z dostawcami przez partnerstwo i jesteście otwarci na nowe marki. Czy tak jest nadal?

Tak, oczywiście. Jesteśmy w stanie na każdym etapie włączać kolejne marki do naszej oferty. Partner handlowy musi nas jednak do tego przekonać jakością, innowacyjnością, oczywiście pozycjonowanie cenowe też jest zawsze gdzieś na horyzoncie naszych decyzji, ale marka musi przede wszystkim pasować do naszego asortymentu, do tego co już mamy na półce.

Jakimi markami, produktami jesteście zainteresowani?

Jesteśmy dyskontującą drogerią specjalistyczną. Asortymentowo musimy mieć solidne podstawy oraz chcemy wyróżniać się na rynku, zaskakiwać klienta również brandami, których nie ma gdzie indziej. Jeśli ciekawe marki nie mają odwagi czy możliwości wystartować na rynku z dużymi sieciami – u nas jest to możliwe. I takie marki pojawiają się w asortymencie.

image
Tester polskiej marki kosmetycznej Aloesove (Sylveco) w drogerii dm w CH Łopuszańska w Warszawie
fot. wiadomoscikosmetyczne.pl/K.Bochner
Nie ukrywam, że otwieranie kolejnych sklepów ma na to wpływ, nowi dostawcy zgłaszają się do nas i to nas bardzo cieszy. Zarazem z obecnymi partnerami możemy rozbudowywać współpracę. Takim przykładem jest dwumetrowa szafa Eveline Cosmetics w naszej drogerii w Mysiadle – takiej ekspozycji nie ma nigdzie indziej. Zrobiliśmy to po to, żeby pokazać szerzej kompetencję asortymentową wiodącego polskiego producenta w tej kategorii. Jest to współpraca win-win i duża korzyść dla klientów.

Czy podobnie jak inne sieci, nowe marki, produkty, wprowadzacie testowo najpierw tylko do e-sklepu?

Nie, u nas nie ma takiej reguły. Staramy się listować produkty od razu omnichannelowo, czyli do obydwu kanałów. To, czy produkt najpierw pojawi się w sprzedaży stacjonarnej, czy online, zależy od tego, kiedy trafi do magazynu. Ewentualnie od tego, czy uda nam się na czas dopracować prezentację online danego produktu – są pewne wymogi co do jakości zdjęć, opisów, więc może się ten proces trochę opóźnić, albo nie być tak idealnie zsynchronizowany, ale większość artykułów jest od razu dostępnych i w drogeriach stacjonarnych, i w e-sklepie.

Jak sprzedaż dm w Polsce dzieli się obecnie procentowo na online i offline? 

Jest to ruchomy procent, bardzo dynamiczny, bo każde nowe otwarcie drogerii stacjonarnej zwiększa udział tego właśnie kanału sprzedaży. Generalnie staramy się też nie mówić w ten sposób o naszej sprzedaży, ponieważ kupujący online czy offline to jest w moim przekonaniu ten sam klient. Może zamówić produkty przez internet, ale odebrać je w stacjonarnej drogerii – klasyfikujemy to jako online ale de facto jest ten proces połączony ze sprzedażą stacjonarną. Przy okazji taka osoba może zrobić jeszcze inne zakupy w drogerii – wszystko się zazębia.

Czytaj także: Pierwsza drogeria DM w Warszawie otwarta. Druga już wkrótce. W 2025 r. sieć nie zwolni tempa

Paczki z zamówień online są kompletowane z towaru znajdującego się w sklepie?

Gdy klient korzysta z opcji odbioru w sklepie – to naturalnie tak. Natomiast te zamawiane w internecie, np. przez aplikację, w dużej mierze kompletowane są przez nasz dedykowany magazyn, który znajduje się pod Warszawą.

Na początku 2024 r. sklepy dm przeszły dużą wizerunkową metamorfozę. Czy to wpłynęło na asortyment, na przestrzeń na pewne kategorie?

image
Shelf-stopery wydzielające kategorie produktów oraz marki będące w sprzedaży w dm
fot. wiadomoscikosmetyczne.pl/K.Bochner
Nie – jeżeli chodzi o udział kategorii w sali sprzedaży nie miało to żadnego wpływu. To jest nowy koncept wizualny. Podpierając się badaniami stworzyliśmy na sali sprzedaży bardziej wyraźne sekcje asortymentowe, punkty orientacyjne. Wiele z tych elementów już było, część dopracowaliśmy i teraz jest to jeden spójny obraz. Każda z sekcji asortymentowych ma swój wizualny wyróżnik. Zainwestowaliśmy w shelf stopery, aby ułatwić klientowi orientację w produktach. Wcześniej informacje o kategorii znajdowały się tylko u góry regałów, teraz wyróżniliśmy sekcje także wewnątrz kategorii. Natomiast sam asortyment pozostał niezmieniony.

W ramach równoległego projektu analizowaliśmy w ogóle rynek polski – czy nasze założenia asortymentowe, z którymi weszliśmy ponad dwa lata temu się spełniły, i to się w większości dokonało, ale też zauważyliśmy, że w niektórych kategoriach jest potrzeba zmian, czasem rozbudowy asortymentu. I jeżeli mamy do dyspozycji dużą powierzchnię, rzędu 600 mkw., mamy możliwość niektóre kategorie pokazać szerzej. To był jednak projekt niezależny od wizualnej zmiany.

Natomiast tę wizualną koncepcję, w ramach której również ociepliliśmy sklepy odpowiednim światłem, kolorystyką, wprowadziliśmy ciekawe rozwiązania aranżacyjne, aby klienci czuli się jeszcze bardziej komfortowo, przejęliśmy od naszej spółki-matki z Niemiec. Wdrożenie było poparte wieloma latami testów i analiz, nawet z udziałem ekspertów z dziedziny psychologii. Projekt został ponad rok temu finalnie zakończony i przyjęliśmy go do Polski. Nowe sklepy powstają w tym formacie, starszych – które zostały otwarte przed wdrożeniem koncepcji – nie będziemy przebudowywać, bo uważamy, że także znakomicie spełniają swoje zadanie.

Wspomniał Pan o analizie polskiego rynku, którą przeprowadziliście. Co powiedzieli Wam klienci i jak to wpłynęło na Wasze działanie?

Potwierdziło się to, że bardzo dobrą decyzją było uruchomienie obydwu kanałów sprzedaży równocześnie – stacjonarnego i online. Jak już wielokrotnie podkreślaliśmy, był to pierwszy taki krok w historii dm. Zazwyczaj sprzedaż online startowała później, a w ogóle kanał online dopiero 10 lat temu się rozwinął.

image
Balea, topowa marka własna drogerii dm
fot. dm
Jeśli chodzi o asortyment, dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy. Klienci twierdzą, że nie chcą na półkach kolejnych dużych brandowych marek, których produkty mogą kupić wszędzie. Chcą kupować nasze marki własne. Przyznam, że zaskoczyło nas to. Regularnie dostajemy takie uwagi: „To już jest w niemieckim dm, kiedy będzie w Polsce?” I chodzi na przykład o jakiś nowy wariant szamponu Balea. 

Z uwagi na proces dostawi tłumaczenia etykiet listing mamy trochę opóźniony w porównaniu do niemieckiego rynku, ale wszystkie wdrażane produkty w marce własnej wprowadzamy. Jedna trzecia asortymentu      to nasze marki własne, które są fundamentem naszego asortymentu. Na pewno nie będziemy ich redukować, wprost przeciwnie. Stąd też mamy pewne ograniczenia związane z wprowadzaniem nowych brandów, bo półka będzie zajęta w jednej trzeciej przez nasze marki.

To ciekawe, czyżby odezwało się zakorzenione gdzieś w przeszłości przekonanie, że niemieckie jest lepsze? Chemia z Niemiec – słowo klucz.

W naszym przypadku nie tylko chemia. Marki kosmetyczne, Balea czy alverde, cieszą się olbrzymią popularnością. Myślę, że jest to związane z tym, że marki własne dm polscy konsumenci znali wcześniej, kupowali je podczas podróży, albo przez internet, a teraz są nareszcie dostępne w Polsce i chcą mieć dostęp do wszystkich nowości, tak jak klienci w Niemczech.

Macie drogerie różnych formatów. Jeśli sklep jest mniejszy rezygnujecie z części asortymentu, czy tylko zawężacie liczbę SKU na półkach?

Świat dziecka jest naszym oczkiem w głowie, ale ciuszki zajmują dużo miejsca. Jeśli powierzchnia sklepu na to nie pozwala, rezygnujemy z nich, żeby przeznaczyć miejsce na artykuły pielęgnacyjne i higieniczne dla dzieci.

Natomiast wszystkie kluczowe kategorie są obecne w każdym sklepie. W niektórych stosujemy rozbudowane moduły i możemy pokazać wówczas dodatkowe produkty czy nawet marki, w innych musimy zmieścić produkty na mniejszej przestrzeni. Mamy elastyczność wynikającą z różnic powierzchniowych. Przestrzenie od 400 mkw. do 600 mkw. – takimi obecnie dysponujemy w Polsce – musimy efektywnie zagospodarować i robimy to albo produktami, czyli rozszerzamy pewne kategorie, albo serwisami, jak punkt odbioru zamówień zakupów online przesyłek, przewijak dla dziecka, kącik zabaw, czy wspomniane już ubranka dla dzieci.

Ile SKU jest w ofercie dm w Polsce?

W sklepie online 12,5 tys. w drogerii stacjonarnej nieco więcej.

Co sprawia największą trudność w zarządzaniu asortymentem?

Cena i zmienność asortymentu wynikająca z sezonowości i dynamiki wprowadzania nowości. Sztuką jest wprowadzanie na czas nowości, które klient widzi w reklamie albo których oczekuje na półce. Z drugiej strony – gdy następuje zmiana kolekcji, ta nowość przestaje się sprzedawać, bo wchodzi następca – rodzi się pytanie, jak zarządzać tym zapasem, który został zbudowany na półce sklepowej czy w magazynie. To jest jedno wyzwanie. Drugie to cena.

image
Dm stosuje stałe niskie ceny, nie rywalizuje promocjami
fot. K.Bochner/wiadomoscikosmetyczne.pl
W naszym środowisku retailowym w Polsce, gdzie dominuje high-low, czyli cena regularna i częste promocje, my pojawiliśmy się z naszym innowacyjnym konceptem trwałej ceny. Ja tak podkreślam dyskontujący charakter naszych drogerii, bo w dyskoncie tkwi korzeń stałych cen, bez promocji – dyskonty kiedyś promocji nie stosowały, one pojawiły się z czasem. Drogeria dm od 30 lat – odkąd istnieje, od 1994 r. jest wierna tej idei – utrzymuje stałe ceny. Dziś takie podejście to podjęcie walki z inflacją. To jest jedna rzecz.

Z drugiej strony – ściągamy z konsumenta balast polowania na promcje, ciągłego sprawdzania, gdzie i kiedy jest taniej. U nas ceny są zawsze niskie, na nas możesz polegać. Chcemy, żeby klient podczas zakupów skupił się na swoich potrzebach, na tym co chce kupić, czego naprawdę potrzebuje, a nie na tym, co akurat jest w promocji. Żeby nie kierował się impulsem wynikającym z potencjalnie niskiej ceny, która wcale może taka nie być – dyrektywa Omnibus bardzo obnażyła niektóre techniki promocyjne.

Nie ukrywam jednak, że to podejście jest na polskim rynku, w tym świecie promocji, trudne do wytłumaczenia konsumentowi, ale my pozostaniemy wierni tej idei, wierzymy, że to po prostu wymaga czasu. We wszystkich sklepach dm w innych krajach też obowiązuje ta zasada i doświadczenie pokazuje, że potrzeba kilku lat, żeby zakorzenić taki model sprzedaży w umysłach konsumentów.

Myślę też, że musi dojść do większej dystrybucji marki, czyli mówiąc inaczej dm musi mieć więcej sklepów, aby klient widział różnicę, był w stanie porównać ceny na półkach w różnych sieciach. W przestrzeni online to jest trudne do przekazania.

Tak, to prawda, w przestrzeni online musimy walczyć wprost, na jednej stronie ekranu, z promocyjnymi cenami innych sieci. Natomiast nasza cena jest dużo niższa niż cena regularna półkowa w innych sieciach drogeryjnych, a często nawet niższa niż w dyskontach. Nasze trwałe ceny osiągają niekiedy nawet poziom promocyjny innych sieci, ale tak tego nie pokazujemy wprost. Jeśli klient wejdzie w aplikację Blix lub inną porównywarkę, zobaczy wyraźnie, że nasza oferta jest bardzo dobra cenowo, zwłaszcza jak podsumuje cały koszyk. Robimy takie testy wartości koszyków zakupowych porównując je z innymi sieciami i wiemy, że wypadamy bardzo korzystnie. Potrzebujemy jeszcze trochę czasu, aby klient to zauważył.

Czy wojna cenowa dyskontów, której wszyscy byliśmy świadkami i poddawani agresywnej reklamie, wpłynęła na Waszą politykę cenową? Mówicie, że nie stosujecie promocji, ale zawsze możecie obniżyć regularne ceny. 

Dyskonty, oprócz drogerii, były zawsze na naszym horyzoncie cenowym, bo mamy bardzo rozbudowane sekcje chemiczną, środków czystości, w ogóle artykułów do domu. Obserwując to co się dzieje dopasowywaliśmy nasze ceny do sytuacji, ale to nie była żadna zmiana strategii, to było po prostu naturalne działanie rynkowe.

Jakie są plany dotyczące promocji dm w Polsce, marketingu?

Na pewno chcemy postawić na działania lokalne związane z otwieraniem naszych sklepów. Tam gdzie już jesteśmy przewidujemy większe zaangażowanie się w lokalne eventy, aktywności, nawiązanie więzi z lokalną społecznością. Jeśli chodzi o działania ogólnokrajowe digitalowe i współpracę z influencerami – będziemy je kontynuować, ale nacisk na pewno będziemy kładli na sprzedaż stacjonarną.

Jednak online nie jest aż tak opłacalny, jak się wszystkim wydawało?

Kanał online jest uzupełnieniem oferty, której oczekuje klient retailowy w Polsce, więc chcemy tę sprzedaż online prowadzić, ale podstawą naszej działalności w każdym kraju, również w Polsce, jest i będzie sprzedaż stacjonarna.

Widzę, że komunikacja dm się zmieniła. Na początku po prostu informowaliście o nowych drogeriach, dziś piszecie: „Największa europejska sieć drogeryjna otwiera nowy sklep”.

Zauważyła pani (śmiech). Faktycznie nastąpiła drobna zmiana narracji. Chcieliśmy pokazać, zwłaszcza w tych mniejszych miejscowościach, kim jest dm, jaki potencjał za nami stoi. Również to, że nie jest to kolejna sieć podobna do innych, tylko że jesteśmy bardzo odmienni w wielu aspektach, ale też z bardzo długą historią sukcesu na wielu rynkach europejskich.

W komunikacji używacie sformułowania „dyskontująca drogeria”. Wydaje mi się, że dyskonty nie mają w Polsce dobrych konotacji.

Myślę, że dyskonty bardzo zmieniły image na przestrzeni lat i poszły w stronę supermarketów. Mówiąc o dyskontującym charakterze naszych drogerii chcemy podkreślić przede wszystkim dyskontowy poziom naszych cen. Drogerie mają wizerunek droższych sklepów, bo kojarzą się głównie z kosmetykami, perfumerią. My mamy rozbudowane kategorie chemii domowej, produktów dla dzieci, ekologicznej żywności. Tym określeniem „dyskontująca drogeria” chcemy też podkreślić, że jesteśmy sklepem wszechstronnym.

W jaki nastroju wejdzie Pan biznesowo w nowy rok – są jakieś obawy o kryzys?

Nie czuć go obecnie. A na kryzys trzeba być przygotowanym. My działamy ostrożnie, stąd też nasz organiczny wzrost, z własnego kapitału naszej niemieckiej spółki. Jesteśmy finansowo zabezpieczeni, o to jestem spokojny. Nie ukrywam też, że otwarcie sklepów w Warszawie, a wcześniej w Mysiadle, dodało ducha i energii do działania w całym zespole, nie tylko moim kupieckim, ale też sprzedaży, logistyki, ekspansji. Wchodzimy z dużym optymizmem w dalsze działania.

Nie ukrywam – rynek jest ciężki, mamy trudnego rywala, który absolutnie nie oddaje nam pola i bardzo zabiega o polski rynek oraz jeszcze kilku pomniejszych konkurentów, ale podejmiemy tę rękawicę (śmiech). 

Czytaj także: Henri Hampe i Markus Trojansky, dm Drogerie Markt: Pojawiliśmy się w Polsce i nie zamierzamy już się wycofać

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Handel
06.09.2026 09:16
60 proc. młodych woli kosmetyki z dyskontów. „Dupe culture” zmienia układ sił na rynku
”Dupe culture” nie jest jedynie przelotną modą z TikToka, co wyraźnie potwierdzają twarde dane analityczne (fot. Shutterstock)Shutterstock

Kupowanie tanich zamienników to już nie wstyd, lecz powód do dumy. „Dupe culture” zmienia polskie FMCG. Młodzi konsumenci chwalą się na TikToku kosmetykami z dyskontów. Jak sieci handlowe monetyzują ten trend, rzucając wyzwanie markom luksusowym?

Spis treści:

  • Psychologia portfela, czyli nowa definicja konsumenckiego sprytu
  • Koniec ery wstydu: „Dupe Mindset” w liczbach i badaniach rynkowych
  • Inżynieria produktu: Jak zaprojektować dyskontowy hit z TikToka?
  • Organiczny zasięg za zero złotych, czyli algorytm w służbie detalu
  • Fast Beauty nad Wisłą
  • Inspiracja, klon czy plagiat?
  • Kto traci najwięcej?

Psychologia portfela, czyli nowa definicja konsumenckiego sprytu

Jeszcze dekadę temu marki własne sieci handlowych kojarzyły się z produktami gorszej jakości, wybieranymi wyłącznie z powodu ograniczeń budżetowych. Często ukrywano je na dnie koszyka, obawiając się oceny innych klientów. Dziś, za sprawą pokolenia Z oraz Millenialsów, obserwujemy na polskim rynku całkowite odwrócenie tego paradygmatu. „Dupe” (skrót od angielskiego słowa duplicate) przestał być postrzegany jako tania, żenująca podróbka. W nowej, cyfrowej rzeczywistości znalezienie kosmetyku, który kosztuje ułamek ceny oryginału, a oferuje zbliżone właściwości, to dowód na konsumencki spryt i nowoczesny pragmatyzm.

Dla młodych nabywców ślepe przepłacanie za logotyp straciło na znaczeniu. W dobie inflacji i presji ekonomicznej, kultura zamienników idealnie wpisuje się w szeroki nurt smart shoppingu. Konsument w mediach społecznościowych chwali się swoim odkryciem, udowadniając, że potrafi zoptymalizować budżet bez rezygnacji z doskonałego wyglądu czy pożądanego zapachu. Powodem do dumy nie jest już samo posiadanie luksusowego przedmiotu, ale wiedza, jak ten luksus rynkowo „zhakować”.

Koniec ery wstydu: „Dupe Mindset” w liczbach i badaniach rynkowych

Zjawisko to nie jest jedynie przelotną modą z TikToka, co wyraźnie potwierdzają twarde dane analityczne. Jak wynika z raportu globalnej agencji badawczej YPulse zatytułowanego „Dupe Mindset”, mamy do czynienia ze zjawiskiem strukturalnym. Aż 67 proc. konsumentów z grupy docelowej (18–39 lat) deklaruje świadome i regularne kupowanie zamienników.

Najbardziej przełomowy wniosek z tego badania obala jednak dotychczasowy mit biedy: aż 60 proc. młodych dorosłych stwierdziło, że wybraliby tani odpowiednik, nawet gdyby w danym momencie było ich stać na oryginalny produkt z perfumerii. Dodatkowo niemal 70 proc. z nich uważa, że używanie wysokiej jakości zamienników daje im takie samo poczucie ekskluzywności. Luksus dla pokolenia Z zyskał więc nową definicję – oderwał się od tradycyjnych, stuletnich domów mody na rzecz natychmiastowego zaspokajania potrzeb w ramach racjonalnego budżetu.

Na rodzimym gruncie polskim zjawisko to podsyca tzw. Fast Beauty. Z raportu CSA „Nowe oblicze piękna” płynie wniosek, że presja wyglądu jest ogromna – 58 proc. przedstawicieli pokolenia Z czuje się przytłoczonych pędzącymi trendami. Jednocześnie 79 proc. odczuwa bolesną zależność między zawartością portfela a możliwością dbania o urodę. Dyskontowe „dupes” rozwiązują ten ból niemal idealnie, dając bilet wstępu do modnego świata za jedyne kilkanaście złotych.

Inżynieria produktu: Jak zaprojektować dyskontowy hit z TikToka?

Naiwnością byłoby sądzić, że uderzające podobieństwo kosmetyków z dyskontu do najdroższych marek selektywnych to dzieło przypadku. Giganci rynku detalicznego tacy jak Biedronka czy Lidl działają tu z precyzją chirurga. Cały proces projektowania opiera się na strategii inżynierii wstecznej i natychmiastowym mapowaniu globalnych virali.

Tworzenie idealnego zamiennika opiera się na trzech filarach.

  • Pierwszym jest błyskawiczne odtwarzanie profilu zapachowego (tzw. nut olfaktorycznych) lub konsystencji masy kosmetycznej. Wprawdzie tanie perfumy rzadko posiadają wielogodzinną trwałość zaawansowanych kompozycji, ale dla konsumenta kluczowy jest „efekt wow” podczas testowania w sklepie.
  • Drugim filarem jest psychologia opakowań i kodowanie wizualne. Projektanci dyskontowi celowo wykorzystują kształty, ciężar i kolory kojarzące się z oryginałem. Jeśli luksusowy pierwowzór używa grubego szkła i złotej typografii, zamiennik na pewno powieli tę paletę. Co ciekawe, inżynierowie opakowań potrafią sztucznie dociążyć dno taniego flakonu, aby ten „leżał w dłoni” jak produkt z kategorii premium.
  • Trzeci filar to drastyczne skrócenie czasu od projektu do wdrożenia (time-to-market). Łańcuchy dostaw marek własnych są obecnie tak wyśrubowane, że odpowiedź na internetowy hit pojawia się na paletach w sklepach w zaledwie kilka do kilkunastu tygodni.

Organiczny zasięg za zero złotych, czyli algorytm w służbie detalu

Cała ta machina nie miałaby tak spektakularnych wyników bez potęgi algorytmów. TikTok, Instagram Reels i YouTube Shorts stały się głównymi dźwigniami sprzedażowymi dla branży detalicznej. Materiały typu ślepe testy zapachów czy nakładanie zamiennika na połowę twarzy generują dziesiątki milionów wyświetleń.

Dla biznesu FMCG to sytuacja bez precedensu. Sieci takie jak Biedronka czy drogerie typu Rossmann otrzymują olbrzymi, wysoce stargetowany zasięg reklamowy bez wydawania choćby złotówki na tradycyjny marketing medialny. Użytkownicy sami wytwarzają popyt, sami budują napięcie i sami wywołują w sobie psychologiczny lęk przed przegapieniem okazji (FOMO – Fear Of Missing Out). Jeden wiralowy film potrafi wyczyścić zapasy konkretnego perfumu w tysiącach sklepów w całej Polsce w przeciągu kilkunastu godzin.

Fast Beauty nad Wisłą

Analizując rynek, łatwo zauważyć, że najwięksi gracze w Polsce doskonale podzielili między siebie segmenty. Biedronka wyspecjalizowała się w zapachowym luksusie. Na jej półkach (m.in. pod marką BeBeauty) regularnie pojawiają się perfumy nawiązujące do światowych bestsellerów takich marek jak Tom Ford (np. słynne Lost Cherry), Yves Saint Laurent czy Carolina Herrera. Sieć opiera swoją sprzedaż na ofertach rotacyjnych (in-out), co dodatkowo wymusza szybką decyzję zakupową u klienta pod presją braku ponownej dostawy.

Lidl z kolei obrał kurs na zaawansowaną pielęgnację. Jego linia Cien, ze szczególnym uwzględnieniem kremów z Q10, od lat jest obiektem porównań do absurdalnie drogich kremów La Mer czy kosmetyków La Prairie. Nawet jeśli chemiczny skład lidlowskiego kremu nie opiera się na opatentowanych algach oceanicznych, jego właściwości nawilżające i otoczka „luksusu za grosze” wystarczają do zbudowania kultowego statusu na TikToku.

Swoją potęgę w tym trendzie budują również drogerie. Rossmann, wykorzystując marki Isana oraz Rival Loves Me, błyskawicznie reaguje na światowe trendy z Sephory. Gdy w sieci wybuchł szał na bazy rozświetlające od Charlotte Tilbury, płynne róże Seleny Gomez (Rare Beauty) czy krwawe peelingi kwasowe (The Ordinary), niemiecka drogeria natychmiast dostarczyła swoim nastoletnim klientkom budżetowe odpowiedniki w łudząco podobnych opakowaniach.

Inspiracja, klon czy plagiat?

Fenomen zamienników rodzi oczywiste pytanie z zakresu prawa własności intelektualnej: dlaczego koncerny luksusowe nie wytaczają dyskontom masowych procesów? Odpowiedź leży w lukach i konstrukcji samego prawa. Zastrzeżenie patentowe konkretnej kompozycji zapachowej jest na całym świecie niesamowicie trudne i często nieskuteczne.

Można chronić znak towarowy, precyzyjne logo i unikalny design butelki, ale producenci zamienników potrafią lawirować po tej granicy perfekcyjnie. Nazwa odpowiednika jest inna, a czcionka tylko delikatnie nawiązuje do oryginału, nie wprowadzając w bezpośredni błąd co do pochodzenia towaru. W świetle prawa nie mówimy więc o nielegalnej podróbce, lecz o produkcie inspirowanym. Kluczowym argumentem obronnym dyskontów jest to, że klient w Lidlu doskonale wie, iż kupuje krem marki Cien. Nie ma tu mowy o oszustwie – konsument dokonuje wyboru w pełni świadomie.

Kto traci najwięcej?

Czy „dupe culture” dusi zyski koncernów takich jak LVMH czy Estée Lauder? Paradoksalnie nie. Grupa docelowa polująca na flakon perfum za 25 zł rzadko posiada budżet na wydanie 1500 zł w luksusowym butiku. Co więcej, istnienie tanich naśladowców utrwala w kulturze masowej status oryginału, ugruntowując go na pozycji ostatecznego wyznacznika prestiżu i marzenia zakupowego, które w przyszłości może zostać zrealizowane.

Największym przegranym całej rewolucji są marki z tzw. średniej półki, określane w biznesie jako segment masstige. Oferują one poprawne kosmetyki w cenach od 100 do 300 zł. Kiedy konsument ma do wyboru przeciętny produkt ze średniej półki w drogerii lub precyzyjnie zaprojektowany i sprawdzony przez tiktokerów dyskontowy zamiennik najdroższych marek za jedyne 20 zł, decyzja staje się prosta. Polacy omijają średnią półkę, maksymalizując w ten sposób użyteczność wydanego pieniądza.

Kultura „dupe” przestała być fanaberią nastolatków, a stała się solidnym, długofalowym wektorem rozwoju dla branży detalicznej. Będzie ona postępować i ewoluować. Marki własne, zyskując ogromny kapitał zaufania, w najbliższych latach zaczną przechodzić od etapu naśladownictwa do innowacji, oferując zaawansowane składy aktywne w dyskontowych cenach. Bariera pomiędzy produktem masowym a luksusowym na naszych oczach bezpowrotnie się zaciera. Wygranym tego procesu jest niewątpliwie poinformowany, sprytny konsument, dla którego dowodem wyczucia stylu jest dziś nie metka od słynnego projektanta, ale imponująco niski rachunek przy kasie.

Michał Czubak
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Ogłoszenia
02.09.2026 11:24
Witaj szkoło - co można zgarnąć w sieciach drogeryjnych
Back to school w drogeriach (fot. Shutterstock)Shutterstock

Początek roku szkolnego stał się dla drogerii okazją do uruchomienia sezonowych akcji promocyjnych. Cocolita, Puder i Krem, Minti Shop i Hebe sięgają po rabaty sięgające 50%, kody promocyjne oraz akcje wykraczające poza klasyczne „back to school”. Wśród nich pojawiają się m.in. „back to beauty” i „back to routines”.

Puder i Krem z rabatami do 50%

Puder i Krem wykorzystuje początek roku szkolnego do promocji kosmetyków. W ramach akcji „back to school 2026” ceny wybranych produktów zostały obniżone nawet o 50%. 

Sklep dokłada do tego rabaty zależne od wartości zamówienia. Przy zakupach za minimum 99 zł można otrzymać dodatkowe 5% rabatu z kodem BTS5, przy 199 zł – 10% z kodem BTS10, a przy 299 zł – 15% z kodem BTS15.

Promocja obejmuje m.in. kosmetyki do makijażu, pielęgnacji oraz produkty do codziennej rutyny. Akcja potrwa do 13 września 2026 roku.

Cocolita kusi promocjami na back to school

Cocolita również przygotowała specjalną ofertę „back to school”, w której obniżkami objęto m.in. kosmetyki do makijażu, produkty do pielęgnacji ciała i włosów, perfumy oraz akcesoria. Wśród promocyjnych propozycji znalazł się m.in. tusz Eveline Extension Volume Push Up, który kosztuje 13,69 zł zamiast 22,99 zł. Oznacza to obniżkę o 40%.

Tańszy jest również Lovely Gold Highlighter. Rozświetlacz do twarzy można kupić za 14,99 zł, podczas gdy jego regularna cena wynosi 18,99 zł. Z kolei Lovely HD Loose Powder Mineralny Puder Sypki kosztuje 22,99 zł przy regularnej cenie 28,99 zł. 

Cocolita prowadzi akcję pod hasłem „ready, set, school! Twoje produkty na nowy rok szkolny”, w ramach której promocje sięgają 40%.

image
Cocolita obniża ceny na Back to School (fot. Cocolita)
Cocolita

Minti Shop stawia na back to routines i healthy week

Minti Shop zamiast klasycznej akcji „back to school” proponuje „back to routines”, czyli promocję na produkty, które mają towarzyszyć młodym klientom w powrocie do codziennej pielęgnacji po wakacjach. Rabaty sięgają 50%. Akcją objęto m.in. marki Medik8, Ido Lab, BasicLab i Medicube. Oferta obowiązuje do 6 września 2026 roku.

Równolegle drogeria prowadzi akcję „healthy week”, akcja potrwa do 6 września. W jej ramach przeceniono produkty m.in. marek Norsa Pharma, Lullalove i Dermedic. Wśród promocji znalazł się krem przeciwsłoneczny Birch Juice Moisturizing Sunscreen SPF50+ PA++++ 50 ml, którego cena spadła z 99,90 zł do 49,90 zł. Numbuzin No.3 Bifida Bakuchiol Zero Pore Milky Toner 200 ml również kosztuje 49,90 zł zamiast 99,90 zł. Z kolei wcierka MOEV Annurcatin Hair Tonic 150 ml została przeceniona z 79,90 zł do 69,90 zł.

Hebe stawia na “back to beauty”

Hebe, zamiast ograniczać się do klasycznej akcji „back to school”, promuje kosmetyki w ramach „back to beauty”. Oferta obejmuje szeroki asortyment – od makijażu i pielęgnacji twarzy po produkty do włosów, paznokci i perfumy. Na stronie akcji znajduje się ponad 7,3 tys. produktów.

Hebe wykorzystuje przy tym różne mechanizmy promocyjne. Część produktów można kupić 30% taniej z kodem „BEAUTY”, a przy innych obowiązuje kod „POLSKIE”. Są też akcje typu 1+1, w tym oferta, w której drugi produkt można otrzymać za 1 zł. Przykładowo Biodance Bio Collagen kosztuje 19,99 zł przy promocji - 30% z kodem „BEAUTY”.

Weronika Pisarska
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
06. wrzesień 2026 13:32