StoryEditor
Wywiady
14.03.2025 10:47

Nasza misja: zabezpieczanie interesów przedsiębiorców sektora kosmetycznego

Na zdjęciu od lewej: Dorota Rejman, Ewa Starzyk, Aleksandra Lau-Wyzińska - Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego / fot. Marcin Kontraktewicz

O planach i celach Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego na 2025 rok oraz "regulacyjnym tsunami" z zespołem związku: Dorotą Rejman, Ewą Starzyk i Aleksandrą Lau-Wyzińską rozmawiała Marzena Szulc.

Dużo dzieje się w branży już od początku roku. Jakie duże wyzwania czekają Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego w tym roku?

Dorota Rejman: Wszystkich wyzwań nie możemy przewidzieć, ale na pewno będzie działo się w regulacjach dotyczących składników, szczególnie w związku z etanolem, z talkiem czy w grupie substancji zapachowych, jak np. heliotropina. Te składniki są aktualnie zagrożone zakazem stosowania w kosmetykach, co wynika z propozycji klasyfikacji tych składników jako składniki CMR (substancje rakotwórcze, mutagenne lub działające szkodliwie na rozrodczość).

Jeżeli chodzi o etanol, będziemy jako związek kontynuować obrany już kurs, zależy nam na pokazaniu skutków związanych z potencjalnym zakazem stosowania etanolu w kosmetykach, czyli pewnego rodzaju absurdu – taka może być kaskada zdarzeń w wyniku mechanizmu zapisanego w prawie kosmetycznym. 

Istnieje duże ryzyko, że w wyniku klasyfikacji CMR i regulacji chemicznych etanol zostanie zakazany do stosowania w kosmetykach, ale jednocześnie będzie mógł być dalej stosowany jako produkt spożywczy, bo nie będzie zakazany w produktach np. do picia. Natomiast należy podkreślić, że główne obawy zdrowotne związane z etanolem wynikają z jego spożycia w napojach alkoholowych, a nie z jego stosowania w kosmetykach.

Ale z jakich powodów wynika ten zakaz? Dlaczego dotykać ma  akurat branży kosmetycznej?

Dorota Rejman: Na przepisy dla składników wpływają nie tylko „nasze” regulacje sektorowe (kosmetyczne), czyli rozporządzenie 1223/2009/WE, ale także regulacje okołosektorowe (chemiczne i środowiskowe). Każdego roku publikowanych jest kilka rozporządzeń zmieniających załączniki do rozporządzenia 1223/2009/WE. Zmiany w przepisach prawnych dotyczących składników są skutkiem rozwoju wiedzy naukowej w dziedzinie toksykologii, oceny ryzyka i rozwoju technologicznego. Natomiast przepisy chemiczne (rozporządzenia REACH i CLP) jak wspomniałam wyżej, również wpływają na zakres stosowania niektórych substancji w produktach kosmetycznych. 

Klasyfikacja zharmonizowana CMR substancji (w ramach CLP) stanowi najczęstszy przypadek w kontekście regulacji okołosektorowych, który bezpośrednio przekłada się na konsekwencje w branży kosmetycznej, co wynika z art. 15 rozporządzenia 1223/2009/WE. Przykładem substancji dla której toczy się aktualnie proces w ramach przepisów chemicznych jest właśnie etanol. Kwestia klasyfikacji etanolu powraca co jakiś czas, to nie jest pierwszy rozdział tej historii. Oficjalna intencja, dotycząca klasyfikacji etanolu jako substancji CMR, pojawiła się w 2020 roku, czyli 5 lat temu, kiedy to Grecja zgłosiła do ECHA (Europejska Agencja Chemikaliów) propozycję zharmonizowanej klasyfikacji etanolu zgodnie z rozporządzeniem 1272/2008/WE (CLP) jako substancji szkodliwie działającej na rozrodczość. Jednocześnie etanol znajduje się obecnie w procesie ponownej oceny jako substancja czynna biobójcza.

Etanol jest bardzo szeroko stosowany w wielu kategoriach kosmetyków. Bez niego nie ma perfumerii. I nie ma dla etanolu żadnego zamiennika. To jest największy problem. Etanol jest również jednym z najbardziej bezpiecznych środków biobójczych, który nie powoduje oporności mikroorganizmów, która jest ogromnym wyzwaniem dla przemysłu i służby zdrowia.

Nadal ciężko mi zrozumieć, dlaczego alkohol etylowy ma być uznany za szkodliwy tylko w kosmetykach, a w produktach spożywczych już nie. Można to jakoś uzasadnić?

Ewa Starzyk: To są bardzo ważne pytania w całej tej sytuacji. I dlatego bijemy na alarm. W branży spożywczej nie ma automatycznego zakazu stosowania substancji klasyfikowanych jako CMR. Branża kosmetyczna jest jedyną, dla której klasyfikacja etanolu jako CMR spowoduje jego automatyczny zakaz stosowania. Wynika to z art. 15 rozporządzenia 1223/2009/WE. Teoretycznie możliwe jest odstępstwo od tego zakazu, związane jest ze spełnieniem określonych warunków. Jednak dla substancji należącej do klas 1A lub 1B CMR (istnieje duże ryzyko, że taką klasyfikację najprawdopodobniej otrzymałby etanol) jeszcze nigdy nie zostało przyznane, odkąd obowiązuje rozporządzenie kosmetyczne 1223/2009/WE.

Tymczasem etanol ma bardzo niski potencjał wchłaniania przez skórę. Badania pokazują, że mniej niż 1 proc. zastosowanego etanolu jest wchłaniane przez skórę, a większość wyparowuje w ciągu kilku sekund z jej powierzchni. Produkty kosmetyczne są bardzo restrykcyjnie oceniane pod kątem bezpieczeństwa stosowania przez konsumenta jeszcze przed wprowadzeniem ich na rynek. Zresztą jeszcze przed procesem oceny bezpieczeństwa produktu kosmetycznego receptura zawierająca alkohol etylowy jest tak projektowana, aby uwzględniała jego właściwości oraz szereg innych elementów. Główne zagrożenie wynika ze spożycia etanolu, ale w branży spożywczej żaden taki zakaz nie obowiązuje. To jeden z największych paradoksów regulacyjnych, lub wręcz absurdów...

W dodatku to są bardzo podstawowe składniki, prawda? Etanol, talk…

Ewa Starzyk: Cały czas rozmawiamy o składnikach kosmetycznych, które są bezpiecznie stosowane w określonych formułach, przebadane, a kosmetyki je zawierające są pozytywnie ocenione przez safety assessorów. Reformulacja, szczególnie takich kluczowych składników kosmetyku, jest czasochłonna i wymagająca, a wyzwaniem jest także brak odpowiednich zamienników.

Zmiany wynikające z dostosowania receptur do zmian prawa w zakresie składników konsumuje nawet 50 proc. czasu pracy – firmy muszą stale analizować, co za chwilę wypadnie z portfolio składnikowego, i jak dalej produkować ten sam krem, który powinien tak samo pachnieć czy mieć takie same właściwości aplikacyjne, ale w ramach innego składu. I muszą to robić z dużym wyprzedzeniem, bo potem byłyby zmuszone wycofywać z rynku legalnie wprowadzone produkty – terminy dostosowania do nowych wymogów obejmują produkty już obecne na półkach sklepowych (dostępne na rynku) i są one często tak krótkie, że produkty nie zdążą się wyprzedać. A przecież mówimy o składnikach stosowanych bezpiecznie od dekad.

Firmom dokłada się pracy związanej z reformulacją produktów i na to przeznaczane są zasoby finansowe, kadrowe, a mogłyby one zostać przeznaczone na prace związane z innowacjami.

Składniki to ważny, ale z pewnością nie jedyny obszar, który znajduje się na Państwa agendzie. Gdzie jeszcze, poza składnikami, związek podejmuje działania dla branży kosmetycznej?

Dorota Rejman: Przykładem naszego modelowego działania jest dyrektywa ws. oczyszczania ścieków komunalnych (UWWTD). Posiadamy rzetelne dane, które przedstawialiśmy jako branża w trakcie procesu regulacyjnego, przed publikacją dyrektywy. Ewidentnie ten projekt doregulowuje niesprawiedliwie dwie branże: farmaceutyczną i kosmetyczną, które mają płacić za oczyszczanie ścieków z wszystkich mikrozanieczyszczeń w ramach systemu ROP (Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta), ale także tych niepochodzących z sektora kosmetycznego i farmaceutycznego. Weźmy np. kofeinę, czyli kawę. Ta w ściekach pochodzi głównie z napojów. Branża kosmetyczna stosuje kofeinę jako składnik w bardzo niewielkich stężeniach, np. 0,5 proc. w balsamach do ciała czy peelingach. Ale to branża kosmetyczna będzie płaciła za emisję kofeiny, która jest wylewana do zlewu, z naszych filiżanek i która nie metabolizuje się w naszych organizmach. Dwa sektory będą pokrywały koszty usuwania mikrozanieczyszczeń generowanych przez różne produkty, a przecież branż zanieczyszczających jest więcej, nie jest to tylko sektor kosmetyczny i farmaceutyczny.

Dyrektywa UWWTD niestety została tak zaprojektowana, że nie odpowiada na podstawową zasadę, „zanieczyszczający płaci”. W tym przypadku w naszej ocenie zaszła jakaś niespotykana nieuważność w projektowaniu prawa i dość duża oporność na jego korektę jeszcze przed publikacją. W naszej ocenie istnieje konieczność niezwłocznej nowelizacji dyrektywy.

Dlaczego to branża kosmetyczna stała się takim chłopcem do bicia?

Aleksandra Lau-Wyzińska: Wydaje się, że najważniejszym powodem jest to, że przy produkcji kosmetyków łatwo zidentyfikować, co i gdzie jest dodawane. W branży kosmetycznej wszystko musi być zgodne z restrykcyjnymi regulacjami, przebadane, zrozumiale opisane i oznaczone.

Każde laboratorium, każdy z producentów co do miligrama czy cząsteczki wykaże, co i w jakiej ilości zostało w danym kosmetyku użyte…

Aleksandra Lau-Wyzińska: Tak. Mamy w Europie bardzo restrykcyjny i szczegółowy system oceny bezpieczeństwa kosmetyku: najpierw surowców, potem gotowego produktu, kombinacji różnych surowców. Tym zajmują się safety assessorzy, którzy bazując na swojej wiedzy i doświadczeniu oceniają bezpieczeństwo produktu kosmetycznego, biorąc pod uwagę każdy składnik obecny w recepturze i zanieczyszczenie tego składnika. To jest analizowane naprawdę na głębokim poziomie szczegółowości. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę – i to jest jedna z przyczyn powszechnej „chemofobii”.

Obserwujemy, że dużo niedobrego robi niewiedza konsumentów na temat chemii, która stanowi przecież część naszego życia, a także toksykologii. Staramy się tłumaczyć – sami i za pośrednictwem naszych firm członkowskich – że czytanie składów kosmetyków tylko pozornie jest proste. Kosmetyki to skomplikowane chemiczne mieszaniny.

Kosmetyki to także opakowania. 22 stycznia br. zostało opublikowane unijne rozporządzenie w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych, tj. PPWR. Jak ono wpłynie na branżę kosmetyczną? Czy wraz z obowiązywaniem PPWR pojawi się wiele nowych problemów do rozwiązania?

Ewa Starzyk: Zawsze informujemy i uprzedzamy firmy z maksymalnym wyprzedzeniem, jakie konsekwencje będą miały poszczególne regulacje. Projekt rozporządzenia – zdanie po zdaniu – analizowaliśmy z grupami roboczymi związku już wiele miesięcy temu, w trakcie procesu legislacyjnego, w którym braliśmy aktywny udział.

PPWR stawia wyzwania przed branżą kosmetyczną. Są w nim np. wymagania pełnej recyklowalności opakowań, minimalizacji opakowań, użycia recyklatu w opakowaniach czy ponownego użycia opakowań transportowych. Ale! Diabeł tkwi w szczegółach, więc w 2025 i w kolejnych latach będziemy pracować, wraz z firmami członkowskimi – nad regulacjami, które te szczegóły wskażą.

Czyli opakowanie szminki może być zrobione z przetworzonego plastiku?

Ewa Starzyk: Jeśli ten plastik będzie bezpieczny – to oczywiście może! Ale na razie jest to duże wyzwanie, bo wysokiej jakości recyklatu jest na rynku niewiele, a ponadto – jest on droższy, niż surowiec pierwotny. Pozostaje także wyzwanie, na ile konsumenci zaakceptują zrównoważone opakowania, które nie są tak piękne i efektowne, jak te konwencjonalne. Wyzwaniem dla zamknięcia obiegu opakowań kosmetyków jest też proces recyklingu takich małych opakowań, jak właśnie od szminek.

Co oprócz opakowań reguluje Unia Europejska w Zielonym Ładzie, co dotyczy branży kosmetycznej?

Ewa Starzyk: Zielony Ład zmieni praktycznie każdy aspekt funkcjonowania branży kosmetycznej. Poza opakowaniami, ściekami, są tam także regulacje dotyczące deklaracji środowiskowych, wyznaczania śladu węglowego. Jest zakaz wylesiania, który wiąże się z ogromnym obciążeniem administracyjnym, jest raportowanie niesprzedanych produktów, a docelowo także wyznaczanie śladu środowiskowego, cyfrowy paszport produktu (który będzie się wiązał z ogromną ilością informacji) i możliwe wymogi ekoprojektowania. Są też wymogi zrównoważonego rozwoju, w tym raportowania ESG, choć to ostatnie zostanie częściowo ograniczone w ramach tzw. Omnibusa.

A co z rozporządzeniem kosmetycznym 1223/2009/WE – czy dla tego podstawowego aktu regulacyjnego branży kosmetycznej także przewidziane są zmiany?

Dorota Rejman: Komisja Europejska podjęła decyzję, aby przeprowadzić analizę i ocenę (tzw. Fitness check) czy obecne przepisy funkcjonują zgodnie z ich zamierzeniem. 21 lutego br. ogłosiła tzw. Call for evidence (zaproszenie do zgłaszania uwag do 21 marca br.), które jest pierwszym etapem prac nad oceną funkcjonowania rozporządzenia 1223/2009/WE (CPR), w tym czy spełnia ono swoje cele i założenia, również w kontekście transformacji ekologicznej i cyfrowej oraz w świetle potrzeby konkurencyjności biznesu w UE. Kolejnym etapem prac będą konsultacje publiczne, które potrwają 12 tygodni.

Jakie będą tego konsekwencje i co może wyniknąć po konsultacjach?

Ewa Starzyk: Scenariusze mogą być rozmaite. Natomiast samo podejście tzn. przeprowadzenie analizy i oceny wydaje się słuszne. Komisja prawdopodobnie opublikuje końcowe sprawozdanie z oceny CPR w pierwszym kwartale 2026 r., w sprawozdaniu zostanie stwierdzone czy konieczna jest rewizja rozporządzenia 1223/2009/WE i w jakim zakresie. Związek będzie uczestniczył w pracach nad oceną CPR na każdym etapie, tak aby jak najlepiej zabezpieczyć interesy przedsiębiorców sektora kosmetycznego. Równolegle dzieje się tyle rzeczy, które na różnych poziomach dotyczą funkcjonowania firm, że naprawdę małe lub średnie przedsiębiorstwa, takie, które mają niewielkie kilkunastoosobowe zespoły, są skupione cały czas na pracy regulacyjnej. Nie mają miejsca na myślenie o nowych, innowacyjnych produktach, nie mają na to zasobów ludzkich.

Ciężko myśleć o innowacyjności, kiedy trwa walka firmy o utrzymanie się na powierzchni, żeby jakkolwiek funkcjonować…

Aleksandra Lau-Wyzińska: Byliśmy w kilku zakładach produkcyjnych w ciągu ostatnich miesięcy. W wielu rekrutacja jest cały czas otwarta, firmy szukają ludzi. To z jednej strony oznacza rozwój, zaś z drugiej dowodzi wzmożonej ilości pracy. Pracy regulacyjnej jest tyle, że często zespoły nie nadążają z jej obrabianiem.

Patrząc na liczbę tych wszystkich dyrektyw i regulacji, to branża nie ma łatwo?

Dorota Rejman: Jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji regulacyjnej, rzeczywiście. Powtarzamy od wielu miesięcy, że mamy do czynienia z tsunami regulacyjnym, ale – jak ostatnio powiedziała jedna z członkiń naszego zarządu – to tsunami nas porwało. Mikroplastiki, ścieki, składniki, CMR-y, etanol, opakowania – lista jest długa i stale się wydłuża.

Wygląda na to, że im dłużej związek istnieje, tym więcej pojawia się spraw do rozwiązania. Chciałam zapytać o taką sprawę ogólną, żeby podsumować naszą rozmowę: jak wyglądałby polski przemysł kosmetyczny, gdyby nie związek? Czy ten przemysł w ogóle by jeszcze dziś istniał, gdyby nie wasze działania?

Aleksandra Lau-Wyzińska: Jestem przekonana, że istniałby, ale być może nie w takiej skali. Tu trzeba przypomnieć początki, bo związek powstał przecież, gdy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, i jego celem była pomoc polskiej branży kosmetycznej w przejściu przez proces akcesji.

Jest nadal dużo rzeczy do załatwienia. Nigdy nie ograniczamy się do prostego przesyłania członkom surowych informacji o ważnych tematach. To nie wystarczy. Firmy, które nam zaufały i należą do organizacji, oczekują znacznie więcej – reprezentowania ich interesów przed instytucjami publicznymi, aktywnego działania, aby przepisy były wykonalne, a nie absurdalne.

Nie każda firma, szczególnie MŚP, jest w stanie sama śledzić czy zinterpretować przepisy, nie wszyscy mają do tego zasoby. Dlatego naszym członkom dostarczamy przetworzoną, przeanalizowaną i gotową informację z wnioskami, co z tego może wyniknąć dla nich, ich działalności. To jest serwis, który świadczymy każdego dnia: udzielanie rekomendacji, co firmy mogą zrobić, jak się przygotować na zmiany. Ale to działa w dwie strony – potrzebujemy członków, zaangażowania ze strony firm, aby wiedzieć, co realnie jest dla firm największym wyzwaniem. Bo organizacja jest tak silna, jak aktywni są jej członkowie.

Razem w różnych kwestiach jesteśmy dużo skuteczniejsi, możemy więcej wypracować, lub przekonać do większej liczby sensownych rzeczy na przykład nasze władze, które reprezentują potem przedsiębiorców w Europie. Pomagamy przedsiębiorcom funkcjonować poprzez to, że zanosimy postulaty branżowe i pokazujemy argumenty merytoryczne naszym władzom w Polsce i UE.

Spotykamy się z europarlamentarzystami, z przedstawicielami różnych departamentów Komisji Europejskiej. Policy makerzy muszą rozumieć, że Europa to nie tylko Niemcy, Włochy czy Francja. Nasz rynek kosmetyczny, i to mówią wszyscy, jest po prostu wyjątkowy. Nasza praca jest więc dość złożona, czasem spektakularna, a czasem zupełnie nie – ale myślę, że jednak skuteczna.

To ostatnie pytanie na zakończenie naszej długiej rozmowy: czego życzyć Kosmetycznym na nadchodzące miesiące?

Aleksandra Lau-Wyzińska: Siły przebicia i możliwości działania zgodnego z założonym planem. Chciałybyśmy, żeby biznes szerzej otworzył oczy, zorientował się, że jesteśmy już w Unii Europejskiej 20 lat i prawo przychodzi do nas i z Brukseli, i z Wiejskiej. Jesteśmy w obu tych sferach aktywni – we wszystkich procesach – bo inaczej rzeczy będą się działy o nas bez nas.

Jako związek chcemy być rzecznikiem wszystkich firm – małych i średnich, bo to nimi stoi przemysł kosmetyczny w Polsce, jak i tych dużych czy globalnych, dla których Polska jest ważnym hubem. Można powiedzieć, że to jest nasza misja, żeby cały przemysł był słyszany i wysłuchiwany.

Czytaj też:

Wystawa w PE: kosmetyki z Polski w sercu Europy

Dr inż. Justyna Żerańska, PZKP: Prezydencja Polski w UE nie może przesłonić nam bieżącej pracy regulacyjnej

Marzena Szulc
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
28.08.2026 11:20
Jerzy Szyda, Pol-Hun/General Fresh: Okres przejściowy rozwiązałby wiele problemów z PPWR
PPWR wchodzi w życie. Nowe obowiązki dla branży kosmetycznejShutterstock

PPWR w praktyce oznacza dziś dla firm nie tylko nowe obowiązki, ale przede wszystkim dodatkową pracę, koszty i problemy z przepływem danych w całym łańcuchu dostaw. O tym, jak nowe przepisy wyglądają z perspektywy producenta i dostawcy marek własnych, jakie problemy pojawiają się na styku producent–dostawca opakowań–sieć handlowa oraz dlaczego dodatkowy okres przejściowy mógłby ograniczyć koszty i ryzyko marnowania pełnowartościowych produktów, rozmawiamy z Jerzym Szydą, dyrektorem ds. kluczowych klientów i marki własnej w Pol-Hun.

 

image
Jerzy Szyda
archiwum prywatne
Które wymagania PPWR są obecnie największym problemem dla producentów opakowań i dlaczego właśnie te przepisy są najtrudniejsze do wdrożenia?

Z punktu widzenia podmiotu, który musi przygotować dokumentację opakowaniową dla swoich klientów, największym problemem są niekompletne dane, jakie otrzymujemy od swoich dostawców. Brakuje szczegółowego oznaczenia elementów składowych opakowań, specyfikacji materiałowych, projektów i przede wszystkim wyników z badań, zleconych prób opakowań. To powoduje, że wydłuża się czas na przygotowanie dokumentacji technicznej wymaganych przez Rozporządzenie PPWR rodzajów opakowań: jednostkowego, zbiorczego i transportowego.

Jak w praktyce wygląda dziś przygotowanie dokumentacji wymaganej przez PPWR? Czy dostawcy opakowań dysponują już badaniami, ocenami zgodności i deklaracjami zgodności, których oczekują od nich klienci?

Część dostawców opakowań do wdrożenia Rozporządzenia przygotowywała się na długo dniem wejścia w życie przepisów. Część rozpoczęła prace dopiero ponaglona przez zapytania, jakie były wysyłane do nich. Niestety obłożenia certyfikowanych laboratoriów dużą ilością zleceń spowodowały wydłużenie czasu na otrzymanie wyników badań. Producenci opakowań mieli i mają problem z przygotowaniem ocen i deklaracji zgodności. To z kolei przełożyło się na to, że moi klienci otrzymują dokumentację ratami, w miarę spływu materiałów od dostawców.

Wspomina Pan o setkach formularzy otrzymywanych od sieci handlowych i innych klientów. Jak duża jest skala tego obciążenia administracyjnego i ile dodatkowej pracy wymaga obecnie zebranie oraz weryfikacja tych danych?

Obsługując kluczowe sieci handlowe działające w Polsce, nie spotkałem się z dwoma takimi samymi kompletami dokumentów, jakie były przesłane do uzupełnienia. 

Przygotowanie danych wymagało dużego i dodatkowego zaangażowania działów w firmie oraz wielu dodatkowych godzin pracy poświęconych na ich rzetelne opracowanie i uzupełnienie w szablonach klientów.

Specyfikacje techniczne zawierające dane z naszego systemu najłatwiej jest opracować, ale jest to proces najbardziej czasochłonny.

W przypadku opakowania jednostkowego zapasu do odświeżacza w sprayu okazało się, że jest użytych 10 komponentów, które trzeba szczegółowo opisać, z jakiego tworzywa się składają, ile ważą, jakie mają wymiary itp.

Czy problemem jest również brak jednolitych standardów dotyczących danych, których oczekują poszczególni klienci? Jak bardzo różnią się między sobą wymagania sieci handlowych i innych odbiorców?

Myślę, że brak jednoznacznych zapisów w Rozporządzeniu spowodował różne oczekiwania klientów. Początkowo teoretycznie prosta definicja wytwórcy była interpretowana niejednoznacznie. Dziś sporadycznie właściciel marki własnej nie czuje się wytwórcą w świetle PPWR.

Długotrwałym procesem było uzgodnienie sposobu identyfikacji wszystkich elementów opakowań i przekonanie odbiorców, że przyjęta nomenklatura musi mieć źródło w naszych systemach informatycznych, a nie ich przyjętej wizji znakowania.

Obecnie skupiamy się na opracowaniu jednolitych danych klientów na opakowaniu jednostkowym, zbiorczym i transportowym i uzupełnianiu brakujących elementów np. kanału komunikacji elektronicznej, który został wskazany w Rozporządzeniu. 

Klienci — podobnie jak my — nie mieli i nie mają dodatkowych osób, które by się tematem zajęły. Robią to osoby, które najczęściej pracują w działach zakupów, sprzedaży i kontroli jakości. To powoduje, że bieżące zadania, czasami nowe wdrożenia produktów przekładane są na późniejsze terminy.

Sieci handlowe, podobnie jak inni odbiorcy marek własnych oczekują wielokrotnie danych, które są niezbędne do podania, ale np. w roku 2030, a dziś nie ma nawet jeszcze przyjętych kryteriów ich oceny. Nie skupiają się na minimalnym zakresie, jaki wskazały przepisy na bieżący rok: opracowanie dokumentacji opakowaniowych, ustalenie ról w łańcuchu dostaw, identyfikowalności opakowań, spełnienia limitów substancji np. stężenie metali ciężkich. Na szczęście pracuję w branży chemicznej i temat PFAS, istotny od tego roku w opakowaniach mających kontakt z żywnością mojej firmy nie dotyczy.

Jakie koszty generuje dostosowanie już istniejących zapasów opakowań i wyrobów gotowych do nowych wymogów? Czy można dziś oszacować, o ile może wzrosnąć koszt jednostkowy produktu?

Stany opakowań czy wyrobów gotowych z brakami wynikającymi z PPWR — np. brak właściwego oznaczenia wytwórcy lub części jego danych, brak numerów partii na wszystkich jednostkach opakowań — powinny być uzupełnianie o te dane. Trzeba takie materiały stickerować (ręcznie lub maszynowo naklejać etykiety, nalepki lub kody na towary, opakowania albo produkty) lub stemplować. To generuje dodatkowe koszty materiałów i robocizny, które nie były wliczone do kalkulacji cenowych i obniżają nasze marże. 

Co w praktyce stanie się z opakowaniami i wyrobami gotowymi wyprodukowanymi przed 12 sierpnia, ale wprowadzanymi do sprzedaży już po tej dacie? Czy przedsiębiorcy mają realną możliwość dostosowania takich zapasów bez ich utylizacji?

Dwa sposoby na uniknięcie utylizacji podałem wcześniej, tj. stickerowanie lub stemplowanie brakujących danych. Rozwiązaniem jest także dokument towarzyszący, w którym można zawrzeć brakujące dane.

Niestety tam, gdzie nie jest to możliwe, np. na małych opakowaniach w rodzaju torebek foliowych z bardzo cienkiego tworzywa, jedynym wyjściem będzie, niestety, utylizacja.

Czy brak okresu przejściowego i derogacji dla zapasów magazynowych może doprowadzić do realnego marnowania pełnowartościowych opakowań i produktów? Jak duża może być skala tego zjawiska?

O ocenę końcową skali tego zjawiska będę mógł się pokusić w końcu roku, gdy będziemy zamykać inwenturami magazyny.

Aktualnie dominujące jest przekonanie, że okres przejściowy wiele problemów by rozwiązał. Wyprzedane zostałyby bieżące stany opakowań i wyrobów gotowych, a następnie wdrożone zmiany w oznaczeniach i nadrukach.

Porównać można tę sytuację do tego, co działo się w przypadku przepisów o rozszerzonej liście alergenów w produktach kosmetycznych. Rozporządzenie Komisji (UE) z 2023 dotyczące alergenów zapachowych rozszerzyło listę publikowanych substancji z 26 do 80. Mieliśmy 3 letni okres przejściowy na wdrożenie tych przepisów. Zaczęły obowiązywać od 31 lipca 2026.

Był czas na zmiany dostosowania etykiet do przepisów i wyprzedaż gotowych produktów z magazynów. Poza tym produkty wprowadzone na rynek do końca lipca tego roku mogą zostać z niego wyprzedane do lipca 2028. W przypadku PPWR podobne rozwiązania byłyby bardzo przydatne.

PPWR ma ograniczać ilość odpadów opakowaniowych, tymczasem wskazuje Pan sytuacje, w których dostosowanie opakowania do nowych wymogów może oznaczać jego wyrzucenie. Czy w tym przypadku cele regulacji nie stoją w sprzeczności z praktyką jej wdrażania?

Cele PPWR rozłożone są w czasie i większość branży się z nimi zgadza. Zakładam, że kolejne etapy wdrażania nie będą budzić tak dużych emocji, jak start regulacji.

Największe obawy wynikają z sankcji, jakie proponowane są polskim projekcie ustawy o opakowaniach i odpadach opakowaniowych (UC100) wprowadzającym przepisy karne za recykling odpadów. 

Rozporządzenie PPWR mówi o tym, że kary mają być skuteczne, proporcjonalne i odstraszające (art. 68), a jedna z propozycji za brak dokumentacji technicznej opakowania lub wprowadzenia do obrotu produktu niezgodnego z PPWR przewiduje kary od 10 000 do 2 000 000. Jaka będzie decyzja, zależeć będzie od decyzji urzędnika. Nakładać je mają Wojewódzcy Inspektorzy Ochrony Środowiska oraz Inspekcja Handlowa. 

Jak ocenia Pan poziom przygotowania polskich firm do PPWR? Które ogniwa łańcucha dostaw są obecnie najlepiej przygotowane, a gdzie występują największe braki kompetencyjne?

Jestem pozytywnie zaskoczony „powszechną mobilizacją” polskich i zagranicznych firm, jeśli chodzi o PPWR. Może nieco spóźnioną, ale nadrabiamy stracony czas. Podobnie jak KE, która w sierpniu wydała kolejne wyjaśnienia do Rozporządzenia. Pomocą w tematyce służy wiele podmiotów doradczych, z których usług firmy z każdego łańcucha dostaw korzystają.

Dzięki temu stan wiedzy ciągle się poprawia i trudno dziś wskazać sektory, w których braki kompetencyjne byłyby największe.

Problemem stają się zatory w agencjach opracowujących zmiany na opakowaniach, co skutkuje łańcuchem opóźnień na każdym etapie produkcji.  Na końcu mogą pojawiać się braki w dostępności produktów na półkach sklepowych.

Jakich zmian w interpretacji lub wdrażaniu PPWR oczekiwaliby Państwo od regulatorów i klientów, aby ograniczyć chaos, koszty oraz ryzyko milionowych sankcji? Czy Pana/Pani zdaniem potrzebne jest przesunięcie terminów lub wprowadzenie dodatkowych okresów przejściowych?

Brakuje ciągle jednoznacznych określeń niektórych elementów składowych, czy są produktem czy opakowaniem, a co za tym idzie czy będą podlegać opłatom opakowaniowym, czy też nie.

Wprowadzenie dodatkowego okresu przejściowego dałoby czas – poza rotacją opakowań bez obaw o sankcje - na przygotowanie systemów informatycznych do automatyzacji wielu procesów, wdrożenie zmian w dokumentacjach wewnętrznych i uporządkowania łańcucha dostaw.

Obawy budzą projektowane przepisy o rozszerzonej odpowiedzialności producentów (UC100) związane z centralizacją gospodarki odpadami i rządem wielkości podwyżki z tym związanych.

Koszty związane z wdrażaniem PPWR (badania, certyfikaty itp.) mogą także mieć wpływ na ceny opakowań, które z kolei przełożą się na ostateczne ceny proponowane naszym klientom. 

ZOBACZ KOMENTARZE (0)
StoryEditor
Wywiady
24.08.2026 13:06
Za błąd influencera zapłaci marka. Kosmetyczny biznes u progu EmpCo
Marta Kukowska

Już 27 września wchodzi w życie unijna dyrektywa EmpCo, która drastycznie zmieni komunikację marek kosmetycznych. Marta Kukowska (Robimy Lepszy Biznes) wskazuje, że regulacje kładą kres ogólnikowym hasłom środowiskowym na opakowaniach na rzecz certyfikowanych faktów. Choć presja czasu rośnie, polski biznes kosmetyczny nadal funkcjonuje w próżni prawnej przez opóźnienia legislacyjne.

Branża kosmetyczna to prawdopodobnie największy poligon doświadczalny dla haseł typu: „98% składników pochodzenia naturalnego”, „wegańska formuła”, „cruelty-free” czy „testowane dermatologicznie”. Które z tych powszechnych w branży beauty komunikatów będą teraz wymagały najtwardszych, trudnych do zdobycia dowodów, aby nie zostać uznane za greenwashing?

Marta Kukowska, właścicielka, pomysłodawczyni Robimy Lepszy Biznes, praktyczka zrównoważonej transformacji: Nie do końca zgodziłabym się ze stwierdzeniem, że branża kosmetyczna jest szczególnie narażona na greenwashing czy socialwashing. Zaostrzenie przepisów jest wyzwaniem dla wielu branż i wszystkich firm, które do tej pory stosowały metaforyczną czy intuicyjną komunikację produktową w kontekście środowiskowym czy społecznym. 

Natomiast z całą pewnością jest to branża, której komunikaty są bardzo widoczne i w zasadniczy sposób wpływają na decyzje konsumentów. W produktach kosmetycznych często pojawiają się hasła takie jak „naturalny”, „wegański”, „cruelty-free” czy „eko”. Co więcej, klienci szukają właśnie tych haseł, bo akurat w tej kategorii produktowej ich świadomość jest bardzo wysoka. 

I właśnie dlatego kluczowe nie jest to, ile takich haseł pojawia się na opakowaniu, ale czy firma potrafi je poprzeć konkretnymi, weryfikowalnymi dowodami. Ta zasada będzie dotyczyła każdego komunikatu. Każdej informacji, która będzie musiała mieć swoje „zaplecze dowodowe”, dzięki czemu konsument będzie widział, co dokładnie oznacza dana liczba czy procent, według jakiej metodologii został wyliczony, czy obecność danego składnika jesteśmy w stanie udokumentować certyfikatem.

W kosmetykach ogromną rolę odgrywają certyfikaty i logotypy tworzone przez same marki (tzw. samodeklaracje, np. własny znaczek listka z napisem „Eco Choice”). Czy wchodząca w życie dyrektywa EmpCo całkowicie zakaże stosowania takich wewnętrznych, marketingowych oznaczeń, zmuszając producentów kosmetyków do drogiej certyfikacji zewnętrznej?

Dyrektywa EmpCo rzeczywiście mocno ogranicza stosowanie własnych, marketingowych oznaczeń zrównoważonego rozwoju, których na produktach kosmetycznych jest i było bardzo wiele. Jeśli marka tworzy znaczek typu „Eco Choice” i przedstawia go jako potwierdzenie ekologiczności produktu, takie rozwiązanie może być niedopuszczalne, jeśli nie opiera się na odpowiednim systemie certyfikacji lub nie zostało ustanowione przez organ publiczny. 

image

AI Act od 2 sierpnia 2026 r. Jakie treści AI marki beauty muszą oznaczać?

Nie oznacza to jednak, że każda deklaracja ekologiczna będzie wymagała zewnętrznego certyfikatu. Kluczowe jest rozróżnienie między deklaracją, którą można poprzeć dowodami, a własnym oznaczeniem, które może sugerować niezależne potwierdzenie. Cała filozofia nowych regulacji polega nie na tym, że zakazują one komunikacji o środowiskowych aspektach danego produktu. Można stosować taką komunikację, tylko trzeba będzie potrafić ją udowodnić. EmpCo kończy erę oszukujących klienta metafor środowiskowych o cechach produktów, a zaczyna erę komunikacji opartej na rzeczowych dowodach, faktach i edukacji klientów w tym obszarze.

Jak nowe przepisy wpłyną na tzw. clean beauty (czystą pielęgnację) i komunikację opartą na wykluczeniach, np. haseł „wolne od mikroplastiku” czy „bez parabenów”? Czy informowanie, że produkt czegoś nie zawiera, również będzie musiało przejść rygorystyczny proces akceptacji wewnętrznej, angażujący laboratoria i prawników?

EmpCo zdecydowanie podnosi poprzeczkę dla komunikatów „free from”. Hasło „bez parabenów” może być problematyczne, jeśli sugeruje, że produkt jest dzięki temu bezpieczniejszy czy lepszy od produktu zawierającego legalnie dopuszczony składnik. Co więcej, unijne wytyczne dotyczące deklaracji kosmetycznych wskazują wprost, że komunikat „free from parabens” nie powinien być stosowany właśnie z tego powodu. 

Czyli nie każde „bez” wymaga laboratorium i prawnika, ale każde „bez” powinno mieć sensowne uzasadnienie. EmpCo nie zabija clean beauty tylko raczej zmusza marki do odejścia od marketingu opartego na strachu przed składnikami i do znacznie większej precyzji w komunikacji. Podobnie jest z mikroplastikiem. Doskonale wiemy, jak bardzo on szkodzi, jednocześnie wyeliminowanie zanieczyszczenia nim jest bardzo trudne.

Sektor kosmetyczny w ogromnym stopniu opiera swoją sprzedaż na marketingu rekomendacji i influencerach. Jak kontrolować język influencera, który w emocjach na TikToku powie o kremie, że jest „całkowicie ekologiczny i naturalny”? Czy za jego błąd odpowie marka kosmetyczna?

Dziękuję za to pytanie. Rzeczywiście widzimy rosnące zainteresowanie firm influence marketingiem, a zakupów coraz częściej dokonujemy przez socialmedia. To skraca ścieżkę procesu decyzyjnego. Widzę swojego ulubieńca, który poleca określony produkt, jeden klik i już go mam. 

W tym kontekście należy więc ocenić kluczowy czynnik, czyli to, kto stoi za komunikatem. Czy influencer działa jako „szary” użytkownik i wyraża swoją opinię, czy jest angażowany przez markę lub dystrybutora danego produktu? Jeśli działa na zlecenie, to odpowiedzialność za przekaz ponosi firma, która zleca kampanię, tak jak w przypadku każdej innej reklamy. Nie ma znaczenia to, że nośnikiem treści (proszę wybaczyć techniczny język) jest influencer.

image

Eveline Cosmetics rozwija program afiliacyjny dla twórców. Marka zaprasza do #EvelineTeam

Dlatego warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób firma czy marka organizuje cały proces komunikacyjny i jakie są zasady i zakres współpracy z infuencerem. Czy producent posiada politykę i procedurę antygreenwashingową, czy pracownicy są przeszkoleni oraz to z kim współpracuje np. po stronie agencji public relations. 

Warto się temu przyjrzeć, przeprowadzić audyt zarówno komunikacji jak i procedur, zajrzeć do umów o współpracy i sprawdzić, czy spełniają one standardy dyrektywy EmpCo, oraz czy zakres współpracy nie jest ryzykowny. Influencer oczywiście powinien być przez firmę wyposażony w pełen pakiet informacji o produkcie oraz uwrażliwiony w zakresie ewentualnych komunikatów green- czy socialwashingowych.

Jaką generalnie wagę będą miały te przepisy dla polskich przedsiębiorców w skali ostatnich rewolucji, takich jak Omnibus, system kaucyjny czy PPWR? Czy to kolejny uciążliwy obowiązek, czy szansa na systemowe uporządkowanie danych ESG w firmie?

Wolę spojrzeć na tą regulację z perspektywy szansy i to pod kilkoma względami. Przede wszystkim gros przepisów w tym zakresie już funkcjonuje i to od wielu lat. EmpCo domyka cały system, a dzięki temu, że toczy się wokół dyrektywy dyskusja, część firm „odkrywa”, że ma obowiązki w obszarze komunikacji. 

Komunikacja jest newralgicznym aspektem budowania wizerunku marki w oczach klienta, a ten jest coraz bardziej świadomy i coraz bardziej nieufny wobec deklaracji ESG. Coraz częściej mówi „sprawdzam”. Między innymi dlatego Unia Europejska postanowiła wdrożyć EmpCo. 

Ja jednak sugerowałabym spojrzeć na ten obowiązek z perspektywy korzyści. Fakty zastąpią deklaracje. Gromadząc dowody do „zielonych twierdzeń” mamy szansę uporządkować nie tylko firmowe ESG, ale też edukować i budować zaufanie konsumentów. Poza tym unikamy przewidzianych prawem sankcji, a te mogą być dotkliwe – UOKiK ma możliwość nakładania kar sięgających nawet do 10% rocznych obrotów firmy. Natomiast to, co jest niefortunne to fakt, że mamy do czynienia z kumulacją regulacji w obszarze zrównoważonego rozwoju. W przypadku EmpCo mówimy o zerowym vacatio legis. Rozumiem zatem przedsiębiorców, dla których taka sytuacja może być frustrująca.

Brak okresu przejściowego w ustawie to gigantyczny problem logistyczny. Czy to oznacza, że z dnia na dzień towary marek własnych ze starymi oznaczeniami staną się nielegalne, a firmy czeka przymusowa utylizacja zapasów magazynowych?

Rzeczywiście, posłowie w Sejmie zwrócili uwagę na brak przepisów przejściowych, jednak przypominam, że producenci mieli dwa lata na przygotowanie się do nowych regulacji. Ponadto Komisja Europejska przygotowała dość pomocny dokument FAQ do EmpCo, w którym potwierdza, że nowe zasady obejmą również tzw. „old stock”, czyli produkty już wyprodukowane i znajdujące się w łańcuchu dystrybucji przed 27 września 2026 r. 

image

Social commerce i beauty tech napędzą retail w 2026 roku. Raport CACI wskazuje kluczowe kierunki

Nie oznacza to jednak automatycznie obowiązku ich wycofania czy zniszczenia. Komisja wskazuje na rozwiązania takie jak korekta oznaczenia naklejką czy dodatkowa informacja w miejscu sprzedaży oraz podkreśla zasadę proporcjonalności. Kluczowe będzie więc to, czy przedsiębiorca podejmie rozsądne działania, aby dostosować komunikację do nowych przepisów. 

Nasz UOKiK również komunikuje brak okresów przejściowych, przy jednoczesnym zastrzeżeniu przez Prezesa, że w pierwszych miesiącach decyzje mogą być łagodniejsze. Jednocześnie zwraca też uwagę na to, że duża część zakresu dyrektywy EmpCo już ma pokrycie w prawie krajowym, więc miejmy nadzieję, że część firm i tak już jest tego świadoma i że zapasy nie będą zbyt duże.

Wskazuje Pani, że odpowiedzialność za komunikację środowiskową przestaje być wyłącznie domeną marketingu, a staje się zadaniem dla całej organizacji – w tym działów zakupów, ESG, HR i prawnych. Od czego sieć handlowa lub producent FMCG, w tym kosmetyków czy chemii, powinni zacząć przygotowania, aby ograniczyć ryzyko prawne i finansowe?

Pierwszy krok to według mnie przyjrzenie się samej kwestii odpowiedzialności, a tej nie da się już dłużej dzielić i przypisywać wyłącznie marketingowi. W sytuacji, gdy okaże się, że mamy problematyczną komunikację, to problemy z tym związane tak czy inaczej dotkną całej firmy. 

Green- i socialwashing naraża nas na wiele ryzyk: reputacyjne, prawne i finansowe. Tak jak wspomniałam, same kary są wysokie, a utrata zaufania klientów i tego konsekwencje mogą być trudne do oszacowania. Wolałabym tu mówić o wspólnej odpowiedzialności i współpracy osób o różnych kompetencjach w całej organizacji. 

Oczywiście, najwięcej pracy będzie miała osoba czy dział odpowiedzialny za komunikację jako lider całego obszaru. Do współpracy natomiast należy zaprosić m.in.: zespół ESG, który powinien odpowiadać za dane i ich merytoryczną poprawność, dział prawny odpowiedzialny za ocenę zgodności przekazu z przepisami, osoby decydujące o procesie produkcyjnym oraz zespoły HR – kluczowe w tematach dotyczących pracowników. Należy pamiętać również o angażowaniu i budowaniu świadomości zarządów i właścicieli firm, którzy często zabierają głos publicznie i składają różne deklaracje. Oni również powinni mieć świadomość regulacji i ich zakresu, aby nie popełnić błędów.

W praktyce warto wdrożyć prosty proces akceptacji deklaracji środowiskowych – każda nowa deklaracja powinna mieć wskazane źródło danych, uzasadnienie oraz przejść weryfikację przed publikacją. Dzięki temu firmy nie tylko ograniczą ryzyko prawne, ale również usprawnią pracę zespołów.

Przejście od deklaratywnego marketingu do komunikacji opartej na twardych dowodach wymaga głębokiej reorganizacji. Jakie realne obciążenia proceduralne i finansowe niesie za sobą konieczność mapowania danych oraz weryfikacji partnerów biznesowych w nowym reżimie prawnym?

Komunikacja środowiskowa i społeczna przestanie być wyłącznie domeną marketingu. Stanie się obszarem wymagającym ścisłej współpracy biznesu, ekspertów ESG, HR-owców i prawników. To właśnie działanie w takim modelu będzie najlepszym zabezpieczeniem przed ryzykiem nieuzasadnionej komunikacji dotyczącej tematów związanych ze zrównoważonym rozwojem. 

image

Marka beauty x celebryta: kiedy współpraca kończy się sukcesem, a kiedy klapą?

Dla większości firm oznacza to rewolucję w podejściu do komunikacji, konieczność wdrożenia procedur dzięki którym zaczną być zbierane niezbędne dane oraz weryfikację po stronie dostawców zarówno usług, jak i produktów. Oczywiście, te wszystkie zmiany oznaczają dodatkowe koszty dla firmy. Po stronie firm z branży marketingowej czy PR również jest dużo pracy. Zarówno, jeśli chodzi o podejście do komunikacji, jak i uzupełnianie luki edukacyjnej w obszarze prawa i ESG.

Kiedy faktycznie może zacząć obowiązywać nowe prawo? I co w praktyce oznacza dla polskich sieci handlowych i producentów FMCG data 27 września, skoro unijna dyrektywa EmpCo wchodzi wtedy w życie, ale polski projekt nowelizacji utknął w UOKiK? Czy firmy muszą już teraz zmieniać etykiety, czy mogą wstrzymać się do podpisu Prezydenta RP?

Zacznijmy od początku, czyli momentu, w którym przedsiębiorca zaczyna podlegać przepisom. Nie ważne, czy chodzi o regulacje „antygreenwashingowe”, bo na nich dziś się skupiamy, czy o inne zmiany prawa. Żeby nowe regulacje zaczęły obowiązywać, konieczne jest spełnienie dwóch - a w idealnej sytuacji trzech - warunków. Po pierwsze, muszą przejść pełną ścieżkę legislacyjną, którą kończy podpis Prezydenta RP. Po drugie, przepisy muszą zostać opublikowane w Dzienniku Ustaw. Po trzecie, i z tym mamy niestety w Polsce problem, powinno być spełnione jeszcze tzw. vacatio legis, czyli czas na zapoznanie się z nowymi przepisami oraz ich wdrożenie w swojej działalności. Polska praktyka tworzenia prawa zaniedbuje ten ostatni krok, a prawo praktycznie zawsze jest stanowione „na ostatnią chwilę”. Z taką sytuacją mierzymy się również w przypadku nowelizacji ustaw, które będą służyły wdrożeniu dyrektywy EmpCo.

EmpCo jest dyrektywą, która od 27 września będzie obowiązywała nasz kraj. I tu trzeba mocno podkreślić – kraj, a nie pojedynczych przedsiębiorców. Żeby zaczęła obowiązywać firmy, konieczna jest nowelizacja, na którą czekamy i która z dużym prawdopodobieństwem zadzieje się ona na ostatnią chwilę. Status na dziś jest taki, że projekt będzie rozpatrywany dopiero we wrześniu.

Co to oznacza dla przedsiębiorców? 

Najpierw muszę podkreślić, że sama dyrektywa jest w dużej mierze zbieżna z już obowiązującymi ustawami: ustawą o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, w zakresie zasad prowadzenia komunikacji i reklamy wobec konsumentów i ustawą o prawach konsumenta – przede wszystkim w zakresie obowiązków informacyjnych dotyczących cech produktów. Sama implementację można określić jako literalną.

A co ten poślizg legislacyjny oznacza dla przedsiębiorców? To, że obowiązki wynikające z dyrektywy EmpCo „zaistnieją” dopiero po przejściu pełnej ścieżki legislacyjnej, tak samo jak w przypadku innych regulacji. Natomiast nie zmienia to faktu, że jeśli firmy jeszcze nie rozpoczęły zmian w tym zakresie, to nie powinny już zwlekać z działaniem, ponieważ obowiązków w zakresie komunikacji środowiskowej i społecznej wynikających z obowiązującego prawa jest i tak bardzo dużo. Jeśli firma dowiedziała się o greenwashingu dopiero przy okazji dyskusji o EmpCo, to i tak ma co robić.

Sama praktyka UOKiK z ostatnich trzech lat również pokazuje, że urząd odpowiedzialny za nadzór nad tym obszarem działa i stawia zarzuty na bazie już funkcjonującej regulacji.

Katarzyna Pierzchała
ZOBACZ KOMENTARZE (0)
30. sierpień 2026 13:51