StoryEditor
E-commerce
12.01.2023 00:00

Krzysztof Szponder, Marek Wądołowski, Dr.Max: E-drogerię robimy na maxa

Jesteśmy zainteresowani współpracą z producentami dermokosmetyków oraz kosmetyków zgodnych z trendami, także bardzo niszowych marek i z raczkujących kategorii. Idziemy bardzo szeroko, nie ograniczamy się w budowaniu asortymentu. Kryzys zaczyna się w głowie, my jesteśmy optymistami, wierzymy w dalszy wzrost rynku kosmetycznego, e-commerce i naszego biznesu – mówią Krzysztof Szponder, prezes zarządu i Marek Wądołowski, dyrektor handlowy w sieci Dr.Max, z którymi rozmawiamy o drogeryjnej części działalności firmy.

Dlaczego Dr.Max zdecydował się na wejście w rynek kosmetyków i konkurencję z e-drogeriami, których już naprawdę działa wiele, a niektóre mają bardzo mocną pozycję?

Krzysztof Szponder: Raczej powinno paść pytanie, dlaczego Dr. Max zdecydował się na ten krok tak późno (śmiech). A odpowiadając – nasza e-drogeria powstała, ponieważ mamy znakomity background farmaceutyczny, wiedzę na temat kategorii dermokosmetyków, wiedzę na temat klientów, którzy je kupują, czyli sięgających po asortyment także z półki premium, oraz mamy doświadczenie w profesjonalnym doradztwie, które zdobyliśmy w swojej działalności farmaceutycznej. Myśląc o przyszłości, chcemy być drogerią kojarzoną z nowościami, innowacjami, a nie z czymś, co jest stałym, rutynowym biznesem. Nasza konkurencja – jak pani zauważyła – już na rynku kosmetycznym jest, czyli dołączamy do tej czołówki.

Dlaczego w takim razie tak późno? Pan to powiedział, nie ja (śmiech).

No cóż, musieliśmy odrobić inne zadania. Myśleliśmy o drogerii dawno temu, ale po pierwsze zmienialiśmy trochę nasz biznes franczyzowy, po drugie – musieliśmy też wzmocnić naszą e-aptekę. I wreszcie covid pewne rzeczy wstrzymał, przekierował działania całej firmy na inne tory. Trzeba było ją przeprowadzić przez ten okres, przez zamknięte galerie handlowe, zupełnie inaczej działające kliniki, szpitale. Dlatego e-drogeria Dr.Max ruszyła dopiero kilka miesięcy temu.

Czy to właśnie okres pandemii zmobilizował Was do otwarcia drogerii, pokazał, że w e-sprzedaży jest większy potencjał niż można było się spodziewać?

Raczej nie. Tak czy inaczej chcieliśmy drogerię otworzyć. Zrobilibyśmy to niezależnie od okoliczności. Powiedziałbym, że covid nauczył nas pokory. Wydawało nam się, że mając doświadczenia z rynku FMCG, wiele umiemy, mamy mocne podstawy, wiemy, jak takie biznesy się otwiera. A tymczasem covid zmienił zachowania konsumentów, ich potrzeby, to jak podchodzą do zakupów online. Zwiększyła się grupa odbiorcza, przekrój wiekowy klientów kupujących online. Już nie tylko 20-30-latkowie kupują przez internet, a właściwie wszyscy, co spowodowało, że zmieniły się oczekiwania co do oferty.

Jak długo trwało przygotowanie do tej inwestycji i co było najtrudniejsze? Dr. Max ma długie doświadczenie z apteką internetową, więc nie spodziewam się, żeby to było ogromne wyzwanie...

I tak i nie. Jak zwykle na samym końcu okazało się, że największym problemem jest technologia. Pomimo tego, że jest dostępna na rynku i właściwie każdy może otworzyć dobrą stronę internetową, to mimo wszystko było to wyzwanie. Jest też utrudniony dostęp do specjalistów z działów IT, programistów – wszyscy są na etapie poszukiwań tych ludzi.

Do samego otwarcia e-drogerii przygotowywaliśmy się około 3 miesiące, mając już zrobioną pewną bazę asortymentową. Kolejnym i chyba najtrudniejszym etapem było wypracowanie efektywnego modelu biznesowego – decyzja, jaki charakter ma mieć ta drogeria, żeby może nie od razu, nie z wielkim boom, ale aby docelowo stała się jednym z liderów, i w jakiej kategorii. Nie mamy przecież drogerii stacjonarnych, czyli tej mocnej bazy do prowadzenia marketingu bezpośredniego, którą mają potężne sieci typu Rossmann czy Hebe. Natomiast mając historię farmaceutyczną możemy być drogerią butikową, bardziej premium, i właśnie w tym kierunku będziemy chcieli iść. Jednak to skalowanie biznesu było trudne, podobnie jak nawiązanie relacji z dostawcami, ponieważ otwieraliśmy mały biznes, to nie są tiry jadące do jednego magazynu, tylko raczej paczuszki, więc dział commercial miał przed sobą naprawdę duże wyzwanie.

Nie było pomocne to, że za drogerią stoi tak mocna sieć apteczna?

Marek Wądołowski: Na pewno to, że jesteśmy solidnym partnerem biznesowym, zwłaszcza w segmencie dermokosmetyków, pomogło. Choć trzeba tu zaznaczyć, że definicji dermokosmetyku nie ma. To decyzja producentów, że chcą prowadzić selektywną dystrybucję i my taką możliwość mamy, również w e-drogerii możemy ją zapewnić. Część producentów dermokosmetyków, z którymi już współpracujemy, ma także masowe marki, do których zyskaliśmy dostęp otwierając e-drogerię. Istotne są też relacje personalne – wywodzimy się z rynku FMCG, co było ułatwieniem w nawiązywaniu współpracy. Natomiast skala jest mała, więc trudność w negocjacjach jest.

Badacze rynku mówią, że e-commerce wszedł w fazę dojrzałą. Ci, którzy byli pierwsi umacniają się, Ci którzy dopiero otwierają biznesy muszą mieć na to duże środki, odpowiednie zaplecze. Panuje opinia, że przetrwają najsilniejsi, bo ci średni raczej nie dadzą rady w konkurencji z platformami typu Allegro. Czy to nie rodziło obaw co do rentowności e-biznesu drogeryjnego?

MW: Myślę, że covid nas rozpieścił, jeżeli chodzi o wzrost rynku internetowego. Przed pandemią były to solidne dwucyfrowe wzrosty rok do roku i do tego właśnie wróciliśmy. IQVIA prognozuje, że e-commerce będzie rósł 13-15 proc. wartościowo rok do roku, a dla całego rynku pharma, w którym mieszczą się także suplementy diety, wzrost ma wynieść 19-24 proc. Polska nadal trochę odstaje od średniej europejskiej, jeśli chodzi o penetrację i udział rynku online’owego w poszczególnych kategoriach, w związku z tym jest nadal potencjał do wzrostu. Wiemy, że są liderzy drogeryjny w e-commerce, wiemy, że są już mocne marki wypozycjonowane, ale łatwiej jest gonić liderów i walczyć o pozycję niż ją utrzymywać. W związku z tym, patrząc na nasz zmotywowany zespół oraz na to, co udało nam się osiągnąć w ciągu kilku miesięcy, wierzymy, że ten potencjał jest i będziemy skrupulatnie i uparcie dążyli do tego, żeby nasz biznes rozwijać.

Jaka ma być więc przewaga konkurencyjna e-drogerii Dr.Max?

MW: Stawiamy na dermokosmetyki, w których sprzedaży mamy duże doświadczenie. Jest to dynamiczny rynek, który ma duży potencjał w stosunku do kategorii wysokorozwiniętych. Interesują nas także kosmetyki utrzymane w wiodących trendach – wegańskie, ekologiczne. Chcemy pracować z rynkowymi liderami, jak i z markami niszowymi, które pozwolą odróżnić naszą ofertę od konkurencji. Stawiamy na rodzimych producentów. Dużą wagę przykładamy także do naszych marek własnych i będziemy je rozwijać. Takie marki jak Skin Expert by Dr.Max, w kategorii produktów atopowych, czy w kategorii produktów do włosów ReviHair by Dr.Max, zostały bardzo dobrze przyjęte przez klientów.

Dobra cena, szeroki asortyment, szybka dostawa, różne formy płatności – to baza, której oczekuje każdy klient i ją oczywiście dajemy. W fazie testów jest unikatowa usługa wideo dermokonsultacji life. Jesteśmy na początku i więcej będziemy mogli powiedzieć o projekcie po jego uruchomieniu, jednak to na pewno jest kierunek, w którym będziemy chcieli iść, bo „suchy” zakup przez internet sprawdza się w kategoriach prostych, bazowych. Natomiast w przypadku dermokosmetyków, gdzie chodzi już o zdrowie, także psychiczne – gdy wyglądam dobrze, czuję się lepiej – każda porada powoduje wzrost zaufania do marki.

KSZ: Jesteśmy firmą, która może sobie pozwolić na to, żeby rozszerzać asortyment o marki, na których nie ma bardzo wysokiej rotacji czy marży.   Dlatego nasza wyjątkowość będzie polegała na pracy z asortymentem niszowym i z dużą liczbą polskich producentów kosmetyków.

Chcemy zdobyć lojalnych klientów, ale nie dlatego, że otrzymają od nas kartę i rabaty, ale dlatego, że u nas kupią produkty, których nie znajdą tak łatwo gdzie indziej. Jesteśmy otwarci na wszelkie, także niszowe nowości, kategorie, które  są na etapie raczkowania. Sieci stacjonarnych sklepów boją się takich produktów, to jest ryzyko. Natomiast my liczymy na to, że dochodzi do sytuacji win-win – my chcemy sprzedać produkt producenta, a on chce go sprzedawać u nas i obydwie strony tę decyzję podejmują, a jeśli po jednej i drugiej stronie są profesjonaliści, to nie może być decyzja zła. Nie chcemy sobie stawiać barier, dotyczących tego z kim będziemy pracować i jaki asortyment będziemy sprzedawać. Na razie staramy się patrzeć jak najbardziej szeroko.

Dermokosmetyki, które mają być kluczową kategorią w e-drogerii są dostępne także w e-aptece. Czy nie będzie tu kanibalizacji?

MW: Drogeria to drogeria, z apteką nie ma nic wspólnego. Poradzimy sobie z kanibalizacją. Docelowo asortyment drogerii chcemy zdecydowanie powiększyć o produkty, których nie sprzedajemy na rynku aptecznym i tą szerokością asortymentu będziemy pokrywać skutki ewentualnych tego typu zjawisk.

Trzeba pamiętać, że już spora grupa klientów poszukuje dermokosmetyków nie tylko w aptekach. Będą to na pewno wykorzystywali wszyscy gracze detaliczni. Słyszymy, że nawet Douglas już poważnie myśli o tej kategorii. Nie jest ona jasno zdefiniowana, jak już powiedziałem, ale jest to na pewno kategoria premium, więc ważny jest dla nas każdy konsument, który jest nią zainteresowany. Klienci właśnie w internecie szukają rozwiązań swoich problemów ze skórą – produktów na trądzik, atopię i inne. E-drogeria daje pełen pakiet narzędzi komunikacyjnych z klientem, których nie daje apteka: akcje promocyjne, karta lojalnościowa. To jest normalny biznes FMCG, ale w klasie premium.

Powiedzmy trochę o liczbach określających e-drogerię.

KSZ: W tej chwili operujemy w e-drogerii na poziomie 19 tys. produktów. Docelowo chcemy dojść do 25 tys. bo to jest średnia rynkowa. Pracujemy z 2,5 tys. marek. Można powiedzieć, że jest to testowanie. Według sprawdzonych metod co jakiś czas będziemy te produkty analizować i decydować o tym, czy pozostaną w ofercie.

W tej chwili rośniemy trzycyfrowo, dużo szybciej niż rynek. Jest to na pewno pochodna tego, o czym powiedział Marek – z drogerią health jesteśmy w stanie budować dużo większy koszyk niż średnia na rynku. To się sprawdza. Widzimy, że zakupy są przemyślane, ale i z wysokiego poziomu wartości.

Mamy własny magazyn, z którego realizowane są wysyłki. Obecnie ich liczba jest pięciocyfrowa. Tyle, jeśli chodzi o twarde dane, ponieważ to młody biznes, którego nie odniesiemy do poprzednich lat. Mam nadzieję, że pod koniec roku będziemy mogli pochwalić się podobnymi wynikami. 

MW: Mamy dedykowany zespół handlowy do kanału online i obsługi e-drogerii, a także w części logistycznej, po to, żeby ten projekt mógł się rozwijać szybko, dynamicznie, ale też zgodnie ze standardami rynkowymi.

Jesteśmy na początku roku. To dobry czas na pytania o prognozy i nastroje. Z jakim nastawieniem wchodzicie Panowie w nowy rok?

KSZ: Jesteśmy optymistami, choć społeczeństwo będzie ograniczało wydatki, bo zanosi się na to, że inflacja będzie rosła przez kolejne 3 lata.  Wystąpi jednak kilka zjawisk społecznych, które z naszej perspektywy są korzystne – po pierwsze dbanie o siebie będzie wiązało się ze zdrowiem, ale nie tylko w kontekście chodzenia do lekarza, a z utrzymaniem dobrej kondycji fizycznej i psychicznej dzięki stylowi życia. Badania pokazują też, że rośnie skala występujących problemów skórnych i konsumenci szukają produktów, które będą im zaradzać.

Zakładamy, że wydatki na zdrowie, w tym na kosmetyki, będą ograniczane na samym końcu. Wiemy, że na pewno musimy mieć dobrą ofertę marek własnych, bo ekonomia będzie królowała, ale też takie produkty, na których wprowadzenie innych nie będzie stać. Myślę, że generalnie, obojętnie czy przy recesji, czy nie, rynek dermokosmetyków oraz specjalistycznych kosmetyków będzie rósł. Zakładamy, że dla nas 2023 r. będzie dobrym rokiem.

A koszty działalności, koszty pracy? One cały czas rosną. Jak radzicie sobie z tą presją?

KSZ: No cóż, jeżeli dolewa się benzyny do ognia, czyli wysypuje się pieniądze na rynek, to one zaczynają funkcjonować na zasadzie inflacji i niestety wzrostu kosztów i właśnie to obserwujemy. Oczywiście mamy takie same wyzwania, jak inne firmy handlowe, chociażby z zatrudnianiem ludzi w magazynie. Obraliśmy dwa kierunki – to automatyzacja i cyfryzacja. W oba mocno inwestujemy, żeby optymalizować koszty i być bardziej produktywną firmą. Kilkanaście miesięcy temu rozpoczęliśmy program gospodarza –  minimalizujemy koszty we wszystkich obszarach, gdzie to jest możliwe. Na szczęście udaje nam się je trzymać w ryzach. Myślę, że w oszczędzaniu nigdy nie było nic złego, a w tej chwili stało się ono koniecznością.

MW: Pilnowanie kosztów, płynności finansowej jest na pewno ważne, ale trzeba też pamiętać, że firmy, które w trudnych czasach decydują się na inwestycje, wychodzą z tego okresu zwycięsko w długofalowej perspektywie. Kryzys, recesja – to wszystko zaczyna się tak naprawdę w głowie, więc dbamy o to, żeby w naszych zespołach przede wszystkim panowało nastawienie: możemy, chcemy, potrafimy. Pełna koncentracja na kliencie i dbanie o to, żeby sprzedaż szła do przodu. Jak już powiedzieliśmy, jesteśmy optymistami i wierzę, że dzięki temu łatwiej nam będzie przejść przez ten okres.

Była mowa o automatyzacji procesów – w jakich obszarach?

KSZ: To przede wszystkim automatyzacja logistyki –  inwestycje w magazyn centralny, który obsługuje e-drogerię. Ulepszamy systemy WMS, wprowadzamy systemy zarządzające, w tym personalny. Zaczęliśmy też przegląd wszystkich procesów, żeby sprawdzić, czy nie mamy powtarzających się, zarówno jeśli chodzi o serwis administracyjny, jak i sprzedażowy, i aby wyeliminować takie sytuacje, by jak najbardziej efektywnie wykorzystywać czas pracy.   

Jakie są główne cele jeśli chodzi e-drogerię na ten rok?

KSZ: Chcemy w tym roku zaistnieć jako poważny gracz na rynku, bo jesteśmy ciągle start-upem, wprawdzie z mocnym, znanym brandem, ale mimo wszystko to dla nas nowa dziedzina. Pracujemy nad marketingiem, testujemy różne rozwiązania. Jesteśmy chyba jedną z niewielu drogerii internetowych, która dystrybuuje swoją gazetkę reklamową także w wersji papierowej, kierowana jest bezpośrednio do konsumentów. Ciekawi jesteśmy, jak ten pomysł się sprawdzi. To dotarcie do klienta z informacją o korzystnej ofercie jest bardzo ważne. W czasie dwucyfrowej inflacji nie ma lojalności, jest brutalne porównanie cenowe. Mamy przed sobą bardzo dużo pracy. Nie jesteśmy tam, gdzie chcielibyśmy być, ale to chyba dobrze, bo daje perspektywę, że jeszcze ciągle jest co robić.

MW: Przed nami mnóstwo inwestycji w to, czego na pierwszy rzut oka nie widać, czyli w narzędzia – w stronę internetową, w program lojalnościowy oraz w aplikację mobilną, która daje szereg możliwości codziennego kontaktu z konsumentem. Pełna koncentracja na rozwoju technologii. Pomimo braku deweloperów i innych obiektywnych trudności to dla nas najważniejszy kierunek, abyśmy dogonili rynek, bo Polska pod tym względem jest na bardzo wysokim poziomie. Mamy od kogo się uczyć. 

Czy w planach jest otwieranie stacjonarnych drogerii Dr.Max?

KSZ: To jest bardzo dobre pytanie (śmiech). Nie mogę powiedzieć, że to na pewno zrobimy, ale mogę powiedzieć, że mamy to na celowniku.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
E-commerce
29.10.2026 11:15
Awaria w Black Friday? Sklep może stracić tysiące złotych w godzinę
Black Friday i awaria sklepu. Klienci mogą szybko przejść do konkurencjiShutterstock

Trzymiesięczna obserwacja 18 sklepów internetowych wykazała, że boty odpowiadały za około 30–40 proc. zapytań do ich serwerów. Przed Black Friday sprzedawcy muszą przygotować infrastrukturę nie tylko na wzmożony ruch klientów, lecz także na automatyczne zapytania. Problem dotyczy również drogerii internetowych i marek kosmetycznych prowadzących własne sklepy online, dla których Black Friday jest jednym z najważniejszych okresów sprzedażowych w roku.

W tym artykule przeczytasz:

  • Boty odpowiadają za 30–40 proc. zapytań do serwerów
  • Godzina awarii może zagrozić sprzedaży o wartości 30 tys. zł
  • Testy muszą obejmować całą ścieżkę zakupową
  • Przywrócenie strony nie oznacza odzyskania klientów
  • Plan awaryjny trzeba przygotować przed promocją

Boty odpowiadają za 30–40 proc. zapytań do serwerów

Z październikowych szacunków Lizard Media, opartych na trzymiesięcznej obserwacji 18 sklepów osiągających po kilkadziesiąt milionów złotych rocznego obrotu, wynika, że około 30–40 proc. zapytań do serwerów generowały boty. Nie oznacza to, że taki odsetek stanowili klienci ani że cały ten ruch miał charakter szkodliwy. Wśród automatów są zarówno roboty wyszukiwarek, jak i niepożądane skrypty.

Rozwój narzędzi AI dodatkowo komplikuje zarządzanie ruchem. Automaty mogą zbierać treści, wyszukiwać informacje lub pomagać użytkownikom w odkrywaniu produktów. Sklepy muszą więc odróżniać przydatne zapytania od tych, które niepotrzebnie obciążają infrastrukturę. 

image

Najpierw Boo Basket, potem Halloween. Jesienne trendy napędzają sprzedaż kosmetyków

Godzina awarii może zagrozić sprzedaży o wartości 30 tys. zł

Skala potencjalnych strat zależy od obrotów sklepu i rozkładu zamówień w czasie. Przyjmijmy przykład sprzedawcy, który chce zrealizować 1000 zamówień o średniej wartości 300 złotych. Oznacza to 300 tys. złotych dziennej sprzedaży. Jeśli w najbardziej intensywnej godzinie przypadłoby 100 zamówień, awaria w tym momencie zagroziłaby sprzedaży o wartości 30 tys. złotych.

To scenariusz obliczeniowy, a nie prognoza rzeczywistych strat. Część klientów może wrócić po przywróceniu działania strony, dlatego zagrożonej sprzedaży nie należy utożsamiać z przychodem bezpowrotnie utraconym ani z utraconym zyskiem. W przypadku drogerii internetowych, które w Black Friday konkurują cenami kosmetyków, perfum i zestawów prezentowych, nawet krótkotrwała niedostępność sklepu może oznaczać, że klient zdecyduje się na zakup tych samych produktów u innego sprzedawcy.

Dla porównania, według danych AtomStore podczas Black Week 2025 średnia wartość koszyka w polskich sklepach korzystających z tej platformy wyniosła 349 złotych. Z kolei podczas Black Friday w Rumunii 7 listopada 2025 roku eMAG wraz ze sprzedawcami marketplace zrealizował około 62 proc. dziennej wartości zamówień w ciągu pierwszych trzech godzin. Shopify podało natomiast, że sprzedawcy korzystający z platformy osiągnęli w szczytowej minucie Black Friday 2025 łącznie 5,1 mln dolarów sprzedaży na świecie. Dane te dotyczą różnych rynków i zakresów działalności, ale pokazują, jak duża część obrotu może koncentrować się w krótkim czasie.

Testy muszą obejmować całą ścieżkę zakupową

Przygotowanie sklepu do szczytu sprzedażowego nie powinno ograniczać się do sprawdzenia, czy otwiera się strona główna. Testów wymagają również wyszukiwarka, karty produktów, aktualizacja dostępności, koszyk, płatności i integracje przekazujące zamówienia do dalszej obsługi. Usterka jednego z tych elementów może uniemożliwić zakup, nawet jeśli pozostałe funkcje działają poprawnie.

– Promocja ma sprowadzić klientów w określonym momencie. Infrastruktura musi być gotowa właśnie na tę kumulację, a nie tylko na przeciętny ruch z poprzednich tygodni. Dlatego trzeba przetestować całą ścieżkę zakupową pod odpowiednim obciążeniem, znaleźć słabe punkty i sprawdzić je ponownie po poprawkach. To proces wieloiteracyjny. Test wykonany w ostatniej chwili może pokazać problem, ale pozostawić zbyt mało czasu na jego rozwiązanie – mówi Paweł Biliński, członek zarządu i CTO Lizard Media.

Osobnym zadaniem jest sprawdzenie aktualności oprogramowania i zabezpieczeń. Zwiększenie mocy serwera nie usuwa luk bezpieczeństwa, a ochrona przed atakami nie gwarantuje, że system płatności czy integracja magazynowa obsłuży nagły wzrost liczby zamówień.

image

Jak salony kosmetyczne mogą przygotować się na nadchodzące Halloween?

Przywrócenie strony nie oznacza odzyskania klientów

Skutki awarii nie kończą się w chwili, gdy sklep ponownie zaczyna działać. Część kupujących może przenieść zakupy do konkurencji, a problemy z dostępnością strony mogą wpłynąć na ich decyzje przy kolejnych zakupach.

– Przywrócenie działania sklepu nie oznacza automatycznie odzyskania klientów. Część z nich zdąży już skorzystać z oferty konkurencji, a doświadczenie problemów może wpłynąć na to, gdzie zaczną następne zakupy. Dlatego przy ocenie skutków awarii trzeba uwzględnić zarówno niezrealizowaną sprzedaż, jak i ryzyko utraty zaufania oraz przyszłych zamówień – komentuje Tomasz Śpibida, Manager e-commerce z Abplanalp.

Do kosztów mogą dojść interwencje techniczne, dodatkowa obsługa klientów oraz wydatki na reklamę kierującą użytkowników na niedziałającą stronę. Szczególnej uwagi wymagają zamówienia, w których klient rozpoczął płatność, ale nie otrzymał potwierdzenia. Po przywróceniu sklepu trzeba ustalić status takiej transakcji i przekazać kupującemu jasną informację.

Plan awaryjny trzeba przygotować przed promocją

Oprócz testów obciążeniowych sklepy powinny wcześniej ustalić, kto odpowiada za reakcję na awarię, jak kontaktować się z dostawcami usług i w jaki sposób informować klientów o problemach. Ważne jest również sprawdzenie możliwości odtworzenia danych i bezpiecznego przywrócenia zakupów.

Przeciążenie serwera, błąd integracji i incydent bezpieczeństwa mogą wymagać różnych działań. Samo uruchomienie strony głównej nie oznacza jeszcze, że klienci mogą bez przeszkód przejść przez cały proces zakupowy.

– Liczy się cały czas od wystąpienia problemu do bezpiecznego przywrócenia zakupów. Samo zauważenie awarii albo uruchomienie strony głównej to dopiero etap pracy. Trzeba jeszcze sprawdzić, czy klient może znaleźć produkt, złożyć zamówienie, zapłacić i otrzymać potwierdzenie. Podział odpowiedzialności za te działania powinien być jasny przed rozpoczęciem promocji – podkreśla Paweł Biliński.

Pozostałe tygodnie przed Black Friday można wykorzystać na testy, poprawki i ponowną weryfikację. Zgodnie z zaleceniami Adyen dotyczącymi przygotowań do szczytu sprzedażowego duże aktualizacje warto zaplanować z wyprzedzeniem, zamiast wdrażać je tuż przed najbardziej intensywnym okresem.

Aurelia Obrochta
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
E-commerce
28.10.2026 02:44
Miliony wyświetleń i coraz większe koszyki zakupowe. Kalendarze adwentowe podbijają handel. TikTok napędza sprzedaż
Kalendarz Adwentowy Notino 2026 – Korean Beauty Gems skrywa 24 perełki ze wschodu do przetestowania.Notino

Od drogerii i perfumerii, przez TikTok Shop, po luksusowe butiki i ekskluzywne sklepy erotyczne – kalendarze adwentowe stały się jednym z najbardziej atrakcyjnych produktów przedświątecznego sezonu. Marki wprowadzają je do sprzedaży już we wrześniu, a konsumenci wydają na zestawy od kilkudziesięciu do nawet kilku tysięcy złotych.

Kalendarze adwentowe przestały być wyłącznie sezonowym dodatkiem do oferty.

Stały się osobną kategorią produktową, o którą konkurują zarówno globalne koncerny kosmetyczne, jak i sieci drogeryjne, perfumerie, platformy e-commerce oraz marki specjalistyczne. Co ważne, sprzedaż rozpoczyna się coraz wcześniej, a część limitowanych kolekcji znika ze sklepów jeszcze przed grudniem.

Jeszcze kilka lat temu kalendarz kojarzył się przede wszystkim z czekoladkami. Dziś za 24 okienkami mogą kryć się kosmetyki luksusowych marek, perfumy niszowe, produkty do manicure, koreańskie innowacje pielęgnacyjne, a nawet akcesoria erotyczne. Kalendarze są też coraz bardziej zróżnicowane cenowo: od propozycji drogeryjnych po ekskluzywne zestawy, które kosztują równowartość kilku drogich perfum.

Konsument nie kupuje jednego produktu, ale cały zestaw, często nie znając dokładnie jego zawartości. Jednocześnie marki podkreślają wartość produktów kupowanych oddzielnie, przedstawiając cenę kalendarza jako wyjątkowo korzystną ofertę.

TikTok zamienia kalendarze w sprzedażowe hity. Są już pierwsze liczby

Najbardziej wymiernych sygnałów dostarcza TikTok Shop, gdzie format kalendarza szczególnie dobrze współgra z transmisjami sprzedażowymi, krótkimi filmami i materiałami pokazującymi zawartość poszczególnych okienek. TokConnect szacuje, że  tylko w ciągu 7 dni do 18 października 2026 r. sprzedaż kalendarzy adwentowych w sklepie TikTok US wyniosła 1,82 mln USD, z czego 28 % pochodziło ze sprzedaży na żywo.

TikTok Shop holiday gifts 2026: toys $2.55M, perfume $2.26M up 14.6%, advent calendars $1.82M, slippers +21.9%, 7 days to 18 October 2026

Źródło: TokConnect, szacunki na podstawie cen i liczby sprzedanych produktów w monitorowanych ofertach TikTok Shop USA; nie są to oficjalne, pełne dane sprzedażowe platformy.

Według danych analitycznych TokConnect kalendarze adwentowe znalazły się wśród trzech największych kategorii prezentowych na amerykańskim TikTok Shop pod względem szacowanej sprzedaży monitorowanych produktów. Wyprzedzały je tylko zabawki oraz perfumy.

W analizowanym tygodniu dwa kalendarze Sephora Collection wygenerowały łącznie około 758 tys. dolarów szacowanej sprzedaży. Co szczególnie istotne, transmisje LIVE odpowiadały za 28 proc. wartości sprzedaży kalendarzy – był to najwyższy udział tego formatu spośród analizowanych kategorii prezentowych.

To pokazuje, dlaczego kalendarze są tak atrakcyjne dla social commerce. Ich zawartość można prezentować etapami, porównywać wartość produktów i komentować poszczególne odkrycia na żywo. 

Kalendarze adwentowe hitem Tik Tok Shop. Podobne zjawisko widać już w Polsce.

Jak pisaliśmy w podsumowaniu rozmowy z przedstawicielkami TikTok Shop Polska i Eveline Cosmetics podczas Forum Branży Kosmetycznej 2026, do kategorii szczególnie popularnych na platformie należą mystery boxy, zestawy kosmetyczne, produkty K-beauty i perfumy arabskie. W październiku mocno wzrosło również zainteresowanie kalendarzami adwentowymi, w tym propozycjami Everybody London i Eveline.

 - W tym przypadku przewaga kalendarza nad tradycyjnym zestawem prezentowym polega na jego potencjale komunikacyjnym. Jeden zakup może wygenerować kilkanaście lub kilkadziesiąt materiałów: od pierwszego unboxingu całego zestawu po codzienne prezentacje produktów, recenzje i rankingi opłacalności - mówi Agnieszka Bernaś-Oleszczuk z Eveline Cosmetics. 

Handel przyspiesza święta. Kalendarze sprzedają się, zanim zacznie się Adwent

Sezon kalendarzy adwentowych rusza dziś na długo przed grudniem. Już we wrześniu swoje propozycje prezentują globalne marki, perfumerie i drogerie.

Sephora wprost informuje na polskiej stronie internetowej, że jej kalendarze cieszą się dużym zainteresowaniem już we wrześniu i październiku. To ważny sygnał dla całego rynku: oczekiwanie na grudzień samo staje się sezonem zakupowym.

image

Świąteczna kampania Sephory z Johnem Legendem. Promocje startują w Polsce od listopada

Wcześniejsza sprzedaż przynosi handlowi kilka korzyści. Pozwala rozpocząć monetyzację sezonu świątecznego jeszcze przed listopadowymi promocjami, zwiększyć ruch w sklepach i serwisach internetowych oraz wykorzystać ograniczoną dostępność zestawów jako impuls do zakupu.

Kalendarze świetnie wpisują się również w rozwój zakupów prezentowych dla samych siebie. Konsument może wydać kilkaset złotych na zestaw produktów premium, uzasadniając wydatek zarówno przyjemnością odkrywania, jak i deklarowaną oszczędnością.

Ten ostatni element jest jednym z najważniejszych argumentów sprzedażowych marek. Niektóre kalendarze zawierają produkty, których łączna wartość katalogowa jest nawet ponad trzykrotnie wyższa od ceny zestawu. Warto jednak pamiętać, że chodzi o wartość deklarowaną przez producenta lub sprzedawcę, a nie zawsze o kwotę, którą klient rzeczywiście wydałby na zakup wszystkich kosmetyków oddzielnie.

Dla marek kalendarz jest także narzędziem próbkowania produktów. Konsument, który kupuje zestaw ze względu na kilka bestsellerów, otrzymuje jednocześnie możliwość poznania innych kategorii, nowości i mniej znanych linii. Może to sprzyjać kolejnym zakupom już po świętach.

Dobrym przykładem wykorzystania kalendarza jako narzędzia promocyjno-sprzedażowego jest tegoroczna propozycja L’Oréal Paris. Koncern przygotował zestaw 24 niespodzianek, wśród których znalazły się aż 22 produkty pełnowymiarowe. Obejmuje on kosmetyki do makijażu, pielęgnacji twarzy i włosów, w tym bestsellery oraz produkty popularne w mediach społecznościowych.

Kalendarz kosztuje 449,99 zł, podczas gdy deklarowana przez producenta wartość jego zawartości przekracza 1400 zł. Oznacza to, że cena zestawu stanowi mniej niż jedną trzecią sumy wartości poszczególnych produktów.

Istotna jest również strategia dystrybucyjna. Kalendarz można kupić zarówno w największych sieciach drogeryjnych – Rossmannie i Hebe – jak i na TikTok Shop. L’Oréal Paris przygotował również wariant 12-dniowy.

Takie połączenie kanałów pozwala wykorzystać rozpoznawalność marki i jej bestsellerów, a jednocześnie dotrzeć do odbiorców, dla których TikTok staje się miejscem odkrywania, oceniania i kupowania kosmetyków.

Sephora: kalendarze premium przyciągają klientów i zwiększają wartość zakupów

W segmencie premium kalendarze adwentowe stały się ważnym elementem strategii przedświątecznej. Sephora oferuje zarówno propozycje własnej marki, jak i kolekcje skupiające kosmetyki wielu producentów.

Szczególnie wyróżnia się Sephora Favorites 2026, zawierający 24 niespodzianki, w tym 14 produktów pełnowymiarowych. W zestawie znalazły się kosmetyki marek takich jak Makeup By Mario, Gisou, Phlur, Merit czy One/Size.

Kalendarz kosztuje 749 zł, natomiast jego deklarowana wartość wynosi 2548 zł. Zestaw pojawił się w sprzedaży we wrześniu – początkowo w aplikacji Sephora, a następnie również w perfumeriach.

Sephora wykorzystuje kalendarze do promowania zarówno marek luksusowych, jak i produktów, które zdobyły popularność dzięki mediom społecznościowym. W kolekcjach pojawiają się m.in. kosmetyki Glow Recipe i Laneige, szczególnie rozpoznawalne wśród młodszych konsumentów.

Znaczenie takich zestawów potwierdza Katarzyna Bielecka, general manager Sephora PAC, która w wywiadzie dla „Wiadomości Kosmetycznych” zwracała uwagę na rosnące zainteresowanie konsumentów zestawami umożliwiającymi testowanie kilku produktów jednocześnie.

– Coraz większym zainteresowaniem cieszą się również zestawy, które pozwalają przetestować kilka produktów jednocześnie, często w wyjątkowo atrakcyjnych cenach – mówiła Katarzyna Bielecka.

Jako przykłady wskazywała sezonowe Sephora Favorites oraz kalendarze adwentowe, które stały się stałym elementem świątecznej oferty perfumerii i jednym z najbardziej oczekiwanych produktów tego okresu.

Dla Sephory kalendarze wpisują się również w strategię pozyskiwania klientów omnichannelowych, korzystających zarówno ze sklepów stacjonarnych, jak i kanałów cyfrowych.

Douglas: od własnej marki po luksusowe zestawy wielu producentów

Douglas rozwija ofertę kalendarzy w kilku segmentach cenowych, łącząc produkty własnej marki z kosmetykami innych producentów. Dzięki temu może odpowiadać na potrzeby klientów poszukujących zarówno relatywnie niedrogich prezentów, jak i zestawów marek premium. W tegorocznym portfolio Douglas Collection znalazły się m.in. kalendarze do makijażu, pielęgnacji, domowego SPA oraz propozycje dla mężczyzn.

Obie propozycje pokazują dwa różne sposoby budowania wartości produktu. Exclusive Beauty Highlights wykorzystuje siłę rozpoznawalnych marek premium i możliwość przetestowania kosmetyków z różnych kategorii. Z kolei Home Spa odpowiada na trend wellness i domowych rytuałów pielęgnacyjnych.

Z perspektywy handlu szczególnie istotny wydaje się być potencjał kalendarzy marek własnych. Jak mówią przedstawiciele sieci pozwalają one sieci budować rozpoznawalność własnego portfolio, zachęcać do testowania kolejnych produktów i wzmacniać relację klienta z marką detalisty.

Notino wykorzystuje modę na K-beauty, perfumy i personalizowane zestawy

Notino przygotowało na sezon 2026 pięć wariantów kalendarzy. Dwa z nich poświęcono koreańskim kosmetykom, co pokazuje, jak silnie K-beauty przenika do europejskiej oferty prezentowej.

Kalendarz Korean Beauty Gems zawiera 24 kosmetyki marek takich jak APRILSKIN, Anua, SKIN1004, Beauty of Joseon i VT Cosmetics. Łączna deklarowana wartość produktów przekracza 1700 zł.

Bardziej zaawansowany wariant The House of Korean Beauty, zawierający produkty m.in. z PDRN, składnikami wspierającymi barierę skóry i popularnymi serum, ma deklarowaną wartość ponad 2200 zł. W pięciu egzemplarzach umieszczono dodatkowo vouchery zakupowe o wartości 450 zł.

Oferta Notino obejmuje również klasyczny kalendarz beauty, zestaw 12 miniatur perfum oraz wariant Exclusive z 25 niespodziankami, których deklarowana wartość przekracza 2500 zł.

To wyraźny przykład strategii opartej na podziale klientów według zainteresowań kosmetycznych, zamiast oferowania jednego uniwersalnego zestawu.

NEONAIL: limitowany kalendarz z produktami do manicure

Własny kalendarz przygotowała także marka NEONAIL należąca do Cosmo Group. Touch of Magic łączy produkty do kompleksowej stylizacji hybrydowej z kosmetykami do pielęgnacji dłoni i makijażu. Część zawartości została przygotowana specjalnie na potrzeby kalendarza i nie jest dostępna w regularnej ofercie.

Limitowany charakter zestawu pozwala marce wykorzystać mechanizm ekskluzywności, natomiast zróżnicowana zawartość zachęca konsumentów do poznawania produktów z kilku kategorii portfolio.

Kalendarze wychodzą poza beauty. Ekskluzywne sklepy erotyczne też walczą o grudniową sprzedaż

Fenomen kalendarzy adwentowych nie ogranicza się do kosmetyków. Coraz szerzej wykorzystują go również marki sprzedające produkty związane ze stylem życia, wellness i intymnością.

Przykładem jest ekskluzywny sklep erotyczny Par L’amour, który oferuje kalendarze dla dorosłych. W tegorocznej kolekcji znalazł się m.in. Premium 2026 w cenie 599 zł, zawierający 24 niespodzianki, w tym gadżety, kosmetyki i akcesoria intymne. Dostępny jest także wariant Sensual Secrets, skierowany do osób poszukujących bardziej zmysłowych doświadczeń.

- Kalendarz umożliwia konsumentom poznawanie produktów, których mogliby nie wybrać podczas tradycyjnych zakupów. Element niespodzianki i gotowy scenariusz codziennego odkrywania stają się główną częścią oferty - mówią przedstawiciele sieci. 

Kalendarze pozwalają też producentom i detalistom rozpocząć sezon świąteczny wcześniej. Jesienna premiera angażuje klientów jeszcze przed Black Friday i grudniowym szczytem zakupów, choć jednocześnie oznacza większą konkurencję o przedświąteczny budżet konsumenta. Pozostaje pytanie, czy rosnące zainteresowanie konsumentów przełoży się również na wzrost wartości całej kategorii. Polskie sieci i producenci nie publikują jeszcze porównywalnych danych pokazujących skalę sprzedaży kalendarzy adwentowych rok do roku. Zapytamy o nie po świętach.

Jedno jest jednak widoczne: kalendarz adwentowy przestał być dodatkiem do świątecznego asortymentu. Stał się samodzielnym produktem, wokół którego marki projektują premiery, kampanie z influencerami, działania w social commerce i sprzedaż wielokanałową.

Ile kosztują kalendarze adwentowe w Polsce? Przegląd ofert na sezon 2026

Marka i kalendarz

Cena sprzedaży

Deklarowana wartość produktów

Douglas Home Spa

219 zł

Brak danych

Douglas Exclusive Beauty Highlights

349 zł

Brak danych

Sephora Collection

289 zł

Brak danych

Sephora Collection Premium

449 zł

Brak danych

Sephora Favorites 2026

749 zł

2548 zł

L’Oréal Paris

449,99 zł

Ponad 1400 zł

NEONAIL Touch of Magic

299 zł

455 zł

Rituals Classic

419 zł

747 zł

Rituals Premium

705 zł

1020 zł

Benefit The Hotel Beneville

719 zł

1655 zł

Charlotte Tilbury Beauty Wonderland

989 zł

Brak danych

Par L’amour Premium 2026

599 zł

Brak danych

 

ZDANIEM REDAKCJI

Anita Leowska - Skiba, Redaktor Prowadząca "Wiadomości Kosmetyczne"

Dlaczego kalendarze są tak atrakcyjne dla handlu?

Popularność kalendarzy adwentowych można wyjaśnić kilkoma mechanizmami, które z punktu widzenia producentów i sprzedawców wzajemnie się wzmacniają.

Po pierwsze, kalendarz pozwala sprzedawać wiele produktów w jednym zestawie. Zwiększa jednostkową wartość transakcji i może zachęcić konsumenta do zakupu kosmetyków, których nie wybrałby osobno.

Po drugie, sprzyja odkrywaniu nowych marek i kategorii. Dotyczy to zwłaszcza kalendarzy multibrandowych, w których obok bestsellerów pojawiają się nowości lub produkty niszowe. Dla producentów może być to narzędzie dotarcia do klientów, którzy jeszcze nie znają ich oferty.

Po trzecie, format łączy promocję cenową z wizerunkiem premium. Deklarowana wysoka wartość zawartości pozwala przedstawiać zakup jako okazję, natomiast limitowana edycja, dekoracyjne opakowanie i element zaskoczenia zwiększają atrakcyjność prezentową.

Po czwarte, kalendarze doskonale nadają się do komunikacji w mediach społecznościowych. Unboxing umożliwia pokazanie wielu produktów podczas jednej transmisji, a codzienne otwieranie okienek pozwala utrzymywać zainteresowanie przez cały grudzień.

Dla niszowych sprzedawców jest to również sposób na wejście w sezon prezentowy i zwiększenie wartości pojedynczego zamówienia.

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
29. październik 2026 20:05